28.5.12

Prosto w słońce





Sucker Punch. Jedna z moich ulubionych ścieżek i jeden z ulubionych filmów. Co prawda fabuła kręci się wokół odchyleń psychicznych dziewczyny zamkniętej w domu wariatów dzięki kochającemu ojcu, ale to nie zmienia faktu, że film jest świetnie zrobiony i ma doskonałą ścieżkę. Mnóstwo efektów specjalnych, fajna charakteryzacja. Potężna bomba energetyczna. Wracam do niego czasami. Swoją drogą, faktycznie nie wiadomo dokładnie w którym momencie bohaterka wpada w swój świat. A może jeszcze przed rozpoczęciem akcji? 
Co ją od nas różni? Nie jesteśmy zamknięci. Nasze odchylenia od normy mieszczą się w granicach tzw. normy. Psychiatria jest ciężką działką. Na dobrą sprawę z każdego można zrobić wariata. Psychika mogłaby się przed tym bronić na wiele sposobów. Mi się ta bajkowa wizja z Sucker Punch bardzo podoba. Podobny klimat jak u Larssona w "Millenium". 

Mając niewyczerpaną, a przy tym mroczną wyobraźnię, najlepiej być, czuć się artystą. To przesuwa  granice tolerowanej normy prawie do nieskończoności. Jeśli ktoś czegoś nie rozumie, to można zawsze powiedzieć, że nie rozumie sztuki, albo jest niewrażliwy. To podobny zabieg jak obracanie czegoś w żart, obracanie żartu w powagę. Obracanie rzeczywistością i wytworami wyobraźni jak szklanymi kulkami, w których przelewają się zniekształcone obrazy i pokazywanie ich z co rusz innego punktu. Bez tego nie funkcjonowałby żaden malarz, pisarz, twórcy filmów i muzyki, filozofowie, "szaleni" naukowcy. Geniusz ociera się o szaleństwo. Prawie zawsze. Trzeba być szalonym, żeby chcieć wyłamywać się ze schematów, trzeba być artystą, żeby umieć to zrobić, bez posuwania się do zbrodni (w kategoriach prawa). Sztuka daje nieograniczoną ilość sposobów ekspresji. I to jest po prostu piękne. 
Kocham ścieżkę z Sucker Punch. Słucham jej w samochodzie. Jest idealna do jazdy szybkimi trasami. Dodaje skrzydeł. Jedno z niewielu wykonań rocka, które do mnie tak dociera.

I jeszcze jedna perełka, z podobnym efektem, chociaż docierająca do zupełnie innych rejonów percepcji. Czysta erotyka. Słuchając tego kawałka widzę po prostu doskonały seks. Mokry, śliski, ciepły, podrapany, pełen jęku i kilku cierpkich kropli agresji. Przy tym kawałku myślę tylko o jednym. Wyłącznie. Dlatego nie słucham go w samochodzie, bo koncentracja staje się obcym słowem.
Zmrużyć oczy i to poczuć. Więcej nic. 


Jako ludzie mamy strasznego farta, że możemy drażnić zmysły na tak wiele sposobów. A potem wychodzi to z nas, jak kręgi na wodzie od rzuconego kamienia. Im lepszy rzut, tym więcej kręgów.
Trzepoczą nam skrzydła  i wyrzucają w kosmos doznań. Na wiosnę odpływam. Zawsze. Slow life jest tak genialne proste i daje czas na wszystko. Na doznania w pierwszej kolejności.

27.5.12

Emancypacja rodzinna

Pamiętam, że gdy miałam ok. 18 lat powiedziałam mamie, że nauczyła mnie już wszystkiego, a teraz może jedynie patrzeć, co z tego wyszło i poszłam w świat. Mamy świetną, przyjacielską relację, chociaż duża odległość nie pozwala nam się widywać częściej, niż raz w roku. Umiemy z tym żyć. Ona kiedyś też się szybko usamodzielniła. Wsparcie w rodzinie jest ważne, ale nie uznajemy życia z pępowiną przy szyi. W Polsce ten model jest nadal dość popularny. Młodzi i starsi lubią pozostawać długo pod skrzydłami rodziców. Mi osobiście lepiej pasuje model zachodni, gdzie praktycznie po maturze wylatuje się z gniazda. Potrzeba autonomii rodzi się tam bardzo wcześnie i wcześnie jest wdrażana. Pamiętam, że po powrocie do Polski nie potrafiłam poważnie traktować facetów koło trzydziestki, mieszkających nadal z rodzicami. Pseudodorosłość, na miarę podrywu na samochód ojca. Ja zaczęłam w pełni samodzielne życie mając 21 lat. Poczułam przez te lata życie bardzo mocno, ale uwielbiałam to, każdy jeden sukces i siniak jest mój własny i sama sobie na niego zarobiłam. Rodzina była i jest wsparciem, ale ja strasznie chciałam być niezależna. W pełni słowa tego znaczeniu. Udało się. Mam obity, jędrny tyłek, ale bagaż doświadczeń, lekcji, sukcesów i nauczek jest bezcenny. Bardzo cenię sobie młodziutkich ludzi, którzy potrafią po to sięgnąć.

Magiczne słowo - samodzielność. Żyjąc na zachodzie myślałam, że to normalne. Wracając do Polski przekonałam się, że to jednak wcale nie takie oczywiste. Na szczęście, jest takich ludzi sporo. Jestem z nich dumna. Nie szukają wymówek, ale działają. Szukają swojej drogi najszybciej jak to możliwe. Rozumiem to. Pamiętam własną dumę, gdy mogłam się chwalić postępami. Gdy mimo troski rodzina podziwia determinację. Pamiętam słowa mojej śp babci, gdy miałam może 18 lat i odrzuciłam oświadczyny bogatego, ale nie za bardzo w moim typie, amanta "zazdroszczę ci, że masz odwagę robić to, co sama uważasz za słuszne".
No tak. Nigdy nie byłam wygodna kosztem innych. Ślub dla pieniędzy obrażałby wg mnie nas oboje. Miałam i mam straszną potrzebę samodzielności i samowystarczalności. Moja babcia miała szczęście, bo mój dziadek jej się podobał a wiadomo, że 60 lat temu wolność wyboru nie była tak oczywista. Ba, 30 lat temu też niekoniecznie. Dulszczyzna nie jest wcale tak dalekim echem przeszłości. W dzisiejszej powszechności singli, zmian, wielu związków w życiu czy wolnych związków się o tym nie pamięta. 

Wolność wyboru partnera czy stylu życia jest naprawdę dość świeża w Polsce. Moja rodzina, na moje szczęście, nauczyła mnie samodzielności i przekory. Mimo, że dostałam mocne, konserwatywne wychowanie, pełne sztywnych reguł, to pozwolili mi też na samorealizację, na własne wybory, błędy, wyzwania. Nauczyli mnie jednak przede wszystkim odpowiedzialności za własne decyzje. Pokazali, że mają wobec mnie oczekiwania, ale szanowali, gdy się im nie podporządkowałam i wybierałam własne rozwiązania. Szanowali, nie odwracając się ode mnie. Owszem, wiele razy pokazywali swoje niezadowolenie, ale nigdy nie kazali mi wybierać my, albo twoje fanaberie. Gdy mi się powijała noga i stawałam w kropce, to zawsze mogłam na nich liczyć. Chociaż nie chciałam. Chciałam sama załatwiać własne sprawy. Jak najszybciej.
Myślę, że rodzina powinna być wsparciem, ale powinna też wiedzieć, kiedy powiedzieć "radź sobie sama". To przychodziło łatwiej mężczyznom. Oni się cudnie nie rozczulają. Kobiety mają w takich chwilach więcej troski w oczach, chociaż bez tych słów zawsze będzie się szukało wymówek, żeby zostać wiecznym dzieckiem w złym tego słowa znaczeniu. Dla kogoś takiego samodzielność skończy się na nałożeniu sobie obiadu na talerz. Fajnie, ja bym z kimś takim nie chciała być i nigdy nie chciałam. Skrajna niedojrzałość była dla mnie tak samo zniechęcająca, jak podejście faceta "moje pieniądze załatwią wszystko". Związek jest dla mnie po to, żeby z reguły dwoje ludzie połączyło siły i stworzyło team. Bez kompleksów, bez wykorzystywania się wzajemnie, na równych chociaż różnych zasadach. Układy pasożytnicze mnie nie interesowały. Ani w roli pasożyta ani żywiciela. Jeśli jestem samodzielną kobietą to za nic nie chciałam się cofać w związek z nieprzygotowanym do życia facetem, wyjętym spod skrzydeł mamy. Lepiej zostańmy przyjaciółmi. Sama nigdy nie chciałam układu "ja będę leżeć i pachnieć oraz realizować swoje pasje, a ty kochanie na to zarób". Wielu osobom to odpowiada i ok. Mi nie. 
W związku różnie się układa, ale opieranie się na kimś, np. z lenistwa jest dla mnie poza kryteriami rozważania. Nie te czasy. Chociaż wielu facetów z tego powodu cierpi, bo lubi, gdy kobieta jest od nich zależna. Gdy mogą na nią patrzeć i sobie myśleć "jest moja" i to dosłownie.  Emancypacja jest współcześnie wyrażana w swobodzie i samodzielności i poniekąd samowystarczalności. To cudowne, że możemy być z facetem, bo chcemy, bo go kochamy, ale on nie jest nam potrzebny do funkcjonowania. Doskonale damy sobie radę same. I prawdziwy facet o tym wie. To daje razem bardzo dużą dawkę erotyzmu. Jeśli ludzie są ze sobą bo chcą, a nie z zależności (czy jakichkolwiek podtekstów np. materialnych), to to będzie podniecające po końcówki nerwów i to długo. Dzieci zmieniają postać rzeczy i przetasowują zadania, ale to nadal współpraca i współudział oraz wspólne decyzje kto, co i kiedy. Mnóstwo par świetnie daje sobie z tym radę. A wiadomo, ile ludzi tyle podejść. Dopasowanie się z kimś to kwestia cholernego farta. Wiem coś o tym :-)

Wczorajszy Dzień Matki przypomniał mi, że jeśli kiedyś będę miała dziecko, to chciałabym tylko jednego [bez względu na płeć]: żeby dość szybko obudziło się w nim pragnienie, potrzeba samodzielności. Nie ważne czy w pojedynkę czy z kimś. Bardzo chcę, żeby było wolnym ptakiem, który nie chce żyć w klatce. Nieważne jakiej. Niech ma to po mnie i po mężu. Niech będzie samodzielne. Jeśli będę mieć dziecko, a będzie tzw. późne macierzyństwo, to chcę być dumna, że umie dokonywać samodzielnych wyborów, że szybko umie podejmować ryzyko własnych decyzji, prób, szukania na własną rękę. Mam w sobie dużo dzikiego zwierza i mojej mamy: dać dziecku co najlepsze i pozwolić wyjść z gniazda. Powroty, odwiedziny mają zupełnie inny smak. I nadal chce się wtulić w mamę jak za dziecięcych lat. Jakie to jest przyjemne w dorosłym, samodzielnym życiu. PS. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że kobiety w mojej rodzinie są fantastyczne. I kompletnie nieprzewidywalne. Kocham to w nich. Nie tylko ja. Ich faceci też. 

Przypomniałam sobie, że w dzieciństwie mama opowiadała mi codziennie inną bajkę. Nie pozwalałam na powtórzenie wątku, ew. na kontynuację. To musiało być trudne, a zawsze jej wychodziło, jakby cały dzień układała sobie w głowie nową opowieść na wieczór. Potem do opowieści dołączyli moi bracia. Trwało to długo. Do dziś ją za to podziwiam. Książkowe bajki czytałam nam już sama. Jestem jednak przekonana, że dzięki tym codziennie innym historiom nauczyła nas, żeby ciągle szukać czegoś nowego w życiu, że rutyna jest nudna, że codziennie można przeżyć coś innego i czekać z ciekawością, co to będzie. Dzień Matki minął. Wybudzone wspomnienia za chwilę znów przygasną. Takie dni jednak po to są, żeby je przywołać. Z największym rozczuleniem.

20.5.12

Naturalne spa, all for free



Dziś leżałam na gołym piasku, bez koca czy ręcznika. I było mi tak cudownie dobrze. Prawie pusta plaża, piasek pod skórą, trzymając głowę na nim wsłuchałam się w szum morza. Z tej pozycji brzmiał zupełnie inaczej. Pod plecami grzał mnie piasek. Czułam się nim masowana. Plecy, a potem całe ciało się cudownie odprężyło. Stan idealny. Prawie zasnęłam.
Odwróciłam się na brzuch i zaczęłam głaskać plażę. Piasek przesypywał się pieszczotliwie między palcami, mruczał cicho, ziarenka lśniły w słońcu drobinkami bursztynu. Pełna symbioza. Wystarczy godzina.
Popatrzyłam na boki i pomyślałam, że ludzie po prostu się kładą i opalają myśląc nad różnymi sprawami, albo zasypiając, nie zauważają, że są w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Plaża w Sobieszewie, czysta, szeroka, nieprzedeptana (jeszcze), aż prosi się o skupienie na niej uwagi. Daje coś zupełnie bezcennego, czego nie da się opisać, a można poczuć. Wystarczy chcieć. Wsłuchując się w nią jest nam tak czule oddana, odczuwa się spokój, którego nie da żadne spa. Relaks, muzyka morza, masaż piasku, ciepło słońca. Wystarczy się położyć i temu poddać, wyłączając myśli. 


19.5.12

Hurts, idealny program do prania emocji




Jeden z najlepszych kawałków ostatnich lat. Nic mnie tak mocno i pozytywnie nie nastraja, jak właśnie Wonderful  life. Jak mam gorszy nastrój włączam go w samochodzie i drę się czasami uśmiechając się przez łzy. Gdy dojeżdżam do celu jestem już nowym, świeżo wypranym człowiekiem. Emocje, jak to emocje, lubią to. 
On a bridge across the Severn on a Saturday night, Susie meets the man of her dreams. He says that he got in trouble and if she doesn't mind,he doesn't want the company. But there's something in the air, they share a look in silence, and everything is understood. And Susie grabs her man and puts a grip on his hand as the rain puts a tear in his eye. She says:"Don't let it goNever give up, It's such a wonderful lifeDon't let it goNever give up, It's such a wonderful life". Driving through the city to the Temple Station, he cries into the leather seat and Susie knows her baby was a family man, But the world has got him down on his knees So she throws him at the wall, her kisses burn like fire, And suddenly he starts to believe. And he takes her in his arms and he doesn't know why,But he thinks that he begins to see.She says "Don't let it goNever give up, It's such a wonderful life Don't let it goNever give up, It's such a wonderful lifeDon't let it goNever give up, It's such a wonderful lifeDon't let it goNever give up, It's such a wonderful life"She says: "Don't let it goNever give up, Don't let it goNever give up, It's such a wonderful life"Wonderful life, Wonderful life, Wonderful, Wonderful, Wonderful life Wonderful life, Wonderful life, Wonderful, Wonderful, Wonderful lifeDon't let it goDon't let it go". 
Tekst skopiowany bez edycji, ale czytanie go ciągiem lepiej mi pasuje. 

Powyższy klip jest dość specyficzny i rozpoznawalny, dlatego szukając go dziś trochę się obśmiałam znajdując klip, który składany był chyba tego samego dnia. Układ od początku wydaje się uniwersalny, więc czemu go nie wykorzystywać. Dziewczyny wprost gotowe do kopiowania :-) 

 

18.5.12

Check in

Kolejność alfabetyczna. Blogi tematyczne, lifestylowe i nietuzinkowe:


http://arturandrus.bloog.pl/  Artur Andrus
http://czasgentlemanow.pl/ Nie mija nigdy
http://chojnowski.blogspot.com/ lubię jego recenzje
http://domwtoskanii.blox.pl/html Tak, chcę
http://www.extravaganzi.com/  Moja wyspa próżności
http://filozofy.blox.pl/html  Filozofia inaczej
http://fotoblogia.pl/  Wszystko o fotografii
http://gadzinowski.pl/ Gadzinowski i wszystko jasne
http://grajansona.blogspot.com/ Janson po(d)rywa

http://jakoszczedzacpieniadze.pl/  Michał jest fajnym facetem i ma głowę do pieniędzy
http://jesienneurodziny.blogspot.com/  Agnieszka - okiem kobiety i mamy 
http://karolina-e-motions.blogspot.com  Karolina, od zawsze

http://kominek.es/   Kominek, najbardziej charyzmatyczny mężczyzna internetu
http://krajski.wordpress.com/  savoir vivre. Nigdy dość.
http://www.lalla.pl/  moja ulubiona blogująca podróżniczka
http://www.luxlux.pl/   znowu luksus
http://www.macademiangirl.com/   dla niej istnieje moda i haute couture
http://www.makelifeeasier.pl/   pewne dziewczyny z Sopotu 
http://macmroz.blogspot.com/  brat (nie mój) w podróży
http://mojatrawa.pl/  moja ukochana Ola, również z Gdańska
http://natemat.pl/   tu zostaję czasami na dłużej 
http://networkeddigital.com/  Dominik Kaznowski
http://www.nishka.pl/  Nishka, takiej matki mogę życzyć wszystkim nastoletnim dzieciom
http://nowaalchemia.blogspot.com/   chemik
http://pasjavspraca.com/   takich facetów lubię
http://www.prostyblog.com/  minimalistka w praktyce
http://samcik.blox.pl/html zna się na finansach
http://www.slowlovelife.com/  czysty slow 
http://wtramwaju.blox.pl/html jedyna feministka w moim życiu, kocham ją inaczej 
http://www.wolnyrower.com.pl/  przez niego zachciało mi się jeździć na rowerze.
http://www.zombiesamurai.pl/  młode pokolenie w najlepszej odsło(w)nie

oraz:

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/2011/04/okoo-zawodowo.html

http://gdanskpoludnie.pl/ blog o "mojej" części Gdańska

Inne moje strony: 

MiM - część mnie, z humorem. Tu można znaleźć moje inne, serdeczne polecenia, odsyłam tam, żeby się nie powtarzać.

Nieczynne: 
Cobyeta  podróż do przeszłości, przed slow life. Mądrze. 
http://slowlife.blox.pl/html   wcześniej

17.5.12

Co się dzieje zanim się wydarzy


Generalnie nie dzieje się nic, bo upada tylko jakiś mały kawałeczek tego, co określamy światem. Niemniej, niejednokrotnie daje się zauważyć znany "Efekt motyla". Dopiero w takich chwilach widać skutki powiązań i zależności. Piękna pajęczyna. Jeden z lepszych filmów ubiegłego roku: "Chciwość".
Z gęsią skórką ogląda się ten obraz. Kreacja naprawdę robi wrażenie. Od początku do końca. Genialna Demi Moore, momentami wszystko w nas zamiera, momentami krzyczy, momentami opadają ręce, oczy robią się wielkie z niedowierzania. No to jest tzw. dobry film. Oczywiście twardziele cynicy ziewną, ale to jest typ, który mało czym się porusza, a poza tym, to już moja zupełna interpretacja, oni nie rozumieją tego, dlatego ziewają. To ten sam mechanizm, przy którym zasypia dziecko, któremu czyta się "Pana Tadeusza". Swoją drogą, każdy ma takie obszary, przy których zasypia, albo się nudzi, ale ja nie o tym chciałam... Film jest dobry.

Truizm - życie pisze najlepsze scenariusze. 

Dziwi mnie, że do dziś nie powstał scenariusz oparty na jednej z najlepszych historii naszej giełdy - Wrogie przejęcie W. Kruka. Śledziłam tę historię z wielkim zainteresowaniem parę lat temu, gdy pojawiały się tu i ówdzie wywiady z uczestnikami (głównie z p. Krukiem i p. Bauerem). Rysował się niesamowity obraz.  Ukazywane emocje, plany, wizje, zderzane punkty widzenia były wyśmienitym obrazem. Niestety minus był taki, że wszystko kończyło się na pojedynczych wywiadach i krótkich notkach prasowych. Nie miałam sama ani czasu ani specjalnie ochoty tego zbierać. Dopiero ubiegłoroczna "Chciwość" uświadomiła mi, że z historii przejęcia W. Kruka mógłby wyjść naprawdę wciągający film o pomysłach Bauera, emocjach Kruka, reakcjach osób powiązanych, obawach, pożądaniu stworzenia imperium, dzikich wizjach, zaskoczeniu, skuteczności, przebiegu samego przejęcia i późniejszych działań. Z końcówką nawiązującą do dzisiejszych czasów, gdy wszyscy mówią, że rodzina Kruk nie powiedziała ostatniego słowa. A może jednak lepiej pozostawić niedomówienie? Och, wariantów jest wiele. Może to być coś zupełnie zaskakującego, ale nie musi. Przewidywalność końca nie zawsze jest ważna, bo są przecież filmy, w których ten koniec od początku jest znany. Nie w tym jest clou.

Czasami się zastanawiam, jak można do takich sytuacji dopuścić (wypuścić firmę na giełdę, ale jednocześnie nie zabezpieczyć jej przed wrogim przejęciem), ale przy moim pojęciu o decyzjach i działaniach giełdowych jest to dość tępe pytanie, wynikające z mojej niewiedzy na temat giełdy i budowania imperium. Czytając z zaskoczeniem historie, wywiady, materiały na temat zarówno z punktu widzenia W.Kruka jak i Vistuli, kiwałam tylko głową z podziwem - szacunek Panowie,  takiego scenariusza nie da się wymyślić, to musiało się wydarzyć.
Istotniejsze z mojego punktu widzenia - jako widza - jest fakt subiektywny, że stoi za tym świetna historia pod film. Emocje, duże pieniądze, pomysł, dreszczyk i adrenalina. Jestem przekonana, że mamy w kraju wiele takich historii, w różnych dziedzinach, niektóre mogły trwać latami, niektóre godzinę, ale warte są pokazania, opisania (w przypadku dobrej książki) i to pewnie prawie każdego dnia. Jako obserwator i umiarkowana miłośniczka kina, czekam z utęsknieniem na dobry film polski, który będzie mógł zainteresować świat. Film, który w całym świecie będzie zrozumiały, bez patosu, bez grzebania ciągle w przed- i wojennych okresach historycznych, budujący napięcie, wstrzykujący dawkę jakiegoś obłędu błyskawicznych pomysłów i szalonych decyzji. Książka o tym też może być dobra.

Niektóre wydarzenia na świecie kreują hity, zbieraczy nagród i dają świetnym aktorom pole do popisu. Mogę tylko życzyć tego naszemu kinu. Amerykanie mogliby nam spokojnie dać za tę historię, dobrze pokazaną, Oskara. Ja bym ich zrozumiała :-)

PS. Między nami, myślę, że na ten film jest jeszcze za wcześnie? A może jeszcze z kilka lat, żeby się podziało z tym więcej? A może nie? Może za parę lat po prostu życie napisałoby cz. 2? A kto to wie?  


Kilka pojedynczych materiałów: 
2008 Money.pl (za PAP)
10.2009 POLITYKA
12.2010 „Przedsiębiorczość i zarządzanie firmą” Jana Targalskiego i Anny Francik (red. nauk.) (Wydawnictwo C.H. Beck, 2009)
2012 Rafał Bauer- czyli z drugiej strony zwierciadła.
2012 http://wiadomosci.stockwatch.pl/rozlam-w-vistuli-wojciech-kruk-chce-odkupic-swoja-spolke-jubilerska,akcje,21283

Dar pierwszeństwa - sztuka

1956 Salvador Dali - Szklanka z winem i łódź

1954 Salvador Dali - dezintegracja uporczywości pamięci
1956 Salvador Dali - Ożywiona martwa natura
Salvador  Dali. Mój ulubiony artysta. Specjalnie nie wrzucam jego najbardziej znanych i rozpoznawalnych obrazów typu "Płonące żyrafy" czy "Róży medytacyjnej".

Dali jest moją największą inspiracją i autorytetem wśród artystów. Talent to jedno, mają go miliony, Dali potrafił go wykorzystywać to tego, co robią artyści, tego, co ich definiuje, daje im immunitet i pewną bezkarność: przedstawianie świata swoimi oczami. Wybitnie indywidualnie, bez odtwórczości, kopiowania, powielania. Artyści usprawiedliwieni są z pewnej dozy pozornego szaleństwa. Podniecający z powodu braku granic, barier, żyjący poza rzeczywistością, ale doskonale ją obrazujący, pokazujący na własny sposób. Potrafiący odnieść się kreatywnie do każdej dziedziny życia. Kreatywnie, czyli nie płytko krytycznie, czy pozytywnie. Na swój sposób. Na tym polega geniusz, dlatego jest tak rzadki. Dlatego tak ciężko spotkać osoby, o których nie pomyśli się  "to już było". Świat artystów rządzi się swoimi prawami. Gdyby tak nie było, płynęliby z nurtem, jak wszyscy. Wyłącznie traktując świat z własnej, może i dla innych szalonej perspektywy, można zobaczyć coś innego. W naszych czasach pewnie też gdzieś funkcjonują takie osoby. 
Im się dłużej żyje, im więcej widzi, wie, poznaje, tym trudniej nie mieć refleksji "to już było". Magia życia polega na niepoddawaniu się i wierze, że się nadal będzie spotykało, widziało, przeżywało coś nowego. Że samemu będzie się patrzyło na świat przez WŁASNY pryzmat. Nie trzeba być artystą w potocznym tego słowa znaczeniu, wystarczy umieć czasami zadziwić. Chociażby perspektywą z jakiej się na coś patrzy. 

13.5.12

Eksplozja SLOW

Gdy w kwietniu 2011r. zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem o slow life - wspomnienie, nie było na rynku wydawniczym praktycznie żadnego magazynu, który obszernie a nie epizodycznie poruszałby tematykę slow life. Bardzo mi tego brakowało. Około roku temu nabyłam jeden numer nowego magazynu "Slow life", z czystej ciekawości. Nie napisałam o tym, bo moje rozczarowanie magazynem kazało mi o tym przeżyciu szybko zapomnieć. Magazyn ten okazał się kolejnym magazynem reklamą. Wplecione pojedyncze wywiady i reportaże nie wciągnęły mnie. Rozczarowało mnie, że powstaje kolejny magazyn kierowany do osób bardziej zamożnych niż przeciętni Polacy (w pozytywnym rozumieniu, jako większość). Marzył mi się natomiast magazyn pokazujący slow life jako ideę dostępną dla przeciętnych ludzi, jako filozofię dla świadomego, dojrzałego (co nie znaczy "starego", bo niektórzy osiągają pewną dojrzałość już w wieku nastu lat, niektórzy nigdy) odbiorcy, zmęczonego natłokiem i bylejakością informacji i tematów. Wnoszący  pozytywny nastrój, niosący w sobie optymizm, mądrość, doświadczenia i przemyślenia innych, a zarazem wewnętrzny spokój, które daje slow life. Nic takiego nie znalazłam. Czytanie poszczególnych stron zmęczyło mnie i zniechęciło. Nie kupiłam go nigdy więcej. Magazyn o slow life powinien mieć misję, nakreślony cel, jak każde przedsięwzięcie. Ten zdawał się krzyczeć: mamy świetnych sponsorów i reklamodawców, reszta to wypełnienie  miejsca. Właściwie na rynku czasopism taką politykę zdaje się mieć większość magazynów. Mnie osobiście spadek sprzedaży nie dziwi. Żebym kupiła drukowaną gazetę, muszę mieć pewność, że nie stracę z nią czasu, pieniędzy też. Treści mają coś wnieść do mojego życia. Najlepiej coś nowego. Tak, wiem, niewiele tytułów to dziś oferuje. Wspomniany "Slow life" chyba zniknął z rynku. 

Dziś zaszłam do Inmedio po "Coaching". Kwartalnik, który kupuję od początku istnienia. Kopalnia inspiracji i ciekawostek, jeśli kogoś interesuje ta tematyka. Dużym plusem jest już sam fakt, że to kwartalnik. Dawkuję go sobie przez 3 m-ce.  Nie lubię go pospiesznie kartkować. Jest wart uwagi :-)

W  oczy rzuciły mi się jednak jeszcze 2 czy 3 tytuły około life stylowe. Pierwszy, który przykuł moją uwagę, to "Slow", który nie ma chyba jeszcze swojej strony w internecie i na razie znalazłam tylko tyle: Link. Zobaczymy. Na razie spodobał mi się sam format wydania. Magazyn jest ładny i dopracowany graficznie. O zawartości nie powiem nic, bo się jeszcze nie skusiłam. Mam górę gazet, którą trzymam od miesięcy chyba trzech i nie mogę jej przeczytać, bo zatonęłam w kilku książkach a obiecałam sobie, że poza "Coachingiem" nie kupię ani pół gazety, dopóki ta góra nie zniknie z kanapy. No więc sobie poczekam. "Slow"  wydaje się być ciekawy i oryginalny. Zarówno w świecie magazynów, jak i w świecie slow life. Jeśli ktoś trafi na tę notkę, a czytał "Slow" to proszę o recenzję. 
Ważne jest dla mnie, że już same szczegóły graficzne są dopracowane. Prosto, stylowo, ze smakiem, bez przesady i szału kolorów. Dobór papieru też do mnie przemawia:

źródło: internet

źródło: internet

Cieszę się, że rynek się nie poddaje, bo dla mnie książki i gazety w formie papierowej pozostaną numerem 1. Cenię wydania elektroniczne, ale ostatnie doświadczenia przekonały mnie, że zabijają coś, co w moim świecie jest ważne: możliwość oddania gazety lub pożyczenia tudzież podarowania książki np. z okazji urodzin, z odręczną dedykacją. Wiele książek sama dostałam i są dla mnie bezcenne (Pozdrawiam M. dzięki której mam imienną dedykację Małgorzaty Kalicińskiej, której książki pomogły mi kiedyś przetrwać pobyt w szpitalach).
Wiele moich znajomości opiera się m.in.  na tym, że pożyczamy sobie lub oddajemy przeczytane książki lub gazety. Wersja elektroniczna to zabija. Bezszelestnie. No jak dać komuś elektroniczną książkę w prezencie? Jak stworzyć klimat? Jaką to będzie miało wartość za 10 lat? Otworzyć plik? Nie przemawia to do mnie.
Dlatego wersje papierowe nigdy nie wyjdą dla mnie z użytku. Cieszy mnie, że pojawiają się nowe tytuły, nowe myśli i misje. Pojedyncze babole będą się pewnie pojawiać i nigdy nic nie trafi w 100% w gustu czytelnika, ale niech będzie chociaż 80% w dobrym, trafiającym tonie i to wystarczy.
Kiepskie materiały i pomysły niech znikają wypierane prawem popytu. Tak jest dobrze. W końcu sięgnę po "Slow" i sama zdecyduję, gdzie u mnie trafi. Mam nadzieję, że utrzyma się na rynku do tego czasu i że jest wart mojej ciekawości :-) Na dziś i tak dobrze, że się pojawił. Chociażby właśnie za szatę graficzną i samo wydanie, bo tyle dziś zdołałam ocenić.
Czekam na magazyn, który będzie ciekawie i interesująco promował slow life. Może to "Slow"?

10.5.12

Otwarcie sezonu

Są lody i lody.
Z okazji otwarcia sezonu spontanicznie wybrałam się z mężem do jednej z najlepszych cukierni w Trójmieście. Znam 2 miejsca, gdzie lody są robione, tradycyjnie, tylko w tych cukierniach: "Mariola" (ja uznaję tylko tę w Gdyni Redłowie przy hotelu Nadmorskim) oraz mała lodziarnia, która pamięta głębokie czasy PRL: "Eskimos" w Gdańsku-Wrzeszczu przy rynku.

Tylko w tych dwóch miejscach można zjeść jeszcze najprawdziwsze lody. Przepyszne.

Nie mam nic do lodów "markowych", bo przecież nie można przez cały sezon śmigać na lody, które kosztują, bądź co bądź, krocie, ale dla nas jest tradycją otwarcie i zamknięcie sezonu właśnie wizytą w "Marioli" w Gdyni Redłowie. 

Lody w cukierni "Mariola" w Gdyni


Potem jeszcze spacer po gdyńskim deptaku, łyk jodu, powietrza, rozkoszowanie się widokiem,  terenem, zanim nadciągną turyści (którym współczuję tłoku, w jakim spędzają nad morzem lato, chociaż  właściwie, jak się jest turystą, to ma to inny smak i sama będąc turystką lubię miejscowe tłumy będąc daleko), ale przed sezonem można się przejść prawie pustym deptakiem i plażą:

Gdynia Redłowo
łabędzie się ładnie witają :)

Ale przypomniałam sobie o butach na zmianę. Spacerowanie na obcasach jest jednak ograniczoną przyjemnością. Jedynie spontan rozgrzesza przed tym błędem, co nie zmienia faktu, że pora znowu wrzucić do bagażnika buty sportowe :-)

Gdynia Redłowo

Przy okazji, Gdynia ma jedne z bardziej klimatycznych willi. Nawiązanie do morza, statków widać nawet w architekturze:

Gdynia Redłowo
 (pomijam antenę satelitarną i udaję, że jej nie widzę ;-)

Wracając do lodów. Jeśli ktoś planuje przyjazd do Trójmiasta, albo nie zna go dobrze, to są to obowiązkowe adresy, jeśli chodzi o lody, a spacer gdyńskim deptakiem jest niemniej przyjemny niż legendarnym molo w Sopocie. 

No to sezon uważam za otwarty :-) 

9.5.12

To tylko pasja

Strasznie długo nie mogłam znaleźć czegoś, co by mnie sobą na dłużej zajęło. Z jednej strony mam straszną potrzebę zaangażowania, z drugiej straszną łatwość nudzenia się. Ja się szybko zakochuję, a po chwili o tym zapominam. Tak miałam z malowaniem, rzeźbą, szydełkowaniem, haftem, robieniem biżuterii, fotografią, hodowaniem kwiatów, jogą, tańcem klasycznym i pewnie wieloma czynnościami, których już nawet nie pamiętam. Kochałam to maksymalnie miesiąc, a potem o tym zapominałam. 

Ponad 9 miesięcy temu poszłam do  centrum sportu, bo chciałam zapisać się na jogę. Jogi nie było (weszła później, byłam raz, zakochałam się i zapomniałam chodzić. Teraz znowu ją wycofali). Zobaczyłam za to zajęcia z salsy. Z wrodzonej ciekawości się zapisałam. 

W maju mija 9 miesięcy. Dobra, kilka razy opuściłam, bo wyjeżdżałam, ale poza tym chodzę systematycznie (generalnie obce dla mnie słowo). W długi majowy weekend wróciłam znad jeziora, po to, żeby być na salsie. Dziś tańcząc na kolejnych zajęciach zdałam sobie sprawę, ile salsa zaczęła dla mnie znaczyć. Jak dobra już w niej jestem, nie zauważyłam tak naprawdę, że w mig łapię układ, że moja kondycja jest o niebo lepsza, niż na początku, że salsa nauczyła mnie ignorować pomyłki i błyskawicznie wbijać się w układ, że ciało stało się elastyczne jak za nastoletnich czasów, że ja po prostu tańczę i to świetnie :-)
Tak, wiem, że to skrajnie próżna notka. Zasłużyłam na nią. Najdziwniejsze, że nie zauważyłam, kiedy to się  tak rozwinęło. Czekam na środy i na tę krótką godzinę salsy. I strasznie, ale to strasznie to kocham. To jest coś, czego szukałam od lat. Coś co mnie wciąga w niezauważalny sposób i trwa już tak długo. Jak na mnie. Pewnie kiedyś przestanę i to jak zwykle przeoczę, ale chwytam te poczucie, gdy właśnie trwa. Mam pasję. Poza pracą, poza miłością, poza blogowaniem, mam coś co mnie tak bardzo pochłania. Gdy tańczę tak cudnie czuję, że żyję. Ten ruch, ta muzyka, tańczę i się uśmiecham zawadiacko. Tak, jestem w tym świetna i cudnie mi z tym :-)

Każdemu życzę takiej pasji. A może i większej. To kwintesencja życia. Robić coś, co pochłania w całości, ale nie zasysa życia. Trzeba dać sobie czas na zalezienie tego. co jednak i tak mnie zaskakuje, to fakt, że pasja jak wszystko inne, od miłości począwszy przychodzi często jakoś bez zapowiedzi i po czasie się orientujemy, że jest.


No to ciało w ruch:




8.5.12

Pochrupmy

Każdy ma jakiegoś fioła (bo tego inaczej nazwać nie można). Jedni na punkcie słodyczy, inni na punkcie jakiegoś mięsa, jeszcze inni na punkcie Coli, czy kawy albo chipsów. Też mam. 
My love is Rzodkiewka. 



Ponieważ zaczął się sezon i rzodkiewki stały się znów łatwo dostępne, warto o nich przypomnieć. Nowalijki są pyszne. To jasne. Wszelkie sałatki zaczynają swoje królowanie. W upalne dni są lepsze niż jakieś gotowane dania. Dobra sałatka, lampka wina i to by było tyle w temacie przekąsek. 

Ja mam jednak kompletnego hopla. Jem rzodkiewki od paru lat praktycznie codziennie. Przez cały rok. Jesienią i zimą czasami jeżdżę po całym mieście, żeby dostać pęczek rzodkiewek. A do tego nie byle jakich, bo nie wezmę tych w woreczku. Mają być z listkami. Świeże i ładne. Teraz zaczyna się rzodkiewkowy raj. 

Przekora mojego hopla polega na tym, że w pełni rzodkiewkowego sezonu znacznie ograniczam ich spożycie. Jeszcze dziś się cieszę wybierając na targu piękne pęczki. Czasami się zastanawiam, co za tym stoi, ale nie mam jeszcze odpowiedzi. No jedni lubią Colę ja lubię rzodkiewki. 

Kiedyś jedna z koleżanek spojrzała na mnie z politowaniem "jak ty możesz je jeść? One śmierdzą". Nie wiedziałam o co jej chodzi. Przekonałam się dopiero niedawno. Nie wąchałam wcześniej rzodkiewek przy zakupie. Okazuje się, że to dobry nawyk, ponieważ niektórzy hodowcy stosują chyba normalny obornik do ich uprawy. Niedawno trafiłam na taki pęczek, na jaki musiała trafić moja koleżanka. On po prostu śmierdział. Wyrzuciłam całość po powąchaniu pierwszej wymytej rzodkiewki. Więc taka dobra rada - kupując nowalijki, zwłaszcza rzodkiewki - po prostu je wąchajmy. Jak na moje oko, te z wielkich upraw są po prostu bez zapachu (ogórki, pomidory, właśnie rzodkiewki, szczypior, sałata). Niebywałe, jak bardzo mogą być bezzapachowe. A przecież to oczywiste, że te porządnie uprawiane pachną tym czym powinny. I takich szukajmy. Zimą nie mamy zbyt dużego wyboru, ale teraz mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, więc wyciągajmy ją po produkty najlepszej jakości i najświeższe.

Przy okazji i z ciekawości sprawdziłam, co kryje w sobie rzodkiewka i znalazłam na szybko ten materiał . To wiele tłumaczy. One są po prostu zdrowe. Chociaż dla mnie są pyszne i zastępują mi np. chipsy. Wolę skroić sobie kilka rzodkiewek i je powoli chrupać (bo dobre i świeże chrupią. Przecież :-) 
Rozpoczął się sezon na wszystko co najsmaczniejsze, czy to danie główne, czy dodatek. Niech jeszcze zaczną się upały. 

Składniki na szybką sałatkę kolacyjną 
 
Sałata lodowa, ogórek (długi), rzodkiewki, ser feta, pomidor 
i składniki na dressing: oliwka z oliwek, sok z cytryny, sól, pieprz, szczypior
(nie podaję ilości, bo proporcje każdy może sobie dobierać wg upodobania) 

albo coś bardziej sycącego - sałatka z łososiem i oliwkami 

sałata lodowa, ogórek (długi), pomidor, oliwki, wędzony łosoś (ok 100g). 
Dressing: oliwa z oliwek, kilka kropli octu balsamicznego, łyżeczka musztardy (może być dijon), koperek (świeży), 1 łyżeczka cukru, sól

PS. chyba wszyscy lubią chrupać też same ogórki gruntowe? Wystarczy że kilka obiorę, pokroję na podłużne ćwiartki i posolę i za chwilę ich nie ma. Niby nikt nie je, a sięga każdy, kto jest w pobliżu :-) 

Świeże warzywa są dla mnie - poza temperaturą i ogólnym chill outem - głównym atutem wiosny i lata i chyba za nimi najbardziej tęsknię zimą, zwłaszcza, gdy poluję po mieście za rzodkiewkami, które siłą rzeczy nie mają w sobie smaku wiosny. Na to, co mogę smakować teraz, warto czekać cały rok :-)

5.5.12

Dreszcze przyszłości

Uwaga, będzie odkrywczo. Jestem typem słuchacza. O ile ktoś mnie zainteresuje swoją opowieścią. Jestem słuchaczem idealnym. Jak się wciągnę, zadaję miliony pytań, dopytuję, drążę, gdy widzę potrzebę, ale głównie uwielbiam słuchać. Fascynują mnie ludzie. Ich widzenie świata. Raczej z założenia, ale nie jest to zasadą, która pasuje do wszystkich. Lubię ludzi opowiadający historie, mówiących z pasją o czymkolwiek. Wiem, że teraz to jest modne i każdy nawija z pasją o wszystkim, co zabija tak naprawdę faktyczną ciekawość, bo ludzie nie zauważają, gdy zaczynają powtarzać utarte slogany. Większość szybko się szufladkuje. Sama. Jedni są za, inni przeciw. Albo odwrotnie. Wszystko już było. Szybko wyłapuję sztuczność. I mnie to nudzi. I uciekam. Po angielsku.

Każdy ma własną sensualność (no wiem :-) moja jest taka jakaś kapryśna. Nudzi mnie sztuczna oryginalność, kopiowanie, naśladownictwo. Czyli wiele. Ale czasami zdarza się, że słuchając kogoś zatrzymuje się czas, stygnie kawa, a ja słucham. 

Wierzę w ludzi i życzę im dobrze, ale patrząc wstecz widzę też dziesiątki twarzy ludzi, którzy nie zrobili z życiem nic. Zostali na etapie marzeń, które się z czasem zakurzyły i wygasła pasja. Owszem, to jest też swego rodzaju kategoria marzeń, które są "na chwilę", ale jednak są takie, które idą z nami całe życie i przypominamy sobie o nich dlatego, że są niezrealizowane, jak moja podróż koleją Transsyberyjską , na którą dziś po prostu nie mam środków. Są jednak marzenia, realizacja których wymaga po prostu pieniędzy, a są takie, których realizacja determinuje życie.

Ja dalej nie wiem kim będę, gdy dorosnę, ale na razie jest mi dobrze tak jak jest, a jest dobrze patrząc na wtedy i dziś ;-) Jak byłam nastolatką miałam być aktorką (pięknie recytowałam wiersze -dziś jestem aktorką w życiu, ale nie chciałabym być osobą publiczną) albo pisarką (pani od polskiego mnie kochała -bloguję w wolnych chwilach, może być pani profesor?), miałam pójść na politechnikę (pan od matematyki mi to wróżył - pracuję w świecie elektroniki), miałam zostać malarką, więc chociaż ASP (o czym marzyła moja nauczycielka sztuki - o, tu się doskonale realizuję urządzając mieszkanie), miałam być baletnicą (czego chciałam jako mała dziewczynka) i występować w zespołach (bo świetnie mi szło w dziecięcym zespole tańca - kocham salsę! ) i w chórze szkolnym (na szczęście dla świata - nie śpiewam ;-), miałam być psychologiem, ale jakoś po maturze życie mi samej odjechało i przeczytałam tony książek psychologicznych, żeby wróciło (nic się nie zmieniło - uwielbiam słuchać i pomagam układać myśli przyjaciołom, a do tego moją pasją jest psychologia sprzedaży i budowania relacji), miałam być przysięgłym tłumaczem (ale tłumaczenie cudzych słów i myśli jakoś mnie nie wciągnęło, w szczególności przez rutynę np. umów czy pism - pracuję z obcokrajowcami całe życie, to wystarczy). Miałam wszystkie talenty. W zarodku. I to było niefajne, bo końcem końców nie potrafiłam zdecydować, jak je wykorzystać na raz. Za dużo możliwości jest tak samo złe jak brak. To jak z powodzeniem - można mieć powodzenie u wielu facetów, których klasyfikujemy jako "przyjaciół" i żadnego szczególnie, można też nie mieć zupełnie powodzenia u nikogo. I to i to jest średnio ułatwiające życie :-)
W życiu pracowałam w bardzo wielu firmach i na różnych stanowiskach, od sekretarki po menadżera z podległymi (którzy do dziś mnie dobrze wspominają, co sobie cenię najbardziej z tamtych lat) i bez. Ba, jako nastolatka dorabiałam jako sprzątaczka. Co się narobiłam to moje, ale doceniłam smak zarobionych samodzielnie pieniędzy. 
Dziś mam pracę, którą kocham, bo pozwala mi się spełniać na wielu pułapach od racjonalnego, po kreatywny, mam kontakt ze świetnymi ludźmi tu i na całym świecie i to naprawdę uwielbiam. Połączenie tego było dla mnie najważniejsze. Zawsze. Nie zatonąć w papierach i biurokracji, ale też realizować potrzebę zorganizowania i porządku. Nie jestem pedantką ale nie lubię chaosu. No wiadomo, cała ja, metoda środka. Współrzędnych do spełnienia jest wiele, jak moich potrzeb.
 
W każdym razie, to, że nie wie się, kim być wynika z nieznajomości siebie i swoich potrzeb. Nie możliwości a potrzeb. Możliwości są czynnikiem zależnym od nas. Możliwości możemy łączyć własne z cudzymi, tworząc np. świetny zespół, świetne relacje łącząc talenty. Potrzeby musimy poznać, bo wygenerowane sztucznie nie są do końca nasze, prawda? No raczej.

Jedna z moich bliskich przyjaciółek (zaciekła singielka) powiedziała "facet dla mnie, ma być bardziej niż ja". Doskonale oddała tym zdaniem całokształt. Te zdanie jest niesamowicie uniwersalne. Jak coś przestaje być bardziej, to zaczyna nudzić. No nie ma lekarstwa. Tak samo jest z pracą, żeby dawała pełnię satysfakcji musi dawać nam się wyżyć na każdym pułapie. Musi niemożliwie równoważyć cechy wręcz wykluczające się. No to nie jest proste. Ale takie rozważania są możliwe, gdy już mniej więcej ma się ogólny ogląd życia. Najczęściej słyszanym zdaniem jest "nie wiem, co chcę robić". Czasami można mieć wrażenie, że ludzkość kompletnie dryfuje pchana prądem tych, którzy wiedzą. Większość życia większość ludzi mówi "nie wiem, co chcę robić, ale wiem, czego nie chcę" i robią wiele. Przypadkowo i z doskoku, albo siedzą w znienawidzonych pracach. To ten etap poznawania, który najlepiej jak najszybciej mieć za sobą. O czym wiedzą szczególnie młodzi, ale i emeryci. To nie kwestia wieku, tylko człowieka. Albo się ucieka w niemoc, albo działa. Tak siedzę i myślę, że przeczytany dziś fragment artykułu o slow life  jest tak subiektywny, że ciężko z tym dyskutować. Slow life wg mnie (bo ja to sobie tak zaadaptowałam) nie jest kopią niczego, co było do tej pory. Nie jest oparte na religii, na ideologii, na fanatyzmie, nie każe rzucać dotychczasowego życia, nie każe patrzeć w niebo cały dzień wciągając zdrową żywność z kategorii slow food. No przecież to nie o to chodzi :-) Chodzi o znalezienie swojego miejsca w życiu. No po prostu. O coś, dzięki czemu nie będziemy się szarpać z wątpliwościami, niepewnością, nie będziemy mieć poczucia przelatywania życia przez palce, a przede wszystkim marnowania się. Slow life jest kroczeniem własną, WŁASNĄ drogą. Nie zaprogramowaną przez marketerów z całego świata, nie wgraną przez rodzinę i cudze oczekiwania. Można żyć slow będąc milionerem posiadającym dziesiątki firm, można być baristą w klimatycznej kawiarni, można być menadżerem w zdrowo rozwijającej się firmie, można być blogerem, można być doktorem ginekologii, można być fizykiem piszącym książki (tu uśmiecham się do p. Wiśniewskiego).  Można robić wszystko. Oby w zgodzie z sobą. To ostatnie przychodzi najtrudniej. Życie uważne wymaga od nas tego, co się tak usilnie w naszych czasach wypiera: zatrzymania się i pomyślenia. Wsłuchania w siebie i świat.

Naprawdę sztuka życia polega na jednym: na sztuce zadawania odpowiednich pytań. Przede wszystkim sobie. Ta umiejętność pozwala potem rozmawiać z ludźmi. Pozwala unikać słyszenia tego, co chce się słyszeć (co blokuje możliwość prawdziwej konwersacji), pozwala zadawać pytania posuwające temat na przód, ba, pozwalające go zamknąć wnioskami. Rzadkie prawda? ;-) Pozwala nie oceniać tego, co się słyszy, nie oceniać mówcy. Pozwala wyłapywać istotę. To nie jest proste. Nie z każdym się da, bo ludzie wszystkowiedzący nie rozmawiają, tylko prowadzą dialog traktując innych jak przecinek. No ale nie o nich piszę. Piszę o ludziach, którzy mówią. Mówią ciekawie, mówią z dużym sensem i z którymi rozmowa pozostawia coś w człowieku. Czasami są to trudne rozmowy, czasami po prostu fascynujące. Najważniejsze, żeby były prawdziwe. Dlatego będę wracała do tego wywiadu. Czytając go poczułam to, co czuję zawsze, gdy coś mnie głęboko porusza: dreszcz.  

Bywają takie piosenki, wiersze, książki, filmy, obrazy czasami dotyk. Stajemy i czujemy delikatny (mniej lub bardziej) dreszcz. To znaczy, że coś dotarło. Nie da się tego inaczej wyrazić. To jest to, co definiuje nasz gust, chemię (zwaną przez niektórych zakochaniem od pierwszego wejrzenia). Albo coś trafia, albo nie. To już jest zupełnie proste. Przekonywanie, że zielony jest lepszy od białego. Nie jest. Jest inny. Albo się podoba, albo nie. Ale można i należy rozmawiać o tym DLACZEGO? tak myślimy. Tylko to już nie jest dyskusja o guście, tylko o konkretnej sprawie. Gustem jest większa sympatia do zielonego niż białego. Odmienność jest cudowna. Gustów też. Ale o tym następnym razem :-)

I tak na koniec: ciekawe, co by powiedział p. Olkuśnik, gdyby np 10 lat temu ktoś mu powiedział, że będzie barystą? W ogóle to jest moje ulubione pytanie, co byś powiedziała, gdybyś usłyszała że za 10 lat będziesz tu gdzie jesteś? Śmiech? Radość? Załamanie? Zaskoczenie? A gdzie będziesz za 10 lat? Nie wiesz. Zapewniam. Ale zrób wszystko, żeby zadając sobie te pytanie za 10 lat uśmiechnąć się "nie sądziłam, że będzie aż tak dobrze" ;-) 

Nietykalni


Przyjaciółka zabrała mnie do kina. Chadzamy razem, bo z reguły nasi faceci nie są fanami filmów, które my wybieramy i wysyłają nas do kina razem (m.in. Allena). Tym razem ostro się pomylili i jestem pewna, że ich ten film też by wciągnął. No ale faceci lubią być uparci bardziej od kobiet ;-)  Film jeszcze leci w kinach i może uda mi się namówić męża stanu, bo jak chcę, to też bywam uparta a film jest wart obejrzenia kilka razy :-)

Fabuła niby nie nowa, ale obraz zupełnie świeży. Dwoje ludzi z różnych światów, jeden bogaty kaleka, drugi chłopak z biednej dzielnicy Paryża. Tak, podobne wątki już były. W pierwszej chwili pomyślałam o Pigmalionie Shaw'a i wątku mistrza i ucznia, ale jednak nie, to nie to. To coś innego. Podobieństwa są wytworem wyobraźni. Biorąc pod uwagę fakt, że film oparty jest na prawdziwej historii, wszystko przyjmuje się z jeszcze większą ciekawością. Dobre dialogi, przyznam, że cała sala się śmiała, czasami niektórzy w niezrozumiałych dla innych momentach, ale może to po prostu opóźniony zapłon, bo ilość komizmu może powodować zacięcie. Mnie film niesamowicie wzruszył. Oglądałam go czekając na moment banału, ale się nie doczekałam (gdy już już mi się wydawało, to jednak następował zwrot). Francuskie kino bywa ciężkie, chociaż wiele filmów jest dobrych. Ten jest w czołówce najlepszych ostatnich lat. Na koniec można popłakać, co ja osobiście uczyniłam. Ostatnia scena powoduje ujście emocji. 

Fajna gra aktorów (zdążyłam zakochać się w Omarze Sy, grającego Drissa). Po raz kolejny mamy dowód, że empatia (dobrze rozumiana!) jest genialna. Wrażliwość jest niewidoczna na pierwszy rzut oka i jest tak naprawdę ciężko definiowalna. A już na pewno nie jest tym z czym kojarzy ją większość ludzi - ckliwością. Po raz kolejny przekonujemy się, że życie bywa przewrotne i nie trzeba wierzyć w cuda, żeby się poukładało dobrze, w bardzo subiektywnym rozumieniu. Wystarczy "płynąć" zgodnie z sobą na dany moment. Gdyby każdy z bohaterów kierował się stereotypami, nie byłoby tego filmu. Każdy z nich w pewnym momencie "odpuścił" oczekiwaniom i poddał się ciekawości.

A! Dla siebie wyciągnęłam jeszcze jedno marzenie do listy: lot na paralotni w górach. To musi być genialne. 


Hm, czy polecam? Nie, skąd. Takich filmów się nie poleca. To po prostu trzeba zobaczyć.

PS. Gdybym jednak miała wybierać jednego z bohaterów, żeby spędzić z nim wieczór, to byłby to i tak Philippe. Driss jest spektakularny, wygadany, ale jednak Philippe ma to co lubię. Na wieczór. Do towarzystwa. 

4.5.12

Koko nie jest spoko

Rzadko mnie coś irytuje. Naprawdę. Tak poważnie naprawdę rzadko.
Ale tym razem się udało.

W spokojny majowy dzień dowiaduję się, że było jakieś głosowanie na TVP na hymn naszej reprezentacji. I dowiaduję się, że wygrała piosenka "Koko, koko Euro spoko". I mnie zatkało. I za każdym razem gdy to słyszę, to jest coraz mocniejsza irytacja. Po pierwsze, nie oglądam TVP (żadnego kanału), po drugie, takie głosowania powinny być prowadzone przez wiele kanałów, bo to nie jest tylko sprawa, którą mogą się interesować wyłącznie widzowie telewizji publicznej, ba, w ogóle telewizji. Mamy internet. Mamy inne media. A z kim rozmawiam, to nikt nic nie wiedział. To kto głosował? Tylko polska wieś? No pięknie, ale reprezentacja jest narodowa, tak? Czy nie? Bo zgłupiałam.

Właśnie przeczytałam, że brak akceptacji dla zwycięskiej piosenki, to wynik kompleksów TU

No pięknie. Proszę szanownych Państwa. Ja nie wnikam w powiązania, sponsoring, patronów itd. Naprawdę. Ja nawet kibicem nie jestem. Ale strasznie czekałam na te mistrzostwa. I miałam nadzieję, że Polska jest na tyle nowoczesnym krajem, że powstaną piosenki, hymny, które będą docierać do wszystkich. To nie jest proste, zdaję sobie sprawę, ale nie jest to też niemożliwe. Hymn powinien być neutralny. Nie wszyscy pochodzimy ze wsi (którą kocham, naprawdę, chcę kiedyś mieć dom na wsi i chcę sobie prowadzić tam sielankowe życie wśród kur i drzew. Ale to kiedyś). Dziś i jeszcze długo jestem mieszkanką jednego z wielu miast. I nie oczekuję, żeby gusta muzyczne były jednakowe, ale mówimy o hymnie drużyny reprezentacji narodowej, który ma przede wszystkim ich podbudować, ale który mają podśpiewywać wszyscy, z założenia.  No ja nie będę chodzić i nucić "koko koko euro spoko". 

Muzyczne zaplecze naszych mistrzostw  jest naprawdę kiepskie. UEFA też się nie popisała. Tak, jestem rozczarowana. Jak rzadko kiedy. I przebiegiem głosowania i wygraną i pozostałymi piosenkami. To nie ma nic wspólnego z szanowaniem muzyki ludowej. Ja ją szanuję. Mi ona jedynie pasuje do mistrzostw jak ogórki kiszone do mleka. 

Szkoda, że ciągle nie potrafimy wyjść poza przaśno-ludową rutynę. A piszę to ja, która kocha wiele aspektów wiejskiego życia i która spędziła na wsi majowy weekend, bo sobie nie wyobrażam życia bez kontaktu z naturą, a bez wsi byłby on trudny. Ale mówimy o mistrzostwach Europy w piłce. 

I jeszcze mi się wmawia, że mam kompleksy. Nie, ja nie mam kompleksów i zaprosiłabym na wieś każdego, kto chciałby ją poznać. Każdego jednego obcokrajowca. Ale pokazałabym ją, jako jedno z obliczy Polski. Tak jak innym obliczem są miasta, nowoczesność, autostrady, nowoczesne technologie i międzynarodowy charakter chociażby Gdańska. 
A w Gdańsku rzadko słucha się na co dzień muzyki ludowej. Ja się z nią nie spotkałam w żadnym miejscu. I myślę, że hymn reprezentacji powinien trafiać do wszystkich Polaków i do samej reprezentacji przede wszystkim. A tak wyszła... kupa jaj.
No nic. Jakoś to przeżyjemy. Patrząc na całą otoczkę wokół mistrzostw przestaję na nie czekać, albo czekam raczej na cud udanej imprezy z której wszyscy wyniosą coś pozytywnego, tak jak pisałam o tym wcześniej. Ale że nie miałam nawet możliwości zabawić się w głosowanie na hymn, to mnie będzie irytowało jeszcze długo. 
Tak się nie robi. TVP nie jest jedyną stacją w tym kraju i nie wszyscy oglądają TV. I nie będą. A to nie znaczy, że można ich po prostu zostawić za drzwiami tak dużej imprezy. To jest strasznie nasz, polski problem - brak kompletnego uszanowania odmienności, w każdym zakresie. Mało kto szuka kompromisów, rozwiązań uniwersalnych, nie wywołujących konfliktów, a jak w tym wypadku poirytowania, bo można było spokojnie przeprowadzić głosowanie w inny sposób, na wielu kanałach, dać możliwość wszystkim (wtedy moglibyśmy narzekać, gdyby koko wygrało, ale mielibyśmy WYBÓR). Ja nie wiem czemu tak się dzieje. Wiem, że to jest nasza narodowa cecha. Tworzenie sporów, budowanie konfliktów, mnożenie spraw spornych zamiast szukać kompromisów. To naprawdę nie jest trudne, ale trzeba chcieć. I po raz kolejny widać, że komuś się nie chciało. Zdecydowano, że decyzję podejmą tylko widzowie TVP. Pięknie. Żeby tak mieszane uczucia wywołała PIOSENKA. No trzeba mieć dar...

Jakby co: reprezentacjo, ja i tak w Was wierzę! I też się czuję, jakbym dostała kurą w twarz :-)

No bez jaj...