23.12.11

Idea slow life

Dziś mi przyjaciółka uświadomiła, jak bardzo trzecim wyjściem jest idea slow life. Jak bardzo pozwala mi żyć poza pogonią za czasem bądź pieniędzmi. Czasu mamy tyle, ile mamy. Pieniędzy na daną chwilę też. Nie mniej i nie więcej. Jeśli myślę o czasie, którego nie mam, bądź pieniądzach, to zaraz też bez żalu myślę sobie, że co z tego? I tak jest dobrze jak jest. Jestem niezmiernie pogodzona ze sobą, swoim życiem, dobrobytem, ograniczeniami. Mam pełną świadomość siebie i życia i to w zupełności wystarczy do najważniejszego: szczęścia.

Osiągnięcie idealnego rozłożenia proporcji wymaga dużej asertywności, ale przede wszystkim woli i działania. Nie znoszę wprost narzekać, że czegoś nie mam. Jeśli z czymś mi zaczyna być źle, to to zmieniam. Pewnie, że niektóre decyzje nie podobają się innym i niosą za sobą czasami konsekwencje w postaci pretensji, ale cóż, innym przejdzie. Zapomną, albo jeśli nie rozumieją, to się odsuną. I dobrze. Nie potrzebuję w swoim otoczeniu ludzi, którzy się obrażają, za to, że nie spełniam ich oczekiwań wobec mnie. Nie ważne, jak ważni dla mnie są, jak bardzo ich kocham, szanuję, cenię. Wymagam tego samego. Nie mam roszczeniowego stosunku do świata, bo uważam, że to co do mnie przychodzi, to albo sobie wypracowałam, albo przychodzi, bo tak ma być. Żyję w zgodzie ze sobą. I zdaję sobie sprawę jakim to jest luksusem. Gdybym była innym człowiekiem, byłabym pewnie teraz bogatsza, posiadałabym więcej dóbr, utrzymywała kontakt z większą ilością osób, bo mogłyby mi się przydać, ale.. nie odczuwam takiej potrzeby. Złota zasada buddyzmu: nie przywiązywać się. Nie ograniczać się.

 Zrozumienie tego daje niewysłowione poczucie wolności. Robienie tego, co się lubi, z ludźmi, których się lubi, bycie blisko tych, których się kocha i otaczanie się ludźmi, których się ma za przyjaciół oraz dobre relacje w rodzinie. Bezcenne. I przy tym idealnie osiągane to, co dla mnie najważniejsze: święty spokój. Żyjemy w takich a nie innych czasach. Poukładanie się w nich, w zgodzie z sobą, a przy tym dla dobra innych jest jedną z najcenniejszych umiejętności. Idzie mi całkiem nieźle. I tak sobie myślę każdego dnia, że cokolwiek nie nastąpi, to DZIŚ jestem po prostu szczęśliwa. Każdego dnia dziękuję Bogu za dzień, za to, że minął może i dynamicznie, intensywnie, czasami wybuchowo, emocjonująco, mocno, ale w gruncie rzeczy dobrze. Docenianie tego jest dla mnie ważne.

 Kiedyś nie umiałam tak żyć, żeby nie zasypiać z żalem o coś, albo do siebie. Od jakiegoś czasu jest dobrze i daje mi to siłę na kolejny dzień. Nie jest to przy tym też płytkie uczucie kreskowego optymizmu, wynikającego z bezmyślności, raczej bardzo świadome docenianie każdego dnia, po wielu przeżyciach z przeszłości, które nie dawały mi cienia nadziei na to, że będzie lepiej. Odpowiedni ludzie na mojej drodze pozwolili mi w to najpierw uwierzyć, że dużo zależy ode mnie, a po drugie, że każda porażka, czy niespełnienie jest lekcją. Wszystko co wiem, zawdzięczam szczęściu trafiania na ludzi, którzy mieli to opanowane lepiej ode mnie. Dziś znowu w myślach im dziękuję.

Slow life jest najlepszą filozofią na te popieprzone czasy, gdzie zagubienie ludzi osiągnęło już chyba babilońskie apogeum. Naprawdę wyluzowanie, dystans i odnalezienie swojego tempa są dziś najlepszą metodą, żeby unikać wszelkiej autodestrukcji. Aż smutne jest, że tak wiele ludzi ma to albo za filozofię skrajnego snobizmu związanego z przerośniętym ekofanatyzmem i markowością produktów, albo wszystkim, co można kupić. Nie. Zdrowa filozofia jest bezcenna. I jest darmowa. I dostępna dla każdego. Bez względu na status. Wystarczy chcieć. Zwolnić i poszukać SWOJEGO tempa, zamiast ślepego i wyniszczającego pędu z tłumem. Tak bardzo życzę ludziom, żeby lubili swoje życie. Ale muszą tego sami chcieć. A przede wszystkim znaleźć czas, żeby nad tym pomyśleć. Najprostsze a jednak jakby z innej galaktyki. Szkoda.  Wszystkie "składniki" typu zdrowe odżywianie, ruch, joga, psychologia, są jej efektem, bardzo bardzo naturalnym, wg zasady "nie szkodzić" czyli siłą rzeczy pomagać sobie, robić sobie dobrze, a w efekcie też wszystkim w otoczeniu, bo pogodzeni ze sobą stajemy się źródłem energii dla innych. Mamy czas, siłę i energię żeby aktywnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, w życiu przyjaciół, bez gonienia i niedoczasu. To się naprawdę daje spokojnie połączyć.

Owszem, nie oznacza to, że mamy ten czas dla innych zawsze, bo ważny jest też czas dla nas, ale to już związane jest z asertywnością i potrzebą ładowania własnych akumulatorów. Daleka jestem od propagowania idei "poświęcania" dla innych. To chore. Pomaganie innym jest ważne, jak też możliwość liczenia na innych, ale wyrzućmy ze słownika słowo "poświęcenie". To jest akt dobrej woli, a nie cierpienia, które wpisane jest z automatu w poświęcenie. Nie ważne czy chodzi o pomoc w doniesieniu zakupów, telefon, zwykłą rozmowę czy oddanie nerki. To akt woli. I tego się pilnujmy. Intencje są najważniejszym motorem działania i efektów. Tylko akt woli nie spowoduje nigdy poczucia żalu, oczekiwania rekompensaty czy Bóg wie czego jeszcze. Intencje są chyba naprawdę najważniejsze. I co najlepsze - wcześniej czy później wypływają. Slow life nie ma w sobie cienia przymusu. Czy może być coś lepszego? Nie wiem. I aż głupio mi czasami, że zawsze na pytanie "co u ciebie?" odpowiadam "powolutku do przodu". I słyszę "wy to macie dobrze".

I nie rozumiem, w czym problem. Przecież to nie oznacza, że leżę i pachnę (no czasami, ale na dłuższą metę dostałabym jobla), jednak gdy mam potrzebę bądź ochotę, to po prostu sobie leżę i pachnę czytając książkę, czasami nie śpię całą noc, bo tak mi się chce, czasami pędzę za własnym ogonem jak pies szczęśliwa z tego powodu, też dlatego, że tego właśnie chcę. Wiem że żyję i że moje życie generalnie nie odbiega od życia innych. Od tego odbiega jedynie moje podejście. I jak kiedyś, po powrocie do Polski miałam problem, żeby oprzeć się przed tym wszechobecnym narzekaniem, marudzeniem, czepianiem, zrzędzeniem, tak dziś po prostu przyjmuję to co zsyła mi los, czasami delikatnie wpływając na to, na co mogę. Ale jeśli się nie daje, to też się z tym godzę, wychodząc z założenia, że to może jeszcze nie był czas i miejsce. Może kiedyś, jeśli nie przestanie być dla mnie ważne, to znowu do tego wrócę. Może jutro, może za 100 lat. Może nigdy. Och, te wielkie napinanie i determinacja. Pic na wodę. Te udawanie, że to jest ok. To podłe. Ludzie, nie widzą, że często ci, którzy realizują swoje wielkie marzenia, jednocześnie rezygnują (raczej świadomie) z czegoś innego. Wszystko oparte jest na wyborach. Brak pogodzenia z tym tworzy frustratów. Z kompleksem Boga. No smutne. Wiem. Ale jeśli tego sami nie zrozumieją, to im tego nikt nie wbije do głów. A niedocenianie tego, co mają osiągnięte na dany dzień, tylko potęguje niezadowolenie. Bzdura.

Dopijam kakao i idę poczytać. Mąż tak słodko śpi... Nic więcej mi teraz do szczęścia nie trzeba. Jak mówi mędrzec "wyluzuj". To tylko Święta... ;)