29.6.11

Progesteron



Lubię być kobietą. Właściwie kocham być kobietą. Nie potrafiłabym być mężczyzną. Byłabym strasznie nienaturalny facetem. W byciu kobietą kocham przede wszystkim wszystkie możliwości, jakie przede mną stoją. Cały arsenał narzędzi, którymi operuję prawie bezwiednie ale bezczelnie skutecznie. Jak chcę porządzić światem ubieram krótką spódniczkę, szpilki, zakładam bransoletkę, przesadzam z tuszem do rzęs i to wszystko. Cała reszta dzieje się automatycznie. Gdy nie chce mi się w żaden sposób wpływać na otoczenie, to nie robię nic. Nie wykonuję ani jednego gestu. I mam spokój. Zupełnie świadomie z tego rezygnując, ba, dając innym kobietom pole do popisu. Mamy moc. Mężczyzna musi bardzo, ale to bardzo się napracować i to głównie głową. Nie są w stanie ująć nas samym wyglądem. Zaintrygować pustką obrazka. Dla wielu z nas najbardziej seksowny i pociągający jest mózg. Opakowanie jest ważne, ale drugorzędnie. Koniecznie, ale jednak drugorzędnie. Nigdy nie wystarczy. Natomiast nam, kobietom naprawdę nie raz wystarczy właśnie odpowiedni wygląd, UŚMIECH, gest głową, mimika, żeby zrobiło się wszystkim raźniej. Słowami dopełniamy całości. Czasami też samym głosem. Zauważyłam nie raz, że mężczyźni bardzo łatwo gubią wątek, gdy się ich rozkojarzy chociażby tembrem głosu. To pocieszne, ale głosem można zrobić z wieloma wiele. Jak i mową ciała. Wzrokiem, za którym pójdą na zatracenie. Nie nadużywam tego, jedynie, gdy mam akurat na to dzień, tak samo jak spódniczki i szpilek. To trochę nie fair w stosunku do facetów, no ale uśmiechem nie zrobimy krzywdy nikomu, a co najwyżej poprawimy im nastrój w nieciekawy dzień. Sobie ich odwzajemnionym uśmiechem też :)  (Nigdy nie rozumiałam, czemu uśmiech odbierany jest przez niektórych jak flirt. Toż to po prostu uśmiech a nie zaproszenie do tańca godowego... :)

I sama uwielbiam, gdy się do mnie uśmiechają. To jeden z moich fetyszy. Oby był naturalny i niewymuszony. Jestem kolekcjonerką uśmiechów, śmiechu, żartów sytuacyjnych. Gdy życie puszcza do mnie oko. Wszystkiego, co nam wszystkim wzajemnie daje plusy do nastroju. Życie jest za krótkie, żeby się nie uśmiechać, nie rozmawiać (w sposób konstruktywny, dający energii, inspirujący), nie uprzyjemniać sobie wspólnie spędzanego czasu. Tego, co nam psuje nastrój jest wystarczająco dużo. Nie można pozwalać na przewagę. Dlatego uśmiechem najprościej to niwelować. Banalnie prawdziwe. A jeśli ktoś ma problem z tym również, to cóż, to już jego problem. Malkontentom mówię, "nie". Nie poddaję się idiotycznym, zaściankowym marudom. A co dziwne, to są przeważnie ludzie, którzy wracając z urlopu zagranią egzaltują się otwartością ludzi, łatwością nawiązywania kontaktów, wymianą pozdrowień, uśmiechów mijanym ludziom, sąsiadom ze stolika obok, z leżaka obok na plaży i z sąsiedniego stolika przy hotelowym śniadaniu. Och jacy wszyscy są otwarci i naturalni... a jak wracają do domów, to wracają również do swego narzekania na ludzi wokół. Ale sami się nie uśmiechną do nich, bo przecież po co.

Nic tylko  odziać się w kobiecość i z nutą infantylności pokazać im na czym polega cieszenie się chwilą, niekoniecznie na urlopie w Grecji. Mężczyźni w gruncie rzeczy też często za tym tęsknią. Tylko tak samo łatwo zapominają w swoim zabieganiu. Uzyskanie odwzajemnionego uśmiechu, rozpogodzenie ich twarzy bywa bezcenne. Dla nas. Dla nich też. Co by nie mówić, ale to akurat my, kobiety mamy dar rozpogodzenia otoczenia. Niewiele z nas go wykorzystuje. A szkoda. (Pewnie ta moda na bycie poważnie poważną determinuje tą posępność, no to powodzenia z takim podejściem. Tylko od tego robią się paskudne zmarszczki. Wystarczy popatrzeć na kobiety pogodne, naturalnie kobiece i zadowolone z siebie... One wyglądają jakby zapomniały się zestarzeć. Ale to dzięki podejściu i uśmiechowi, mają tak piękne twarze. Nie dzięki sztucznej charakteryzacji). I potrafią być bezwstydnie kobiecie, kokieteryjne, uwodzicielskie i apetyczne. Bez względu na wiek. Nie widzę powodu, dlaczego się im zazdrości (pomijam zawiść), skoro KAŻDA kobieta może taka być. I to w każdym wieku. Wykorzystując to, co ma najfajniejszego. Ładny dekolt, piękny uśmiech, oczy, włosy, plecy, nogi, talię. Chowanie tego w imię nowoczesności jest wprost zbrodnią przeciw kobiecości. Bezkarną. Niestety.

Potrzeba zmiany

Im bardziej szukam materiałów na temat slow life, tym bardziej widzę, że o ile temat jest ciągle "szturchany" o tyle ciągle ze średnim powodzeniem. Nie znajduję wielu książek, a to dla mnie ważne źródło informacji, ważne również opiniotwórczo. Trudno. Będę sklecać dalej znajdowane linki i materiały.

Kolejny TU.
Smuci mnie trochę, że nie można znaleźć czegoś na styl "kompendium wiedzy o slow life" ale z drugiej strony, może i dobrze. Może dzięki temu każdy może sobie dobierać to, co dla niego istotne, pomocne, ważne. Każdy może zwolnić tam, gdzie mu jest to potrzebne. W wybranej przez siebie dziedzinie. W końcu na tym polega slow life, żeby dostosować jakość życia pod siebie, a nie swoje życie pod presję otoczenia, mody, mediów.
Tak mi się przypomniała właśnie nagonka na skądinąd popularną książkę "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert. Pamiętam, że przeczytałam ją pierwszy raz, gdy się ukazała, więc kilka lat temu. Dopiero później, z różnych źródeł, dowiedziałam się jak zła jest to książka :)

No cóż. Ja lubię wyrabiać sobie zdanie o książkach (i nie tylko) na podstawie własnych odczuć, przemyśleń. Nie lubię ulegać wpływom cudzego widzimisię. Dla mnie osobiście książka ta była bardzo kojąca, naładowała mnie pozytywną energią. Lubię podchodzić do książek bardzo selektywnie w odbiorze. Gdy czytałam o perypetiach głównej bohaterki, o jej przezyciach, decyzjach, zastanawiałam się, jak to się ma do mnie. A miało się bardzo. Każdemu z nas zdarza się tkwić (dłużej lub krócej) w niechcianych przez nas układach, konstelacjach towarzyskich czy odbierających energię okolicznościach, jak chociażby środowisko pracy. Książka Gilbert bardzo pozytywnie na mnie wpłynęła. Nie dlatego, że wzięłam plecak, kartę kredytową i ruszyłam na drugi koniec świata poznawać kultury od których od dawna marzę, ale że na początek dojrzewała we mnie myśl o możliwości i konieczności zmian. Niby oczywiste... A absolutnie tak nie jest. Wielu z nas tkwi w nieskończoność w chorych układach przede wszystkim z braku motywacji do urwania ich. Do zakończenia. Ze strachu wynikającego z braku alternatywy. Co jest potworne samo w sobie jak tkwienie w nałogu chociażby palenia (z którym od jakiegoś czasu również kończę). Nikt nie mówi, że zmiany przychodzą tak łatwo jak w książkach, które siłą rzeczy omijają cały proces jakim jest ZMIANA. Pewnie, że czytając o decyzjach podejmowanych z dnia na dzień można zwątpić w ich sens. A szkoda.

Zapewniam, że zmiana to proces. Najpierw rodzi się najważniejsze czyli MYŚL. Jak to fajnie jest powiedziane w "Incepcji", raz zakorzenionej nie można wyplenić. Niech ta myśl trafi na podatny grunt, jakim jest nasza POTRZEBA, a potem już się toczy własnym torem, pokazując nam kolejne etapy ZMIANY. We wszystkim. Absolutnie, uniwersalnie we wszystkim.

Gdy dziś na siebie patrzę, wiem, że nie byłabym tak zadowolona z siebie i swojego życia, gdyby kiedyś nie narodziła się myśl o chęci zmiany. A już kiedyś przekonałam się, że moje marzenia się spełniają. Każdego marzenia się spełniają, tylko trzeba dać im szansę i działać. Czasami małymi krokami, czasami drastycznymi działaniami. Najgorsze jest nic-nie-robienie i narzekanie. Niczego tak w życiu nie unikam, jak ludzi narzekających i nie chcących tego zmienić. Zrozumiała jest dla mnie trudność zmiany, ale nie toleruję braku działania. Jestem w tym apodyktyczna. W stosunku do siebie głównie. Ale to wynika z tego, że wiem, że ludzie z natury często wolą narzekać i nic nie robić. Marnując energię i swoją i innych. Każda zmiana jest możliwa. A możliwości? Żeby je poznać, trzeba cokolwiek konsekwentnie robić. Cokolwiek. Od samego marudzenia nie zrobi się nic. No i podstawa, to wiara. Boże, jak to banalnie brzmi, ale bez niej nie nastąpi nic. I do cholery, nie poddawać się po byle porażce. Gdyby każdy się poddawał po pierwszym upadku, to do dziś byśmy pełzali chyba po ziemi, nie potrafiąc zrobić kroku, nie mówiąc o bieganiu. Potrzeba zmiany. Potrzeba poprawienia. Potrzeba i chęć bycia zadowolonym z życia. Tak. To tyle. Wewnętrzna motywacja czyni cuda. Pomocna ręka przyjaciół dopełnia całości. A co najważniejsze, gdy się osiągnie pierwszy szczyt to zostaje w nas najważniejsze: pełna świadomość, że się da, że można, że warto iść dalej. Czy coś może lepiej motywować?

25.6.11

Wyobraźnia i uśmiech na co dzień

Stoję przed bramą cmentarza. Za sobą słyszę rozmowę.
DZIEWCZYNKA: a kiedy pójdziemy do cioci?
OJCIEC: byliśmy właśnie. ciocia leży tam w grobie
DZIEWCZYNKA: a dlaczego ciocia tam leży?
OJCIEC: bo nie żyje
DZIEWCZYNKA: ciocia nie żyje?!!!
OJCIEC: no nie żyje
DZIEWCZYNKA[szczerze zmarwiona]: ojej.... ojej....

[nie mogłam się nie zaśmiać, po prostu nie wytrzymałam. Rodzice dziewczynki skarcili mnie wzrokiem. Tak, zrobiło mi się głupio, bo zrozumiałam, że oni kompletnie nie poczuli absurdu rozmowy. Mają do tego prawo.]


Dzieci jeszcze tak pięknie nie kojarzą faktów. Ale to jest właśnie furtka wyobraźni. Brak myślenia przyczynowo skutkowego pozwala widzieć INNE rozwiązania, wyjścia, zastosowania, rozwinięcia. Dziecko nie ma tendencji do dopowiadania, uzupełniania, dopiero się tego uczy. Z wiekiem będzie się uczyło, jak tego nie doprowadzić do skrajnej perfekcji. O ile oczywiście będzie chciało zachować żywą i czynną wyobraźnię. Chociaż nie ma się co oszukiwać, są zawody, profesje, zajęcia, w których nadmiar wyobraźni jest wręcz szkodliwy i przeszkadza. Gdzie wymagana jest skrajna precyzja i działanie wg ustalonych sztywno wzorców i szablonów oraz procedur. Myślę, że do takich zawodów doskonale nadają się ludzie, którzy nie mają wyobraźni. Nigdy nie mieli. Przynajmniej się nie męczą. Całe szczęście, że świat jest tak różnorodny. Gdyby wszyscy mieli podobny poziom wyobraźni, poczucia absurdu, albo abstrakcyjne poczucie humoru to zabrakłoby równowagi.
Życie bez wyobraźni byłoby dla mnie potwornie nudne. Tak wyobraźnia, jak i abstrakcyjne poczucie humoru i ciekawość świata są dla mnie moimi najcenniejszymi cechami. Zaletami. Talentami. Cała reszta kręci się właściwie wokół tego i zdobywana wiedza, doświadczenie wykorzystywane są do łączenia ich z wyobraźnią.  To daje efekty. Dla mnie najważniejsze.
Jak to się ma do slow? Ma się na tyle, że pozwala elastyczniej wybierać, co i kiedy robić. Elastycznie, znaczy zmieniać zdanie, dostosowywać otoczenie na ile się da pod nasze potrzeby, wykorzystywać nadarzające się okazje, ale też kreować je. Widząc punkt A, nie zawsze wnioskować, że za nim musi być punkt B. Często sami decydujemy, czy będzie to C czy Z, czy zostawiamy i zaczynamy od nowa w innym miejscu. Konsekwencja w życiu ma się odnosić do naszych własnych celów i marzeń (tych, które chcemy spełnić), albo podejmowanych działań, które mogą nas przybliżyć do spełnienia marzeń. Naszych marzeń. Mamy jedno życie, nie warto o tym zapominać. Najważniejsze jest żyć tak, jak chcemy, jak nam odpowiada. A to wcale nie jest tak oczywiste.

Osobiście uważam za potwornie smutne, gdy ludzie żyją cudzym życiem, albo marzą, żeby mieć życie jak ktoś inny (i je po prostu kopiują, albo obsesyjnie śledzą). Jak się żyje slow (nawet, jeśli się o tym nie wie), to się kocha własne życie. I to bardzo. Jakie by nie było, nie porównuje się go do życia innych. Nie ma zupełnie takiej potrzeby. To jest podobno jeden z objawów szczęścia. Jest nam dobrze, bardzo dobrze, w naszej własnej skórze. I życiu.

I tak na koniec: poczucie humoru potrzebne jest ludzkości do przetrwania. Dla samej rozrywki, ale może szczególnie, w sytuacjach trudnych, kryzysowych, w wysokim napięciu. Tylko ważne jest jeszcze trafiać we wspólne poczucie humoru, bo chociaż śmianie się w pojedynkę jest przyjemnością samą w sobie, ale dzielenie się śmiechem jest przyjemności tej mnożeniem. Właściwie zawsze widzę, gdy ktoś chce być zabawny, gdzie ma być dowcip, żart, skecz, chociaż nie zawsze mnie to śmieszy, bo nie wszystko co ma być zabawne, takie jest. O wiele częściej zabawne jest coś, co z założenia takie być nie miało. Lubię widzieć zabawność w rzeczach nie stworzonych by bawić (co miewa swoje plusy i minusy, bo nie raz zmusza mnie do przepraszającego spojrzenia w stosunku do urażonych osób. Rozumiem ich i daję im naprawdę do tego prawo. Nie każdy musi mieć przerysowane poczucie abstrakcyjnego poczucia humoru. Ja je mam od zawsze i lubię, gdy wychodzi w najmniej przewidywalnych sytuacjach). Jest to jeden z talentów pozwalających rozładować najbardziej napiętą atmosferę. Bezcenne. Myk polega jednak na tym, że czasami nie przychodzi, chociaż bardzo się go potrzebuje, albo przychodzi, gdy wolelibyśmy zachować kamienną twarz. No cóż. Abstrakcja to abstrakcja :)

Ciekawy wywiad odnośnie poczucia humoru znalazłam TU. Zwracam szczególną uwagę na zdanie: "Badania wykazały, że osoby z wysokim i z niskim poczuciem humoru różnią się w odbiorze sytuacji stresowych. Ludzie z wysokim poczuciem humoru widzą je w kategorii pasjonujących wyzwań, czegoś co jest trudne, ale czemu można sprostać. Z reguły mają wyższe poczucie własnej wartości, podchodzą do życia zadaniowo, obierając drogę konfrontacji z problemem i pozytywnego przewartościowania. W przypadku sytuacji, nad którą nie mają kontroli (jak choroba czy śmierć), umieją się zdystansować. Ludzie z mniejszym poczuciem humoru tę samą sytuację odbierają jako zagrożenie lub stratę i krzywdę. W radzeniu sobie ze stresem stosują strategię typu unikanie, wypieranie, nieprzyznawanie się. "
oraz
"(...)Dlatego mi odpowiada definicja, że poczucie humoru to cecha charakteru. Choć opisywane jest też jako zdolność do dostrzegania i rozumienia sytuacji zabawnych. Różnimy się pod tym względem.
Jedni mają łatwość w wychwytywaniu niewerbalnych sygnałów, że komunikat jest „nie na serio”. Innym te subtelności umykają. Pierwsi zauważają towarzyszący przekazowi charakterystyczny uśmieszek czy ton. Drudzy zupełnie nie, przez co nie odróżniają sytuacji poważnej od żartu."

I absolutnie się pod nimi podpisuję. Wszyscy, których uważam za ludzi Sukcesu, mają przy tym świetne, na wysokim poziomie, poczucie humoru, którym potrafią zabłysnąć w każdej sytuacji. Zachowanie poczucia humoru w najbardziej stresujących sytuacjach jest naprawdę jedną z najważniejszych umiejętności (i jedną z najtrudniejszych do opanowania, o ile w ogóle można się tego nauczyć...). Dowodzi o opanowaniu, dystansie i pomaga w niejednym kryzysie, gdy inni siedzą z żyłką spuchniętą z napięcia i stresu. Osoby umiejące powiedzieć w takich chwilach DOBRY teksty, który rozładuje napięcie, poprawi atmosferę i pozwoli iść dalej, pokazując, że dana sytuacja jedynie wydaje się być tak trudna, są mistrzami przywództwa. Rzadkie jednostki, ale jednak się zdarzają i stanowią dla mnie autorytety w kwestii radzenia sobie ze stresem. Ważne, że jakość poczucia humoru jest w takich sytuacjach kluczowa, gdyż tekst zbyt suchy, niskich lotów, żenujący, może wszystko jedynie pogorszyć, doprowadzając do rozjuszenia, a do tego robi z autora idiotę. Dlatego poczucie humoru jest tak ważne, jak i jego jakość i poziom. Ale to wiedzieli już nawet starożytni Grecy. Czasami tylko śmiech pozwala chronić przed szaleństwem ;)

22.6.11

Slow life asertywny

Materiał ze strony TVP, z programu telewizji śniadaniowej. Miniwywiad z psychologiem Wojciechem Eichelbergierem i modelką Agnieszką Maciąg. LINK:

– To nie pośpiech wywołuje stres, ale stres wywołuje pośpiech – mówił psycholog Wojciech Eichelberger w „Pytaniu na śniadanie”  – Idea slow life polega na tym, by skoncentrować się na chwili obecnej, na tym, co w danej chwili robimy, nie wybiegać myślą do przodu – mówił.

Myślę, że ten wywiad w części oddaje ideę slow. Najważniejsze jest zrozumienie, że slow nie jest life stylem dla wybranych a już szczególnie dla bogatych. Bogaci ludzie potrafią być tak samo zapracowani, zestresowani i zagonieni jak każdy. Ja nie do końca rozumiem, skąd w ludziach przekonanie (które sama długo miałam), że drogą do spełniania celów i marzeń jest ciężka, bardzo ciężka praca. Nie mówiło się, że ważniejsza jest konsekwentność. A tak właśnie jest.
Ważna w slow life jest przede wszystkim sama motywacja. Motywacja do przejścia na bardziej zrównoważoną stronę. Na czerpanie przyjemności z tego co jest, a nie nerwowe czekanie na to co będzie. Na realizowanie celów i spełnianie marzeń ale bez frustracji i gonienia się, ani ganienia za np. opieszałość. Jeśli wiemy czego chcemy, naprawdę nie musimy wyjść z siebie, żeby do tego dojść. Po drodze, gdy idziemy nią uważnie, można trafić na niemniej ciekawe rzeczy. Boże, piszę o tym, jakbym to odkrywała na nowo, ale ciągle mnie to zaskakuje. Całe życie. Im bardziej na to pozwalam, tym bardziej los podsuwa fajne sytuacje. A to co ma się kręcić i tak się kręci.
Ważna zasada dla realizacji życia w slow life: nie uważać się za niezastąpionego. Ba, nie chcieć być niezastąpionym. Naprawdę nic się nie stanie, jak niektóre rzeczy zrobi ktoś inny. My mamy więcej czasu dla siebie, a ten ktoś ma poczucie, że jest przydatny, co mu akurat w danym momencie jest potrzebne (i nie jest to uwaga do szefów wykorzystujących pracowników, bo przy wielu w Polsce można mieć takie wrażenie). Przypomina mi się przy tej okazji pewna koleżanka, która jest mistrzynią w nieobarczaniu się nadmiarem zadań i obowiązków. Ona wie czego chce, doskonale wie, co musi robić, co powinna a co dobrze będzie zrobić, ale nic ponad to. I nie wpływa to w żadnym stopniu na jej koleżeńskość, sympatię do niej czy jej relacje z innymi (chociaż niektórzy mają jej za złe, że nie daje sobie "wcisnąć" pracy). Dawno się z nią nie widziałam, ale jestem przekonana, że dalej się tego trzyma.
Bo podstawą slow life jest asertywność. W ogóle, jak już pisałam slow life opiera się na wielu zasadach, które obecnie rozpisane, rozrysowane i przeanalizowane są przez psychologię, a tak naprawdę wywodzą się z filozofii. I to bardzo pierwotnej. Slow life jest kumulacją asertywności, umiejętności zarządzania sobą w czasie, dystansu, carpe diem, korzystania z chwili i jednocześnie umiejętnego planowania. które w dużej mierze pozwala się cieszyć tym, co już osiągnęliśmy. Niby nic nowego, tylko w nowym ubraniu.
Agnieszka Maciąg bardzo delikatnie dała właśnie do zrozumienia, że slow life to asertywność. Umiejętność odmawiania. I cała sztuka polega na tym, żeby wiedzieć kiedy i czego i komu odmawiać, żeby sobie nie zrobić pod górę w ważnych dla nas sprawach. Ktoś powie, że to wyrachowanie, ale to idiotyczne. To po prostu element planowanie. Świadome odmawianie, gdy jest nam nie po drodze, gdy propozycja czy prośba w prostej linii nam przeszkadza. Przynajmniej w  danej chwili. Nie ma w tym nic negatywnego. Ale tego też trzeba się nauczyć. Co niestety wielu przychodzi z trudnością, ponieważ często ludzie wychowywani są na "grzecznych" co ma oznaczać "nieodmawiających". Nie ma NIC negatywnego, jeśli komuś odmawiamy. Jeśli odpowiadamy "nie teraz", "może jutro", "zadzwoń wieczorem", albo po prostu "niestety, ale nie". Ludzie często tak po prostu robią, ale gdy sami to słyszą skłonni są do obrażenia się. To już ich problem. Oczywiście nie jest to zasada generalna, bo są od niej wyjątki, jak i wyjątkowe bywają prośby, ale można spokojnie wyjść z założenia, że odmawianie NIE JEST niegrzeczne. Jest naszym naturalnym prawem, przez które nie powinno nam być nawet głupio. Dopóki sami zachowamy się przy tym kulturalnie (nie chamsko), to nie robimy nic nagannego i druga strona nie ma podstaw, żeby się obrazić czy zarzuć nam egoizm. Jeśli to zrobi, to warto się zastanowić nad taką znajomością. Niby dlaczego ktoś miałby od nas oczekiwać, że jego dobro, czy sprawy będą ważniejsze dla nas niż nasze własne? Nawet jeśli to egoizm, to mamy do niego prawo. I oczywiście szanujemy to w dwie strony. Żeby nie było wątpliwości :)

Myślę, że niewiele osób kieruje się przy odmawianiu zwykłą złośliwością. A jeśli tak, to też pewnie jest tego jakaś przyczyna. No ale o tym to już trzeba po prostu porozmawiać. W pierwszej kolejności najważniejsza jest zdrowa asertywność. Bez niej daleko się nie zajdzie, bo też jak, gdy się idzie ciągle drogą cudzych próśb i oczekiwań?

 Nie raz, odmawiając, poczujemy się lepiej, niż gdy się zgodzimy, z duszą na ramieniu. Są ludzie, dla których pomaganie innym należy do sensu życia i kochają być potrzebni wszystkim i zawsze i się w tym spełniają, ale naprawdę nie każdy musi taki być. I mamy zupełnie prawo decydować kiedy i komu pomagamy, z kim spędzamy czas i w czyje sprawy się angażujemy. Idea "pomagam zawsze i każdemu" jest albo wielką hipokryzją i zakłamaniem, albo nurtem prowadzącym do wychowywania ludzi żyjących w pełnym poświęceniu dla dobra innych. Tacy ludzie zostają świętymi i się ich podziwia, ale nie każdy musi naśladować. Jeśli mamy w życiu inne cele, marzenia, spełniamy się w innym zakresie, jeśli robimy coś, co jest też ważne i daje nam radość, to się tego trzymajmy. Angażując się nadmiernie w pomoc innym (np poprzez wolontariat) możemy bardzo unieszczęśliwić siebie. Więc lepiej pomagać na inne sposoby takich instytucjom, a skupić się na realizowaniu tego, do czego się najlepiej nadajemy i odmawiajmy bez wyrzutów sumienia i zbytniego przepraszania prośbom, których nie możemy lub nie chcemy z jakichkolwiek względów spełniać. Ja tego oczekuję też w stosunku do siebie. I źle bym się czuła, jak bym się dowiedziała, że ktoś spełniając moją prośbę np. zrezygnował z czegoś ważnego dla siebie. To jest właśnie asertywność. 

21.6.11

Gdańsk na gorąco

 Czasami lubię iść pospacerować po mieście, żeby się zresetować, przełączyć na odbiór i czystą percepcję mijanych miejsc. I przystanąć i powzdychać z uśmiechem. Aparat fotograficzny ma tę magiczną moc, że ludzie patrzą na mój uśmiech "do nie wiadomo czego" z pobłażaniem i czasami przystają, patrząc na co patrzę. Fajne chwile. Lubię takie samotne spacery.


Aż korciło żeby zdmuchnąć, ale to było dość duże poletko dmuchawców. To by mogło się dziwnie skończyć :)

Musiałam to zobaczyć, żeby naprawdę zrozumieć banał parkowania samochodem. Co zabawne, po obserwacji zawracania tego statku na Motławie, jakoś naprawdę łatwiej mi się parkuje samochodem. Tego mi było trzeba... :)
Bo ja kocham Gdańsk.
I jego historyczną...
architekturę.
Chyba wszyscy z mojego pokolenia czytali te same książki, ale jak zobaczyłam "Klechdy" to aż podskoczyłam... powstrzymałam się jednak przed zakupem. Kiedyś je jednak znowu znajdę.
Najsmutniejsze zdjęcie przyrody, jakie kiedykolwiek zrobiłam. Wg mojej wizji bączek(?) leciał z kwiatem i zatrzymał się, żeby odpocząć na dmuchawcu. I tak został. Nie znam się na roślinach i owadach, ale te zdjęcie jest dla mnie smutne. A może niesłusznie?

19.6.11

Chomikowanie

Chomikowanie zwane zbieractwem. Gromadzeniem śmieci pt "bo to się może przydać". Jakoś nigdy tego nie przyjęłam. Może dzięki temu, że od wczesnej młodości wiele razy się przeprowadzałam i właściwie dopiero po ślubie osiadłam w jednym miejscu. Przez lata przeprowadzek pomiędzy krajami i miastami nauczyłam się nie zbierać. Mam jedynie rzeczy, które są mi potrzebne, lub które mają szczególną wartość sentymentalną oraz książki, których nierozpakowane kartony dalej stoją w piwnicy. Poza tym wyrzucam wszystko dość szybko. Jakoś lubię mieć zawsze poczucie, że w razie kolejnej przeprowadzki jestem w stanie zapakować się znowu szybko i bezboleśnie. Dzięki temu uskuteczniam coroczne przeglądy szaf i szafek + piwnicę i toczę kilka wojen z mężem o niektóre "możesięprzydasie" typu stare kable, od komputerów których już nie mamy, po zepsute urządzenia, których nie opłaca się naprawiać czy inne pierdoły, których celu nie da się na dziś określić. To samo dzieje się z nienoszonymi od lat ubraniami (organizacje charytatywne zrobią z tym porządek i przynajmniej jakiś użytek. Ja już nie). Jakoś nie ma ani jednej rzeczy, o której pomyślałabym po latach "a teraz to by się przydało". Przydasie są śmieciami. Bez sentymentu. Koniec kropka. To samo dotyczy porządku w dokumentach i papierach. Jest grupa dokumentów, które należy trzymać przez określony czas, ale potem natychmiast, gdy sprawa się przedawnia, out. Zapłacone rachunki to samo. (Jeśli chodzi o rachunki, to polecam archiwizowanie historii rachunków, na pamięci komputera, bo oczywiście każdy już dziś chyba korzysta z konta internetowo? :)
Chociaż robię tak od wczesnej młodości, to sprawdza mi się do dziś. A przy okazji miło było o tym przeczytać gdzieś kiedyś, jako o złotej zasadzie porządku. No cóż. Mogę ją tylko potwierdzić. Przydasie nie istnieją :)

Ma to dodatkowo wielkiego, potężnego wprost plusa: sprzątanie całego mieszkania, gruntowne, zajmuje 1godz., bo nie mam miliona bibelotów, które wymagają przestawiania, ustawiania, układania i porządkowania. A nietracenie czasu na utrzymywanie porządku (chociaż do pedantki mi daleko ;) jest dla mnie ważne. W ogóle bardzo cenię sobie wszystko, co mi ułatwia życie, uproszcza, skraca czas robienia rzeczy, które zrobione być muszą. A nawet takie rzeczy lubię robić w sposób możliwie uproszczony. Sprzątanie, pranie, prasowanie, to nie filozofia. To konieczności, dlatego trzeba je sobie maksymalnie uprzyjemniać i skracać czas na ich wykonywanie.

18.6.11

Piechotą do lata będę szła

Uwielbiam wprost letnie spacery. Wieczorami. Nad okoliczne stawy i do parków. Środek nocy, wielki księżyc (na który kocham patrzeć, hipnotyzuje mnie, przepływające chmury, plamy na powierzchni widoczne gołym okiem tylko teraz), cisza, ciepłe powietrze, śpiące na stawach kaczki. Przebiegające koty. Kwintesencja lata dodająca pełni letniej dobie. Letnie noce aż żal przesypiać.

I kolejna rzecz, kompletna spontaniczność, która jest bardzo specyficzna latem. Gdy chce się wsiadać w samochód i jechać. Gdy chętnie się przyjmuje zaproszenia albo samej dzwoni do znajomych proponując kawę (albo coś innego) w jednym z kawiarnianych ogródków. Tak, bardzo bym chciała, żeby Polska leżała w cieplejszym klimacie.


Dzięki tym ciepłym miesiącom mogę spotykać osoby, które są normalnie daleko ode mnie. Albo one znajdują się bliżej, albo ja się wybieram w ich strony. Latem jakoś wszystko wydaje się bliżej, łatwiej, lepiej...
Jestem rozkochana w lecie.
I latem najlepiej śpiewa mi się. Szczególnie na balkonie, ze znajomymi, ale niekoniecznie. Właściwie śpiewa mi się wszędzie dobrze, gdzie usłyszę jakąś lubianą piosenkę. A co mi tam. Uśmieszki ludzi na moje pomrukiwanie, albo gdy śpiewam i tańczę w samochodzie, stojąc na światłach są bezcenne. Co bardziej wyluzowani potrafią się uśmiechnąć i pomachać. No i o to chodzi! :)

17.6.11

Dystans

Dystans do siebie
Zawsze mnie bawi, gdy słyszę te zdanie.

Nie ma czegoś takiego jak "dystans do siebie". Logicznie rzecz biorąc, nie można być daleko od czegoś, w czym się jest. Błąd logiczny. Natomiast jak najbardziej można mieć dystans do wszystkiego wokół. Do wydarzeń, do słów, do sytuacji. I można wpływać do pewnego stopnia na to, jak to odbieramy. Punktem wyjścia jest nasza własna wrażliwość na świat zewnętrzny i nasze emocje. Nie możemy wpływać na to, ŻE coś czujemy, ale możemy błyskawicznie reagować na to, jak i kiedy reagujemy. Wszystko oczywiście do pewnego stopnia. Ale najważniejsze jest uświadomienie sobie, że mamy wpływ na to, czy coś na nas wpływa. 

Radość, stres, smutek, poczucie szczęścia, obojętność. Emocje. Mamy bardzo duży wpływ, którym z nich się poddajemy i dlaczego.Ważny jest punkt wyjścia.
Najlepszym sposobem na dystans jest przyjęcie do wiadomości, że wszystko co dzieje się na zewnątrz, dzieje się właśnie na zewnątrz nas. Poza jakimiś ekstremalnymi sytuacjami, daje nam wybór zachowania i reakcji. Tzw. brak dystansu oznacza jedynie reakcję emocjonalną na coś, co emocji nie jest przeważnie warte, co ich zupełnie nie wymaga.
Jednak jak to się ma do slow life? Ano ma się tak, że wiele osób uważa, że odpowiedzialność wiąże się nierozerwalnie ze stresem, zagonieniem, frustracją, gonieniem dziesiątek celów i robieniem niezliczonej ilości planów najlepiej na x lat do przodu. To może wykańczać. To może powodować, że (jak się często słyszy) brakuje czasu dla siebie, na to, co faktycznie jest dla nas ważne. Jak często słyszy się slogany "odpocznę na emeryturze" albo lepiej "w trumnie".

Co powoduje ludźmi, że się wykańczają? Strach. Każda sytuacja, w której ucieka się przed konfrontacją z samym sobą, podszyta jest strachem. Chociażby dlatego, że przyglądając się sobie dość krytycznie i z boku można szybko zauważyć własne wady, niedociągnięcia, coś, co wiemy, że zatrzymuje nas w miejscu. I co? No i widząc to, zaczynamy rozumieć, że dobrze byłoby to zmienić, żeby ruszyć do przodu. A tego się łatwo wystraszyć. Przecież tak wygodnie jest szukać wytłumaczenia bezczynności w innych, w otoczeniu, w okolicznościach. Strach przed zrobieniem czegoś z własnym życiem. Więc lepiej nic nie robić i narzekać? :>



Tylko nie zawsze strach jest blokerem - tłumaczeniem lenistwa. Czasami  faktycznie ktoś doskonale wie, czego chce i jak to osiągnąć, ale wewnętrzne blokady i lęki zatrzymują go przed działaniem. I to jest jego jedyny problem. Dobrze. To wówczas najlepiej usiąść i spokojnym miejscu i pomyśleć i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytani: Strach. Tylko przed czym?
- czy strach pomaga zapobiegać wydarzeniom?
- czy strach pomaga rozwiązywać problemy?
- czy strach ma pozytywne działanie?
- czy strach daje pozytywne efekty?
Nie. Na większość pytań odpowiedź brzmi "nie". Więc czemu ludzie się tak boją? Zmian, porażek, nieznanego? Bo tak są nauczeni. Psychologia tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Strach w efekcie końcowym ma swoje źródło w obawie o własne życie. Bardzo dosłownie. Człowiek boi się praktycznie wszystkiego. "Spalę się ze wstydu". "Porażka może zabić". "Zabiję się jak nie wyjdzie". Są to kompletnie abstrakcyjne hasła, których ludzie uwielbiają bardzo dosłownie nadużywać i je sobie powtarzać. Jak się znajdzie czas dla siebie, popatrz się sobie w oczy, to ze śmiechem można spokojnie dojść do wniosku, że strach jest przeważnie absurdalny.

 Porażka? Niepowodzenie? Wstyd? Odpowiedź brzmi "NO I CO Z TEGO?". Trudno. Coś nie wyszło, to wyjdzie następnym razem a może i jeszcze lepiej, bo porażka też czegoś uczy. Gdzie tu powód do strachu? Nie ma go. To znamię naszych czasów, że rzeczy kompletnie nieostateczne blokują na bardzo długo. Uważam się za człowieka sukcesów (co to jest powodzenie, pomyślność, szczęście? Hm. No zależy w czym, ale często to już bardzo, bardzo dużo, jeśli się je ma, a wg mnie ma je KAŻDY, bo każdy może wymienić swoje własne sukcesy. Chociaż nie każdy chce je widzieć i docenić. Jakoś dziwnie modne jest bagatelizowanie własnych osiągnięć przed innymi, chociaż sami możemy być przeszczęśliwi, że to czy tamto się nam udało), chociaż też wiele razy udało mi się przejechać twarzą po chodniku niepowodzenia. No trudno. Następnym razem zrobiłam coś lepiej, inaczej ale jeśli jest ważne, robię to do skutku. Najgorsze co można sobie zrobić to schować się w strachu. Najgorsza jest bezczynność podbudowana obawą przed porażką. Naprawdę nie ma porażki, której nie można przekuć w sukces i nie jest to frazes niepoprawnych optymistów.
Co zrobić ze strachem, podobnie jak ze stresem? Pokonać go. Jeśli coś jest dla nas ważne, to trzeba się zachować jak bohater bajki dla dzieci: iść przed siebie nie oglądając się do tyłu. Nie patrzeć na strach. Na to, czego się boimy. Metod zwalczania strachu i związanego z nim stresu jest wiele.

ŚCIĄGA:
Najszybsze i najprostsze metody zwalczania stresu i strachu:
1. Uświadomić sobie, że to strach i go zbagatelizować. Tak. Dokładnie. Nic więcej. Zająć myśli czymś innym. Albo zadawać sobie pytanie "czego?", "dlaczego?". Ten tok pozwoli dojść do istoty tego, czego się obawiamy. A konfrontacja, nawet w wyobraźni, jest jedną z lepszych metod pozbywania się obaw. Oswajania tematu. Na końcu tych pytań okazuje się, że strach ma wielkie oczy, a źródło stresu jest w gruncie rzeczy mało istotne.
2. Ćwiczenia oddechowe. Chociażby zamieszczone TU  Uregulowanie oddechu w stresowych sytuacjach czyni cuda. Ale dokładnie w trakcie.Nie ma na co czekać, jak czujemy, że zaczyna nas ogarniać panika. Po prostu kilka tak znanych głębokich wdechów i już robi się lepiej
3. Jak się ma czas: sport. Naprawdę doskonale robi szybka przebieżka, jazda na rowerze, gra w tenisa ziemnego, albo joga. Pomagają doskonale na rozluźnienie spiętych mięści i "oczyszczenie umysłu". Nie bez powodu biznesmeni pasjami uprawiają sporty. Oni doskonale znają ich działanie.
4. Wygadanie się zaufanej osobie. To też jedna z bezcennych metod. Ale nie zamęczajmy jej. Przedstawmy problem, poczekajmy na reakcję własną i słuchacza. Porozmawiać. Wygadać się, dla złapania dystansu do sprawy.
5. Osobiście lubię iść się wytańczyć. Zmęczeniem tańcem i głośna muzyka działają na mnie kojąco.
6. I najważniejsze: zamienić strach w ciekawość. W ciekawość tego, co będzie POTEM. Już sama myśl powoduje, że strach staje się mały jak ziarno piasku i zaczyna nas śmieszyć. To jest meritum dystansu.


Każda z tych metod jest skuteczna w większości sytuacji stresowych. Mi pomagają, ale każdy powinien wiedzieć, co działa kojąco na niego. Trzeba się ze stresu i strachu jak najszybciej wyciągać, a nie w nim "taplać". Dlaczego tu o tym piszę? Bo prawie każda zmiana może powodować stres i obawy. Nie mniej, ważne jest to, żebyśmy to my sami inicjowali zmiany w życiu a nie czekali, aż otoczenie wprowadzi je za nas, bo to, że nastąpią, jest tak samo pewne. To jest ten plus brania życie we własne ręce: to my decydujemy co zmieniamy. I takie zmiany,  eliminują stres, pozostawiając za to sporą dawkę pozytywnej adrenaliny. A podwyższony poziom adrenaliny jest w końcu jednym z objawów, tego że się żyje ;)
Nie pozwalajmy innym decydować o nas, albo pozwalajmy w określonym stopniu.  Slow life uczy też między innymi tego. Samodecydowanie jest w zasięgu każdego. Tylko nie każdy tego chce i nie każdy chce w to uwierzyć. No a wiadomo, na wiarę ciężko wpłynąć. U mnie to już po prostu kwestia wiedzy. Ale kiedyś też mi się wydawało, że wszystko działa inaczej. Że ja mogę tylko godzić się na to, co nadchodzi. Dopiero spełniające się marzenia i plany pokazywały mi, jak wielki miałam na to wpływ, chociaż nie byłam tego do końca świadoma :) Lepiej zrozumieć to później, niż wcale. Naprawdę decydujemy o bardzo wielu kwestiach w naszym życiu. Jeśli nie my, to znaczy jedynie, że pozwalamy na to innym. Szkoda życia na marudzenie, narzekanie i czekanie. Metodą małych kroków możemy zmieniać życie w takie, jakie chcemy mieć. Czy ktokolwiek nie chce powiedzieć "kocham swoje życie?". :)

Tylko jak można być zakochanym w takim życiu, które płynie jakby obok, albo na rzeczach, których się nie lubi, które wykonuje się z poczucia obowiązku i zobowiązania? No nie można. Żeby kochać własne życie, trzeba wiedzieć, że mamy na nie wpływ. A jeśli coś nam nie pasuje, to po prostu to zmieńmy. To naprawdę działa. Najlepiej zacząć do tego, czego już dziś nie chcemy i co nas powstrzymuje przed działaniem i zmianą. Pierwszy będzie strach. Pokonując go, wszystko przeważnie zaczyna się samo układać.  Pozytywne myślenie jest kluczowe we wszystkich działaniach.  Pozytywne myślenie nie oznacza entuzjamu, jakby się było na haju, tylko brak nastawienia na "NIE". Nic więcej. A żeby się pozbyć nastawienia na "nie" (bo przecież chcemy zmian? poprawy? nowego?), trzeba przede wszystkim wyeliminować do minimum stres i strach spowodowany zmianami. Owszem, psychologia tłumaczy, że to jest normalna reakcja organizmu, "nikt nie lubi zmian", ale ja się z tym zgadzam tylko do tego miejsca, że nawet jeśli tak jest, to nie znaczy, że trzeba w tym przekonaniu pozostawać. Dlatego za tak ważne uważam jak najkrótsze pozwalanie sobie na odczuwanie strachu, stresu i jak najszybsze przejście do działania, do myślenia nad dalszymi działaniami, żeby ten strach i stres zostawić za sobą, jak w bajce.

Warto podchodzić do sytuacji, jako przejściowych i zmieniać tak długo, aż będzie nam w czymś bardzo, bardzo dobrze. Nie warto godzić się na bylejakość pt "Lepsze to niż żadne", bo takie myślenie zakleszcza w bylejakości. Każdego stać na więcej. Dopóki nie poczuje "to jest to" i dopóki nie przestaje tego czuć. Szkoda czasu na narzekanie, strach i obawę przed zmianą. I nie trzeba być właścicielem wielkiej korporacji, światowej sławy aktorką, pisarzem, ekonomistą, żeby znaleźć swoje miejsce i czuć się po prostu dobrze, we własnym życiu. 
Najdziwniejsze jest to, że bardzo często ludzie doskonale wiedzą, co zrobić, żeby poczuć się lepiej, żeby poprawić swoje życie na takie, jakie chcą mieć. Potrafią o tym nawet godzinami rozmawiać i opowiadać i... z powodu strachu pozostawiają to w sferze marzeń. Czasami to jest nawet fajne (bo nie wszystkie marzenia MAJĄ się spełnić, one są stworzone do podkręcania wyobraźni i niczego więcej), ale jeśli powoduje, że ktoś pozostaje nieszczęśliwy ze swoim życiem, to jest jedynie niepojęte i wymaga wstrząśnięcia. Bez mieszania ;)

Przy tej okazji przypomniała mi się moja walka o prawo jazdy. Głównie walka ze sobą. To był dość trudny proces, bo niewielu rzeczy bałam się tak, jak tego. Ale też niewiele tak bardzo chciałam. Od pierwszej jazdy, do zdanego egzaminu minęły ponad 2 lat, bardzo łatwo znajdowałam sposób wprowadzania przerw między jazdami, a potem egzaminami. To było akurat proste. Podejść do egzaminu było 6. Ostatni zdany. Najgorsze było to, że absurdalnie bardzo chciałam mieć prawo jazdy, a z drugiej strony jeszcze bardziej absurdalnie, uciekałam przed nim. Moja walka z samą sobą i własnym strachem była karkołomna. Z nikim, naprawdę z nikim i o nic nie walczy się tak ciężko jak z samym sobą :) Pamiętam dość dobrze dobrze swój strach przed pierwszymi razami każdego manewru, przed pierwszym wyjazdem na miasto, pierwszymi skrzyżowaniami, ba! przed przerzucaniem biegów (żeby nie popsuć), płakałam nie raz w domu z bezsilności przed własną opornością nauczenia się czegoś, albo przed parkowaniem (które dziś mnie conajwyżej bawi, gdy mam z nim problem). Gdy już pewnie czułam się na jazdach, to znowu się zaczął stres przy egzaminach, które oblewałam w najdurniejsze sposoby, co było podwójnie frustrujące. Jednak nie miałam nigdy pretensji do egzaminatora. Wychodziłam z założenia, że jeśli stres mnie zjada na egzaminie, to nie jestem gotowa do samodzielnego wyjechania na miasto, a to by mogło mieć gorsze konsekwencje. Więc podchodziłam do kolejnych egzaminów, aż na ostatni wyjechałam, jakbym miała prawko od zawsze. Egzaminator też to widział chyba. Po prostu wiedziałam, że w końcu jestem na to gotowa. Dziś, gdy mam prawo jazdy od 3 lat, nie wyobrażam sobie, jak mogłabym żyć bez tego :) Ale istotą tego jest sam fakt, że kazdy ma takie swoje "zdobywanie prawa jazdy". I najważniejsze jest nie poddać się, ale jak najszybciej złapać dystans. Dziś uważam, że tamten stres był niepotrzebny i przesadny. Tak jest często w przypadku każdego ważniejszego dla nas zadania, od którego zależy cała reszta. Najważniejsze jest, nie poddać się temu strachowi, stresowi i nie odwracać się w rozdrapywaniu porażek. Wyciągnięte lekcje są ważne, ale na tym kończymy. Dziś jeżdżąc samochodem nie wspominam, jak nie wiedziałam, na czym polega zawracanie na 3. Dziś to po prostu robię. A jazda samochodem należy do moich ulubionych czynności, chociaż dalej daje mi wiele adrenaliny, to już mnie nie stresuje i pozwala po prostu reagować w trudnych sytuacjach na drodze. Przy czym wiem, że gdybym zdała prawko wcześniej, gdy nie byłabym na to gotowa, to mogłabym mieć z tym duży problem. To najpierw musiało dojrzeć, we własnym tempie, we mnie samej. Dałam sobie do tego prawo i czas na to, ale wiedziałam, że nie odpuszczę.

Pokonywanie własnych obaw jest najlepszym motywatorem do działania. Nawet, jeśli początki bywają trudne. Najważniejsze, nie poddać się zniechęceniu. Nawet w szukaniu, a potem w późniejszych zmianach. Efekty są najfajniejszymi przeżyciami, a poza tym, zamykając jeden cel czy marzenie, możemy przechodzić do kolejnych. Gdybym się kiedyś poddawała przy pierwszych porażkach, dziś pewnie byłabym zupełnie innym człowiekiem. I jak patrzę na moją osobistą listę sukcesów, to nie porównuję jej z innymi. Ja sama jestem z niej dumna. I to mi daje zwykłe poczucie spełniania się w życiu. Naprawdę bezcenne. Aż do czasu, gdy wyruszam po następne :)

14.6.11

Psychologiczna adaptacja slow life

Dziś pojawił się na "Gazeta.pl" wywiad z panią psycholog Malwiną Puchalską.

I wszystko ładnie i pięknie, tylko dziwi mnie niezmiennie, że slow kojarzone jest (a kojarzenie te jest podbudowywane) z lukusem. Jakby szukanie własnego sposobu na życie, zwolnienie w jednych kwestiach, zatracenie w innych, docenianie chwili, minimalizowanie konsumpcyjnego znaczenia codzienności miało być dostępne tylko dla wybranych. NIE JEST TAK.
Slow life jest naprawdę dla każdego. I może na tym polega magia tego, że nie trzeba rzucić pracy i wyprowadzić się na wieś, żeby żyć slow.

8.6.11

Moc wyobraźni w filiżance i szklance

Bariści i barmani - jedne z fajniejszych zawodów. Ludzie ci zajmują się właściwie wyłącznie sprawianiem przyjemności, przy wykorzystaniu kilku składników i techniki, ale głównie własnej wyobraźni. Czasami, trafiając na dobrego barmana nie mogę wyjść z zachwytu, że mieszając kilka niepozornych składników można uzyskać taki smak.


Żeby jednak napić się dobrego drinka, nie trzeba jechać na koniec świata. Pamiętam doskonały bar we Władysławowie. Podają chyba najlepsze drinki w północnej Polsce.
A trafiając na baristę pasjonata, że można wyczarować takie cuda z kilku kropek na piance kawy


 Tak, Ci ludzie są dla mnie artystami. I pozwalają przez chwilę delektować się smakiem i wyglądem czegoś, co nam nawet nie przyszłoby do głowy :) A przy tym uwielbiam patrzeć, jak to robią. Dla mnie sam ceremoniał przygotowania kawy czy drinka jest już absolutnie wart podziwu. Spożycie efektu tego małego szoł jest wisienką na torcie. 


Kiedyś widziałam szablony do robienia wzorów na kawie, wszędzie trafia się na przepisy drinków. Wszystko nic :) Jeśli w przygotowaniu nie ma magii, to będzie to po prostu kawa, albo drink. Żeby to robiło wrażenie, to musi być w tym pasja. Ona stanowi duży % sukcesu. Jak to w sztuce :) Z gotowaniem z resztą jest podobnie.
Najważniejsze, że są tacy, którzy zrobili z tego pasję. Przecież tak barmani jak i bariści działają na świecie od dawna (chociaż bariści od niedawna w Polsce) i w tej chwili stało się to tak samo komercyjne i łatwodostępne, jak wszystko w gastronomii, jednak zdarzają się ciągle właśnie pasjonaci, którzy robią z przygotowania drinka czy kawy ze wzorami z mleka prawdziwe szoł pełne magii. Warto ich wypatrywać zachodząc do różnych miejsc, w których się bywa, szczególnie latem.

Ciepłolubność

Jestem przekonana, że gdyby nasz kraj położony był w ciepłym klimacie, jak chociażby Włochy czy Hiszpania, to bylibyśmy też zupełnie innym narodem. Pogoda, klimat bardzo determinuje mentalność. Chyba bardziej niż historia.

Gdyby zawsze było u nas jak jest teraz, jak jest w ciepłe, letnie dni, gdy nawet nie chce się nam denerwować, martwić, smucić, gdy wszystko wydaje się być łatwiejsze i proste, to bylibyśmy naprawdę bardziej pozytywnym narodem niż Włosi czy Hiszpanie. Wystarczy popatrzeć po ludziach, minach, nastrojach. A tak, jesteśmy w ciągłej zmienności. Niby pory roku są jakie są, ale to nie do końca prawda, bo zawsze zdarzają się anomalia. Nigdy nie możemy mieć pewności, że danego miesiąca będzie zawsze ciepło, bezdeszczowo, śnieżnie, pochmurnie, wietrznie. My tego nigdy nie wiemy. Wychodząc z domu musimy zawsze liczyć się z gwałtowną zmianą pogody. Bez względu na miesiąc. Śnieg, deszcz, ukrop - kompletna niespodzianka. I dobra rada brzmi jedynie - bądź gotowy na wszystko. Ludzie południa Europy nie muszą być. Oni raczej wiedzą czego się spodziewać i spokojnie myślą o zbliżającej się sjeście, której nie zaburzy ulewa czy nagłe oziębienie. To musi być niesamowity luksus, mieć taką pewność... 
Kilka stopni Celcjusza tworzy mentalność.

No nic. Dopijam kawę i cieszę się słońcem. To cudowne, że mamy dopiero początek lata. Kocham te ciepłe noce, leniwe dni. Wszystko się samo robi... a ja się po prostu delektuję. Latem więcej ludzi myśli slow.. bo nie mają siły na więcej. Słońce jest najlepszym odstresowywaczem. W takim upale po prostu trzeba wyluzować :)

7.6.11

Nie wszystko złoto...

Oryginalność jest w naszych czasach niebywale trudnym tematem. Kiedyś, jak coś powstawało, ktoś coś wykreował, wymyślił i stworzył, to było wiadomo, kto jest autorem, gdzie to powstaje i nikt nie miał dylematów, czy ma na pewno oryginał czy przypadkiem podróbkę. Od kiedy na rynek wkroczyły podróbki sztuką samą w sobie stało się kupowanie oryginałów. Oryginalnych oryginałów.

Wchodzę do sklepu po sznurowadła. Mała pasmanteria. Patrzę na wiszące na stojaku bransoletki. Muszę przyznać, że jestem zakochana w biżuterii firmy Pandora. Zakochana na amen i wiernie. Rozpoznaję prawdziwą Pandorę na metry, chociaż rzadko zdarza mi się ją widzieć. Biżuteria ta jest po prostu nietania. Ale za co szczególnie kocham Pandorę? Za możliwość samodzielnego stworzenia kompozycji z dostępnych elementów, dzięki czemu można mieć pewność, że raczej małe jest prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał dokładnie taką samą.

Pierścionki, bransoletki, wisiorki. Śliczne. Precyzyjne. Świat generalnie oszalał na punkcie Pandory i mnie to nie dziwi.  dzięki czemu można mieć pewność, że raczej małe jest prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał dokładnie taką samą.


Obiecuję sobie, że kiedyś będę taką miała. Bagatela, jedyne ponad 3.000zł :-)

Patrzę na bransoletki wiszące na stojaczku w małej pasmanterii i aż mi się serce kraja od tandety podróbki Pandory. Pani zachęca mnie do zakupu, reklamując bransoletkę jako "prawie jak Pandora". Uśmiecham się i dziękuję. Są dwie rzeczy, których nie uznaję: podróbki, obojętnie czego, od ubrań, przez perfumy, po biżuterię. Jestem przeczulona na tym punkcie. Naprawdę wolę nie mieć, niż mieć podróbkę.
Ale też kwestia oryginalności w sensie niepowtarzalności. Nigdy nie miałam ochoty mieć czegoś dokładnie takiego samego jak ktoś. Ktokolwiek. Od zawsze.

Może dlatego lubię czasami kupować ubrania markowe, ale wypatrzone w upatrzonych second handach (są małe sklepiki na uboczach miasta i nie mają nic wspólnego z dużymi sklepami, gdzie rzeczy kupuje się na wagę. Tu wbrew pozorom ceny też nie schodzą poniżej jakiegoś pułapu i nie są traktowane jak "na wagę", ale mam pewność, że rzecz jest oryginalna, no tyle że używana. Ale posiadanie pralki i dostęp do pralni chemicznych jakoś mnie pozbawia problemu).

A zdarzają się perełki naprawdę dobrych marek i w bardzo dobrym stanie. Oryginalne, przeważnie wyprodukowane w państwach Unii. Nie ma to jak kupić bluzkę Jil Sander wyprodukowaną we Włoszech. I wolę to, niż rzecz z popularnej "sieciówki" w podobnej cenie. Mam kompletnego bzika na punkcie materiałów, jakości, szczegółów. Nie chodzi nawet o fanaberię, po prostu lubię się w czymś dobrze, bardzo dobrze czuć, a do tego niezbędny jest świetny materiał i dobry krój. Dlatego albo wybieram coś z cenionych przeze mnie marek (chociaż rzadko, ale kocham zawitać do Simple czy Solara czy S.Olivera), albo z second handu.
Skrajności.
I dotyczy to też biżuterii. I może dlatego nie kupiłabym podróbki prawie Pandory czy "prawie" oryginalnej torebki LV. Czułabym się w tym prawie na pewno tandetnie. Dziwi mnie tylko, że ludziom jednak wystarczy poczucie się "jak w oryginale". No cóż. Co kto lubi. Ja na szczęście dla siebie nie lubię mieć za dużo rzeczy i nie bywam za często w sklepach odzieżowych, bo muszę się w czymś zakochać. Lubię zobaczyć rzecz i mieć do niej "wizję". Wolę kombinować z tym co mam i tylko czasami coś dodać.
Niedawno zamarzyły mi się czerwone, lakierowane szpilki, które będą świetnie wyglądać z czarną sukienką w białe groszki (w stylu lat 60', jest prześliczna, ja w niej się też tak czuję :) i czerwonym szalem. I szukaj wiatru w polu. No nic. Buty to chyba zmora prawie każdej kobiety. Jak i torebki :)
I co najważniejsze, w budowaniu własnego stylu, od wczesnej młodości, wiedziałam że najważniejsze jest wyczucie i wyłapywanie szczegółów pasujących do nas. Najgorsze, co dziewczyny sobie robią, to ślepe gonienie za modą, bez samokrytycznego odniesienia tego do siebie, przez co nie raz robią z siebie obiekt kpin, jak kobieta z dużą nadwagą na wąskiej wysokiej szpice.
We własnym stylu naprawdę powinno się łączyć dwie cechy: dobrze w czymś się czuć i wyglądać. Nie jedno z nich, chociaż, co tu dużo mówić, w zupełnie wolnym czasie sama lubię bezwstydnie luźny styl, który ma być przede wszystkim wygodny.

Wiem też na ten przykład, że moje nogi nie poczują nigdy dwóch fasonów butów: koturn i balerinek. Moje stopy i nogi wyglądają w nich groteskowo. Tak samo jak w dżinsach Levisa. Ale wiem o tym i po prostu ich unikam.

Poza tym lubię mieszać style różnych epok, lat, wyłapywać detale, które są ponadczasowe. Moc klasyki połączona z detalami współczesnymi i trendowymi (jak chociażby kolor) zawsze daje dobre rezultaty i pozostawia bezmiar możliwości łączenia. Czasami wystarczy dopełnić całość jednym szczegółem i wyglądać jak milion dolarów.

Moją osobliwą ciekawostką jest barometr: jeśli jest mi dobrze, to chce mi się bawić z własnym stylem. Jeśli nie, to mam stand-by i kompletne zobojętnienie. Od kilku miesięcy, po 3 latach przerwy wracam do tego z przyjemnością i po wnikliwszym przeanalizowaniu trendów, z półuśmiechem stwierdzam, że w modzie nie zmienia się naprawdę nic. Ciągle są to tylko nowe wariacje "na temat", ale klasyka pozostaje klasyką. I dobrze. Dzięki temu zawsze będzie można szybko wskoczyć w swój nurt.

Najważniejsze, że kwestia własnego stylu nie jest naprawdę efektem posiadania pieniędzy (co często jest kontrargumentem). Jest to największy mit. Wiele kobiet, które określam jako "posiadające własny styl" nie  wychyla się finansowo w najwyższe pułapy. A co zabawne, właśnie brak nieograniczonego źródła pieniędzy pozwala dziewczynom budować naprawdę świetne i indywidualne kompozycje. Czasami pieniądze zabijają fantazję i pozwalają po prostu ubrać się w najnowsze kreacje znanych domów mody, ale właśnie ograniczona kwota pieniędzy pozwala potraktować je jedynie jako inspirację, której efekty bywają bezcenne. Uwielbiam widzieć dziewczyny tworzące własny, indywidualny styl. I jest ich coraz więcej :)

Przeczytany kiedyś wywiad z jedną ze znanych trendseterek (i nie tylko z nią jedną) przypomniał mi, że kreatorzy mody szukają swoich inspiracji na "ulicy". Oni sami czasami tego nie ukrywają. Ale co w tym jest ważniejsze, to oni, znajdując inspirację na ulicy potrafią potem przełożyć ją często na świetny materiał i dopracowany doświadczeniem fason. Symbioza. No i uśmiechnęłam się, gdy przeczytałam, że w tym roku furorę robi warkocz i jego wariacje. Sama nosze je od liceum. W końcu wszedł oficjalnie do trendów. No i dobrze :)

Na marginesie, ciekawe, kto i czym zainspirował twórców kolekcji Pandory do stworzenia galerii nieograniczonych możliwości stworzenia własnej biżuterii... Może po prostu córeczka jednego/jednej z nich bawiąca się cukierkami zawlekanymi na sznureczek? Która dziewczynka tego nie robiła w dzieciństwie? I całkiem możliwe, że te dziecięce skojarzenie pozwoliło Pandorze wykreować światowy hit.
Może, może... :)

Natomiast to przypomniało mi czasy, gdy sama uwielbiałam łączyć różne pierścionki, które stanowiły pamiątki. Dopiero obrączka ślubna spowodowała, że przestałam. Może kiedyś do tego wrócę i niekoniecznie z Pandorą. Pandora jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem bransoletek, a pomysł z kupowaniem poszczególnych charmsów jako pamiątek uważam za strzał w 10. I można to spokojnie potraktować jako inspirację do tworzenia takiej bransoletki z elementów zbieranych/kupionych/otrzymanych. Jako narastającą pamiątkę. Na pewno jest to świetna alternatywa dla przywożenia bibelotów z podróży.

Oby było oryginalnie. A slow life daje ku temu na pewno w pełni zielone światło, bo na co, jak na co, ale na rozwijanie własnej wyobraźni powinniśmy mieć bezmiar czasu.

4.6.11

Dlaczego slow life? cz. 5 - wszystko w swoim czasie

Slow life jest drogą, a nie celem. I to lubię w nim najbardziej.

Jeszcze parę lat temu można było podzielić filozofie życiowe na dwa główne nurty:

1. Praca jest bogiem i celem i sensem. Jedynym. Praca ma być pasją. Wszystko kręci się wokół niej. Życie prywatne było jej przerywnikiem. Praca jest pasją samą w sobie i najważniejszą. Nawet jeśli jest w korporacji (tym lepiej). Życie przebiega w trybie czasu pracy biura. Urlopy i czas wolny są po to, żeby naładować akumulatory do dalszej pracy. I tak dopóki się da. Zupełne zatracenie.

2. Zupełnie przeciwległy - praca służy wyłącznie do zarabiania pieniędzy, które są konieczne dla spraw naprawdę ważnych, czyli życia rodzinnego, na inne hobby. Praca jest koniecznym przerywnikiem w tym co naprawdę ważne. Dlatego jest traktowana od-do. Zrobić swoje i wrócić do życia.

3. i jakiś czas temu pojawił się właśnie slow life. Ta filozofia uczy znajdowania równowagi i zadowolenia na każdym pułapie. We wszystkim co się robi. Za to ją kocham. Wszystko jest ważne, wszystko ma swoje miejsce, wagę, wszystko w swoim czasie. I wszystko takie, jakie nam odpowiada. Ja dzięki temu robię to co lubię. Zawsze. Kocham każde zajęcie, bo się do niczego nie zmuszam. Niczego nie bagatelizuję. Mogę się spełniać we wszystkich możliwych aspektach i rolach jakie sobie tylko wymarzę, wymyślę i realizuję. Zostawiam rzeczy, które nie są dla mnie, które nie pasują do mnie, a które są np. projekcją cudzych oczekiwań. Bez wyrzutów sumienia mówię grzecznie NIE. I zajmuję się tym czym chcę. Owszem, taka filozofia prawdopodobnie nie doprowadzi mnie do milionów dochodów, do wielkiej rodziny, do mistrzostwa w gotowaniu, w znajomości języków, w setkach tysięcy kilometrów podróży, ale jestem bardzo pogodzona z tym, że nie muszę mieć wszystkiego na raz.

Wolę mieć wszystko po trochu, ale w dawkach idealnie dopasowanych do mnie.

Wolę być spełniającym się i cenionym (współ)pracownikiem, fajną żoną, lubianą i kochaną przez wąskie grono przyjaciół, ale też przez pewne grono znajomych. Jestem po prostu szczęśliwa i spełniam się, bo żyję w zgodzie z sobą. Nie mam w sobie frustracji. Robię wszystko na co mam ochotę i uważam za słuszne. Dorosłość w pełnym wymiarze z kroplą zdziecinnienia, którego się nie pozbędę, bo to właśnie od dzieci, na nowo, musimy się uczyć radości z życia chwilą i spontaniczności. Slow life tak naprawdę w dużej mierze sięga do korzeni naszego dzieciństwa, gdy robimy coś w pełnym zatraceniu właśnie tu i teraz i z pełnym zaangażowaniem wyobraźni. Slow life to radość życia w bardzo dojrzałym wydaniu. Kumulacja tego, czego ludzkość uczy się od wieków, a co ma w sobie od zawsze, tylko to zgubiła.  To trzecia i optymalna droga, nie zmuszająca do zaniedbywania  własnych potrzeb, ale też nie zmuszająca do przekraczania granic własnych możliwości. Jedynie ich odkrycie i optymalne angażowanie. Czy może być coś lepszego? ;)