27.8.11

chciałabym się znaleźć "O północy w Paryżu"

Bardzo, bardzo, ale to bardzo rzadko nowe produkcje kinowe wprawiają mnie w zachwyt. Nie chodzi o gatunek, reżysera, obsadę, ale wyłącznie o to, co mi film daje. Emocje, wrażenia, wciągnięcie mnie w fabułę, chłonięcie dialogów, podziwianie gry aktorskiej, scenografię, zdjęcia, wszystko, dosłownie wszystko. Mało który film daje mi pełną satysfakcję w każdym możliwym wymiarze.


Woody Allen daje mi to często. Jednak filmem "O północy w Paryżu" przeszedł sam siebie i swoje dotychczasowe mistrzostwo. Jego filmy czasami bywają przegadane (co i tak w nich kocham, bo błyskotliwość dialogów nie pozwala się na nich nudzić), czasami mnie zawodzi, jak "Poznasz przystojnego bruneta", ponieważ za bardzo wykorzystał stereotypy. Wprost nie w swoim stylu (bo że wyostrza właśnie stereotypy, to oczywiste).
"O północy w Paryżu" jest filmem, o którym muszę napisać zaraz po powrocie z kina, czyli o prawie 3 nad ranem. A to już dokonanie samo w sobie.
Zakochałam się w tym filmie. Świetna obsada i gra aktorska mnie nie zdziwiły (chociaż nasycałam się krytykowanym nieustannie Owenem Wilsonem, za którym przepadam, mimo jego ról dupków, kretynów i męskiej wersji przysłowiowej blondynki. Facet ma wg mnie dość dystansu do siebie, żeby te role przyjmować i jak na moje - w końcu wprawne - oko, dobrze się przy tym bawi). Ale nie jest tu najważniejszy (mimo głównej roli).
Wiele recenzji już się pojawiło wszędzie, więc sama fabuła jest znana. I jest przepiękna. Trafia doskonale w każdą romantyczną nutę, ale w moim przypadku w ponad 100% trafia w miłość do lat 20-tych ubiegłego wieku. Kocham te stylizacje, muzykę, postaci... Rozmarzyłam się, że trafiam na party, na którym bawią się postaci, których nazwiska będą znane dopiero za jakiś czas, ale współczesnym jeszcze nic nie mówią. Dopiero wszystkie przyszłe pokolenia bądą je powtarzać. Nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie są w naszych czasach takie miejsca, w których spotykają się osobistości, które przejdą do historii.
Podskoczyłam na fotelu widząc Salvadora Dali. Zagrał go przecudnie Adrian Brody. Stworzony wprost do tej roli (mała dygresja - Allen jest mistrzem obsady. Bezdyskusyjnie. I kreowania postaci - bardzo lubię to w jego filmach, że nie ma postaci nijakich. Albo się kogoś od razu lubi, albo ktoś wnerwia od pierwszych zdań, albo mamy kogoś za kretyna. Nie, postaci bezbarwnych w jego filmach nie uświadczymy). No i te dialogi... Perłami samymi w sobie są allenowskie dialogi. Pochłaniam je i wsłuchuję (wczytuję) się w nie, przy prawie każdym jego filmie.
Cudowne lata 20-te. Doskonała fabuła oparta o marzeniu "życia w innej epoce", idealnie trafiająca czasami w mój nastrój i oczekiwania, bo któż czasem nie chciałby żyć w innych czasach? Uwielbiam retro, chociaż na nic się to nie przekłada, poza zachwytem.
I ta muzyka!  Dzięki Allenowi zakochałam się w Colu Porterze. I czekam teraz na ścieżkę dźwiękową z filmu.
A poza tym, znowu się rozkochałam w Paryżu, który poznałam jako nastolatka. Chcę tam wrócić. Allen mnie zaraził wspomnieniami i chęcią przechadzki po tym mieście jeszcze raz. Koniecznie.
I na koniec... możemy tylko życzyć ludziom, którzy znikają, żeby w wyniku podróży w czasie przenieśli się tam, gdzie chcieli by być. I żeby to by była jedyna przyczyna znikania ludzi.
Film cudowny. Rzadko kiedy zgadzam się z recenzjami, nie mówiąc, że żadna nie odda klimatu i treści filmu.
A potem z mniejszą zjadliwością objerzałam po raz kolejny "Poznasz przystojnego bruneta". Po "Północy w Paryżu" nawet mi się spodobał ;)

UPDATE: bardzo fajna recenzja z Wyborczej: TU
I jeszcze nowo znaleziona perełka:


24.8.11

Niebiańskie Risotto

"Risotto to włoska specjalność, podawana w północnych regionach kraju, gdzie często wypiera popularne we Włoszech pasty. Tradycja przyrządzania risotta sięga XI wieku, kiedy to zaczęto sprowadzać do Włoch krótki ryż z Dalekiego Wschodu. To potrawa bardzo ekonomiczna, przyrządzana jest ze składników sezonowych, podawana jako przystawka albo danie główne. "
Tyle tytułem wstępu.



Jeśli ktoś przygotowuje rosotto, to to wie... mogłoby się wydawać. Jednak nie raz zdarzało mi się być częstowaną risottem z ryżem tak twardym, żę moje szanowne dziąsła mówiły mi "nie". Sama parę razy podchodziłam do tematu i niestety za każdym razem z ciężkim niepowodzeniem z jednego powodu - ryż był po prostu twardy. Ciągle też szukałam przyczyny tego stanu w swoich niedorozwiniętych umiejętnościach kulinarnych.
I co się okazało? Że niesłusznie.
Otóż żaden z przepisów, na których się opierałam nie podawał najważniejszej informacji: rodzaj ryżu do risotto. Myślałam więc, że ryż to ryż i wypróbowałam wszystkie typu białe, brązowe, długoziarniste, wysypane z woreczka, paczkowane luzem. Bez skutku. Dopiero mój szanowny małżonek postanowił za którymś razem zgłębić temat i odkrył św. Graal udanego risotta. RYŻ musi być Arborio, Vialone Nano albo Cararoli.
Pozostałe składniki są dość drugorzędne (chociaż oczywiście też sięgamy po ten najwyższej jakości, to jednak nie można tu już raczej nic popsuć). Moje ulubione risotto jest z białym winem (najlepiej wytrawne, ale ja innych nie pijam, więc nie mam dylematu), pieczonym kurczakiem, zielonym groszkiem, mnóstwem przypraw i na końcu dodaną tartą mozarellą, całość się podpieka i mamy danie na dwa dni dla nas i jeszcze wpadających przy okazji znajomych. Przepis z książki od p. Anny Ciesielskiej, która widocznie wyszła z założenia, że każdy wie, jaki ryż należy dodać do risotta. Przecież to oczywiste ;)
Polecam risotta jako dania szybkie, pyszne i przy okazji pożywne. A z lampką wina, doskonale nadają się na kolację.
Tak, wiem, risotto wygląda jak wygląda, ale pizza nie wygląda w końcu lepiej. Pasty również. Kuchnia włoska po prostu to do siebie ma, że mają bałagan na talerzu w większości potraw. Przeżyjemy :)

18.8.11

Zrywanie z balastami

Nic tak mnie nie zaczyna drażnić, jak konieczność siadania przed komputerem. Od kiedy poznałam i zaprzyjaźniłam się z internetem w telefonie (czy to przez WiFi czy dzięki korzystnemu pakietowi u operatora) komputer staje się balastem. Jak wszystko, czego nie mogę zrobić przez telefon. Wyjątkiem są gry, ewentualnie wrzucanie czegoś na blogi, ale poza tym mój ukochany laptop stał się dla mnie balastem.
I nie chcę wróżyć źle tej gałęzi, bo tradycjonalistów nie zabraknie, jednak wiem, że za jakiś czas sporo ludzi przerzuci się na wszelkie mobilne rozwiązania, które umożliwią nie ciąganie ze sobą nic poza tabletem, smartfonem czy po prostu telefonem umożliwiającym kontakt ze światem przez internet.

Komputery przestaną być potrzebne do korzystania z internetu. Kwestia czasu, gdy pozostaną narzędziem pracy albo konsolą do gier. Całą resztę będzie można mieć w każdej torebce świata.

I na pewno będę jedną z pierwszych, które pozbędą się laptopa na rzecz dobrego telefonu, który uwolni mnie od "wielkiego" laptopa. Uwielbiam nie czuć się uwiązana. Laptop staje się zbędny i nieporęczny.


Czekam na jakiś model telefonu, albo tabletu, w którym zakocham się od pierwszego dotyku. Bo że będzie miał dotykowy ekran, to więcej niż pewne. Mało co zostało wynalezione z tak dużym podpasowaniem pod moje potrzeby :)

Ja uwielbiam wprost minimalizm. Kiedyś wydawał się nim laptop, dziś jest już wielki i nieporęczny. Niestety, ale moja zmienność upodobań nie pozwala mi się nie zachwycać nowościami, które tak naprawdę nowe już nie są, po prostu stają się dostępne. Na szczęście.

5.8.11

Nowoodkryte NOTsoFAST

O i o to właśnie chodzi.
Dzięki FB i podglądowi tablic ludzi, których lubię (a raczej ich twórczość, bo ich osobiście nie znam), dowiedziałam się właśnie o stronie: ECOMATERIA .
Portal uruchomił również program pod zgrabnym tytułem NOTsoFAST, którego celem jest:.
"NOT so FAST to autorski projekt stworzony przez ecomaterię z potrzeby promowania idei SLOW LIFE!
Wybraliśmy t-shirty bo dają możliwość wyrażania siebie. Wszyscy je nosimy, ale mało kto wie jak są one produkowane. Większość z nas żyje w błędnym przekonaniu, że bawełniana koszulka jest produktem naturalnym, przyjaznym środowisku, ale w rzeczywistości niestety tak nie jest.
Wybieramy i podkreślamy walory ekologicznych t-shirtów: produkcja w warunkach odpowiedzialnych społecznie, bez udziału pracy dzieci (Fair Wear), z tkanin wyprodukowanych bez użycia środków chemicznych, barwionych naturalnie, zdobionych z zastosowaniem nowoczesnych technologii druku bezpiecznych dla ludzi i środowiska!
W nasz projekt angażujemy ludzi o ponad przeciętnej wrażliwości i poczuciu odpowiedzialności społecznej: artystów grafików, projektantów, ilustratorów, których prace nadają koszulkom wyjątkowego charakteru i zmieniają je w obiekty pożądania. Dają tym samym alternatywę dla masowej szybkiej produkcji - przeciwstawiając jej wysokiej jakości organiczne koszulki z unikatowym designem w limitowanych seriach!"

Bardzo mi się podoba, że ideal slow life propagowana jest w tak nowatorski i przy tym po prostu świetny sposób.
Pixele (Agatę Dębicką) śledzę od prawie początku, na jej BLOGU i od razu przeszło mi przez myśl, że ta dziewczyna zrobi coś fajnego w życiu. Nie żebym była wróżką, ale po prostu mam dobrą intuicję i czasami, przy niektórych osobach/ tym co robią, mam takie przeczucie. Nic nie poradzę :)
Polecam koszulki (i nie tylko, bo dostępne są również  np. torby, wystarczy poszukać informacji na blogu) z obrazkami Pixeli. Kiedyś będą kultowe jak zdjęcia Andego Warhola:


I mam nadzieję, że o NOTsoFAST usłyszymy jeszcze w niejednym miejscu. Że usłyszymy o Agacie Dębickiej, to jestem przekonana.  I fajnie, że pomysł z koszulkami spodobał się też Czesławowi Mozilowi (o czym napisał po prostu na swojej fan page na fb). Wie facet, co dobre :)
I na marginesie, po raz koleiny potwierdza się, że jak ktoś jest w czymś naprawdę dobry i do tego robi coś z pasją, to wcześniej czy później świat go zauważy. Bez specjalnej promocji zewnętrznej. To są przykłady sytuacji, gdy jakość broni się sama i zdobywa popularność dzięki sobie.

1.8.11

Niespodziewane spotkania

Dziś znowu to przeżyłam. Uwielbiam wprost takie chwile. Jestem gdzieś, robię coś, z kimś. Wszystko dzieje się w miarę przewidywalny sposób, aż nagle słyszę "Cześć Marzenka" i widzę człowieka, którego się nie spodziewam kompletnie w danym miejscu i czasie, bo ostatnio widzieliśmy się dosłownie parę dni temu na imprezie ponad 1000km stąd i według moich danych tam też powinien być ten człowiek. Albo będąc w Kolonii nad Renem spotykam koleżankę z podstawówki. Koleżankę, którą ostatnio widziałam w okolicy ogrodów przy naszych domach z dzieciństwa. Uwielbiam wprost takie przypadki, gdy załamuje się nam czasoprzestrzeń i rzucamy się na szyję z ludźmi, których się nie spodziewamy w danym miejscu i czasie.

Zauważyłam, że los bardzo nam pomaga. Mimo wszystko, jeśli są ludzie, których nie chcemy więcej spotkać, to ich nie spotykamy. Słuch o nich ginie. Tacy, którzy są neutralni, potrafią nas zaskoczyć po latach, a ci, których bardzo chcemy spotkać lub się nam przez chwilę "zatęsknią", na pewno pojawią się na naszej drodze, w jakikolwiek sposób. Jeśli nie osobiście, to wpadającym w nasze ręce jakimś drobiazgiem, albo chociaż melodią z przeszłości. Gdziekolwiek będziemy. Bardzo wierzę w potęgę podświadomości, ale też jej kompletną nieznajomość i absurdalnie nasz wpływ na przeznaczenie :)



Zupełnie z innej beczki. Są piosenki, które prawie zawsze wywołują we mnie dziwne odczucia. Uwielbiam wprost "The power of love". I mam zawsze łzy w oczach przy tej piosence. Tylko kompletnie nie pamiętam "dlaczego?", chociaż przyczyna na pewno jakaś jest. Nie ważne. Piosenka jest przecudna i uwielbiam ją. Od kiedy pamiętam.


Dzisiejsze spotkanie było jednym z fajniejszych. Nie, nie było romantyczne, było po prostu bezgranicznie sympatyczne. Są ludzie, których widzę i mam od razu uśmiech na twarzy. Spotkanie z koleżanką, która żyje od lat zagranicą doprawione spotkaniem z niedawno, ale bardzo daleko widzianym R. było najfajniejszym poniedziałkiem od dawna. Nawet nie wiem, czy padało, ale czy to ważne? :)