4.6.11

Dlaczego slow life? cz. 5 - wszystko w swoim czasie

Slow life jest drogą, a nie celem. I to lubię w nim najbardziej.

Jeszcze parę lat temu można było podzielić filozofie życiowe na dwa główne nurty:

1. Praca jest bogiem i celem i sensem. Jedynym. Praca ma być pasją. Wszystko kręci się wokół niej. Życie prywatne było jej przerywnikiem. Praca jest pasją samą w sobie i najważniejszą. Nawet jeśli jest w korporacji (tym lepiej). Życie przebiega w trybie czasu pracy biura. Urlopy i czas wolny są po to, żeby naładować akumulatory do dalszej pracy. I tak dopóki się da. Zupełne zatracenie.

2. Zupełnie przeciwległy - praca służy wyłącznie do zarabiania pieniędzy, które są konieczne dla spraw naprawdę ważnych, czyli życia rodzinnego, na inne hobby. Praca jest koniecznym przerywnikiem w tym co naprawdę ważne. Dlatego jest traktowana od-do. Zrobić swoje i wrócić do życia.

3. i jakiś czas temu pojawił się właśnie slow life. Ta filozofia uczy znajdowania równowagi i zadowolenia na każdym pułapie. We wszystkim co się robi. Za to ją kocham. Wszystko jest ważne, wszystko ma swoje miejsce, wagę, wszystko w swoim czasie. I wszystko takie, jakie nam odpowiada. Ja dzięki temu robię to co lubię. Zawsze. Kocham każde zajęcie, bo się do niczego nie zmuszam. Niczego nie bagatelizuję. Mogę się spełniać we wszystkich możliwych aspektach i rolach jakie sobie tylko wymarzę, wymyślę i realizuję. Zostawiam rzeczy, które nie są dla mnie, które nie pasują do mnie, a które są np. projekcją cudzych oczekiwań. Bez wyrzutów sumienia mówię grzecznie NIE. I zajmuję się tym czym chcę. Owszem, taka filozofia prawdopodobnie nie doprowadzi mnie do milionów dochodów, do wielkiej rodziny, do mistrzostwa w gotowaniu, w znajomości języków, w setkach tysięcy kilometrów podróży, ale jestem bardzo pogodzona z tym, że nie muszę mieć wszystkiego na raz.

Wolę mieć wszystko po trochu, ale w dawkach idealnie dopasowanych do mnie.

Wolę być spełniającym się i cenionym (współ)pracownikiem, fajną żoną, lubianą i kochaną przez wąskie grono przyjaciół, ale też przez pewne grono znajomych. Jestem po prostu szczęśliwa i spełniam się, bo żyję w zgodzie z sobą. Nie mam w sobie frustracji. Robię wszystko na co mam ochotę i uważam za słuszne. Dorosłość w pełnym wymiarze z kroplą zdziecinnienia, którego się nie pozbędę, bo to właśnie od dzieci, na nowo, musimy się uczyć radości z życia chwilą i spontaniczności. Slow life tak naprawdę w dużej mierze sięga do korzeni naszego dzieciństwa, gdy robimy coś w pełnym zatraceniu właśnie tu i teraz i z pełnym zaangażowaniem wyobraźni. Slow life to radość życia w bardzo dojrzałym wydaniu. Kumulacja tego, czego ludzkość uczy się od wieków, a co ma w sobie od zawsze, tylko to zgubiła.  To trzecia i optymalna droga, nie zmuszająca do zaniedbywania  własnych potrzeb, ale też nie zmuszająca do przekraczania granic własnych możliwości. Jedynie ich odkrycie i optymalne angażowanie. Czy może być coś lepszego? ;)