28.12.11

Salsa rulez

Jak ja się cieszę, że zaczęłam chodzić na salsę we wrześniu, chociaż stało się to za zupełnym przypadkiem. Dziś z żalem godzę się, gdy nie mogę iść na zajęcia, bo albo gdzieś wyjeżdżam, albo muszę dłużej popracować, czy też wyskakuje coś innego. Jednak staram się rzadko na to pozwalać, bo moja ukochana salsa jest tylko raz w tygodniu i to przez jedyną godzinę. To za mało. Zdecydowanie.
Kocham ją, bo wyrywa mnie z zasiedzenia, lenistwa, bezruchu spowodowanego przede wszystkim pogodą i idącą za nim niechęcią do wynurzania się na dwór, bez konieczności.
Salsa.

Po kilku miesiącach ćwiczeń widzę zmiany. Głównie w ciele (pięknie mi się zarysowują mięśnie ;), w sposobie poruszania (niesamowicie rozluźniło mi się całe ciało, przestał mnie boleć kręgosłup, a biodra same się kręcą przy każdej okazji i bez, ramiona są niebywale elastyczniejsze, ciało zupełnie inaczej reaguje na muzykę), w samopoczuciu, bo ja to po prostu kocham.
Przy czym, mam też w tym czystą przyjemność, mimo, że z założenia zajęcia polegają na nauce układów, których nie mogę od końca ogarnąć :) Magia jednak polega na tym, że mi to zupełnie nie przeszkadza i jak gubię krok, to dołączam od momentu, który pamiętam. Czasami wychodzą z tego fajne sytuacje, przy czym widzę też, że rozczulam instruktora.
***
Dzisiejszy dialog (gdy odwiało mnie od reszty grupy)
INSTRUKTOR: a ty dokąd?
JA: bo co? :)
INSTRUKTOR: a w sumie nic

...
INSTRUKTOR: nie stawaj! nie stawaj, bo jak się stanie..
JA[stoję zziajana]: to się stoi :)
INSTRUKTOR: ruszaj się! myk, myk! raz!
no nie miałam wyjścia. 
jeżu.  koffam go :)

 ***
po zajęciach
JA: pomijając wszystko, ja mam z tego po prostu dziką przyjemność
INSTRUKTOR: i o to chodzi

dokładnie.

Nie chodzę na te zajęcia dla rywalizacji, ale żeby się poruszać w rytm muzyki, którą kocham, którą czuję w biodrach, która robi mi dobrze, która mnie rozluźnia. To nie konkurs, nie zawody. Robię to wyłącznie dla siebie, więc się nie raz zapominam, zamykam oczy (przez co się gubię) i z uśmiechem sunę w rytmach salsy. Salsa jest niesamowicie erotyczna (jak się już ją opanuje, wiem, bo widziałam ;), podobnie jak samba i rumba, które jednak przyjdą potem. Najpierw opanuję salsę. Na dziś cieszy mnie, że potrafię bez gubienia się wykonywać sprawnie kroki i je błyskawicznie i odruchowo zmieniać zgodnie z poleceniem. Wszystko inne w swoim czasie ;)
Och, jak mnie to podnieca. Po powrocie herbata z rumem i oby do wiosny :)



PS. Pominę przyjemność, jaką ma z tego mój mąż.
I zima mija mi jakoś bokiem. Szkoda, że parę lat wcześniej już na to nie wpadłam. No ale cóż, lepiej późno niż wcale ;)

25.12.11

Empatia, czyli dlaczego pomagamy

Wiem, wiem. Od lat psychologia mówi o tym, że pomagamy, bo robi to dobrze NAM. Owszem, dostrzegam ten aspekt i na pewno go nie neguję, bo pomaganie robi nam dobrze i czujemy się potem tak wspaniale, jesteśmy prawie święci i chciałoby się świecić przykładem innym opowiadając, że się komuś pomogło i to było takie zajebiste uczucie.
Nie mogę.

Długo przechodziłam obok tej opinii z przytakiwaniem, bo w końcu przecież to się też zgadza, ale ciągle mi coś nie pasowało. Ponieważ uważam nasze samopoczucie na jedną stronę medalu, ale co ważniejsze: tę mniej istotną.

Może jestem inna, może się tak głęboko samooszukuję, ale niestety, ja pomagam w absolutnie i długo pierwszorzędnie po to, żeby pomóc. Dla samego faktu, że to ten drugi człowiek czy zwierze czuje się lepiej. Ba, mąż mi co jakiś czas przypomina, że świata nie naprawię i przesadzam z empatią, ale ja nawet pomagając odchodzę z poczuciem tymczasowości i właściwie raczej "chwilówki", niż pomocy. Nasze codzienne drobne gesty są pierdzieleniem a nie pomocą, może o to chodziło psychologom? Zakres naszej pomocy jest tak nieznaczny, że słowo pomoc jest mocnym nadużyciem. Przynajmniej wg mnie. Przelew na hospicjum, czy dom dziecka, czy jakiekolwiek drobne gesty pozostaną drobnymi gestami.

Czasami przychodzi do nas (na naszą klatkę) bezdomny i zbiera jedzenie i na jedzenie. Oddaję mu wtedy wszystkie prawie zapasy jakie mam w magazynku i czuję się cholernie podle. Ostatnio powiedział "Pani mnie chyba lubi". Zapytałam "dlaczego Pan tak myśli?", na co odpowiedział "bo inni to już nawet nie otwierają". I wtedy nastąpiło coś, co tylko pogłębiło moje poczucie podłości, mianowicie, ten człowiek bardzo ale to bardzo chciał porozmawiać. Zobaczył mojego kota, który wyszedł zaciekawiony. Dał się obcemu pogłaskać. Bezdomny zaczął mi opowiadać o psie, którego miał, ale który zaginął i do dziś nie wrócił. A ja stałam przy tych drzwiach i się uśmiechałam, czując coraz większe zniecierpliwienie. Wiedziałam, że ten człowiek chciał porozmawiać. Chciał kontaktu. Poczułam cholerną ochotę, żeby go zaprosić do środka, na kawę, żeby porozmawiać, ale nie zrobiłam tego, bo nie chciałam mu dać tego, co mogłoby iść za tym. Nie chciałam dać mu przyjaźni. Nie chciałam poświęcić mu czasu. Po paru minutach w tym progu przeprosiłam go i uciekłam. Uciekłam do swojego ciepłego mieszkania, kochającego męża i poukładanego świata. Zostawiłam go za drzwiami z siatką jedzenia, drobnymi i paroma minutami rozmowy.

To się działo jakiś czas temu i powtarza się co parę miesięcy. I niech nikt mi nie pieprzy, że pomagamy dla własnego dobrego samopoczucia. Te drobne gesty, które nas nic nie kosztują, które są dla nas niczym, nie niosą namiastki oddania czegoś dla nas wartościowego, są po prostu drobnymi gestami. Żyjemy w jakimś parszywym przekonaniu, że są takie wspaniałomyślne i poprawiają świat, czyniąc nas jednocześnie lepszymi. Bulszit.

Najgorsze jest właśnie to, że pozwalamy sobie na myślenie, że są one jakimś dobrem. Nie są. Są płytkim zagłuszaniem sumienia. Patrząc temu człowiekowi w oczy zastanawiam się zawsze, jak bardzo jesteśmy egoistami zamykając drzwi z poczuciem, że zrobiliśmy "chociaż tyle".

Nie zrobiliśmy nic. Po prostu oddaliśmy trochę jedzenia, które przy gorszych wiatrach i tak wylądowałoby przeterminowane w śmietniku, a drobne które przelewamy co jakiś czas na jakiś cel nie wystarczyłyby na porządne wyjście do restauracji. Nie róbmy z siebie takich wspaniałomyślnych i nie bądźmy aż tak bezczelni, żeby się lepiej czuć od tych drobnych gestów. Róbmy je, ale nie wynośmy siebie za to na piedestał. Nie zasługujemy. To co my robimy, to nie jest nawet altruizm.

Jak mi to uświadomiła ostatnio przyjaciółka Agata "pomaganie innym, czy to ludziom czy zwierzętom, jest naszym cholernym obowiązkiem a nie aktem łaski wobec nich". Dokładnie tak jest.

24.12.11

Idealna gra wstępna

Lubię nieprzewidywalność w związku. Mimo tzw. stażu, ciągle i co jakiś czas dzieją się u nas sytuacje, które są dla mnie nowe. Czasami z mojej inicjatywy, czasami męża. To nie ma znaczenia. Ważny jest fakt.

Ostatnią moją ulubioną "zabawą" jest wspólne parkowanie. Ja siedzę za kierownicą. Podnoszę ręce do góry (jedynie zmieniam biegi) i steruję pedałami, natomiast mój mąż kręci kierownicą, mówiąc mi, co mam robić. Cudne. Wersja filmowa polegałaby na prowadzeniu samochodu w jeździe, ale na to się chyba jednak bym nie zdobyła. Samo parkowanie jest już wystarczająco fajne. Idealnie ze sobą współgramy. Z boku musi to zabawnie wyglądać, ale zapewniam, że od środka jest jeszcze lepsze, a przede wszystkim, cholernie podniecające ;)

23.12.11

Idea slow life

Dziś mi przyjaciółka uświadomiła, jak bardzo trzecim wyjściem jest idea slow life. Jak bardzo pozwala mi żyć poza pogonią za czasem bądź pieniędzmi. Czasu mamy tyle, ile mamy. Pieniędzy na daną chwilę też. Nie mniej i nie więcej. Jeśli myślę o czasie, którego nie mam, bądź pieniądzach, to zaraz też bez żalu myślę sobie, że co z tego? I tak jest dobrze jak jest. Jestem niezmiernie pogodzona ze sobą, swoim życiem, dobrobytem, ograniczeniami. Mam pełną świadomość siebie i życia i to w zupełności wystarczy do najważniejszego: szczęścia.

Osiągnięcie idealnego rozłożenia proporcji wymaga dużej asertywności, ale przede wszystkim woli i działania. Nie znoszę wprost narzekać, że czegoś nie mam. Jeśli z czymś mi zaczyna być źle, to to zmieniam. Pewnie, że niektóre decyzje nie podobają się innym i niosą za sobą czasami konsekwencje w postaci pretensji, ale cóż, innym przejdzie. Zapomną, albo jeśli nie rozumieją, to się odsuną. I dobrze. Nie potrzebuję w swoim otoczeniu ludzi, którzy się obrażają, za to, że nie spełniam ich oczekiwań wobec mnie. Nie ważne, jak ważni dla mnie są, jak bardzo ich kocham, szanuję, cenię. Wymagam tego samego. Nie mam roszczeniowego stosunku do świata, bo uważam, że to co do mnie przychodzi, to albo sobie wypracowałam, albo przychodzi, bo tak ma być. Żyję w zgodzie ze sobą. I zdaję sobie sprawę jakim to jest luksusem. Gdybym była innym człowiekiem, byłabym pewnie teraz bogatsza, posiadałabym więcej dóbr, utrzymywała kontakt z większą ilością osób, bo mogłyby mi się przydać, ale.. nie odczuwam takiej potrzeby. Złota zasada buddyzmu: nie przywiązywać się. Nie ograniczać się.

 Zrozumienie tego daje niewysłowione poczucie wolności. Robienie tego, co się lubi, z ludźmi, których się lubi, bycie blisko tych, których się kocha i otaczanie się ludźmi, których się ma za przyjaciół oraz dobre relacje w rodzinie. Bezcenne. I przy tym idealnie osiągane to, co dla mnie najważniejsze: święty spokój. Żyjemy w takich a nie innych czasach. Poukładanie się w nich, w zgodzie z sobą, a przy tym dla dobra innych jest jedną z najcenniejszych umiejętności. Idzie mi całkiem nieźle. I tak sobie myślę każdego dnia, że cokolwiek nie nastąpi, to DZIŚ jestem po prostu szczęśliwa. Każdego dnia dziękuję Bogu za dzień, za to, że minął może i dynamicznie, intensywnie, czasami wybuchowo, emocjonująco, mocno, ale w gruncie rzeczy dobrze. Docenianie tego jest dla mnie ważne.

 Kiedyś nie umiałam tak żyć, żeby nie zasypiać z żalem o coś, albo do siebie. Od jakiegoś czasu jest dobrze i daje mi to siłę na kolejny dzień. Nie jest to przy tym też płytkie uczucie kreskowego optymizmu, wynikającego z bezmyślności, raczej bardzo świadome docenianie każdego dnia, po wielu przeżyciach z przeszłości, które nie dawały mi cienia nadziei na to, że będzie lepiej. Odpowiedni ludzie na mojej drodze pozwolili mi w to najpierw uwierzyć, że dużo zależy ode mnie, a po drugie, że każda porażka, czy niespełnienie jest lekcją. Wszystko co wiem, zawdzięczam szczęściu trafiania na ludzi, którzy mieli to opanowane lepiej ode mnie. Dziś znowu w myślach im dziękuję.

Slow life jest najlepszą filozofią na te popieprzone czasy, gdzie zagubienie ludzi osiągnęło już chyba babilońskie apogeum. Naprawdę wyluzowanie, dystans i odnalezienie swojego tempa są dziś najlepszą metodą, żeby unikać wszelkiej autodestrukcji. Aż smutne jest, że tak wiele ludzi ma to albo za filozofię skrajnego snobizmu związanego z przerośniętym ekofanatyzmem i markowością produktów, albo wszystkim, co można kupić. Nie. Zdrowa filozofia jest bezcenna. I jest darmowa. I dostępna dla każdego. Bez względu na status. Wystarczy chcieć. Zwolnić i poszukać SWOJEGO tempa, zamiast ślepego i wyniszczającego pędu z tłumem. Tak bardzo życzę ludziom, żeby lubili swoje życie. Ale muszą tego sami chcieć. A przede wszystkim znaleźć czas, żeby nad tym pomyśleć. Najprostsze a jednak jakby z innej galaktyki. Szkoda.  Wszystkie "składniki" typu zdrowe odżywianie, ruch, joga, psychologia, są jej efektem, bardzo bardzo naturalnym, wg zasady "nie szkodzić" czyli siłą rzeczy pomagać sobie, robić sobie dobrze, a w efekcie też wszystkim w otoczeniu, bo pogodzeni ze sobą stajemy się źródłem energii dla innych. Mamy czas, siłę i energię żeby aktywnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, w życiu przyjaciół, bez gonienia i niedoczasu. To się naprawdę daje spokojnie połączyć.

Owszem, nie oznacza to, że mamy ten czas dla innych zawsze, bo ważny jest też czas dla nas, ale to już związane jest z asertywnością i potrzebą ładowania własnych akumulatorów. Daleka jestem od propagowania idei "poświęcania" dla innych. To chore. Pomaganie innym jest ważne, jak też możliwość liczenia na innych, ale wyrzućmy ze słownika słowo "poświęcenie". To jest akt dobrej woli, a nie cierpienia, które wpisane jest z automatu w poświęcenie. Nie ważne czy chodzi o pomoc w doniesieniu zakupów, telefon, zwykłą rozmowę czy oddanie nerki. To akt woli. I tego się pilnujmy. Intencje są najważniejszym motorem działania i efektów. Tylko akt woli nie spowoduje nigdy poczucia żalu, oczekiwania rekompensaty czy Bóg wie czego jeszcze. Intencje są chyba naprawdę najważniejsze. I co najlepsze - wcześniej czy później wypływają. Slow life nie ma w sobie cienia przymusu. Czy może być coś lepszego? Nie wiem. I aż głupio mi czasami, że zawsze na pytanie "co u ciebie?" odpowiadam "powolutku do przodu". I słyszę "wy to macie dobrze".

I nie rozumiem, w czym problem. Przecież to nie oznacza, że leżę i pachnę (no czasami, ale na dłuższą metę dostałabym jobla), jednak gdy mam potrzebę bądź ochotę, to po prostu sobie leżę i pachnę czytając książkę, czasami nie śpię całą noc, bo tak mi się chce, czasami pędzę za własnym ogonem jak pies szczęśliwa z tego powodu, też dlatego, że tego właśnie chcę. Wiem że żyję i że moje życie generalnie nie odbiega od życia innych. Od tego odbiega jedynie moje podejście. I jak kiedyś, po powrocie do Polski miałam problem, żeby oprzeć się przed tym wszechobecnym narzekaniem, marudzeniem, czepianiem, zrzędzeniem, tak dziś po prostu przyjmuję to co zsyła mi los, czasami delikatnie wpływając na to, na co mogę. Ale jeśli się nie daje, to też się z tym godzę, wychodząc z założenia, że to może jeszcze nie był czas i miejsce. Może kiedyś, jeśli nie przestanie być dla mnie ważne, to znowu do tego wrócę. Może jutro, może za 100 lat. Może nigdy. Och, te wielkie napinanie i determinacja. Pic na wodę. Te udawanie, że to jest ok. To podłe. Ludzie, nie widzą, że często ci, którzy realizują swoje wielkie marzenia, jednocześnie rezygnują (raczej świadomie) z czegoś innego. Wszystko oparte jest na wyborach. Brak pogodzenia z tym tworzy frustratów. Z kompleksem Boga. No smutne. Wiem. Ale jeśli tego sami nie zrozumieją, to im tego nikt nie wbije do głów. A niedocenianie tego, co mają osiągnięte na dany dzień, tylko potęguje niezadowolenie. Bzdura.

Dopijam kakao i idę poczytać. Mąż tak słodko śpi... Nic więcej mi teraz do szczęścia nie trzeba. Jak mówi mędrzec "wyluzuj". To tylko Święta... ;)

18.12.11

Przed wigilią

Ponieważ co roku miałam poważny dylemat wigilijny i sporo czasu traciłam na jazdę pomiędzy domami, postanowiłam w tym roku zrobić wigilię w naszym mieszkaniu. Wszystkim się pomysł spodobał, zwłaszcza, że umówiłyśmy się, że robimy jedzenie "składkowe" czyli każda z nas przygotowuje jakieś dania i spotkają się one na stole. Wszyscy są zadowoleni, bo żadna kobieta nie ma wszystkich przygotowań na głowie, a ja nie muszę jeździć i cały wieczór wszystkich będę miała w jednym miejscu. Długo na to czekałam.

I chcę zrobić bardzo tradycyjnie, z kolędami, z czasem dla wszystkich "na spokojnie" z telefonami do pozostałych najbliższych, którzy są daleko, ale teraz będziemy mogli też chwilę porozmawiać.

Żałuję, że nie miałam takiej możliwości jeszcze 4 lata temu, ale myślę, że lepsze to, niż znowu rozbicie i wybory. I wreszcie bez dylematów i pędzenia. Moim największym wigilijnym marzeniem jest zabranie całej rodziny w jedno miejsce, gdzie wszyscy będziemy mogli zająć się sobą wzajemnie, żadna kobieta nie będzie stała całymi dniami w kuchni i siadała skonana do stołu. Coraz modniejsze są święta w hotelach (ostatnio rozmawiałam w jednym hotelu o tym i oni są tym zachwyceni - ponieważ nie wszyscy pracownicy mają rodziny albo nie są katolikami i wolą spędzać ten czas w pracy, ci co chcą mieć wolne, to mają), a goście też są zadowoleni z tego rozwiązania, właśnie przez brak konieczności "stania w kuchni". Dla mnie te wyjście też jest optymalne, bo na kilka dni mogłaby się zjechać cała rodzina z różnych kątów Europy.
No cóż. Od tego są marzenia... ;)

11.12.11

W lustrzanym odbiciu

Segritta napisała praktyczną notkę. Notka ta nasuwa mi na myśl jeszcze jedną ważną kwestię: samoakceptację. Autorka sama zauważa, że może jej rady nie są odkrywcze, jednak myślę, że wszystkim z nas, zdarzają się błędy w makijażu, bądź co bądź jednak nie wiemy o nim wszystkiego. Rady Segritty są o tyle cenne, że są bardzo uniwersalne i nie związane z typem urody.

No i właśnie. Makijaż. W ogóle "własny styl". To jest o tyle płynna sprawa, że znalezienie tego, z czym czujemy się dobrze, a przy tym, co nam pasuje, wcale nie jest takie naturalne i wrodzone. Wyrabianie gustu i szukanie własnego stylu nie jest czymś, co się wysysa z mlekiem matki. To jest coś, czego się ciągle uczymy, dopracowujemy, zwłaszcza, że z wiekiem się to zmienia, co jako 35+  mogę już mocno stwierdzić, bo od kiedy się tym interesuję (czyli od podstawówki?) zmieniało mi się to bardzo i w różnych kierunkach. Miałam różne fazy. Niektóre do dziś mnie bawią, bo np. od ok 20tki do  30tki bardzo długo stosowałam do każdej okazji i okoliczności styl elegancki + obcasy.

Nie miałam praktycznie sportowych, bądź luźnych rzeczy. Wszystko musiało być dopracowane i dopieszczone. Nawet jak jechałam do lasu. Na szczęście dziś mnie to już po prostu bawi. To samo dotyczyło makijażu. Należałam do kobiet, których nikt nie miał prawa zobaczyć bez makijażu, no może zdarzały się wyjątki, ale czułam się wtedy nieswojo. To też minęło. Właściwie od kiedy skończyłam 35 lat czuję się naprawdę dobrze ze sobą. Ale to jest inna inność. Paradoksalnie musiałam dojrzeć do pełnej samoakceptacji. Może dotarło do mnie, że każdy rok życia zmienia mnie i moje ciało i po prostu cenię to, co mam DZIŚ, najwyżej delikatnie się rzeźbiąc tańcem, ćwiczeniami, dietą. Ale co ważne: bez napinania się. Robię to, bo mi z tym dobrze, jeśli mam ochotę na coś niezdrowego, to to po prostu robię.

Wracając do samoakceptacji i wspomnianego makijażu. Bardzo często widząc dziewczynę z przesadnym makijażem czuję, że ona siebie nie akceptuje, nie lubi, próbuje schować się za maską palety kolorów i kosmetyków. Robi mi się smutno. Dziewczyny nie rozumieją, że nigdy potem nie będą mieć tak pięknej cery jak w wieku 20 lat, nigdy nie będą mieć naturalnie pięknych rumieńców, które chowają pod pudrami i podkładem. Nigdy więcej nie będą takie, jak teraz. Owszem, zadbana skóra z wiekiem też się odwdzięcza, ale nie oszukujmy się, no jest inna. Jest mnóstwo portali z poradami kosmetycznymi, propozycjami makijażu, testami doboru pasującej kolorystyki (nigdy nie mogłam znaleźć kombinacji dla siebie, bo nie mam cech pasujących do typowych szablonów i wydaje mi się, że wiele dziewczyn jednak też będzie od tych szablonów jakimiś szczegółami odbiegać). I co? I dlatego serdecznie polecam notkę Segritty. Niech każda dziewczyna, kobieta, szuka tego, co dla niej najlepsze, a nie co modne, obecnie lansowane i topowe. Wielu stylistów radzi z resztą, żeby tak podchodzić też do mody, do trendów. Kreowanie własnego stylu, od makijażu począwszy, powinno być bardzo, bardzo pasujące do nas i do okoliczności.

Żaden strój ani makijaż nie zastąpi jednak naturalnej charyzmy, jaką ma kobieta, która siebie lubi, akceptuje. Bez względu na typ urody, wagę, wiek. Każda kobieta, która lubi siebie bije tak naturalnym seksapilem, że strój i makijaż mogą je tylko podkreślić (i powinny!), ale nigdy go nie wykreują (nie mówię o fotografiach, na nich mistrzowie fachu wyciągną to co najlepsze, ale to zawsze będzie tylko uchwycony moment), chodzi mi o kobiety, z którymi mamy do czynienia w kontakcie osobistymi. Są to kobiety, którym też inne nie będą zazdrościć, będą się nimi po prostu inspirować, ponieważ kobiety lubiące i akceptujące siebie nie mają też potrzeby życia w świetle odbitym od cudzego zachwytu, raczej pozwalają się ogrzać we własnym blasku. Nie sycą się zazdrością, nie zależy im na odbieraniu poczucia pewności siebie innym, bo wiedzą, że i tak nie o to w tym chodzi. Raczej dają przykład właśnie idealnej samoakceptacji i lubienia siebie. I to naprawdę nie jest kwestia dosłownej urody. Jak się im przyjrzeć, mają tyle samo tzw. "niedoskonałości" co praktycznie każda z nas, ale magia polega na tym, że nikt nie ma czasu zwracać na te "niedoskonałości" uwagi. One są zupełnie nieistotne w całokształcie jaki składa się na takie kobiety. Każda z nas może sobie taką znaleźć i się nią inspirować. Tak wśród osób znanych, rozpoznawalnych jak i z życia codziennego, bo ich nie brakuje.

I to dotyczy też mężczyzn. Facet, który lubi siebie, zna swoją wartość, jest jak magnez. I tyle. Szukanie, porównywanie się z innymi pod kątem dorównania im zawsze będzie dołujące i dlatego jest stratą czasu. Ale też tak na marginesie: jeśli ktoś nie lubi siebie, to się wyczuwa. Jeśli ktoś nie akceptuje siebie, to się wyczuwa i nasuwa się logiczne pytanie: dlaczego ktoś inny miałby mieć inaczej? No właśnie. Samoakceptacja jest naprawdę jedynie kwestią podejścia do siebie. Bez względu na wszystko. I nie każdy musi ją podzielać, ważne, żebyśmy my lubili siebie, reszta sama się poukłada.

I polecam proponowane przez Segrittę triki. Z wielu korzystam sama, ale kilka jest dla mnie nowością i chętnie spojrzę na temat z ich wykorzystaniem. W końcu jestem kobietą i kocham patrzeć jak drobiazgi podkreślają to co lubię podkreślać, bądź matują to, co mi przeszkadza. Jednak nie oszukujmy się, każdy makijaż oczu służy mi jedynie po to, żeby zatrzymywać wzrok, skupiać cudze spojrzenie w trakcie rozmowy, ponieważ niż nie jest dla mnie tak ważne w kontakcie, jak właśnie kontakt wzrokowy. Tusz do rzęs, kredka i cienie mają po prostu dodać temu "czegoś" :) I po do jest dla mnie makijaż, strój. Mają jedynie służyć mi do czucia się jeszcze fajniej, a nie przebierać i zakrywać mnie. Bo ja po prostu lubię siebie ;) (gorsze dni są też normalne, no ale bez przesady. Nie chodzi o bezkrytyczny samozachwyt, bo też dobrze robi przestraszyć się rano przed lustrem, przynajmniej wiem, że jestem człowiekiem i makijażem tego nie zmienię, ale też po co? W końcu wiem, jaka jestem i nie muszę się też obawiać reakcji ludzi po zmyciu makijażu. A to się po prostu nazywa luksus samoakceptacji. W razie czego przynajmniej mnie rozpoznają, gdy idę do sklepu na przeciwko w kitku, dresie i bez makijażu  tak samo gdy idę ubrana biznesowo. Ja to ja. Reszta to tylko okoliczności ;)

8.12.11

Szufladkowanie, czyli "Bóg, kasa i rock"

Nie, nie będzie o świątecznych porządkach, bo nie jestem zwolenniczką sprzątania "z okazji". Sprzątam, gdy widzę i mam potrzebę.
Ale będzie o szufladkowaniu ludzi.

Och, jakie to jest płytkie. Bardzo tego nie lubię. Wychodzę z założenia, że ludzi poznaję stopniowo. Oczywiście, że sympatie/ antypatie odczuwalne są od razu i od pierwszych kontaktów, ale nie są one dla mnie niezmienną wartością i przede wszystkim wymierną. Zanim wyrobię sobie zdanie o człowieku muszę go trochę poznać. Poczuć. Pobyć. Nie wyobrażam sobie zamykać drzwi na znajomość na podstawie pobieżnych wrażeń. Może dzięki temu od zawsze miałam znajomych ze skrajnie różnymi poglądami, zainteresowaniami, różnych kulturowo, społecznie, wyznaniowo. Nie oceniam wartości człowieka po poglądach. Ba, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, z którymi się nie zgadzam, albo z ludźmi, którzy znają się na rzeczach o których nie mam pojęcia. Dzięki temu poznaję inne punkty widzenia, poznaję nowe dla mnie tematy, dziedziny. Gdybym miała się zamykać na "inne" pewnie nie poznałabym wielu cennych tematów czy opinii. To odmienność otwiera oczy, budzi ciekawość pokazuje świat, podsuwa nowe rozwiązania i zainteresowania. Dzięki zafascynowaniu odmiennością jestem jaka jestem. Właściwie zamykam się na kontakt jedynie, gdy ktoś mocno zachodzi za skórę, a tak naprawdę jedynie, gdy mnie boleśnie oszukuje, albo krzywdzi. Na szczęście zdarzało się to bardzo rzadko i mimo pojedynczych nieprzyjemnych przeżyć mam w sobie wielką wiarę w ludzi i ogólną sympatię z lekką, ale nie przesadną otwartością (przy czym zdaję sobie sprawę, że takie sytuacje krzywdzą obie strony. Przeważnie). Nie lubię szufladkowania. I naprawdę kocham odmienność. Im ktoś jest bardziej inny niż ja, tym lepiej. To, że tak różnie widzimy świat, różne sprawy jest generalnie piękne. Spotykanie się po to, żeby sobie poprzytakiwać, albo sprzeczać o detale... nie, szkoda czasu :)
Kocham różnorodność. Nie szufladkuję ludzi po pojedynczych pozorach, albo na podstawie poglądów. I naprawdę nie musimy się zgadzać, żebyśmy się lubili ;)
Czytam właśnie nową książkę Prokopa i Hołowni. Jeden jest mocno wierzącym i praktykującym katolikiem, drugi jest ateistą. I rozmawiają o sprawach, o których pozornie ciężko rozmawiać, gdy się ma tak różne punkty wyjścia. Co się okazuje (nic odkrywczego, ale ta książka to żywy dowód), chęć wymiany poglądów, chęć popatrzenia na świat oczami drugiej osoby, chęć wysłuchania się wzajemnie bez oskarżeń, obrażania i pretensji potrafi dać naprawdę ciekawy efekt. Cenię sobie w życiu też takie rozmowy jak Prokopa i Hołowni. Prawda jest też taka, że nie często daje się z kimś porozmawiać na takim poziomie. Czytając tę książkę czuję się jak słuchacz, który chętnie by się momentami wtrącił. Pokazał jakieś trzecie wyjście, swój własny punkt widzenia. Już dawno nie dyskutowałam z książką :)
Gorąco polecam. Doskonała rozmowa ludzi, którzy przy tym mają sporą wiedzę, a przy kompletnie różnym światopoglądzie dają piękną mieszankę w rozmowie. Nie tylko o Bogu.
Pod choinkę życzę sobie więcej takich rozmów we własnym życiu. Doskonale spędzony czas.
"Bóg, kasa i rock'n'roll" Marcin Prokop i Szymon Hołownia. Życząc ją sobie pod choinkę na pewno nie zmarnuje się czasu. Wiem jedno: oni dwaj też nie szufladkują ludzi, pokazując doskonale, że mając tak skrajne spojrzenie na świat, można się pięknie porozumiewać.

5.12.11

Kim tylko chcę

Gdy byłam małą dziewczynką strasznie chciałam być aktorką. Męczyłam rodzinę, żeby mnie zabierali na "castingi" do filmów. Realizowałam się chociaż przez udział w teatralnych i muzycznych grupach dziecięcych. Oczywiście szkolny chór i wyjazdy na festiwale piosenki radzieckiej. Oprócz tego lekcje tańca towarzyskiego (pamiętam jak w szkolnej łazience ćwiczyłam cza czę) a między tym zajęcia w szkole baletowej. Dziadkowie ciągle gdzieś ze mną jeździli, bo ich ukochana wnuczka musiała się realizować artystycznie. Och, jaka byłam szczęśliwa biorąc w tym wszystkim udział. Właściwie do końca szkoły podstawowej udzielałam się, gdzie się dało, potem jednak poszłam bardziej w sport, który pozostał już do końca lat licealnych. Ale wracając.. aktorstwo. Tak, było moim marzeniem, bo mimo niesamowicie towarzyskiej duszy byłam równie niesamowicie nieśmiała. Każde wystąpienie, każdy udział w apelu, bądź wypowiedź przed klasą (chociażby recytowanie wiersza) było dla mnie stresem. Przynajmniej do czasu samego występu.

I właśnie jako mała dziewczynka wymyśliłam, że jak już mam np. występować, to wcielam się w rolę. Nie jestem małą, wstydliwą Marzenką, tylko świetną aktorką, tancerką, mówcą, piosenkarką. Potem z biegiem lat dodawałam do tego to, co było mi właśnie dane do odegrania. Z wiekiem byłam coraz pewniejsza siebie, zauważałam, że nie muszę się "wczuwać", żeby dobrze wypadać i czuć się sobą. Owszem, gdzieś tam na dnie pozostała pewna nieśmiałość, albo raczej onieśmielenie, które do dziś zdarza mi się przeżyć i czuję, że się czerwienię jak nastolatka. Bardzo rzadko, ale jednak jeszcze mi się to zdarza. Jednak nadal też, przy każdym pierwszym razie (a na pierwsze razy będę polować całe życie), zdarza mi się moment zawahania, niepewności, paniki czy dam radę, ale co najważniejsze, nie paraliżuje mnie to. Nie włącza mi się mechanizm każący uciekać, wycofać się. Nad nim nauczyłam się panować w pierwszej kolejności. Chociaż jak sobie dobrze pomyślę, to nadal są rzeczy, do których szybko znowu nie podejdę: pływanie. Wszystko inne na mnie czeka. Mimo upływu lat, mimo zmian w życiu prywatnym i zawodowym, nadal wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, bo wiele razy się o tym przekonałam. Jedyne co muszę to chcieć, a z tym bywa już różnie :)

I tak sobie to przypomniałam niedawno, bo faktycznie, nie zdarza mi się nawet okazywać zdenerwowania. Z wiekiem stało się podskórne, skrajnie wewnętrzne. Nie rozmawiam o nim, bo wolę zamieniać je na motywatora, który tym bardziej pcha mnie do przodu, zamiast zatrzymywać na poczuciu lęku. A lęk potrafi blokować jak mało co. Nie mówiąc o powodowaniu wycofania. Na to sobie sama nie pozwalam. A jeśli coś mnie jednak blokuje, to zawsze mogę wykonać telefon do przyjaciela w celu poproszenia o kopa w tyłek na rozpęd.

 Tak, jestem straszną cholerą, zołzą, bywam złośliwa i nieznośna (i lubię to w sobie ;), ale w gruncie rzeczy jestem też po prostu (znowu mimo upływu lat) mentalnie dziewczyną. I wiem, chociaż to okrutnie banalne, że to, jak nas nauczono, albo jak z wiekiem sami się uczymy podchodzić do wyzwań, na ile w nas ciekawości, chęci przeżycia czegoś, chęci poznawania nowego, na ile sami chcemy pokonywać własne obawy i przekonywać się do pokonywania przede wszystkim lenistwa, na tyle sami zyskujemy. Z każdą jedną sytuacją, sprawą, kontaktem. Do czego zmierzam? Każda sprawa jest do ogarnięcia, każde marzenie do spełnienia. Ja, jako mała dziewczynka chciałam być aktorką i z biegiem lat udowodniłam sama sobie, że mogę nią być, niekoniecznie wykonując ten zawód. Do dziś uwielbiam fantazjować, wcielać się w role, w zachowania, które są mi obce na co dzień, do dziś uwielbiam bycie kimś, kim nie jestem na co dzień, ale kim na co dzień nie chciałabym też być. Moje dziecięce marzenie spełniło się. Spełnia się na wiele sposobów. Kocham przerysowanie, przesadę w reakcjach (oczywiście czasami), ale przychodzi mi to bardzo naturalnie i nie traktuję tego jak "nie siebie". Po prostu wiem, że jak chcę, to na zawołanie będę każdym. Każdym zawodem. Każdą postacią. Wystarczy, że chcę, niech tylko pojawiają mi się dalej okoliczności, które mi to umożliwią. Czasami ma to zabawne konsekwencje, bo ludzie na poważnie biorą moje zachowania, ale cóż, odbieram to jako komplement i nawet niespecjalnie tłumaczę, że się po prostu wygłupiam, że ta czy inna sytuacja obudziła we mnie takie czy inne zachowanie.

Trzeba umieć bawić się życiem i sytuacjami. Jak tylko mamy na to ochotę, a z tym przecież bywa różnie. Ważne, to wiedzieć, że się da. Życie daje miliony okazji do improwizowania, czasami uśmiech wystarczy żeby zmienić bieg wydarzeń, rozładować napięcie innych, ułatwić życie sobie bądź innym (mimo, że np. sytuacja jest trudna). Odnajdowanie w sobie różnych zachowań jest bezcenną umiejętnością. Od urzędu, przez biuro po prywatne łóżko. Spełnienie marzenia z dzieciństwa może mieć przebieg, którego byśmy się zupełnie nie spodziewali. Miewam tak z wieloma rzeczami, bo zdarza się, że wyobrażam sobie tylko jedną możliwą drogę na realizację czegoś, a czas pokazuje, że można, ale w zupełnie inny sposób. To jest w gruncie rzeczy genialne, bo powoduje, że czuję się jak ziarenko piasku w klepsydrze (za A.M. Jopek) a z drugiej strony, ziarenko całkiem nieźle spełnione i szczęśliwe. Wiem doskonale jak infantylnie to brzmi, ale gdyby nie dziecko w nas, rozum już dawno odciąłby nam skrzydła i zostawił na pastwę losu. Nie daję mu szans.

4.12.11

Kraków nocą, czyli miłość od pierwszego wejrzenia

Są miasta, które kocham od pierwszych sekund. Bez względu na to, od której strony wjeżdżam i o jakiej porze, chociaż... miasta, jednak i tak wolę poznawać wieczorem/ nocą. Mają zupełnie inny klimat, bez pośpiechu dnia, można wczuć się w ich właściwą atmosferę.
Kolejne miasto, które niedawno dodałam do swojej listy miast, które kocham: KRAKÓW
      
       
      
Poczułam to w pierwszych minutach. Od razu. Później, było już tylko bardziej. Moje zakochanie rozwijało się z rosnącym z zachwytu tętnem. Co mnie dodatkowo rozczulało: reakcja ludzi na mój zachwyt graniczyła ze znudzeniem. I ja ich rozumiałam, bo moje zachowanie było naprawdę nieadekwatne do niczego. Stałam na pograniczu kiczu i tandety, ale nie mogłam, albo raczej nie chciałam tego hamować. Za bardzo czekałam. Co prawda generalnie cały wyjazd miał tło służbowe, ale po udanym dniu i świetnej prezentacji byłam z siebie zadowolona, a do tego poznałam fantastycznych ludzi, co tylko spotęgowało pozytywne odczucia. Świetne towarzystwo, w pięknym mieście, czego można chcieć więcej od życia? (może kilku  + stopni C, ale nie będę aż tak wybredna). 

Kraków, tęsknię.

Za piękną architekturą,
za  grupowym statystowaniem krakowskiemu fotografowi,
za jazdą tramwajem i kontrolą biletów,
za miodami, za świetną kuchnią,
za hejnałem live,
za Wawelem,
za Kazimierzem,
za ludźmi (z policjantami włącznie :),
za atmosferą, za brakiem wazeliniarstwa,
za atmosferą kaplic wawelskich - stojąc przy grobach królów czuje się tak niesamowity respekt..., 
za niesamowitym klimatem nocą,
za studentami idącymi nocą ulicą i śpiewającymi "dobry bądź dla zwierząt...",
za przepysznymi obwarzanki,
za babulinką proszącą po angielsku o drobne,
za punktami z zapiekankami na każdym rogu,
za artystycznym klimatem wiszący w powietrzu (a to kocham całe życie i wyczuwam z daleka),
za pomarańczowymi rowerami,
za kelnerem, który marzył, żebym skończyła jeść,
Za całokształtem odczuć, jakie mi te miasto i jego mieszkańcy zaserwowało.

Naprawdę mnie to urzekło. Kraków nocą. Przypominał mi wszystkie miasta, które też za to kocham: Monachium, Paryż, Kolonię. Czułam je wszystkie w Krakowie. Myślę, że kto go zna, ten wie o co mi chodzi, a kto nie był, powinien jednak koniecznie pojechać i sprawdzić, jak będzie się tam czuł. Ja wiem na pewno, że będę chciała tam wrócić, ale bez pośpiechu, prywatnie i w cieplejszym okresie i na dłużej.
Kocham Kraków.

2.12.11

Być kobietą, czyli pms i inne niepojęte doznania

Podobno to kobiety mają problem z mężczyznami. Są męczone, dręczone, wykorzystywane i poniżane. Całkiem to możliwe, chociaż mi nie znane, ponieważ mnie dotyczy sprawa inna. Tak, przyznaję się. Jestem posiadaczką pmsa. Podobno złe kobiety to modliszki, wysysające z facetów co najlepsze i porzucające ich na pastwę losu. Jednak niczym jest kobieta z pmsem. Wiem po sobie. Kobieta na co dzień spokojna, delikatna, wrażliwa, czuła, uśmiechnięta, miła, wyrozumiała, empatyczna, ciepła i rozkoszna zamienia się w zupełne przeciwieństwo. Staje się histeryczna, złośliwa, kąśliwa, pyskata, marudna, zadręczająca, czepliwa, fukająca, wszystkowiedząco nieznośna, z zabójczym spojrzeniem przemierza miasta i wsie siejąc zwątpienie i niepokój.

Wiem doskonale, jakim szokiem dla normalnego mężczyzny, który nie miał z tym wcześniej do czynienia, potrafi być zetknięcie z pmsem. Wielu mężczyzn w moim długim życiu nie przeżyło tego nerwowo i po latach dopiero doszli do siebie. Mój mąż jest pierwszym, który potrafi z tym żyć. Ba, on potrafi to ignorować. Jest dla mnie rycerski wręcz. Przy pierwszym kontakcie z moim pmsem prawie dostał zawału, chciał się spakować i uciec, unieważnić ślub i odzyskać swoje stare życie. Nie zrobił tego. Postanowił nie poddać się potworowi, który ze mnie wychodzi przy pmsie. I z czasem znalazł na niego dziesiątki sposobów. Dzielnie je wypracował, nie raz okupując nieprzespanymi nocami i zakłóconymi dniami. Jednak postanowił się nie poddać i udało mu się. Chociaż jak sam zaznacza, cena była potwornie wysoka i jego życie nigdy już nie będzie takie samo.
Jednak dał radę, wiedząc, że to tylko kilka dni raz na jakiś czas, czyli wg jego wyliczeń: "ty jesteś albo przed okresem, albo po, albo w trakcie". Czym to jest w wieczności? :)

Żarty żartami, ale ja sobie kiedyś zdałam sprawę, że kobiety przechodzące mocno pms powinny uprzedzać o tym facetów. Oni naprawdę doznają szoku, jeśli stan pmsa wyzwala z nas jakieś obce im kompletnie zwierze. Pozwólmy im się z tym oswoić i też dajmy prawo wyboru, czy są w stanie się z tym zmagać, bo trzeba do tego naprawdę heroicznego samozaparcia i odwagi. Nie każdy da radę i nie miejmy o to pretensji. Ważne! Oni muszą w to uwierzyć, bo dopóki się z tym nie spotkają reagują "Ty myszko? Niemożliwe :)" Ja bym miała miej cudzych dusz na ramieniu, gdyby uwierzyli, gdy ich uprzedzałam. 
Jestem dumna z każdego, który to przeżył, bo nie jeden skończył z ciężką nerwicą (w tym miejscu mogę te biedne misie pozdrowić). Slow life na to niestety nie ma żadnego wpływu.

I mimo wszystko nie zapominam, że PMS  oznacza Poczuj Magię Świąt i nawet faceci pokrzywdzeni przez pmsa mają prawo uwierzyć, że życie bywa piękne z kobietą i jej pmsem też, a jak dobrze przejdą wszystkie levele, to będą wykorzystywać pmsa na korzyść związku czy relacji. Najważniejsze, to się go nie bać. W końcu my, kobiety (a na pewno wiele z nas) z nim żyjemy i nawet go lubimy, czyli jest to możliwe. Wystarczy zmienić kąt patrzenia ;)

PMS ma wielki plus: można poodczuwać coś innego. To chyba hormony napędzają moją różnorodną percepcję swiata, więc nie będę z tym walczyć a podobno można. Tylko po co, skoro końcem końców uważam to za swoją cechę, którą mimo wszystko lubię. 
UPDATE: i w temacie materiał z "dzień dobry TVN". Polecam. Dla mnie mogą to być hormony. Naprawdę. Wg innych, to po prostu mój charakter i z tym też się chętnie zgodzę ;-)

1.12.11

Tabu

Sylwester minął nam w pogodnej (delikatnie mówiąc, bo w tym gronie pozbawiamy się zahamowań i jesteśmy wszyscy bezwstydnie swobodni :) atmosferze, z przyjaciółmi, dobrym jedzeniem (uwielbiam domową pizzę mojego męża), dobrym alkoholem ale też na mojej ulubionej grze towarzyskiej: TABU.


Lubię tę grę. Konieczność budowania skojarzeń, szukania słów kluczy, zabawne efekty (prawie notorycznie :), burze mózgów, słowne przepychanki a czasami nawet fochy, gdy partner nie zgaduje pozornie banalnego słowa, pozwalają spędzać przy tej grze godziny. Bez znudzenia.
Gra jest też o tyle fajna, że jest doskonałym sposobem na obserwacje czysto psychologiczne. Zachowań, znajomości siebie nawzajem, reakcji. To nie jest test wiedzy (chociaż momentami może jednak też...), ale bardziej test sprytu i umiejętności kojarzenia. Niektóre podpowiedzi bywają zupełnie abstrakcyjne, ale zrozumiałe dla zgadujących.
W nocy przyszedł nasz znajomy i zagrał ze mną w drużynie. Oboje się dość gimnastykowaliśmy szukając podpowiedzi, jednak mnie zupełnie rozczulało, gdy mój mąż pomagał mu, podpowiadając mi właśnie pojedynczymi słowami. Trzeba lat znajomości, żeby móc tak błyskawicznie budować skojarzenia.
Przednia zabawa. Mieszanie par (gra się raczej w parach) daje jeszcze fajniejsze efekty, bo doskonale widać, jak zmienia nam się tok myślenia, w zależności od partnera.
I doskonały sposób na wspólne spędzanie czasu. Przynajmniej nie siedzi się i nie dyskutuje o polityce (no przynajmniej nie tylko). Ciesze się, że są jeszcze ludzie, którzy jak ja lubią gry towarzyskie, od gier planszowych przez karciane, po bilarda. To mój ulubiony sposób na spędzanie czasu ze znajomymi i przyjaciółmi. 
Z tego co widzę, coraz więcej osób rezygnuje z obchodzenia Sylwestra na hucznych "balach", decydując się na wyjazd lub "domówkę". Mnie osobiście to nie dziwi. Bardzo imprezowo spędzałam Sylwestra od bodajże 17 roku życia, do mniej więcej 30tki. I niestety, ale strasznie mnie to zaczęło nudzić. Praktycznie kilka godzin zabawy, co roku w dość podobnej atmosferze (bo organizatorzy nigdy nie stawiali sobie dość wysoki wymagań, przynajmniej wg mnie). Karą były dla mnie imprezy z orkiestrą, albo z nieśmiertelną muzyką z lat 80tych. To się naprawdę może przejeść i z wielką przyjemnością wybierałam w ostatnich latach opcje bez nadęcia. A najlepiej spędza mi się ten czas w domu. Z tańcem, lub bez, bo mi i tak z reguły dużo nie trzeba, w końcu tańczę po mieszkaniu prawie codziennie. Najważniejsze było dla mnie zawsze zamykanie roku z chociaż chwilą na refleksję. Rok 2011 był dla mnie bardzo udanym rokiem. Bardzo bym chciała, żeby 2012 był co najmniej tak dobry. Bardzo, bardzo cicho sobie tego w duchu życzę. Niech będzie co najmniej tak dobry jak 2011. Oczywiście, może być lepszy. Nie będę narzekać. 
Ale jaki nie będzie, nie będę w Sylwestra robiła nic na siłę. A co będę robić, gdzie i z kim, to jak zawsze czas pokaże. W ubiegłym roku umówiliśmy się z przyjaciółmi dwa dni wcześniej. Nie można tego nazwać planowaniem. I tak jest najlepiej. Przynajmniej w tej kwestii.

Czasami podejście do życia jak do "Tabu" jest po prostu najlepsze. Niech wszystko się rozgrywa na żywo, na bieżąco z lekką nutą improwizacji, aktorstwa, czasami zamierzonego przerysowania.
Oby było dobrze "po".
I tak sobie właśnie przypomniałam, że bardzo bym chciała, żeby nowy rok dał mi jak najwięcej szans na prowadzenie prezentacji. W końcu to moja nowa pasja przeniesiona z 2011, w tym też roku świeżo we mnie odkryta.  Zawodowa perełka moich osiągnięć. Wisienka na torcie lat pracy i zdobywanych doświadczeń. Dopóki dobrze nie spróbowałam, nie wiedziałam, co tracę. Ale czyż nie jest tak zawsze? Najważniejsze, jeśli chcemy nie zaśniedzieć w zasiedzeniu w jednym miejscu, to korzystać z okazji i przełamywać własne blokady. Banał. Jeden z najważniejszych.

30.11.11

Kokosowe, jakże zdrowe

Ostatnio uzależniłam się od oliwy z oliwek. Na szybko nie było nic lepszego niż tost z oliwą z oliwek. I właściwie kocham to dalej. Czy jako bazę do kanapek, czy tylko dla smaku. Ostatnio jednak bliska mi osoba podpowiedziała mi, żebym spróbowała oleju kokosowego. I to do wszystkiego. Gotowania, smażenia, ale też kosmetycznie. Popatrzyłam na nią z małym niedowierzaniem, jednak po przeczytaniu dodatkowych informacji postanowiłam spróbować. I co? Cudo.

Dania smażone na oleju kokosowym nie zmieniają swojego smaku i nie nabierają smaku tłuszczu, właściwie wydobywając właściwy smak np. mięsa czy warzyw. Przy smażeniu nic nie pryska, co jest już niebywałe samo w sobie. Nie znalazłam żadnych przeciwwskazań, ba, znalazłam wiele pozytywnych opinii, dlatego nic tylko polecam dalej. Oliwa z oliwek owszem, ale olej kokosowy zawita do mnie na stałe.

A do tego faktycznie warto osobne opakowanie wziąć do celów kosmetycznych. Zwłaszcza teraz, na zimne dni, doskonale natłuszcza skórę, nie obciążając jej, a przy tym okazuje się być świetnym kremem do rąk. Minusem jest bardzo długie wchłanianie, ale warto przeczekać. Efekty są świetne.
Więcej informacji w jednym ze sklepów, z którego chcę skorzystać: TU

Jeśli ktoś ma większe doświadczenia z tym tłuszczem, to proszę o informację. Może powinnam ostudzić swój zachwyt? ;)

26.11.11

Babcine wspominki, czyli rzecz o śnie i grogu

Ostatnio przespałam 15 godzin. Podróż służbowa, dużo dobrych i pozytywnych przeżyć, wrażeń, spotkań, widoków, miejsc. Dużo nowych przeżyć i doświadczeń, które przed wyjazdem spędzały mi lekko sen z powiek, ale czekałam na nie, żeby sprawdzić też siebie. Okazało się, że mogę i potrafię więcej i lepiej niż mi się wydawało. Dobrze. Wszystko w porządku. Jednak sama podróż i przeżycia spowodowały, że po powrocie czułam się mocno wyczerpana. Jeszcze 2 dni w pracy i w piątek po prostu grzecznie zapadłam w 15godzinny sen. Rano obudziłam się jak nowo narodzona. Wypoczęta, z resztkami przeziębienia niemrawo krążącymi po ciele. Jednak co najważniejsze obyłam się bez "chemii".

Przypomniały mi się słowa mojej babci, która była "dobrą czarownicą" naszych czasów. Miała dobrą i mądrą radę na każdą okoliczność, była niesamowicie skuteczna i posiadała wielką siłę perswazji, a przy tym była niebywale delikatna i subtelna. Imponowała mi, jak mało kto w życiu. Kilka lat po jej odejściu myślę o niej nadal każdego dnia i myślę, że tak już będzie zawsze, bo przede wszystkim bardzo mi jej brakuje.
To ona nauczyła mnie (nieświadoma tej nazwy) podstaw dzisiejszego "slow life". Łączenia przyjemnego z pożytecznym, znajdowania czasu dla siebie (mimo gromadki dzieci) i odnajdowania przyjemności w drobnych rzeczach. Pewnie dlatego odkrycie idei slow wydało mi się tak bardzo znane.

To moja kochana babcia nauczyła mnie, że najlepszą metodą na przezwyciężenie przeziębienia jest po prostu długi i mocny sen. Nie pamiętałam o tym do dziś, gdy się z takiego snu wybudziłam. Przypomniałam sobie, że przecież robimy sobie wielką krzywdę niewysypiając się przez długi czas. Owszem, spokojnie da się spać po 3-4godz. na dobę, ale ten brak snu znajdzie sobie ujście w inny sposób, właśnie spadkiem odporności, trudnościami z koncentracją, długotrwałą bezsennością. Nic w naturze nie ginie. Dlatego co jakiś czas spokojnie możemy sobie na to pozwolić, ale długotrwale robimy sobie krzywdę. Nie chodzi o to, że się da, ale o skutki.
Marudzę, ale tylko z punktu widzenia młodego człowieka, który myśli, że wytrzymałość jest nieograniczona. No nie jest. Niektórzy mają faktycznie większą, ale to też wyjątki i nie ma większego sensu się do nich odnosić.
I dlatego w gruncie rzeczy lubię zimę, bo jakoś naturalnie, przez te zimno i brak słońca ułatwia nam ładowanie akumulatorów długim snem, bez poczucia (skądinąd absurdalnego podejścia) straty czasu na sen. To tak, jakby szkoda było czasu na odpoczynek, dobre jedzenie, czas na przyjemności. To bardzo wyróżnia slow life, że mimo wszystko podkreśla właśnie wagę życia z sobą, swoim zegarem biologicznym i na miarę własnych możliwości. Niedostosowywanie się do cudzych oczekiwań też w tym względzie, bo to, że inni chcą, żebyśmy czas, który chcemy przeznaczyć dla siebie, przeznaczali dla nich, bądź na inne sprawy. Takim oczekiwaniom mówimy grzecznie "nie mam czasu".
[Z "nie mam czasu" to też jest ciekawa sprawa. Jest to bardzo dyplomatyczna odpowiedź i normalnie się z tym nie dyskutuje. Nie lubię na tę odpowiedź słyszeć "dlaczego? a co ty takiego niby będziesz robić?". Bucowatość pozwala innym wnikać, żeby na samym końcu usłyszeć "szkoda mi czasu na to, wolę porobić coś innego". Jak ktoś mówi, że nie ma czasu, to znaczy, że go nie chce mieć i po prostu się to szanuje bez drążenia i zmuszania. Nachalność jest jednym z nieprzyjemniejszych doświadczeń, ale gorsze jest uleganie jej. Jeśli mamy ochotę, potrzebę chociażby właśnie przespać ponad pół doby, to inni mają jedno: uszanować to. I to bez obrażania. Ja u innych też to rozumiem.]
Zima daje nam naprawdę dużo możliwość do poświęcenia więcej czasu sobie, swoim potrzebom, ale też swoim bliskim. Wykorzystujmy to tak, żeby nadejście wiosny z przyjemnością wypędzało nas z domów, mieszkań, pomieszczeń w tym samym celu, ale w inny sposób :)

Zima jest niesamowitym czasem wyciszenia, poukładania się ze sobą, na innych poziomach niż w ciepłe pory roku. Poświęćmy czas na odkładane książki, filmy. I koniecznie kubek gorącej herbaty z imbirem i miodem.


I oczywiście, dla mogących sięgnąć po alkohol niezastąpiony grog czyli herbata z rumem. Kocham wrócić zmarznięta i rozgrzać się właśnie grogiem. Szybki przepis:
  • 150 ml ciemnego rumu (ale może być też jasny)
  • 600 ml wody
  • sok z 2 cytryn
  • 2 łyżki cukru
  • 4 goździki
  • niewielki kawałek cynamonu
Zagotuj wodę z goździkami, cynamonem i cukrem. Dodaj rum i sok cytrynowy. Najważniejsze: pij gorący.
Zamiast samej wody możemy zastosować zaparzoną czarną herbatę (ja właśnie tak robię) i używam jasnego rumu (bo akurat taki mam). Można dodać też łyżeczkę miodu (chociaż jedynie dla smaku i aromatu, bo w temp. >40st C miód traci swoje wartości) zamiast cukru.
Naprawdę rozgrzewa i doskonale wpływa na zdrowie, ze względu na duża dawkę witaminy C. I po co sięgać po tabletki? ;)
No właśnie.
Długo śpijcie i pijcie grog na zdrowie.

19.11.11

slow life na szczęście

Ciekawy wywiad na temat dzisiejszego tempa życia. TU.

Z czego to wynika? Ludzie mają kompleks Boga. Już od jakiegoś czasu. Wiele osób chce mieć poczucie ogarniania wszystkiego, panowania nad swoim światem, panowania nad każdą sytuacją, przewidzenia wszystkiego i jako kobieta, mężczyzna, pracownik, szef, kolega, koleżanka, matka, ojciec. Też tak miałam. Straszne, bo nikt nie jest w stanie zapobiec wszystkich okolicznościom, wydarzeniom, zaplanować życia co do sekundy. Takie podejście prowadzi do poważnych chorób, depresji, maksymalnego sfrustrowania i skrajnego poczucia bycia niespełnionym i nieszczęśliwym. Straszne, bo ludzie się samonakręcają i jeszcze oczekują tego od innych. I tak naprawdę, co jest w tym najgorsze, nie widzą, że nie mają czasu żyć i nie widzą tego.
Strasznie łatwo w to wpaść. Ostatnio spotkałam się (w końcu) z bardzo dobrą koleżanką. Wychodzi z siebie, żeby być idealną żoną, matką i jeszcze spełniać się zawodowo. I niby ok, ale żyje w poczuciu winy za to, na co nie ma wpływu. Dziecko się rozchorowało? Jej wina, bo może dawała mu za mało witamin. Mąż przestał się rozwijać zawodowo? Jej wina, bo go nie mobilizuje. Nie dostała pracy, do której aplikowała? Jej wina, bo pewnie mogła być lepsza na rozmowie. Zapytałam jak się czuje z poczuciem winy za wojny i głód na świecie. Spojrzała nie rozumiejąc w pierwszej chwili i się uśmiechnęła smutno "faktycznie, temu też powinnam zapobiec".

Powiedziałam, "Kochanie, nie możesz. Nie masz wpływa na innych, na siebie masz ograniczony czasem i miejscem, ale co najważniejsze: Pogódź się z tym i odetchnij. Nie masz na wszystko wpływu. 

Planuj, przewiduj, organizuj, zapobiegaj, ale na miarę swoich możliwości. I daj sobie w tym wszystkim PRAWO do nieprzewidywalności wszystkiego. Popatrz na mnie. Byłam na złotej ścieżce, a potem się rozchorowałam. Spowolniło mnie to na 10 lat. Ból nie dawał mi żyć i pozmieniał wszystko, ale nie dałam sobie też prawa do zwątpienia, że można to zmienić. Wyszłam z tego z zupełnie innym podejściem, niż miała "przed". Ale też cholernie doceniam każdy dzień. Ucz się, rozwijaj, rób wszystko co MOŻESZ, ale przy tym pogódź się z tym, że nie możesz WSZYSTKIEGO wiedzieć i przewidzieć. Życie przemija, a ty żyjesz ciągle do przodu. Kiedy ostatnio robiłaś to, na co miałaś ochotę, bez planowania tego w kalendarzu?" 
"Nie pamiętam, ale nie wiem jak to zmienić".

Odpowiedziałam "Jesteś cholernie mądrą kobietą. Wiesz jak to zmienić, ale musisz jedno: CHCIEĆ".
Rozmawiałyśmy wiele godzin. O wszystkim. O strachu, o marzeniach, o planach, o rodzinie, o pozytywnym i destrukcyjnym myśleniu. Uwielbiam ją, bo ma marzenia, tylko mam też wrażenie, że nie daje sobie prawa do realizowania ich. Jeśli nie zmieni tego, jeśli będzie się sama gonić, to może obudzić się któregoś dnia i żałować, że nie dała sobie szansy na życie. Na życie tu i teraz. Problem z tym polega dla większości ludzi na tym, że nie dają sobie do tego prawa. Myśląc o "tu i teraz" natychmiast uciekają, bo nie potrafią się znaleźć ze sobą. Nie potrafią nie-myśleć, po prostu być tu i teraz, albo po prostu być tu i teraz, stąd ta ciągła ucieczka. Cokolwiek by się nie działo.

"Jesteś szczęśliwa?" zapytałam
"Nie wiem, nie, czasami, chwilami, nie wiem, teraz jest mi dobrze, ale i tak do szczęścia mi daleko"
"Dlaczego?"
"Bo ciągle myślę o tym co będzie, czy wszystko zrobiłam i czy dam radę wszystko zrobić"
"Ale dlaczego nie jesteś szczęśliwa?"
"Bo.."
"Nie, po prostu to poczuj. Teraz. Nie bój się szczęścia bezwarunkowego."
"Ale.."
"Nie. Daj sobie prawo do poczucia szczęścia. Mimo okoliczności"
"A ty tak umiesz?" zapytała
"Coraz częściej. Jestem szczęśliwa, bo tego chcę, jeszcze nie raz okoliczności zewnętrzne zaburzają to uczucie, ale to mija i odzyskuję szczęście. Nie mówię o śmianiu się, dowcipkowaniu, żartach. Dobry humor to co innego. Mówię o szczęściu."
To było generalnie bardzo pozytywne spotkanie, czas nam minął błyskawicznie, ale ze względu na odległość znowu się szybko nie spotkamy. Mam nadzieję, że następnym razem zobaczę ją spokojniejszą. Jest tego warta.

A teraz się tak zastanawiam, po co ludzkość wymyśliła w ogóle określenie "nieszczęśliwy". Zaburza ono percepcję. Można być smutnym, zmęczonym, w każdym stanie, ale poczucie szczęścia nie powinno być "tykalne", zależne. A może nie jest? Może naprawdę wszyscy daliśmy sobie wmówić, że możemy czuć się "nieszczęśliwi"?

Może ze szczęściem jest jak z miłością? Przecież np. w związku, w relacji z ludźmi, których kochamy, zdarzają się różne sytuacje, nastroje, ale nie wpływają one na poczucie samej miłości. Tak samo może być z poczuciem szczęścia. I pewnie jest, tylko musimy się tego czasami na nowo uczyć. Jestem szczęśliwa i nie mam zamiaru tego definiować. To uczucie niezbywalne. Jak człowieczeństwo. Nauczymy się bycia szczęśliwymi.

A nawiązując jeszcze do wywiadu z początku notki, jako kobieta starej daty przyznaję, że nic dla mnie nie zastąpi kontaktu osobistego i zawsze będzie to dla mnie forma nr 1. Z różnych przyczyn jest to często niemożliwe, ale spotkanie zawsze będzie dla mnie najważniejszą formą budowania relacji. Zmiana tego nie wychodzi ludzkości na dobre. Wbrew pozorom jesteśmy stworzeniami stadnymi. Jak byśmy się tego nie wypierali. Osobisty kontakt to osobisty kontakt. Rozwój technologi nie zabije tego w ludziach. Po prostu to zmienia.

14.11.11

Kolej transsyberyjska, czyli o marzeniach

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym o marzeniach. Przypomniał stare, chińskie powiedzenie "Oby spełniły się wszystkie twoje marzenia". Powiedzenie ma być złym życzeniem, bo spełnienie marzeń odbiera sens życiu. O ile zgadzam się z tym założeniem, to nie mogę się zgodzić, aby było możliwe spełnienie wszystkich marzeń. Po prostu, realizując jedne marzenie, moja osobista lista rozrasta się o kilka nowych. Od lat mam listę, którą sobie aktualizuję. Ona żyje razem ze mną. Wykreślam marzenia spełnione, uzupełniam o nowe, albo kasuję takie, które przestają być dla mnie ważne, albo których spełnienia przestaję chcieć. Tak, zdarza się, że poznając bliżej jakiś temat, albo wiążące się z tym utrudnienia czy ryzyko po prostu odechciewa mi się. Ale na pewno nie mogę powiedzieć, że mam tylko kilka marzeń. Są ich dziesiątki. Od nauki czegoś, poprzez poprawienie jakiegoś talentu, odwiedzenie, zwiedzenie, podróże, prozaiczne rzeczy, ale też spotkanie różnych ludzi. Skala prawie bez granic. Lubię tę listę, bo naprawdę żyje ze mną. Od 2006r. widzę jak się zmieniam, jak się zmieniają marzenia ale co najważniejsze, jak się spełniają.

Co mnie zastanawia, ja nie planuję spełniania marzeń. Z założenia. Planuję realizację planów, marzenia są marzeniami, czyli z założenia mam na nie niewielki wpływ. Dziś. Czy też wiem, że nie mam dość zapału, żeby się do ich realizacji planowo przybliżyć, co przy podróżach jest dość banalne, bo są dziesiątki sposobów, dzięki którym i determinacji mogłabym objechać świat. Ale mi się nie chce też determinacji w to inwestować, bo jednak wiem, że jeśli ma się coś udać, to się uda, jeśli się nie uda, to nie będzie dramatu. Marzenia mają to do siebie, że spełniają się raczej pod wpływem zbiegów okoliczności, szczęśliwych trafów, przypadkowych spotkań, rozmów, wydarzeń. Nie są efektem realizacji planu. Ba, ja właściwie nie kiwnę nawet palcem, żeby coś zrobić. One się spełniają jakoś innym sposobem. Nie wiem jakim, ale to nie ma znaczenia. Te, które mi się spełniły, spełniły się bez mojego celowego działania. I osobiście bardzo przez to rozróżniam plany od marzeń. Plany, jak już napisałam, po prostu realizuję i nie widzę w tym cudu, tylko efekt konkretnego działania.
Ale ja nie o tym chciałam :)
Jednym z marzeń, które odżyło we mnie po latach jest podróż Koleją Transsyberyjską.


źródło zdjęcia: TU
 Po prostu fantastyczne. Można spędzić 16 dni w podróży zwiedzając najmniej oblegane przez turystów zakątki Azji. To mnie w tym też tak kręci, że można się spotkać ze wszystkim, co jest nam dość nieznane w Europie. Krajobrazy, ludzie, klimat, klimat samej podróży, turkot kół pociągu, spacer po miastach, wioskach, których nazwy ledwo rozpoznaję. Myślę, że spokojnie mogę się rozmarzać, bo z jednej strony strasznie tego chcę, z drugiej oczywiście nie zrobię nic, żeby zdobyć bilet. Pozostanę przy marzeniach. Czas pokaże, co i czy w ogóle się z tego urodzi. Ale teraz i dziś jestem pewna, że część zimy chętnie spędziłabym w kołyszącym wagonie z nieznanymi krajobrazami za oknem, przemierzając wszystkie 8 stref czasowych zatracić poczucie czasu, zagubić się w poczuciu dnia i nocy i po prostu chłonąć otaczający i mijany świat.
Nic tak nie zmienia perspektywy i nie daje nam dystansu do siebie, życia, innych jak podróże. Mi na dobrą sprawę czasami wystarczy szybki wyskok na pobliskie Kaszuby. Godzina nad jeziorem, w ciszy, z dala od ludzi, w lesie, na tak kłująco świeżym powietrzu, żeby właśnie złapać dystans, odpocząć, otworzyć umysł, nie mówiąc o dalszych podróżach, z których wracam jak nowonarodzona, jednak dotychczas w ramach jednej strefy czasowej. Taka podróż koleją transsyberyjską obudziłaby we mnie to co lubię w sobie najbardziej. Zachwyt nowym, lekką niepewność, ale i ciekawość, rozmowy z obcymi kulturowo ludźmi, wsłuchiwanie się w język rosyjski, którego uczyłam się jeszcze w szkole, ale który do dziś lubię. Rozmowy z ludźmi w różnych wagonach. Ciekawiłoby mnie, czemu podróżują, dokąd, czemu tak, od nich dowiadywałabym się na co zwracać uwagę za oknem i na miejscu. Dzięki nim narobiłabym setki swoich ukochanych, amatorskich zdjęć. Ja zdjęciami po prostu przywołuję wspomnienia. Kocham natomiast żywą interakcję, szczególnie w miejscach, w których czuję się skrajnie obco i kocham tam każdego, kto okazuje mi życzliwość, bo tylko ona pozwala mieć odrobinę poczucia bezpieczeństwa i spokoju, że będąc w obcym świecie można ufać ludziom. Kolej transsyberyjska byłaby doskonałym przeżyciem. Na samą myśl o tym krew mi szybciej krąży.

I na pewno pisałabym pamiętnik. Każdego jednego dnia. Zapisywałabym każdą myśl, sytuację, odczucie. Na żywo jest to samoistne, gdy są do tego warunki. Taki pamiętnik byłby fajną pamiątką. I na pewno przeszedłby ze mną do końca życia. Teraz też prowadzę, szczątkowo i wyrywkowo pamiętnik z takich wyjazdów, jednak nie mogą się one równać z tak czymś nowym. Chociaż na dobrą sprawę kiedyś notowałam na żywo podróż Gdańsk-Warszawa, komentując sobie nocną podróż... Ale za każdym razem zaczynam od nowego zeszytu, notesu, kartek znalezionych w torebce i potem to gubię. Hm. No dobrze, jak się chce, to można wszystko, tylko dobrze byłoby o tym zaraz nie zapomnieć :)

Ale nie odbiegając od wątku, pamiętnik z takiej podróży, pisany ręcznie w zeszycie z grubą okładką, jeszcze do tego prosiłabym ludzi o jakieś wpisy! Jakiekolwiek. Każda osoba, przy której poczuję chęć upamiętnienia spotkania będzie o to poproszona. Potem dołączyłabym wydrukowane zdjęcia. I chyba zacznę tak robić przy kolejnych wyjazdach. Tych mniejszych też. Koniecznie. Wpisy obcych ludzi zawsze mnie fascynowały. W końcu od tego zaczęły się moje blogi, że zaczęłam czytać innych. A tak będę miała dowód własnych podróży na żywym papierze. Cudownie. Że też wcześniej na to nie wpadłam. 
No i tak to jest. Myśl o marzeniu, budzi we mnie zawsze coś nowego. Kocham to :)
Muszę zagrać w totka, żeby móc wykupić najbardziej rozwiniętą opcję z końcowym zwiedzaniem muru chińskiego włącznie i jeszcze powrotem do Tajszek i Czytu, żeby przejechać każdą linią trasy. Zrobić tę podróż raz, ale porządnie. Marzenie, jak każde inne ;) 
I znowu się tak podnieciłam, że pół nocy nie zasnę :)

11.11.11

Od tego się zaczyna

Artyści wszech czasów. Oni nauczyli mnie, czym jest dobry gust, dobra muzyka, słowa, tekst. W każdej dziedzinie są tacy. W muzyce na pewno można na szczycie umieścić Franka Sinatrę.

 Teraz wykonanie jednej z moich ponad czasowo ulubionych piosenek "Fly my to the moon". Pierwotnie (co odkryłam dziś) wykonał ją właśnie Frank Sinatra. Julie London jednak doskonale zinterpretowała ją na swój sposób.
Szanowni Państwo! Panie i Panowie! Frank Sinatra:


I cudowna Julie London



A razem z nim postawiłabym Barbrę Streisand. Jej piosenki, które znam przede wszystkim z filmów, zapadają na długo w pamięć. I to się nazywa naprawdę dobra muzyka. To jednak szczyt listy. Gdy już doceniamy takie wykonania, możemy spokojnie sięgać po wszystko co jest poniżej, bez obawy, że nam wypaczy gust. Kanony należy znać. Można lub nie ich nie doceniać, ale należy je znać, żeby wiedzieć, co jest naprawdę dobrą piosenką. To oczywiście nie każe nam nie iść na imprezę i się wyluzować przy muzyce pop czy techno, czy rap (które też miewają swoje kanony) czy disco polo, jednak matką gustu i doceniania naprawdę dobrej muzyki są dla mnie takie wykonania i tacy artyści jak wymienieni. Nie można zbudować dobrego gustu bez znajomości naprawdę ponadczasowych dzieł/ wykonań. Wszelkie wariacje są konieczne, rozwój, cywilizacja, poszukiwanie indywidualnych ścieżek powinno się jednak zaczynać od znajomości tego, co już było i było najlepsze. Nie przeszkadza mi to oczywiście kochać też De Mono ;)

Nie piszę o muzyce poważnej, bo to zbyt oczywiste. Od tego zaczynałam w szkole podstawowej, gdzie na szczęście co miesiąc zabierano nas do opery, dzięki czemu mogłam poznać to co w tej dziedzinie najważniejsze. Później doszły wykonania Bacha, Mozarta, Chopin mnie jednak do siebie nie przekonał, ale do dziś kocham Czajkowskiego. Rzadko jednak do nich sięgam, bo potrzebuję w sobie poczucia jakieś wzniosłości. Na co dzień poruszam się po innych obszarach wrażliwości. Bardziej przyziemnych. I lubię to. Muzyka poważna nie daje się traktować pobieżnie, a też za idiotyzm uważam słuchanie jej dla popisu "jakim to jak jestem melomanem". Czego by nie mówić, słuchamy muzyki w jakimś celu i próba imponowania tym, czego się słucha jest dla mnie trochę niezrozumiała. Inaczej mówiąc, nie robi na mnie wrażenia. Jest tyle gatunków i wykonawców, tylu było, jest i będzie, że najważniejsze jest jednak, żeby każdy potrafił znajdować to, co najlepsze dla niego. Ale kanony powinno się znać lub chociaż kojarzyć. Po prostu. Dla mnie w/w są początkiem listy, której sama nie pamiętam i co jakiś czas odświeżam, przypominam sobie i rozszerzam. Na pocieszenie, rzadko mi się zdarza, żebym mogła z kimś o tym porozmawiać. I dobrze. O muzyce nie dyskutuję. Ja jej słucham. Dlaczego? Bo to na dobrą sprawę nie ma większego znaczenia w relacjach. Są ludzie, których lubię i cenię a słuchają metalu, rocka, wszelkich niszowych kapel i nurtów i o niczym to nie świadczy, ALE Franka Sinatrę znają. Wystarczy. Ja też kojarzę chociaż jedno z wymienianych przez nich nazwisk, bo lubię wiedzieć, czym interesuje się reszta świata, gdy już wyściubiam nos poza swój to z maksymalnym zaangażowaniem, bo co by nie było, kocham poznawać nowe :)

10.11.11

(Roz)waga intuicji

W "Zwierciadle" pojawił się ciekawy artykuł Jolanty Berent o intuicji.
 http://zwierciadlo.pl/2011/psychologia/zrozumiec-siebie/dlaczego-amerykanskie-%e2%80%9ekeep-smiling%e2%80%9d-nie-dziala

Z intuicji się wyrasta, a potem można do niej wrócić. Przez długi czas w wielu zagłusza ją rozsądek. On zagłusza to, co w nas najbardziej prawdziwe i nasze. Tak naprawdę nie pozwala kierować się tym czego my chcemy, każąc wybierać to, czego oczekuje od nas otoczenie, wybierać rozwiązania "pewne", bezpieczniejsze, przewidywalne. Zabija spontaniczność i wiarę w słuszność intuicji. A tak naprawdę, to ona mówi nam co jest dla nas dobre. Czasami, albo nawet głównie, nie na pierwszy rzut oka, nie w krótkoterminowej analizie, ale z dużej perspektywy czasu, słuchanie się intuicji zawsze wychodzi nam na dobre. Jeśli "nasz wewnętrzny głos" mówi nam, żeby czegoś nie robić, a my to robimy, albo odwrotnie, to w efekcie końcowym okazuje się, że to była w najlepszym wypadku ślepa uliczka, przez co trzeba albo coś korygować, albo się wracać, albo naprawiać poważne błędy. Tak, to jest wynik niesłuchania intuicji. Dlaczego powinniśmy? Bo ona jest naszym naprawdę najlepszym doradcą. Ona nas najlepiej zna, szczególnie w wymiarze naszej nieświadomości. Wiele zapominamy, wypieramy, nie kodujemy, ona tego nie opuszcza i podpowiadając rozwiązania jednak to też uwzględnia. Zna nas, w końcu jest kumulacją naszej wiedzy o nas i o otaczającym świecie. Jej podpowiedzi po prostu muszą być słuszniejsze od podpowiedzi rozumu, który wiele omija i myśli zbyt liniowo w oparciu o naszą pamięć i wiedzę. Nauczyłam się słuchać intuicji i szybko jej poddawać. Od kiedy to robię, żyję spokojniej, wewnętrznie spokojniej. Nie muszę przekonywać samej siebie z poziomu rozumu, że coś jest "głupie". Bardzo często jednak widzę "jednomyślność" intuicji i rozumu i rzadko muszę ulegać jej z "zamkniętymi oczami". Znajdując spójność między intuicją i rozumem dałam sobie jeden z lepszych życiowych prezentów. Bez okazji i na zawsze.

PS.
Kiedyś wymyśliłam na jakiś konkurs producenta biżuterii, w szczególności pierścionków zaręczynowych, hasło "zachwyt chwilą, który trwa już zawsze". Nie wygrałam (wygrał jakiś wierszyk), ale hasło te żyje we mnie swoim własnym życiem. Przypomina mi się przy każdej okazji, która wywołuje mój zachwyt. Czasami jest to miejsce, czasami przedmiot, czasami dzieło sztuki, piosenka, zdjęcie, mina, sytuacja, okoliczności. Jednak myśląc o nich, przypomina mi się też towarzyszący temu zachwyt. To jedno z odczuć, które uwielbiam odczuwać. I bardzo współgra z moją intuicją, ponieważ pozwala pozbywać się obaw, lęków. Nie wiem czemu, ale w sytuacjach, które kiedyś byłyby dla mnie bardzo stresujące, staram się przypominam sobie chwile, które wywołały we mnie zachwyt (rozmowa z kimś zaufanym nie zawsze jest możliwa natychmiast). Taka moja osobista metoda na łapanie dystansu, który jest mi potrzebny po to, żeby pozwolić sobie usłyszeć i głos rozumu i intuicji. Dzięki temu nie wpadam w panikę, w popłoch czy histerię. Bardzo szybko łapię spokój, który podsuwa najlepsze rozwiązania. To działa. Słuchanie siebie nie może nie działać. Trzeba jednak po prostu chcieć zaufać sobie, co jak widzę, dla wielu wydaje się być wręcz niemożliwe. Niepotrzebnie. Nie ma lepszego wyjścia. Słuchanie siebie jest jak podpowiedź kogoś, kto zna nas jak nikt inny, bo też nikt inny nie wie o nas samych wszystkiego. Przyjaciele są kołem ratunkowym, ale nie powinniśmy też nigdy obarczać ich odpowiedzialnością za własne decyzje. A po to potrzebne jest podejmowanie ich w zgodzie ze sobą. Jak szalone nie wydawałyby się w pierwszej chwili. Kiedyś na pewno okażą się słuszne.

4.11.11

Znane cytaty z filmów, albo raczej ich brak

Ostatnio byłam na "Baby są jakieś inne". Film jak film. Dużo stereotypów, dużo gadania, niby nic, ale parę razy spłakałam się ze śmiechu. Nie wiem dlaczego, ale widocznie mnie jednak rozbawiły dialogi, jednak żadnego nie zapamiętałam i ciągle mi chodzi po głowie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam film, który byłby na tyle kultowy, żeby teksty z niego weszły do obiegu, były używane i rozpoznawane przez wszystkich, albo chociaż większość. Nie wiem, czy to wynika z tego, że takich filmów już po prostu nie kręcą, takie teksty nie powstają, nikt ich nie wdraża w krwiobieg społeczeństwa, czy też po prostu do mnie do nie dociera.
A propos znanych cytatów, właśnie się wielce zdziwiłam, bo przecież każdy zna:
"Zagraj to jeszcze raz, Sam" z Casablanki, czy też "nie ze mną te numery, Brunner" z Kapitana Klossa. A tu niespodzianka, ponieważ pierwszy nie jest cytatem, PRZECIEŻ tytułem sztuki W. Allera, a drugi jest wymysłem czyjejś wyobraźni. Źródło TU. Więc dobrze, są cytaty, których nie było. Ale jest wiele, które jednak były, są i będą, jak chociażby TE.
Ale nie ma nowych. Ostatnio jak już, to wchodzą cytaty z reklam, jak chociażby "jeśli...., to wiedz, że coś się dzieje" ze sławnej reklamy Tesco, albo z materiałów medialnych "co robić, jak żyć, Panie Premierze?".
Ale z filmów? Nic? Zero? Pustka? Cisza? Milczenie i niepewność?
Hm. Czy ktoś uratuje jeszcze kinematografię, albo czy coś uratuje moją pamięć przez zanikiem? ;)

3.11.11

Na trawie

(Tylko dla osób +18)

Jestem na tyle normalna, że jestem przeciwna narkomani (oklaski, można usiąść).
No ale to nie zmienia faktu, że rozróżniam i rozgraniczam substancje umieszczone w grupie "narkotyki/używki". Są takie, które uważam za absolutne i bezwzględne zło. W jednej grupie dla mnie mieszczą się narkotyki twarde i papierosy. Ze względu na szybkość z jaką się ludzie od nich uzależniają.
Osobną grupą są narkotyki miękkie i alkohol. Jako palacz (tak, rzucam, ale niestety po miesięcznej przerwie znowu zaczęłam i mimo całej samokrytyki, muszę zmienić podejście. Jeszcze bardziej, niestety), uważam alkohol za mniej uzależniający niż papierosy. Tak, to subiektywne odczucie i pewnie zdania są na ten temat zdecydowanie podzielone, jednak o ile piję alkohol (łącznie z winami) okazjonalnie w porywach do rzadko, to jednak od papierosów uzależniłam się błyskawicznie i niestety nie potrafię palić raz na jakiś czas, dlatego są one dla mnie o wiele gorsze niż alkohol. Nie istotne. Dziś bardziej irytuje mnie inna kwestia, mianowicie nielegalna "trawka". Oczywiście znam ją tylko z legend, opowieści i filmów zagranicznych (jak całe zło) (sic!), jednak kwestia jest o tyle wręcz durna, że trawka, jak bardzo by jej nie demonizować, nie sieje w ludziach spustoszenia nawet takiego jak papierosy, z tej prostej przyczyny, że nikt nie jest w stanie jej tyle wypalać, ile wypalają wytrawni palacze tytoniu. Nikt nie chodziłby z paczką skrętów i nie wyciągał jednego za drugim. Już pomijam, że w Holandii legalizacja nie spowodowała rewolucji, nie wpędziła narodu w nałóg i nie doprowadziła do załamania społeczeństwa. Bo po to nie sięgają idioci (to też zauważyłam na filmach oczywiście). Słysząc jednak reakcję przeciętnego Polaka na hasło "trawka", widząc przerażenie w oczach, drżenie rąk, jakby się powiedziało jakieś słowo zakazane, to nie mogę uwierzyć, że żyję w XXIw. w środku Europy. W gruncie rzeczy mnie to nie dziwi. Jako że znam ludzi żyjących w Holandii i nie tylko i wiem, że trawka nie jest demonem naszej ery, to jest mi aż głupio, że nadal w Polsce jest gorsza niż Nergal rwący biblię dla katolika. Albo równie zły. Samo hasło "trawka" zatrzymuje niektórych krwiobieg na równi ze słowem "heroina".

Nie, nie propaguję brania czegokolwiek. I nie namawiam. Wręcz bym odradzała, nawet jak ktoś będzie w Holandii, bo jeśli się tego boi, to lepiej niech po to nie sięga. W końcu to "trawka". Wiadomo. Dobra, dość ironii.

Jest mi głupio, że Polska jest krajem namiętnych dyskusji o miejscu kościoła, krzyża, świątyń, prawa do związków hetero, in vitro, eutanazji. Jakoś tak się czasami w tym wszystkim czuję, jak byśmy byli krajem debili, za których muszą decydować inni i to w kwestiach moralno-etycznych, z którymi wiele krajów na świecie dawno sobie dało radę, bo je szybko oswoiły. A u nas nadal na hasło "trawka" cichną rozmowy, siada atmosfera i nie wiadomo gdzie jest wyjście, bo już późno. W najlepszym wypadku rzuca się odważne i oburzone "ja nie palę TEGO". Wow. Ale papierosek jest ok. Pewnie.
Nie wiem jak, ale mam nadzieję, że kiedyś przestaniemy być moralno-etycznym ogonem Europy, przestaniemy prowadzić namiętne dyskusje o wiecznie odgrzewanych sprawach, zaczniemy normalnie reagować na normalne rzeczy i będziemy mieć w sobie mniej tego panicznego lęku przed nieznanym. Nie trzeba spróbować wszystkiego, ale przynajmniej wiedzmy dlaczego t

1.11.11

Otulenie fotelem

Zima ma ten wielki plus, że pozwala bez wyrzutów sumienia zanurzyć się z książką pod kocem, ze śpiącym kotem w stopach. Ja z reguły po prostu zawijam się na kanapie, zapalam lampkę, włączam chilli zet i odpływam w fabułę. Ale nie powiem, że chętnie zmieniłabym kanapę na coś, na co nie mam po prostu miejsca: idealne do czytania -doskonały fotel z podnóżkiem. Proszę bardzo:


Strona autora jest TU.
Inspirację znalazłam na fan page Dobre Wnętrze 
Fantastycznie byłoby się otulić fotelem, obok postawić kubek gorącej herbaty z imbirem i sokiem malinowym i odpłynąć z książką, albo chociażby zwykłym nie myśleniem, co robię równie chętnie w ramach resetu. 

30.10.11

Slow time, czyli dodatkowa godzina.

Od lat wykorzystuję zmianę czasu z letniego na zimowy, na własną korzyść.

Nie przestawiam budzika (jako jedynego zegarka). Przez jakiś czas, codziennie mogę sobie z błogością pomyśleć "mam jeszcze godzinę" i pozwalam sobie na dobudzanie przez ten czas. Albo możemy poświęcić ten czas na "mizianie" z partnerem, albo cokolwiek innego, co spowoduje, że wybudzanie będzie przyjemnością, chociażby na dłuższe śniadanie. Zatrzymajmy tę godzinę dla siebie, najdłużej jak się da.
Po jakimś czasie, gdy mój organizm sam się do tej godzinnej zmiany przystosowuje i przestaje widzieć i czuć różnicę, przestawiam budzik na właściwą godzinę. Można, ale nie trzeba. Po prostu organizm nie da się długo oszukiwać i odczuwać przyjemność z pozyskanego czasu.
Poczucie "mam jeszcze godzinę" jest bezcenne i przebija zdecydowanie z założenia zestresowane "jeszcze 5min." :)
Polecam. Naprawdę sprawdza mi się od lat.

Na marginesie: Tylko Rosja nie przeszła na czas zimowy (o czym doniosła większość mediów). Prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział, że zmiana czasu ma więcej skutków ubocznych niż korzyści. Swoją drogą, znając historię wprowadzenia czasu zimowo-letniego można się z nim zgodzić, zwłaszcza na strefy czasowe, które i tak powodują rozbieżności w stosunku do Europy, to ciekawa jestem, jakie będą odczucia samych Rosjan i ludzi/firm współpracujących z Rosją i czy faktycznie nie będzie miało wpływu na gospodarkę i export/import. Czas pokaże. Zawsze wszystko jest kwestią podejścia i nie wątpię, że w takiej rozbieżności można znaleźć dobre skutki. W końcu już dziś doskonale da się współpracować z krajami z innych stref czasowych (wiem po swoich doświadczeniach) i tak naprawdę CZAS ma rzadko diametralne znaczenie. Chociaż wydawałoby się, że jest inaczej, to wystarczy nie pozwalać na takie podejście i blokowanie działań wydumaną teorią ;)
A ja i tak będę celebrować swoją zyskaną, poranną godzinę :)

26.10.11

Ro(zdanie), zmień zdanie

"Znowu zmieniasz zdanie..." czasami słyszę z wyrzutem.

Ależ oczywiście. To jest podejście fair do sprawy. Moje zdanie oparte jest o najnowsze dla mnie informacje. Jeśli informacje się zmieniają, rozszerza zakres, zmienia charakter, okoliczności, dochodzą nowe fakty, to oczywiście, że dostosowuję do tego swoje zdanie. Musiałabym być okrutnie tępa, żeby tkwić przy zdaniu, mimo zmieniających się okoliczności.

To tak, jakbym żyła w epoce, gdy wierzono, że Ziemia jest płaska. Ok, wierzymy w to wszyscy. Dochodzą jednak sprawdzone informacje, że Ziemia jednak jest okrągła. Informacje, które potwierdza i nauka i obserwacje. A ja miałabym tkwić nadal w przekonaniu, że Ziemia jest płaska? Dokładnie tak jest ze zmianą zdania.

Jeśli masz powody, żeby zmienić zdanie, zrób to. Nie powtarzajmy tego frazesu, że niezmienność zdania jest dowodem bycia słownym, wiarygodnym i bógwiejak rzetelnym. I nie pozwalajmy innym odbierać nam prawa do zmiany zdania, jeśli mamy do tego konkretne powody, poza "bo tak", do którego swoją drogą też mamy prawo :)

23.10.11

Lofty - zakamarki marzeń

Od zawsze jestem zafascynowana loftami. Gdybym miała możliwości wyboru nowego lokum w mieście, wybrałabym na pewno którąś z ofert loftów. W Polsce przyjęły się dość niszowo i stanowią niewielki % obiektów pożądania przeciętnego Polaka, co mnie jednak niezmiernie dziwi, ponieważ lofty są piękne. Napatrzyłam się na zachodnie aranżacje dawno temu i czekałam na wejście tego do Polski. Weszło. Jest.
Lofty, jak wszystkie duże powierzchnie mają dla mnie jeden, niebagatelny minus - stanowią wielką powierzchnię do sprzątania. Może to i przyziemne, ale dopóki nie byłoby mnie stać na kogoś do sprzątania, nie chciałabym mieć nawet 100m2. Nie mówiąc o lofcie czy domu. Niemniej, nie przeszkadza mi to w byciu zakochaną w loftach. W tej wielkiej powierzchni, na której dosłownie można jeździć rowerem, albo przemieszczać się na wrotkach. Gdzie jest dość miejsca i żeby potańczyć i poćwiczyć i po prostu poleżeć na podłodze (a raczej na poduchach na niej porozrzucanych). Plusy i minusy.
Zaznaczam, że lofty jedynie w odniesieniu do życia miejskiego, ponieważ mając możliwość zakupu domu na pewno bym się na taki zdecydowała, tyle że poza miastem. Dom musi mieć dla mnie wielki ogród, z sadem, dużym tarasem, tu powierzchnia moich oczekiwań jest jeszcze większa, niż w przypadku loftów.
Duża, otwarta przestrzeń jest cudowna, jeśli chodzi o samo poczucie otwartości i beztroski oraz nieskończoną ilość możliwych aranżacji. Wyobraźnia może porzucić ograniczenia i po prostu spełnić nasze marzenia i oczekiwania.


Materiały powiązane:
http://www.sztuka-architektury.pl/index.php?ID_PAGE=3569
http://lofty.gazetadom.pl/Lofty/56,114675,10502597,Unikalny_loft__ktory_laczy_budynki.html
Piękne. Architektonicznie po prostu piękne i nie dziwi mnie, że tak doceniane też na zachodzie, w szczególności w USA. Widok z loftu np. na Nowy York, szczególnie z 10 piętra musi być zapierający dech w piersiach.
Jednak gdybym mogła wybierać, to wybrałabym dom na obrzeżach miasta. Z wielkim ogrodem, świeżym powietrzem, zielenią, naturą i dużym kominkiem w salonie. Mimo, że mam mieszkanie urządzone zupełnie nietrendowo (przynajmniej wg zaleceń architektów wnętrz), czyli po swojemu i ze sporą dawką kolorów ziemi, zamiast polecanych kolorów śródziemnomorskich, to kocham je bardzo, za przytulność i klimat, jaki udało nam się w nim stworzyć, chociaż.. to podobno ludzie nadają klimat a nie urządzenie :)
Lofty są piękne i dobrze urządzone (bo o to już niestety trudniej, przynajmniej wg mojego gustu) są warte podziwu. Już sam pomysł aranżacji pomieszczeń pofabrycznych był doskonały. Szkoda, że nie udało się go wdrożyć w Gdańskiej Stoczni, ale nic nie wiadomo, w końcu jej obszary też są wielkie i może kiedyś pojawi się pomysł i inwestor, który zdoła to fajnie zagospodarować.

20.10.11

Kawowe wariacje

Pewnej pięknej niedzieli, a dokładnie przedostatniej wybraliśmy się z mężem na festiwal kawy organizowany w Gdyńskim Gemini. Festiwal jest kolejnym młodym tworem i na dziś mnie rozczulił swoją bardzo, bardzo skromną formułą, ale też dał możliwość poznania czegoś nowego. A to jest już bezcenne.
Od kiedy mamy ciśnieniowy ekspres do kawy ciągle szukamy smaków dla siebie. Oczywiście podchodzimy do tego niezmiernie na luzie i nie wiemy do końca, jakie rodzaje kawy wybieramy, bo nie chce nam się tego uczyć na pamięć (łącznie z opisami), więc nasze eksperymenty sprowadzają się do kupowania niedużych ilości różnych kaw, z różnych regionów świata, od różnych producentów i różnych palarni.
Za największą ściemę uważam kawy w tzw. kawiarniach, gdzie stoją słoje z kawami z całego świata w cenie ok. 200zł/kg. Kupiłam kawę jeden 1. Nie dużo, bo do testów. Dwa rodzaje. Sorry memory, ale nigdy więcej. Kawa była zwietrzała i bez smaku. Bez niczego. Nawet kolor miała żaden. Jeśli już, to lepiej kupować kawy pakowane, ale ważne, żeby na opakowaniu był wentylek. Kawa musi oddychać. Chociaż to wszystko i tak nic...



ponieważ (wracając do festiwalu kawy) dowiedziałam się w trakcie rozmowy z szefem palarni kawy, że palona kawa bardzo szybko traci swoje właściwości. Owszem, różne sposoby przechowywania mają lekkie właściwości podtrzymujące, ale no właśnie, tylko podtrzymujące. Najlepiej kawa smakuje do kilku dni po paleniu.
"Co to oznacza?" Zapytałam roztropnie.
"Wąchała Pani kiedyś świeżo paloną kawę?" zapytał mój rozmówca sięgając do podajnika.

Oczywiście nie wąchałam, bo jakoś nie miałam okazji. I dostałam do powąchania i później do wypicia kawę paloną poprzedniego dnia. I się zakochałam, bo zrozumiałam, że nie znałam do tego dnia zapachu świeżo palonej kawy. Mój mąż powiedział krótko "nigdy więcej nie chcę żadnej innej kawy w domu". I się z nim zgadzam. Co zaskakujące, kawy świeżo palone nie są wcale droższe, niż kawy ze średniej półki w delikatesach. A jakość, zapach, smak są naprawdę niebywałe. Okazało się, że w okolicy mamy jakieś 3 palarnie i w każdej z nich można nabyć kawę w niedużych ilościach. Oczywiście podstawą jest też późniejsze przechowywanie w lodówce itp itd, ale starając się kupować kawę na ok. tydzień udaje się zachować te właściwości, które są kwintesencją kawy. Świeżozmielonej, świeżozaparzonej. Po prostu niebo dla podniebienia. I owszem,  czasami sięga się po inne kawy, zwłaszcza poza domem, ale darowanemu koniowi.... Nie, no nie marudzę. Poza domem pokornie poddaję się teorii "kawa to kawa". Jednak jak z wieloma rzeczami, gdy się już raz spróbuje czegoś naprawdę, naprawdę dobrego, to się widzi różnicę i zawsze będzie widziało. Cieszę się, że udało mi się poznać nowe smaki i właściwości czegoś tak codziennego jak kawa.

Dodatkowo kocham co jakiś czas urozmaicić kawę dodatkami typu mleczko (robiąc różne wariacje na temat cappucino, latte, machiatto), dodając syropy smakowe lub kardamon i karmel. Wariacji jest naprawdę mnóstwo i każdą można dowolnie modyfikować każdego dnia. Jednak dobra, czarna kawa pozostanie niezastąpiona. Gorąco polecam :)

18.10.11

Blog Forum Gdańsk 2011 - Gdańsk lubi wolność, Gdańsk lubi blogerów

Jakość zawsze będzie szła przed ilością. Chociaż ta druga jest miła, to tę pierwszą się zapamiętuje. Wg mnie nie zapamiętuje się pierwszych razów jako takich, tylko pierwsze razy, które były dla nas idealne. Wszystko zależy od kontekstu, to jasne, jednak to jak z eksperymentami. Cieszy i pamięta się ten pierwszy, ale udany.
Ale to na marginesie. Istotne jest, być przy powstawaniu czegoś. Czegoś, co później poznaje spore grono ludzi, czasami setki, czasami tysiące, czasami miliony. Działanie w jakimkolwiek charakterze w czymś, co wiemy, że kiedyś (wcześniej lub później) będzie miało znaczenie dla innych. Nie ważne, czy dotyczy to technologii, czy sztuki, czy jakiejkolwiek dziedziny lub przedsięwzięcia Obserwowanie powstawania jest fascynujące. Jak i sama obecność obok autora, nie mówiąc o faktycznym udziale w tym. Zdarza mi się to co jakiś czas i patrzę z boku i z perspektywy czasu szczęśliwa, że byłam obok, gdy to się tworzyło, że byłam tam, gdy to się działo, że brałam w czymś czynny udział, nawet jako "muza" czy po prostu przyjazna dusza. 
Tak jak udział w pierwszych razach nowych projektów, które po latach będą miały renomę, znaczenie, szeroki wydźwięk, a my przy ich narodzinach wiemy, że uczestniczymy w czymś, co będzie kiedyś wielkie. Jestem kolekcjonerką takich przeżyć i wspomnień. Ostatnio znowu miałam szansę w czymś takim uczestniczyć, dzięki komuś, kogo znam od wieków, chociaż tylko "z boku". Kogoś, kto sam jest dla mnie przykładem wyjątkowego człowieka, robiącego niebanalne projekty, a co najważniejsze, mającego niesamowitą filozofię życia. Slow life mogłoby się wywodzić od niego i jego podejścia. Człowiek, którego nie da się nie kochać, obok którego nie przechodzi się obojętnie, bo ma po prostu charyzmę. Chociaż nieudolnie udaje, że nie ;)
Wiem, że jestem niesamowitą szczęściarą, bo zdarza mi się trafiać na bardzo, ale to bardzo nietuzinkowych ludzi z pasją, z mądrością, z talentem, które potrafią przekuć w sukces, ale co ważne - z sukcesu tego czerpią też inni.  Wszystkich łączy jedno: mieli odwagę i wolę robienia tego, co sami uważają za słuszne, mimo, że czasami spotykało się to z początkową krytyką osób, które wydają się być najważniejszymi wyroczniami w danym okresie. Najtrudniej chyba jest robić coś, co się bardzo, ale to bardzo chce robić, a najbliższe otoczenie to wyśmiewa, bagatelizuje, krytykuje. Owszem, to wyrabia skórę, umacnia charakter, wszystko to jest jasne, ale na pewno łatwiej jest robić coś, przy poparciu najbliższych. Nie ma jednak sensu mieć od nich pretensji: nowatorskość prawie nigdy nie spotyka się ze zrozumieniem ludzi żyjących w bezpiecznych ramach.

Kolejny młody projekt, który jest przykładem czegoś, co bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć za kilka lat: Blog Forum Gdańsk, które uważam za fenomenalny pomysł i inicjatywę z ukłonem w stronę blogerów, a co ważne, pomysł, który mimo drugiej edycji dopiero się rozwija i jak tocząca się kula śnieżna z każdym rokiem ma szanse pozostawiać coraz więcej wątków, tematów, pomysłów, które będą kontynuowane, omawiane, rozwijane przez kolejny rok, do kolejnej edycji. Projekt, który naprawdę może spowodować, że blogosfera będzie bardziej i lepiej rozpoznawalna, ludzie nieinteresujący się blogami, będą mogli do nich sięgnąć i docenić ich poziom i jakość oraz właśnie wartość jako źródła wiedzy, miejsce wymiany opinii. Blogi lifestylowe mają ten plus, że są źródłem pozytywnej energii, której w naszym kraju bardzo, ale to bardzo brakuje, dlatego takie uważam za nie mniej ważne, niż wszystkie inne, specjalistyczne czy branżowe.
Kiedyś blogom można było zarzucić amatorstwo i rolę pamiętniczków, jednak z czasem stają się one nie mniej profesjonalne niż tradycyjne media, działy dużych portali czy magazyny branżowe. Zadziwiające, bo jeszcze 5 lat temu sama bym tak nie pomyślała. Sama bym nie wpadła na to, że blogi mogą się tak fantastycznie rozwinąć. Dziś, jeśli ktoś mi mówi, że nie wie co to są blogi i po co miałby się nimi interesować, mogę spokojnie odpowiedzieć, że jeśli się nie zainteresował, to może wiele tracić, a przede wszystkim źródło informacji, komentarzy, wyczerpujących opisów, recenzji, nie obarczonych ciężarem jakiejkolwiek cenzury (w domyśle "poprawności politycznej" narzuconej przez kogoś odgórnie, a przy tym nie tracących na jakości merytorycznej). Przy tak szerokiej różnorodności blogów, nie można dziś powiedzieć, że są byle jakie, bo się wystawia świadectwo sobie, jako człowiekowi niezorientowanemu, który ew. zniechęcił się kilkoma nietrafionymi próbami znalezienia blogów dla siebie.

Blogowanie stało się poważną konkurencją dla tradycyjnych mediów, które trzymać się będą jednak dzięki też takim jak ja osobom, które po prostu cenią sobie materiał wyczytany z zadrukowanej gazety/magazynu nie ważne czy typowo life-stylowego czy branżowego. Dla mnie się to wszystko uzupełnia. Jednak mam też świadomość, że blogami mogę wiele uzupełnić, poszerzyć wiedzę, znajdować inspiracje. Blog Forum Gdańsk jest doskonałym przykładem na to, że warto się zainteresować blogami, bo ignorowanie ich będzie niedługo jak ignorowanie komputera, jako takiego. Nie interesowanie się nimi, będzie po prostu świadczyło o jakimś zacofaniu i nierozwojowym podejściu. Niby można, ale po co? Lepiej się jednak zainteresować. A już szczególnie znaleźć sobie takie, które doskonale trafiają w nasze zainteresowania. Tak stare jak i nowoobudzone.

I dodatkowo cieszę się, że inicjatywa wychodzi z Gdańska. Miasta Wolnego, które pielęgnuje tę wartość bardzo priorytetowo. My Gdańszczanie mamy ją we krwi i czujemy się po prostu wolni z natury. 
Polecam materiały z Blog Forum Gdańsk 2011, dostępne na http://www.blogforumgdansk.pl/

Polecam zarówno blogerom jak i nie. I śledzenie sreamów też powinno być wpisane w kalendarz roku, ponieważ wystąpienia zapraszanych gości są bardzo dobre i dla wielu na pewno były źródłem ciekawych informacji, wymianą komentarzy, opinii, dobrego dowcipu. Każdemu blogerowi mogę życzyć, żeby słysząc o Blog Forum Gdańsk mógł powiedzieć jak Szyc w reklamie Canal+ "BYŁEM!". 
Albo chociaż "widziałem"
;)