28.12.11

Salsa rulez

Jak ja się cieszę, że zaczęłam chodzić na salsę we wrześniu, chociaż stało się to za zupełnym przypadkiem. Dziś z żalem godzę się, gdy nie mogę iść na zajęcia, bo albo gdzieś wyjeżdżam, albo muszę dłużej popracować, czy też wyskakuje coś innego. Jednak staram się rzadko na to pozwalać, bo moja ukochana salsa jest tylko raz w tygodniu i to przez jedyną godzinę. To za mało. Zdecydowanie.
Kocham ją, bo wyrywa mnie z zasiedzenia, lenistwa, bezruchu spowodowanego przede wszystkim pogodą i idącą za nim niechęcią do wynurzania się na dwór, bez konieczności.
Salsa.

Po kilku miesiącach ćwiczeń widzę zmiany. Głównie w ciele (pięknie mi się zarysowują mięśnie ;), w sposobie poruszania (niesamowicie rozluźniło mi się całe ciało, przestał mnie boleć kręgosłup, a biodra same się kręcą przy każdej okazji i bez, ramiona są niebywale elastyczniejsze, ciało zupełnie inaczej reaguje na muzykę), w samopoczuciu, bo ja to po prostu kocham.
Przy czym, mam też w tym czystą przyjemność, mimo, że z założenia zajęcia polegają na nauce układów, których nie mogę od końca ogarnąć :) Magia jednak polega na tym, że mi to zupełnie nie przeszkadza i jak gubię krok, to dołączam od momentu, który pamiętam. Czasami wychodzą z tego fajne sytuacje, przy czym widzę też, że rozczulam instruktora.
***
Dzisiejszy dialog (gdy odwiało mnie od reszty grupy)
INSTRUKTOR: a ty dokąd?
JA: bo co? :)
INSTRUKTOR: a w sumie nic

...
INSTRUKTOR: nie stawaj! nie stawaj, bo jak się stanie..
JA[stoję zziajana]: to się stoi :)
INSTRUKTOR: ruszaj się! myk, myk! raz!
no nie miałam wyjścia. 
jeżu.  koffam go :)

 ***
po zajęciach
JA: pomijając wszystko, ja mam z tego po prostu dziką przyjemność
INSTRUKTOR: i o to chodzi

dokładnie.

Nie chodzę na te zajęcia dla rywalizacji, ale żeby się poruszać w rytm muzyki, którą kocham, którą czuję w biodrach, która robi mi dobrze, która mnie rozluźnia. To nie konkurs, nie zawody. Robię to wyłącznie dla siebie, więc się nie raz zapominam, zamykam oczy (przez co się gubię) i z uśmiechem sunę w rytmach salsy. Salsa jest niesamowicie erotyczna (jak się już ją opanuje, wiem, bo widziałam ;), podobnie jak samba i rumba, które jednak przyjdą potem. Najpierw opanuję salsę. Na dziś cieszy mnie, że potrafię bez gubienia się wykonywać sprawnie kroki i je błyskawicznie i odruchowo zmieniać zgodnie z poleceniem. Wszystko inne w swoim czasie ;)
Och, jak mnie to podnieca. Po powrocie herbata z rumem i oby do wiosny :)



PS. Pominę przyjemność, jaką ma z tego mój mąż.
I zima mija mi jakoś bokiem. Szkoda, że parę lat wcześniej już na to nie wpadłam. No ale cóż, lepiej późno niż wcale ;)

25.12.11

Empatia, czyli dlaczego pomagamy

Wiem, wiem. Od lat psychologia mówi o tym, że pomagamy, bo robi to dobrze NAM. Owszem, dostrzegam ten aspekt i na pewno go nie neguję, bo pomaganie robi nam dobrze i czujemy się potem tak wspaniale, jesteśmy prawie święci i chciałoby się świecić przykładem innym opowiadając, że się komuś pomogło i to było takie zajebiste uczucie.
Nie mogę.

Długo przechodziłam obok tej opinii z przytakiwaniem, bo w końcu przecież to się też zgadza, ale ciągle mi coś nie pasowało. Ponieważ uważam nasze samopoczucie na jedną stronę medalu, ale co ważniejsze: tę mniej istotną.

Może jestem inna, może się tak głęboko samooszukuję, ale niestety, ja pomagam w absolutnie i długo pierwszorzędnie po to, żeby pomóc. Dla samego faktu, że to ten drugi człowiek czy zwierze czuje się lepiej. Ba, mąż mi co jakiś czas przypomina, że świata nie naprawię i przesadzam z empatią, ale ja nawet pomagając odchodzę z poczuciem tymczasowości i właściwie raczej "chwilówki", niż pomocy. Nasze codzienne drobne gesty są pierdzieleniem a nie pomocą, może o to chodziło psychologom? Zakres naszej pomocy jest tak nieznaczny, że słowo pomoc jest mocnym nadużyciem. Przynajmniej wg mnie. Przelew na hospicjum, czy dom dziecka, czy jakiekolwiek drobne gesty pozostaną drobnymi gestami.

Czasami przychodzi do nas (na naszą klatkę) bezdomny i zbiera jedzenie i na jedzenie. Oddaję mu wtedy wszystkie prawie zapasy jakie mam w magazynku i czuję się cholernie podle. Ostatnio powiedział "Pani mnie chyba lubi". Zapytałam "dlaczego Pan tak myśli?", na co odpowiedział "bo inni to już nawet nie otwierają". I wtedy nastąpiło coś, co tylko pogłębiło moje poczucie podłości, mianowicie, ten człowiek bardzo ale to bardzo chciał porozmawiać. Zobaczył mojego kota, który wyszedł zaciekawiony. Dał się obcemu pogłaskać. Bezdomny zaczął mi opowiadać o psie, którego miał, ale który zaginął i do dziś nie wrócił. A ja stałam przy tych drzwiach i się uśmiechałam, czując coraz większe zniecierpliwienie. Wiedziałam, że ten człowiek chciał porozmawiać. Chciał kontaktu. Poczułam cholerną ochotę, żeby go zaprosić do środka, na kawę, żeby porozmawiać, ale nie zrobiłam tego, bo nie chciałam mu dać tego, co mogłoby iść za tym. Nie chciałam dać mu przyjaźni. Nie chciałam poświęcić mu czasu. Po paru minutach w tym progu przeprosiłam go i uciekłam. Uciekłam do swojego ciepłego mieszkania, kochającego męża i poukładanego świata. Zostawiłam go za drzwiami z siatką jedzenia, drobnymi i paroma minutami rozmowy.

To się działo jakiś czas temu i powtarza się co parę miesięcy. I niech nikt mi nie pieprzy, że pomagamy dla własnego dobrego samopoczucia. Te drobne gesty, które nas nic nie kosztują, które są dla nas niczym, nie niosą namiastki oddania czegoś dla nas wartościowego, są po prostu drobnymi gestami. Żyjemy w jakimś parszywym przekonaniu, że są takie wspaniałomyślne i poprawiają świat, czyniąc nas jednocześnie lepszymi. Bulszit.

Najgorsze jest właśnie to, że pozwalamy sobie na myślenie, że są one jakimś dobrem. Nie są. Są płytkim zagłuszaniem sumienia. Patrząc temu człowiekowi w oczy zastanawiam się zawsze, jak bardzo jesteśmy egoistami zamykając drzwi z poczuciem, że zrobiliśmy "chociaż tyle".

Nie zrobiliśmy nic. Po prostu oddaliśmy trochę jedzenia, które przy gorszych wiatrach i tak wylądowałoby przeterminowane w śmietniku, a drobne które przelewamy co jakiś czas na jakiś cel nie wystarczyłyby na porządne wyjście do restauracji. Nie róbmy z siebie takich wspaniałomyślnych i nie bądźmy aż tak bezczelni, żeby się lepiej czuć od tych drobnych gestów. Róbmy je, ale nie wynośmy siebie za to na piedestał. Nie zasługujemy. To co my robimy, to nie jest nawet altruizm.

Jak mi to uświadomiła ostatnio przyjaciółka Agata "pomaganie innym, czy to ludziom czy zwierzętom, jest naszym cholernym obowiązkiem a nie aktem łaski wobec nich". Dokładnie tak jest.

24.12.11

Idealna gra wstępna

Lubię nieprzewidywalność w związku. Mimo tzw. stażu, ciągle i co jakiś czas dzieją się u nas sytuacje, które są dla mnie nowe. Czasami z mojej inicjatywy, czasami męża. To nie ma znaczenia. Ważny jest fakt.

Ostatnią moją ulubioną "zabawą" jest wspólne parkowanie. Ja siedzę za kierownicą. Podnoszę ręce do góry (jedynie zmieniam biegi) i steruję pedałami, natomiast mój mąż kręci kierownicą, mówiąc mi, co mam robić. Cudne. Wersja filmowa polegałaby na prowadzeniu samochodu w jeździe, ale na to się chyba jednak bym nie zdobyła. Samo parkowanie jest już wystarczająco fajne. Idealnie ze sobą współgramy. Z boku musi to zabawnie wyglądać, ale zapewniam, że od środka jest jeszcze lepsze, a przede wszystkim, cholernie podniecające ;)

23.12.11

Idea slow life

Dziś mi przyjaciółka uświadomiła, jak bardzo trzecim wyjściem jest idea slow life. Jak bardzo pozwala mi żyć poza pogonią za czasem bądź pieniędzmi. Czasu mamy tyle, ile mamy. Pieniędzy na daną chwilę też. Nie mniej i nie więcej. Jeśli myślę o czasie, którego nie mam, bądź pieniądzach, to zaraz też bez żalu myślę sobie, że co z tego? I tak jest dobrze jak jest. Jestem niezmiernie pogodzona ze sobą, swoim życiem, dobrobytem, ograniczeniami. Mam pełną świadomość siebie i życia i to w zupełności wystarczy do najważniejszego: szczęścia.

Osiągnięcie idealnego rozłożenia proporcji wymaga dużej asertywności, ale przede wszystkim woli i działania. Nie znoszę wprost narzekać, że czegoś nie mam. Jeśli z czymś mi zaczyna być źle, to to zmieniam. Pewnie, że niektóre decyzje nie podobają się innym i niosą za sobą czasami konsekwencje w postaci pretensji, ale cóż, innym przejdzie. Zapomną, albo jeśli nie rozumieją, to się odsuną. I dobrze. Nie potrzebuję w swoim otoczeniu ludzi, którzy się obrażają, za to, że nie spełniam ich oczekiwań wobec mnie. Nie ważne, jak ważni dla mnie są, jak bardzo ich kocham, szanuję, cenię. Wymagam tego samego. Nie mam roszczeniowego stosunku do świata, bo uważam, że to co do mnie przychodzi, to albo sobie wypracowałam, albo przychodzi, bo tak ma być. Żyję w zgodzie ze sobą. I zdaję sobie sprawę jakim to jest luksusem. Gdybym była innym człowiekiem, byłabym pewnie teraz bogatsza, posiadałabym więcej dóbr, utrzymywała kontakt z większą ilością osób, bo mogłyby mi się przydać, ale.. nie odczuwam takiej potrzeby. Złota zasada buddyzmu: nie przywiązywać się. Nie ograniczać się.

 Zrozumienie tego daje niewysłowione poczucie wolności. Robienie tego, co się lubi, z ludźmi, których się lubi, bycie blisko tych, których się kocha i otaczanie się ludźmi, których się ma za przyjaciół oraz dobre relacje w rodzinie. Bezcenne. I przy tym idealnie osiągane to, co dla mnie najważniejsze: święty spokój. Żyjemy w takich a nie innych czasach. Poukładanie się w nich, w zgodzie z sobą, a przy tym dla dobra innych jest jedną z najcenniejszych umiejętności. Idzie mi całkiem nieźle. I tak sobie myślę każdego dnia, że cokolwiek nie nastąpi, to DZIŚ jestem po prostu szczęśliwa. Każdego dnia dziękuję Bogu za dzień, za to, że minął może i dynamicznie, intensywnie, czasami wybuchowo, emocjonująco, mocno, ale w gruncie rzeczy dobrze. Docenianie tego jest dla mnie ważne.

 Kiedyś nie umiałam tak żyć, żeby nie zasypiać z żalem o coś, albo do siebie. Od jakiegoś czasu jest dobrze i daje mi to siłę na kolejny dzień. Nie jest to przy tym też płytkie uczucie kreskowego optymizmu, wynikającego z bezmyślności, raczej bardzo świadome docenianie każdego dnia, po wielu przeżyciach z przeszłości, które nie dawały mi cienia nadziei na to, że będzie lepiej. Odpowiedni ludzie na mojej drodze pozwolili mi w to najpierw uwierzyć, że dużo zależy ode mnie, a po drugie, że każda porażka, czy niespełnienie jest lekcją. Wszystko co wiem, zawdzięczam szczęściu trafiania na ludzi, którzy mieli to opanowane lepiej ode mnie. Dziś znowu w myślach im dziękuję.

Slow life jest najlepszą filozofią na te popieprzone czasy, gdzie zagubienie ludzi osiągnęło już chyba babilońskie apogeum. Naprawdę wyluzowanie, dystans i odnalezienie swojego tempa są dziś najlepszą metodą, żeby unikać wszelkiej autodestrukcji. Aż smutne jest, że tak wiele ludzi ma to albo za filozofię skrajnego snobizmu związanego z przerośniętym ekofanatyzmem i markowością produktów, albo wszystkim, co można kupić. Nie. Zdrowa filozofia jest bezcenna. I jest darmowa. I dostępna dla każdego. Bez względu na status. Wystarczy chcieć. Zwolnić i poszukać SWOJEGO tempa, zamiast ślepego i wyniszczającego pędu z tłumem. Tak bardzo życzę ludziom, żeby lubili swoje życie. Ale muszą tego sami chcieć. A przede wszystkim znaleźć czas, żeby nad tym pomyśleć. Najprostsze a jednak jakby z innej galaktyki. Szkoda.  Wszystkie "składniki" typu zdrowe odżywianie, ruch, joga, psychologia, są jej efektem, bardzo bardzo naturalnym, wg zasady "nie szkodzić" czyli siłą rzeczy pomagać sobie, robić sobie dobrze, a w efekcie też wszystkim w otoczeniu, bo pogodzeni ze sobą stajemy się źródłem energii dla innych. Mamy czas, siłę i energię żeby aktywnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, w życiu przyjaciół, bez gonienia i niedoczasu. To się naprawdę daje spokojnie połączyć.

Owszem, nie oznacza to, że mamy ten czas dla innych zawsze, bo ważny jest też czas dla nas, ale to już związane jest z asertywnością i potrzebą ładowania własnych akumulatorów. Daleka jestem od propagowania idei "poświęcania" dla innych. To chore. Pomaganie innym jest ważne, jak też możliwość liczenia na innych, ale wyrzućmy ze słownika słowo "poświęcenie". To jest akt dobrej woli, a nie cierpienia, które wpisane jest z automatu w poświęcenie. Nie ważne czy chodzi o pomoc w doniesieniu zakupów, telefon, zwykłą rozmowę czy oddanie nerki. To akt woli. I tego się pilnujmy. Intencje są najważniejszym motorem działania i efektów. Tylko akt woli nie spowoduje nigdy poczucia żalu, oczekiwania rekompensaty czy Bóg wie czego jeszcze. Intencje są chyba naprawdę najważniejsze. I co najlepsze - wcześniej czy później wypływają. Slow life nie ma w sobie cienia przymusu. Czy może być coś lepszego? Nie wiem. I aż głupio mi czasami, że zawsze na pytanie "co u ciebie?" odpowiadam "powolutku do przodu". I słyszę "wy to macie dobrze".

I nie rozumiem, w czym problem. Przecież to nie oznacza, że leżę i pachnę (no czasami, ale na dłuższą metę dostałabym jobla), jednak gdy mam potrzebę bądź ochotę, to po prostu sobie leżę i pachnę czytając książkę, czasami nie śpię całą noc, bo tak mi się chce, czasami pędzę za własnym ogonem jak pies szczęśliwa z tego powodu, też dlatego, że tego właśnie chcę. Wiem że żyję i że moje życie generalnie nie odbiega od życia innych. Od tego odbiega jedynie moje podejście. I jak kiedyś, po powrocie do Polski miałam problem, żeby oprzeć się przed tym wszechobecnym narzekaniem, marudzeniem, czepianiem, zrzędzeniem, tak dziś po prostu przyjmuję to co zsyła mi los, czasami delikatnie wpływając na to, na co mogę. Ale jeśli się nie daje, to też się z tym godzę, wychodząc z założenia, że to może jeszcze nie był czas i miejsce. Może kiedyś, jeśli nie przestanie być dla mnie ważne, to znowu do tego wrócę. Może jutro, może za 100 lat. Może nigdy. Och, te wielkie napinanie i determinacja. Pic na wodę. Te udawanie, że to jest ok. To podłe. Ludzie, nie widzą, że często ci, którzy realizują swoje wielkie marzenia, jednocześnie rezygnują (raczej świadomie) z czegoś innego. Wszystko oparte jest na wyborach. Brak pogodzenia z tym tworzy frustratów. Z kompleksem Boga. No smutne. Wiem. Ale jeśli tego sami nie zrozumieją, to im tego nikt nie wbije do głów. A niedocenianie tego, co mają osiągnięte na dany dzień, tylko potęguje niezadowolenie. Bzdura.

Dopijam kakao i idę poczytać. Mąż tak słodko śpi... Nic więcej mi teraz do szczęścia nie trzeba. Jak mówi mędrzec "wyluzuj". To tylko Święta... ;)

18.12.11

Przed wigilią

Ponieważ co roku miałam poważny dylemat wigilijny i sporo czasu traciłam na jazdę pomiędzy domami, postanowiłam w tym roku zrobić wigilię w naszym mieszkaniu. Wszystkim się pomysł spodobał, zwłaszcza, że umówiłyśmy się, że robimy jedzenie "składkowe" czyli każda z nas przygotowuje jakieś dania i spotkają się one na stole. Wszyscy są zadowoleni, bo żadna kobieta nie ma wszystkich przygotowań na głowie, a ja nie muszę jeździć i cały wieczór wszystkich będę miała w jednym miejscu. Długo na to czekałam.

I chcę zrobić bardzo tradycyjnie, z kolędami, z czasem dla wszystkich "na spokojnie" z telefonami do pozostałych najbliższych, którzy są daleko, ale teraz będziemy mogli też chwilę porozmawiać.

Żałuję, że nie miałam takiej możliwości jeszcze 4 lata temu, ale myślę, że lepsze to, niż znowu rozbicie i wybory. I wreszcie bez dylematów i pędzenia. Moim największym wigilijnym marzeniem jest zabranie całej rodziny w jedno miejsce, gdzie wszyscy będziemy mogli zająć się sobą wzajemnie, żadna kobieta nie będzie stała całymi dniami w kuchni i siadała skonana do stołu. Coraz modniejsze są święta w hotelach (ostatnio rozmawiałam w jednym hotelu o tym i oni są tym zachwyceni - ponieważ nie wszyscy pracownicy mają rodziny albo nie są katolikami i wolą spędzać ten czas w pracy, ci co chcą mieć wolne, to mają), a goście też są zadowoleni z tego rozwiązania, właśnie przez brak konieczności "stania w kuchni". Dla mnie te wyjście też jest optymalne, bo na kilka dni mogłaby się zjechać cała rodzina z różnych kątów Europy.
No cóż. Od tego są marzenia... ;)

11.12.11

W lustrzanym odbiciu

Segritta napisała praktyczną notkę. Notka ta nasuwa mi na myśl jeszcze jedną ważną kwestię: samoakceptację. Autorka sama zauważa, że może jej rady nie są odkrywcze, jednak myślę, że wszystkim z nas, zdarzają się błędy w makijażu, bądź co bądź jednak nie wiemy o nim wszystkiego. Rady Segritty są o tyle cenne, że są bardzo uniwersalne i nie związane z typem urody.

No i właśnie. Makijaż. W ogóle "własny styl". To jest o tyle płynna sprawa, że znalezienie tego, z czym czujemy się dobrze, a przy tym, co nam pasuje, wcale nie jest takie naturalne i wrodzone. Wyrabianie gustu i szukanie własnego stylu nie jest czymś, co się wysysa z mlekiem matki. To jest coś, czego się ciągle uczymy, dopracowujemy, zwłaszcza, że z wiekiem się to zmienia, co jako 35+  mogę już mocno stwierdzić, bo od kiedy się tym interesuję (czyli od podstawówki?) zmieniało mi się to bardzo i w różnych kierunkach. Miałam różne fazy. Niektóre do dziś mnie bawią, bo np. od ok 20tki do  30tki bardzo długo stosowałam do każdej okazji i okoliczności styl elegancki + obcasy.

Nie miałam praktycznie sportowych, bądź luźnych rzeczy. Wszystko musiało być dopracowane i dopieszczone. Nawet jak jechałam do lasu. Na szczęście dziś mnie to już po prostu bawi. To samo dotyczyło makijażu. Należałam do kobiet, których nikt nie miał prawa zobaczyć bez makijażu, no może zdarzały się wyjątki, ale czułam się wtedy nieswojo. To też minęło. Właściwie od kiedy skończyłam 35 lat czuję się naprawdę dobrze ze sobą. Ale to jest inna inność. Paradoksalnie musiałam dojrzeć do pełnej samoakceptacji. Może dotarło do mnie, że każdy rok życia zmienia mnie i moje ciało i po prostu cenię to, co mam DZIŚ, najwyżej delikatnie się rzeźbiąc tańcem, ćwiczeniami, dietą. Ale co ważne: bez napinania się. Robię to, bo mi z tym dobrze, jeśli mam ochotę na coś niezdrowego, to to po prostu robię.

Wracając do samoakceptacji i wspomnianego makijażu. Bardzo często widząc dziewczynę z przesadnym makijażem czuję, że ona siebie nie akceptuje, nie lubi, próbuje schować się za maską palety kolorów i kosmetyków. Robi mi się smutno. Dziewczyny nie rozumieją, że nigdy potem nie będą mieć tak pięknej cery jak w wieku 20 lat, nigdy nie będą mieć naturalnie pięknych rumieńców, które chowają pod pudrami i podkładem. Nigdy więcej nie będą takie, jak teraz. Owszem, zadbana skóra z wiekiem też się odwdzięcza, ale nie oszukujmy się, no jest inna. Jest mnóstwo portali z poradami kosmetycznymi, propozycjami makijażu, testami doboru pasującej kolorystyki (nigdy nie mogłam znaleźć kombinacji dla siebie, bo nie mam cech pasujących do typowych szablonów i wydaje mi się, że wiele dziewczyn jednak też będzie od tych szablonów jakimiś szczegółami odbiegać). I co? I dlatego serdecznie polecam notkę Segritty. Niech każda dziewczyna, kobieta, szuka tego, co dla niej najlepsze, a nie co modne, obecnie lansowane i topowe. Wielu stylistów radzi z resztą, żeby tak podchodzić też do mody, do trendów. Kreowanie własnego stylu, od makijażu począwszy, powinno być bardzo, bardzo pasujące do nas i do okoliczności.

Żaden strój ani makijaż nie zastąpi jednak naturalnej charyzmy, jaką ma kobieta, która siebie lubi, akceptuje. Bez względu na typ urody, wagę, wiek. Każda kobieta, która lubi siebie bije tak naturalnym seksapilem, że strój i makijaż mogą je tylko podkreślić (i powinny!), ale nigdy go nie wykreują (nie mówię o fotografiach, na nich mistrzowie fachu wyciągną to co najlepsze, ale to zawsze będzie tylko uchwycony moment), chodzi mi o kobiety, z którymi mamy do czynienia w kontakcie osobistymi. Są to kobiety, którym też inne nie będą zazdrościć, będą się nimi po prostu inspirować, ponieważ kobiety lubiące i akceptujące siebie nie mają też potrzeby życia w świetle odbitym od cudzego zachwytu, raczej pozwalają się ogrzać we własnym blasku. Nie sycą się zazdrością, nie zależy im na odbieraniu poczucia pewności siebie innym, bo wiedzą, że i tak nie o to w tym chodzi. Raczej dają przykład właśnie idealnej samoakceptacji i lubienia siebie. I to naprawdę nie jest kwestia dosłownej urody. Jak się im przyjrzeć, mają tyle samo tzw. "niedoskonałości" co praktycznie każda z nas, ale magia polega na tym, że nikt nie ma czasu zwracać na te "niedoskonałości" uwagi. One są zupełnie nieistotne w całokształcie jaki składa się na takie kobiety. Każda z nas może sobie taką znaleźć i się nią inspirować. Tak wśród osób znanych, rozpoznawalnych jak i z życia codziennego, bo ich nie brakuje.

I to dotyczy też mężczyzn. Facet, który lubi siebie, zna swoją wartość, jest jak magnez. I tyle. Szukanie, porównywanie się z innymi pod kątem dorównania im zawsze będzie dołujące i dlatego jest stratą czasu. Ale też tak na marginesie: jeśli ktoś nie lubi siebie, to się wyczuwa. Jeśli ktoś nie akceptuje siebie, to się wyczuwa i nasuwa się logiczne pytanie: dlaczego ktoś inny miałby mieć inaczej? No właśnie. Samoakceptacja jest naprawdę jedynie kwestią podejścia do siebie. Bez względu na wszystko. I nie każdy musi ją podzielać, ważne, żebyśmy my lubili siebie, reszta sama się poukłada.

I polecam proponowane przez Segrittę triki. Z wielu korzystam sama, ale kilka jest dla mnie nowością i chętnie spojrzę na temat z ich wykorzystaniem. W końcu jestem kobietą i kocham patrzeć jak drobiazgi podkreślają to co lubię podkreślać, bądź matują to, co mi przeszkadza. Jednak nie oszukujmy się, każdy makijaż oczu służy mi jedynie po to, żeby zatrzymywać wzrok, skupiać cudze spojrzenie w trakcie rozmowy, ponieważ niż nie jest dla mnie tak ważne w kontakcie, jak właśnie kontakt wzrokowy. Tusz do rzęs, kredka i cienie mają po prostu dodać temu "czegoś" :) I po do jest dla mnie makijaż, strój. Mają jedynie służyć mi do czucia się jeszcze fajniej, a nie przebierać i zakrywać mnie. Bo ja po prostu lubię siebie ;) (gorsze dni są też normalne, no ale bez przesady. Nie chodzi o bezkrytyczny samozachwyt, bo też dobrze robi przestraszyć się rano przed lustrem, przynajmniej wiem, że jestem człowiekiem i makijażem tego nie zmienię, ale też po co? W końcu wiem, jaka jestem i nie muszę się też obawiać reakcji ludzi po zmyciu makijażu. A to się po prostu nazywa luksus samoakceptacji. W razie czego przynajmniej mnie rozpoznają, gdy idę do sklepu na przeciwko w kitku, dresie i bez makijażu  tak samo gdy idę ubrana biznesowo. Ja to ja. Reszta to tylko okoliczności ;)

8.12.11

Szufladkowanie, czyli "Bóg, kasa i rock"

Nie, nie będzie o świątecznych porządkach, bo nie jestem zwolenniczką sprzątania "z okazji". Sprzątam, gdy widzę i mam potrzebę.
Ale będzie o szufladkowaniu ludzi.

Och, jakie to jest płytkie. Bardzo tego nie lubię. Wychodzę z założenia, że ludzi poznaję stopniowo. Oczywiście, że sympatie/ antypatie odczuwalne są od razu i od pierwszych kontaktów, ale nie są one dla mnie niezmienną wartością i przede wszystkim wymierną. Zanim wyrobię sobie zdanie o człowieku muszę go trochę poznać. Poczuć. Pobyć. Nie wyobrażam sobie zamykać drzwi na znajomość na podstawie pobieżnych wrażeń. Może dzięki temu od zawsze miałam znajomych ze skrajnie różnymi poglądami, zainteresowaniami, różnych kulturowo, społecznie, wyznaniowo. Nie oceniam wartości człowieka po poglądach. Ba, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, z którymi się nie zgadzam, albo z ludźmi, którzy znają się na rzeczach o których nie mam pojęcia. Dzięki temu poznaję inne punkty widzenia, poznaję nowe dla mnie tematy, dziedziny. Gdybym miała się zamykać na "inne" pewnie nie poznałabym wielu cennych tematów czy opinii. To odmienność otwiera oczy, budzi ciekawość pokazuje świat, podsuwa nowe rozwiązania i zainteresowania. Dzięki zafascynowaniu odmiennością jestem jaka jestem. Właściwie zamykam się na kontakt jedynie, gdy ktoś mocno zachodzi za skórę, a tak naprawdę jedynie, gdy mnie boleśnie oszukuje, albo krzywdzi. Na szczęście zdarzało się to bardzo rzadko i mimo pojedynczych nieprzyjemnych przeżyć mam w sobie wielką wiarę w ludzi i ogólną sympatię z lekką, ale nie przesadną otwartością (przy czym zdaję sobie sprawę, że takie sytuacje krzywdzą obie strony. Przeważnie). Nie lubię szufladkowania. I naprawdę kocham odmienność. Im ktoś jest bardziej inny niż ja, tym lepiej. To, że tak różnie widzimy świat, różne sprawy jest generalnie piękne. Spotykanie się po to, żeby sobie poprzytakiwać, albo sprzeczać o detale... nie, szkoda czasu :)
Kocham różnorodność. Nie szufladkuję ludzi po pojedynczych pozorach, albo na podstawie poglądów. I naprawdę nie musimy się zgadzać, żebyśmy się lubili ;)
Czytam właśnie nową książkę Prokopa i Hołowni. Jeden jest mocno wierzącym i praktykującym katolikiem, drugi jest ateistą. I rozmawiają o sprawach, o których pozornie ciężko rozmawiać, gdy się ma tak różne punkty wyjścia. Co się okazuje (nic odkrywczego, ale ta książka to żywy dowód), chęć wymiany poglądów, chęć popatrzenia na świat oczami drugiej osoby, chęć wysłuchania się wzajemnie bez oskarżeń, obrażania i pretensji potrafi dać naprawdę ciekawy efekt. Cenię sobie w życiu też takie rozmowy jak Prokopa i Hołowni. Prawda jest też taka, że nie często daje się z kimś porozmawiać na takim poziomie. Czytając tę książkę czuję się jak słuchacz, który chętnie by się momentami wtrącił. Pokazał jakieś trzecie wyjście, swój własny punkt widzenia. Już dawno nie dyskutowałam z książką :)
Gorąco polecam. Doskonała rozmowa ludzi, którzy przy tym mają sporą wiedzę, a przy kompletnie różnym światopoglądzie dają piękną mieszankę w rozmowie. Nie tylko o Bogu.
Pod choinkę życzę sobie więcej takich rozmów we własnym życiu. Doskonale spędzony czas.
"Bóg, kasa i rock'n'roll" Marcin Prokop i Szymon Hołownia. Życząc ją sobie pod choinkę na pewno nie zmarnuje się czasu. Wiem jedno: oni dwaj też nie szufladkują ludzi, pokazując doskonale, że mając tak skrajne spojrzenie na świat, można się pięknie porozumiewać.

5.12.11

Kim tylko chcę

Gdy byłam małą dziewczynką strasznie chciałam być aktorką. Męczyłam rodzinę, żeby mnie zabierali na "castingi" do filmów. Realizowałam się chociaż przez udział w teatralnych i muzycznych grupach dziecięcych. Oczywiście szkolny chór i wyjazdy na festiwale piosenki radzieckiej. Oprócz tego lekcje tańca towarzyskiego (pamiętam jak w szkolnej łazience ćwiczyłam cza czę) a między tym zajęcia w szkole baletowej. Dziadkowie ciągle gdzieś ze mną jeździli, bo ich ukochana wnuczka musiała się realizować artystycznie. Och, jaka byłam szczęśliwa biorąc w tym wszystkim udział. Właściwie do końca szkoły podstawowej udzielałam się, gdzie się dało, potem jednak poszłam bardziej w sport, który pozostał już do końca lat licealnych. Ale wracając.. aktorstwo. Tak, było moim marzeniem, bo mimo niesamowicie towarzyskiej duszy byłam równie niesamowicie nieśmiała. Każde wystąpienie, każdy udział w apelu, bądź wypowiedź przed klasą (chociażby recytowanie wiersza) było dla mnie stresem. Przynajmniej do czasu samego występu.

I właśnie jako mała dziewczynka wymyśliłam, że jak już mam np. występować, to wcielam się w rolę. Nie jestem małą, wstydliwą Marzenką, tylko świetną aktorką, tancerką, mówcą, piosenkarką. Potem z biegiem lat dodawałam do tego to, co było mi właśnie dane do odegrania. Z wiekiem byłam coraz pewniejsza siebie, zauważałam, że nie muszę się "wczuwać", żeby dobrze wypadać i czuć się sobą. Owszem, gdzieś tam na dnie pozostała pewna nieśmiałość, albo raczej onieśmielenie, które do dziś zdarza mi się przeżyć i czuję, że się czerwienię jak nastolatka. Bardzo rzadko, ale jednak jeszcze mi się to zdarza. Jednak nadal też, przy każdym pierwszym razie (a na pierwsze razy będę polować całe życie), zdarza mi się moment zawahania, niepewności, paniki czy dam radę, ale co najważniejsze, nie paraliżuje mnie to. Nie włącza mi się mechanizm każący uciekać, wycofać się. Nad nim nauczyłam się panować w pierwszej kolejności. Chociaż jak sobie dobrze pomyślę, to nadal są rzeczy, do których szybko znowu nie podejdę: pływanie. Wszystko inne na mnie czeka. Mimo upływu lat, mimo zmian w życiu prywatnym i zawodowym, nadal wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, bo wiele razy się o tym przekonałam. Jedyne co muszę to chcieć, a z tym bywa już różnie :)

I tak sobie to przypomniałam niedawno, bo faktycznie, nie zdarza mi się nawet okazywać zdenerwowania. Z wiekiem stało się podskórne, skrajnie wewnętrzne. Nie rozmawiam o nim, bo wolę zamieniać je na motywatora, który tym bardziej pcha mnie do przodu, zamiast zatrzymywać na poczuciu lęku. A lęk potrafi blokować jak mało co. Nie mówiąc o powodowaniu wycofania. Na to sobie sama nie pozwalam. A jeśli coś mnie jednak blokuje, to zawsze mogę wykonać telefon do przyjaciela w celu poproszenia o kopa w tyłek na rozpęd.

 Tak, jestem straszną cholerą, zołzą, bywam złośliwa i nieznośna (i lubię to w sobie ;), ale w gruncie rzeczy jestem też po prostu (znowu mimo upływu lat) mentalnie dziewczyną. I wiem, chociaż to okrutnie banalne, że to, jak nas nauczono, albo jak z wiekiem sami się uczymy podchodzić do wyzwań, na ile w nas ciekawości, chęci przeżycia czegoś, chęci poznawania nowego, na ile sami chcemy pokonywać własne obawy i przekonywać się do pokonywania przede wszystkim lenistwa, na tyle sami zyskujemy. Z każdą jedną sytuacją, sprawą, kontaktem. Do czego zmierzam? Każda sprawa jest do ogarnięcia, każde marzenie do spełnienia. Ja, jako mała dziewczynka chciałam być aktorką i z biegiem lat udowodniłam sama sobie, że mogę nią być, niekoniecznie wykonując ten zawód. Do dziś uwielbiam fantazjować, wcielać się w role, w zachowania, które są mi obce na co dzień, do dziś uwielbiam bycie kimś, kim nie jestem na co dzień, ale kim na co dzień nie chciałabym też być. Moje dziecięce marzenie spełniło się. Spełnia się na wiele sposobów. Kocham przerysowanie, przesadę w reakcjach (oczywiście czasami), ale przychodzi mi to bardzo naturalnie i nie traktuję tego jak "nie siebie". Po prostu wiem, że jak chcę, to na zawołanie będę każdym. Każdym zawodem. Każdą postacią. Wystarczy, że chcę, niech tylko pojawiają mi się dalej okoliczności, które mi to umożliwią. Czasami ma to zabawne konsekwencje, bo ludzie na poważnie biorą moje zachowania, ale cóż, odbieram to jako komplement i nawet niespecjalnie tłumaczę, że się po prostu wygłupiam, że ta czy inna sytuacja obudziła we mnie takie czy inne zachowanie.

Trzeba umieć bawić się życiem i sytuacjami. Jak tylko mamy na to ochotę, a z tym przecież bywa różnie. Ważne, to wiedzieć, że się da. Życie daje miliony okazji do improwizowania, czasami uśmiech wystarczy żeby zmienić bieg wydarzeń, rozładować napięcie innych, ułatwić życie sobie bądź innym (mimo, że np. sytuacja jest trudna). Odnajdowanie w sobie różnych zachowań jest bezcenną umiejętnością. Od urzędu, przez biuro po prywatne łóżko. Spełnienie marzenia z dzieciństwa może mieć przebieg, którego byśmy się zupełnie nie spodziewali. Miewam tak z wieloma rzeczami, bo zdarza się, że wyobrażam sobie tylko jedną możliwą drogę na realizację czegoś, a czas pokazuje, że można, ale w zupełnie inny sposób. To jest w gruncie rzeczy genialne, bo powoduje, że czuję się jak ziarenko piasku w klepsydrze (za A.M. Jopek) a z drugiej strony, ziarenko całkiem nieźle spełnione i szczęśliwe. Wiem doskonale jak infantylnie to brzmi, ale gdyby nie dziecko w nas, rozum już dawno odciąłby nam skrzydła i zostawił na pastwę losu. Nie daję mu szans.

4.12.11

Kraków nocą, czyli miłość od pierwszego wejrzenia

Są miasta, które kocham od pierwszych sekund. Bez względu na to, od której strony wjeżdżam i o jakiej porze, chociaż... miasta, jednak i tak wolę poznawać wieczorem/ nocą. Mają zupełnie inny klimat, bez pośpiechu dnia, można wczuć się w ich właściwą atmosferę.
Kolejne miasto, które niedawno dodałam do swojej listy miast, które kocham: KRAKÓW
      
       
      
Poczułam to w pierwszych minutach. Od razu. Później, było już tylko bardziej. Moje zakochanie rozwijało się z rosnącym z zachwytu tętnem. Co mnie dodatkowo rozczulało: reakcja ludzi na mój zachwyt graniczyła ze znudzeniem. I ja ich rozumiałam, bo moje zachowanie było naprawdę nieadekwatne do niczego. Stałam na pograniczu kiczu i tandety, ale nie mogłam, albo raczej nie chciałam tego hamować. Za bardzo czekałam. Co prawda generalnie cały wyjazd miał tło służbowe, ale po udanym dniu i świetnej prezentacji byłam z siebie zadowolona, a do tego poznałam fantastycznych ludzi, co tylko spotęgowało pozytywne odczucia. Świetne towarzystwo, w pięknym mieście, czego można chcieć więcej od życia? (może kilku  + stopni C, ale nie będę aż tak wybredna). 

Kraków, tęsknię.

Za piękną architekturą,
za  grupowym statystowaniem krakowskiemu fotografowi,
za jazdą tramwajem i kontrolą biletów,
za miodami, za świetną kuchnią,
za hejnałem live,
za Wawelem,
za Kazimierzem,
za ludźmi (z policjantami włącznie :),
za atmosferą, za brakiem wazeliniarstwa,
za atmosferą kaplic wawelskich - stojąc przy grobach królów czuje się tak niesamowity respekt..., 
za niesamowitym klimatem nocą,
za studentami idącymi nocą ulicą i śpiewającymi "dobry bądź dla zwierząt...",
za przepysznymi obwarzanki,
za babulinką proszącą po angielsku o drobne,
za punktami z zapiekankami na każdym rogu,
za artystycznym klimatem wiszący w powietrzu (a to kocham całe życie i wyczuwam z daleka),
za pomarańczowymi rowerami,
za kelnerem, który marzył, żebym skończyła jeść,
Za całokształtem odczuć, jakie mi te miasto i jego mieszkańcy zaserwowało.

Naprawdę mnie to urzekło. Kraków nocą. Przypominał mi wszystkie miasta, które też za to kocham: Monachium, Paryż, Kolonię. Czułam je wszystkie w Krakowie. Myślę, że kto go zna, ten wie o co mi chodzi, a kto nie był, powinien jednak koniecznie pojechać i sprawdzić, jak będzie się tam czuł. Ja wiem na pewno, że będę chciała tam wrócić, ale bez pośpiechu, prywatnie i w cieplejszym okresie i na dłużej.
Kocham Kraków.

2.12.11

Być kobietą, czyli pms i inne niepojęte doznania

Podobno to kobiety mają problem z mężczyznami. Są męczone, dręczone, wykorzystywane i poniżane. Całkiem to możliwe, chociaż mi nie znane, ponieważ mnie dotyczy sprawa inna. Tak, przyznaję się. Jestem posiadaczką pmsa. Podobno złe kobiety to modliszki, wysysające z facetów co najlepsze i porzucające ich na pastwę losu. Jednak niczym jest kobieta z pmsem. Wiem po sobie. Kobieta na co dzień spokojna, delikatna, wrażliwa, czuła, uśmiechnięta, miła, wyrozumiała, empatyczna, ciepła i rozkoszna zamienia się w zupełne przeciwieństwo. Staje się histeryczna, złośliwa, kąśliwa, pyskata, marudna, zadręczająca, czepliwa, fukająca, wszystkowiedząco nieznośna, z zabójczym spojrzeniem przemierza miasta i wsie siejąc zwątpienie i niepokój.

Wiem doskonale, jakim szokiem dla normalnego mężczyzny, który nie miał z tym wcześniej do czynienia, potrafi być zetknięcie z pmsem. Wielu mężczyzn w moim długim życiu nie przeżyło tego nerwowo i po latach dopiero doszli do siebie. Mój mąż jest pierwszym, który potrafi z tym żyć. Ba, on potrafi to ignorować. Jest dla mnie rycerski wręcz. Przy pierwszym kontakcie z moim pmsem prawie dostał zawału, chciał się spakować i uciec, unieważnić ślub i odzyskać swoje stare życie. Nie zrobił tego. Postanowił nie poddać się potworowi, który ze mnie wychodzi przy pmsie. I z czasem znalazł na niego dziesiątki sposobów. Dzielnie je wypracował, nie raz okupując nieprzespanymi nocami i zakłóconymi dniami. Jednak postanowił się nie poddać i udało mu się. Chociaż jak sam zaznacza, cena była potwornie wysoka i jego życie nigdy już nie będzie takie samo.
Jednak dał radę, wiedząc, że to tylko kilka dni raz na jakiś czas, czyli wg jego wyliczeń: "ty jesteś albo przed okresem, albo po, albo w trakcie". Czym to jest w wieczności? :)

Żarty żartami, ale ja sobie kiedyś zdałam sprawę, że kobiety przechodzące mocno pms powinny uprzedzać o tym facetów. Oni naprawdę doznają szoku, jeśli stan pmsa wyzwala z nas jakieś obce im kompletnie zwierze. Pozwólmy im się z tym oswoić i też dajmy prawo wyboru, czy są w stanie się z tym zmagać, bo trzeba do tego naprawdę heroicznego samozaparcia i odwagi. Nie każdy da radę i nie miejmy o to pretensji. Ważne! Oni muszą w to uwierzyć, bo dopóki się z tym nie spotkają reagują "Ty myszko? Niemożliwe :)" Ja bym miała miej cudzych dusz na ramieniu, gdyby uwierzyli, gdy ich uprzedzałam. 
Jestem dumna z każdego, który to przeżył, bo nie jeden skończył z ciężką nerwicą (w tym miejscu mogę te biedne misie pozdrowić). Slow life na to niestety nie ma żadnego wpływu.

I mimo wszystko nie zapominam, że PMS  oznacza Poczuj Magię Świąt i nawet faceci pokrzywdzeni przez pmsa mają prawo uwierzyć, że życie bywa piękne z kobietą i jej pmsem też, a jak dobrze przejdą wszystkie levele, to będą wykorzystywać pmsa na korzyść związku czy relacji. Najważniejsze, to się go nie bać. W końcu my, kobiety (a na pewno wiele z nas) z nim żyjemy i nawet go lubimy, czyli jest to możliwe. Wystarczy zmienić kąt patrzenia ;)

PMS ma wielki plus: można poodczuwać coś innego. To chyba hormony napędzają moją różnorodną percepcję swiata, więc nie będę z tym walczyć a podobno można. Tylko po co, skoro końcem końców uważam to za swoją cechę, którą mimo wszystko lubię. 
UPDATE: i w temacie materiał z "dzień dobry TVN". Polecam. Dla mnie mogą to być hormony. Naprawdę. Wg innych, to po prostu mój charakter i z tym też się chętnie zgodzę ;-)

1.12.11

Tabu

Sylwester minął nam w pogodnej (delikatnie mówiąc, bo w tym gronie pozbawiamy się zahamowań i jesteśmy wszyscy bezwstydnie swobodni :) atmosferze, z przyjaciółmi, dobrym jedzeniem (uwielbiam domową pizzę mojego męża), dobrym alkoholem ale też na mojej ulubionej grze towarzyskiej: TABU.


Lubię tę grę. Konieczność budowania skojarzeń, szukania słów kluczy, zabawne efekty (prawie notorycznie :), burze mózgów, słowne przepychanki a czasami nawet fochy, gdy partner nie zgaduje pozornie banalnego słowa, pozwalają spędzać przy tej grze godziny. Bez znudzenia.
Gra jest też o tyle fajna, że jest doskonałym sposobem na obserwacje czysto psychologiczne. Zachowań, znajomości siebie nawzajem, reakcji. To nie jest test wiedzy (chociaż momentami może jednak też...), ale bardziej test sprytu i umiejętności kojarzenia. Niektóre podpowiedzi bywają zupełnie abstrakcyjne, ale zrozumiałe dla zgadujących.
W nocy przyszedł nasz znajomy i zagrał ze mną w drużynie. Oboje się dość gimnastykowaliśmy szukając podpowiedzi, jednak mnie zupełnie rozczulało, gdy mój mąż pomagał mu, podpowiadając mi właśnie pojedynczymi słowami. Trzeba lat znajomości, żeby móc tak błyskawicznie budować skojarzenia.
Przednia zabawa. Mieszanie par (gra się raczej w parach) daje jeszcze fajniejsze efekty, bo doskonale widać, jak zmienia nam się tok myślenia, w zależności od partnera.
I doskonały sposób na wspólne spędzanie czasu. Przynajmniej nie siedzi się i nie dyskutuje o polityce (no przynajmniej nie tylko). Ciesze się, że są jeszcze ludzie, którzy jak ja lubią gry towarzyskie, od gier planszowych przez karciane, po bilarda. To mój ulubiony sposób na spędzanie czasu ze znajomymi i przyjaciółmi. 
Z tego co widzę, coraz więcej osób rezygnuje z obchodzenia Sylwestra na hucznych "balach", decydując się na wyjazd lub "domówkę". Mnie osobiście to nie dziwi. Bardzo imprezowo spędzałam Sylwestra od bodajże 17 roku życia, do mniej więcej 30tki. I niestety, ale strasznie mnie to zaczęło nudzić. Praktycznie kilka godzin zabawy, co roku w dość podobnej atmosferze (bo organizatorzy nigdy nie stawiali sobie dość wysoki wymagań, przynajmniej wg mnie). Karą były dla mnie imprezy z orkiestrą, albo z nieśmiertelną muzyką z lat 80tych. To się naprawdę może przejeść i z wielką przyjemnością wybierałam w ostatnich latach opcje bez nadęcia. A najlepiej spędza mi się ten czas w domu. Z tańcem, lub bez, bo mi i tak z reguły dużo nie trzeba, w końcu tańczę po mieszkaniu prawie codziennie. Najważniejsze było dla mnie zawsze zamykanie roku z chociaż chwilą na refleksję. Rok 2011 był dla mnie bardzo udanym rokiem. Bardzo bym chciała, żeby 2012 był co najmniej tak dobry. Bardzo, bardzo cicho sobie tego w duchu życzę. Niech będzie co najmniej tak dobry jak 2011. Oczywiście, może być lepszy. Nie będę narzekać. 
Ale jaki nie będzie, nie będę w Sylwestra robiła nic na siłę. A co będę robić, gdzie i z kim, to jak zawsze czas pokaże. W ubiegłym roku umówiliśmy się z przyjaciółmi dwa dni wcześniej. Nie można tego nazwać planowaniem. I tak jest najlepiej. Przynajmniej w tej kwestii.

Czasami podejście do życia jak do "Tabu" jest po prostu najlepsze. Niech wszystko się rozgrywa na żywo, na bieżąco z lekką nutą improwizacji, aktorstwa, czasami zamierzonego przerysowania.
Oby było dobrze "po".
I tak sobie właśnie przypomniałam, że bardzo bym chciała, żeby nowy rok dał mi jak najwięcej szans na prowadzenie prezentacji. W końcu to moja nowa pasja przeniesiona z 2011, w tym też roku świeżo we mnie odkryta.  Zawodowa perełka moich osiągnięć. Wisienka na torcie lat pracy i zdobywanych doświadczeń. Dopóki dobrze nie spróbowałam, nie wiedziałam, co tracę. Ale czyż nie jest tak zawsze? Najważniejsze, jeśli chcemy nie zaśniedzieć w zasiedzeniu w jednym miejscu, to korzystać z okazji i przełamywać własne blokady. Banał. Jeden z najważniejszych.