17.6.11

Dystans

Dystans do siebie
Zawsze mnie bawi, gdy słyszę te zdanie.

Nie ma czegoś takiego jak "dystans do siebie". Logicznie rzecz biorąc, nie można być daleko od czegoś, w czym się jest. Błąd logiczny. Natomiast jak najbardziej można mieć dystans do wszystkiego wokół. Do wydarzeń, do słów, do sytuacji. I można wpływać do pewnego stopnia na to, jak to odbieramy. Punktem wyjścia jest nasza własna wrażliwość na świat zewnętrzny i nasze emocje. Nie możemy wpływać na to, ŻE coś czujemy, ale możemy błyskawicznie reagować na to, jak i kiedy reagujemy. Wszystko oczywiście do pewnego stopnia. Ale najważniejsze jest uświadomienie sobie, że mamy wpływ na to, czy coś na nas wpływa. 

Radość, stres, smutek, poczucie szczęścia, obojętność. Emocje. Mamy bardzo duży wpływ, którym z nich się poddajemy i dlaczego.Ważny jest punkt wyjścia.
Najlepszym sposobem na dystans jest przyjęcie do wiadomości, że wszystko co dzieje się na zewnątrz, dzieje się właśnie na zewnątrz nas. Poza jakimiś ekstremalnymi sytuacjami, daje nam wybór zachowania i reakcji. Tzw. brak dystansu oznacza jedynie reakcję emocjonalną na coś, co emocji nie jest przeważnie warte, co ich zupełnie nie wymaga.
Jednak jak to się ma do slow life? Ano ma się tak, że wiele osób uważa, że odpowiedzialność wiąże się nierozerwalnie ze stresem, zagonieniem, frustracją, gonieniem dziesiątek celów i robieniem niezliczonej ilości planów najlepiej na x lat do przodu. To może wykańczać. To może powodować, że (jak się często słyszy) brakuje czasu dla siebie, na to, co faktycznie jest dla nas ważne. Jak często słyszy się slogany "odpocznę na emeryturze" albo lepiej "w trumnie".

Co powoduje ludźmi, że się wykańczają? Strach. Każda sytuacja, w której ucieka się przed konfrontacją z samym sobą, podszyta jest strachem. Chociażby dlatego, że przyglądając się sobie dość krytycznie i z boku można szybko zauważyć własne wady, niedociągnięcia, coś, co wiemy, że zatrzymuje nas w miejscu. I co? No i widząc to, zaczynamy rozumieć, że dobrze byłoby to zmienić, żeby ruszyć do przodu. A tego się łatwo wystraszyć. Przecież tak wygodnie jest szukać wytłumaczenia bezczynności w innych, w otoczeniu, w okolicznościach. Strach przed zrobieniem czegoś z własnym życiem. Więc lepiej nic nie robić i narzekać? :>



Tylko nie zawsze strach jest blokerem - tłumaczeniem lenistwa. Czasami  faktycznie ktoś doskonale wie, czego chce i jak to osiągnąć, ale wewnętrzne blokady i lęki zatrzymują go przed działaniem. I to jest jego jedyny problem. Dobrze. To wówczas najlepiej usiąść i spokojnym miejscu i pomyśleć i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytani: Strach. Tylko przed czym?
- czy strach pomaga zapobiegać wydarzeniom?
- czy strach pomaga rozwiązywać problemy?
- czy strach ma pozytywne działanie?
- czy strach daje pozytywne efekty?
Nie. Na większość pytań odpowiedź brzmi "nie". Więc czemu ludzie się tak boją? Zmian, porażek, nieznanego? Bo tak są nauczeni. Psychologia tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Strach w efekcie końcowym ma swoje źródło w obawie o własne życie. Bardzo dosłownie. Człowiek boi się praktycznie wszystkiego. "Spalę się ze wstydu". "Porażka może zabić". "Zabiję się jak nie wyjdzie". Są to kompletnie abstrakcyjne hasła, których ludzie uwielbiają bardzo dosłownie nadużywać i je sobie powtarzać. Jak się znajdzie czas dla siebie, popatrz się sobie w oczy, to ze śmiechem można spokojnie dojść do wniosku, że strach jest przeważnie absurdalny.

 Porażka? Niepowodzenie? Wstyd? Odpowiedź brzmi "NO I CO Z TEGO?". Trudno. Coś nie wyszło, to wyjdzie następnym razem a może i jeszcze lepiej, bo porażka też czegoś uczy. Gdzie tu powód do strachu? Nie ma go. To znamię naszych czasów, że rzeczy kompletnie nieostateczne blokują na bardzo długo. Uważam się za człowieka sukcesów (co to jest powodzenie, pomyślność, szczęście? Hm. No zależy w czym, ale często to już bardzo, bardzo dużo, jeśli się je ma, a wg mnie ma je KAŻDY, bo każdy może wymienić swoje własne sukcesy. Chociaż nie każdy chce je widzieć i docenić. Jakoś dziwnie modne jest bagatelizowanie własnych osiągnięć przed innymi, chociaż sami możemy być przeszczęśliwi, że to czy tamto się nam udało), chociaż też wiele razy udało mi się przejechać twarzą po chodniku niepowodzenia. No trudno. Następnym razem zrobiłam coś lepiej, inaczej ale jeśli jest ważne, robię to do skutku. Najgorsze co można sobie zrobić to schować się w strachu. Najgorsza jest bezczynność podbudowana obawą przed porażką. Naprawdę nie ma porażki, której nie można przekuć w sukces i nie jest to frazes niepoprawnych optymistów.
Co zrobić ze strachem, podobnie jak ze stresem? Pokonać go. Jeśli coś jest dla nas ważne, to trzeba się zachować jak bohater bajki dla dzieci: iść przed siebie nie oglądając się do tyłu. Nie patrzeć na strach. Na to, czego się boimy. Metod zwalczania strachu i związanego z nim stresu jest wiele.

ŚCIĄGA:
Najszybsze i najprostsze metody zwalczania stresu i strachu:
1. Uświadomić sobie, że to strach i go zbagatelizować. Tak. Dokładnie. Nic więcej. Zająć myśli czymś innym. Albo zadawać sobie pytanie "czego?", "dlaczego?". Ten tok pozwoli dojść do istoty tego, czego się obawiamy. A konfrontacja, nawet w wyobraźni, jest jedną z lepszych metod pozbywania się obaw. Oswajania tematu. Na końcu tych pytań okazuje się, że strach ma wielkie oczy, a źródło stresu jest w gruncie rzeczy mało istotne.
2. Ćwiczenia oddechowe. Chociażby zamieszczone TU  Uregulowanie oddechu w stresowych sytuacjach czyni cuda. Ale dokładnie w trakcie.Nie ma na co czekać, jak czujemy, że zaczyna nas ogarniać panika. Po prostu kilka tak znanych głębokich wdechów i już robi się lepiej
3. Jak się ma czas: sport. Naprawdę doskonale robi szybka przebieżka, jazda na rowerze, gra w tenisa ziemnego, albo joga. Pomagają doskonale na rozluźnienie spiętych mięści i "oczyszczenie umysłu". Nie bez powodu biznesmeni pasjami uprawiają sporty. Oni doskonale znają ich działanie.
4. Wygadanie się zaufanej osobie. To też jedna z bezcennych metod. Ale nie zamęczajmy jej. Przedstawmy problem, poczekajmy na reakcję własną i słuchacza. Porozmawiać. Wygadać się, dla złapania dystansu do sprawy.
5. Osobiście lubię iść się wytańczyć. Zmęczeniem tańcem i głośna muzyka działają na mnie kojąco.
6. I najważniejsze: zamienić strach w ciekawość. W ciekawość tego, co będzie POTEM. Już sama myśl powoduje, że strach staje się mały jak ziarno piasku i zaczyna nas śmieszyć. To jest meritum dystansu.


Każda z tych metod jest skuteczna w większości sytuacji stresowych. Mi pomagają, ale każdy powinien wiedzieć, co działa kojąco na niego. Trzeba się ze stresu i strachu jak najszybciej wyciągać, a nie w nim "taplać". Dlaczego tu o tym piszę? Bo prawie każda zmiana może powodować stres i obawy. Nie mniej, ważne jest to, żebyśmy to my sami inicjowali zmiany w życiu a nie czekali, aż otoczenie wprowadzi je za nas, bo to, że nastąpią, jest tak samo pewne. To jest ten plus brania życie we własne ręce: to my decydujemy co zmieniamy. I takie zmiany,  eliminują stres, pozostawiając za to sporą dawkę pozytywnej adrenaliny. A podwyższony poziom adrenaliny jest w końcu jednym z objawów, tego że się żyje ;)
Nie pozwalajmy innym decydować o nas, albo pozwalajmy w określonym stopniu.  Slow life uczy też między innymi tego. Samodecydowanie jest w zasięgu każdego. Tylko nie każdy tego chce i nie każdy chce w to uwierzyć. No a wiadomo, na wiarę ciężko wpłynąć. U mnie to już po prostu kwestia wiedzy. Ale kiedyś też mi się wydawało, że wszystko działa inaczej. Że ja mogę tylko godzić się na to, co nadchodzi. Dopiero spełniające się marzenia i plany pokazywały mi, jak wielki miałam na to wpływ, chociaż nie byłam tego do końca świadoma :) Lepiej zrozumieć to później, niż wcale. Naprawdę decydujemy o bardzo wielu kwestiach w naszym życiu. Jeśli nie my, to znaczy jedynie, że pozwalamy na to innym. Szkoda życia na marudzenie, narzekanie i czekanie. Metodą małych kroków możemy zmieniać życie w takie, jakie chcemy mieć. Czy ktokolwiek nie chce powiedzieć "kocham swoje życie?". :)

Tylko jak można być zakochanym w takim życiu, które płynie jakby obok, albo na rzeczach, których się nie lubi, które wykonuje się z poczucia obowiązku i zobowiązania? No nie można. Żeby kochać własne życie, trzeba wiedzieć, że mamy na nie wpływ. A jeśli coś nam nie pasuje, to po prostu to zmieńmy. To naprawdę działa. Najlepiej zacząć do tego, czego już dziś nie chcemy i co nas powstrzymuje przed działaniem i zmianą. Pierwszy będzie strach. Pokonując go, wszystko przeważnie zaczyna się samo układać.  Pozytywne myślenie jest kluczowe we wszystkich działaniach.  Pozytywne myślenie nie oznacza entuzjamu, jakby się było na haju, tylko brak nastawienia na "NIE". Nic więcej. A żeby się pozbyć nastawienia na "nie" (bo przecież chcemy zmian? poprawy? nowego?), trzeba przede wszystkim wyeliminować do minimum stres i strach spowodowany zmianami. Owszem, psychologia tłumaczy, że to jest normalna reakcja organizmu, "nikt nie lubi zmian", ale ja się z tym zgadzam tylko do tego miejsca, że nawet jeśli tak jest, to nie znaczy, że trzeba w tym przekonaniu pozostawać. Dlatego za tak ważne uważam jak najkrótsze pozwalanie sobie na odczuwanie strachu, stresu i jak najszybsze przejście do działania, do myślenia nad dalszymi działaniami, żeby ten strach i stres zostawić za sobą, jak w bajce.

Warto podchodzić do sytuacji, jako przejściowych i zmieniać tak długo, aż będzie nam w czymś bardzo, bardzo dobrze. Nie warto godzić się na bylejakość pt "Lepsze to niż żadne", bo takie myślenie zakleszcza w bylejakości. Każdego stać na więcej. Dopóki nie poczuje "to jest to" i dopóki nie przestaje tego czuć. Szkoda czasu na narzekanie, strach i obawę przed zmianą. I nie trzeba być właścicielem wielkiej korporacji, światowej sławy aktorką, pisarzem, ekonomistą, żeby znaleźć swoje miejsce i czuć się po prostu dobrze, we własnym życiu. 
Najdziwniejsze jest to, że bardzo często ludzie doskonale wiedzą, co zrobić, żeby poczuć się lepiej, żeby poprawić swoje życie na takie, jakie chcą mieć. Potrafią o tym nawet godzinami rozmawiać i opowiadać i... z powodu strachu pozostawiają to w sferze marzeń. Czasami to jest nawet fajne (bo nie wszystkie marzenia MAJĄ się spełnić, one są stworzone do podkręcania wyobraźni i niczego więcej), ale jeśli powoduje, że ktoś pozostaje nieszczęśliwy ze swoim życiem, to jest jedynie niepojęte i wymaga wstrząśnięcia. Bez mieszania ;)

Przy tej okazji przypomniała mi się moja walka o prawo jazdy. Głównie walka ze sobą. To był dość trudny proces, bo niewielu rzeczy bałam się tak, jak tego. Ale też niewiele tak bardzo chciałam. Od pierwszej jazdy, do zdanego egzaminu minęły ponad 2 lat, bardzo łatwo znajdowałam sposób wprowadzania przerw między jazdami, a potem egzaminami. To było akurat proste. Podejść do egzaminu było 6. Ostatni zdany. Najgorsze było to, że absurdalnie bardzo chciałam mieć prawo jazdy, a z drugiej strony jeszcze bardziej absurdalnie, uciekałam przed nim. Moja walka z samą sobą i własnym strachem była karkołomna. Z nikim, naprawdę z nikim i o nic nie walczy się tak ciężko jak z samym sobą :) Pamiętam dość dobrze dobrze swój strach przed pierwszymi razami każdego manewru, przed pierwszym wyjazdem na miasto, pierwszymi skrzyżowaniami, ba! przed przerzucaniem biegów (żeby nie popsuć), płakałam nie raz w domu z bezsilności przed własną opornością nauczenia się czegoś, albo przed parkowaniem (które dziś mnie conajwyżej bawi, gdy mam z nim problem). Gdy już pewnie czułam się na jazdach, to znowu się zaczął stres przy egzaminach, które oblewałam w najdurniejsze sposoby, co było podwójnie frustrujące. Jednak nie miałam nigdy pretensji do egzaminatora. Wychodziłam z założenia, że jeśli stres mnie zjada na egzaminie, to nie jestem gotowa do samodzielnego wyjechania na miasto, a to by mogło mieć gorsze konsekwencje. Więc podchodziłam do kolejnych egzaminów, aż na ostatni wyjechałam, jakbym miała prawko od zawsze. Egzaminator też to widział chyba. Po prostu wiedziałam, że w końcu jestem na to gotowa. Dziś, gdy mam prawo jazdy od 3 lat, nie wyobrażam sobie, jak mogłabym żyć bez tego :) Ale istotą tego jest sam fakt, że kazdy ma takie swoje "zdobywanie prawa jazdy". I najważniejsze jest nie poddać się, ale jak najszybciej złapać dystans. Dziś uważam, że tamten stres był niepotrzebny i przesadny. Tak jest często w przypadku każdego ważniejszego dla nas zadania, od którego zależy cała reszta. Najważniejsze jest, nie poddać się temu strachowi, stresowi i nie odwracać się w rozdrapywaniu porażek. Wyciągnięte lekcje są ważne, ale na tym kończymy. Dziś jeżdżąc samochodem nie wspominam, jak nie wiedziałam, na czym polega zawracanie na 3. Dziś to po prostu robię. A jazda samochodem należy do moich ulubionych czynności, chociaż dalej daje mi wiele adrenaliny, to już mnie nie stresuje i pozwala po prostu reagować w trudnych sytuacjach na drodze. Przy czym wiem, że gdybym zdała prawko wcześniej, gdy nie byłabym na to gotowa, to mogłabym mieć z tym duży problem. To najpierw musiało dojrzeć, we własnym tempie, we mnie samej. Dałam sobie do tego prawo i czas na to, ale wiedziałam, że nie odpuszczę.

Pokonywanie własnych obaw jest najlepszym motywatorem do działania. Nawet, jeśli początki bywają trudne. Najważniejsze, nie poddać się zniechęceniu. Nawet w szukaniu, a potem w późniejszych zmianach. Efekty są najfajniejszymi przeżyciami, a poza tym, zamykając jeden cel czy marzenie, możemy przechodzić do kolejnych. Gdybym się kiedyś poddawała przy pierwszych porażkach, dziś pewnie byłabym zupełnie innym człowiekiem. I jak patrzę na moją osobistą listę sukcesów, to nie porównuję jej z innymi. Ja sama jestem z niej dumna. I to mi daje zwykłe poczucie spełniania się w życiu. Naprawdę bezcenne. Aż do czasu, gdy wyruszam po następne :)