29.12.14

Dokowanie w kosmosie, czyli budowanie perspektywy

Animacja sceny dokowania z filmu "Interstellar"*. Scena, która pozwala zrozumieć, jakim banałem jest parkowanie tyłem, które jest moją słabością.

To, co nas bardzo osłabia i odciąga od istoty sprawy oraz rozwiązań to wyolbrzymianie. Tak samo błędem jest bagatelizowanie. W dużej mierze sztuka życia opiera się na równowadze między oceną sytuacji emocjami a rozsądkiem. Przesada miewa konsekwencje, które niepotrzebnie trzeba prostować. 

Nauka jazdy jest tu dobrym przykładem. Ja zdałam prawko dopiero za szóstym razem i w sumie chyba po 2 latach!, bo się strasznie stresowałam. Wiedziałam jednak jedno: nie chcę zdać, dopóki nie panuję nad sobą za kierownicą. Wiesz, błędy na drodze, wykroczenia, zdarzają się najlepszym, ale wypadki są z reguły skutkiem braku wyobraźni, czy umiejętności. Mój M. jest np. doskonałym kierowcą i do dziś widzę różnice. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że gdy zdarza mi się dziwna sytuacja na drodze, a zdarza się chyba każdemu kierowcy, to muszę umieć odpowiednio zareagować a nie panikować czy "zastygnąć". Oblewając prawko za pierwszymi razami, właśnie tak reagowałam. Pustka w głowie. Kierowca nie może mieć pustki. Serio. Dlatego lepiej czasami oblać ten egzamin i zdać będąc lepszym. 

Gdy już jednak poprawiłam umiejętności i znajomość przepisów, a dalej oblewałam, co mi pomogło zdać egzamin? Złapać dystans? Myśl, która mi uświadomiła, że egzamin to jest banał w porównaniu z samodzielnym wyjazdem. Na egzaminie jest obok egzaminator i w razie czego reaguje. Gdy wyjadę na miasto sama, samiutka, to naprawdę będę miała się czym stresować (i pierwsze miesiące faktycznie były zabawne, bo jeździłam hiper ostrożnie, ale w końcu się przełamałam i wyluzowałam ;-). Właściwie to był jedyny egzamin, który mnie tak bardzo stresował. 
Ani matura, ani egzaminy na studiach, ani jakieś weryfikacje w pracy, czy oceny wyników czegokolwiek, nie budziły we mnie jakiegoś stresu, który np. kazałby mi się napić (opić efekty to już co innego). 

Złapanie odpowiedniej perspektywy pozwala nam wyrównać proporcje sytuacji. 
Każdej. Dobrze jest złapać tę perspektywę możliwie szybko i optymalną. 

28.12.14

Rzecz o liście marzeń, już pora

Kalendarzowo jeszcze 4 dni, do Nowego Roku 2015, dlatego najwyższa pora zaktualizować listę marzeń.

[Pisałam o tym więcej tu: LINK]

Dziś większość dnia spędziłam właśnie na tym. Na weryfikacji listy z roku 2014, powykreślaniu punktów, które się spełniły, ale głównie dodaniu nowych i przeredagowaniu treści.

Jak wspominam w przytoczonej notce, swoją listę prowadzę od 2007r. i weryfikacja jej sprawia mi wielką przyjemność. Doskonale jest wiedzieć, czego się chce i sprawdzać, na ile się do tego zbliżamy.
Dziś opowiem więcej o tym, jak zbudowana jest moja lista.

Zapraszam.



23.12.14

Opowieść przedwigilijna, czyli szczęście gotowca



Święta Bożego Narodzenia to dla mnie specyficzny czas. Mam rodzinę (i moją i M.) tak rozsianą po Europie, że pełne spotkania członków z mojej strony zdarzają się tylko przy okazji ślubów i pogrzebów. Święta są zbyt często.

Na miejscu mam dziadka i jego córkę, czyli siostrę mojej mamy, czyli moją chrzestną i jej dzieci oraz sporo krewnych dalszych, których widuję jedynie na ślubach i pogrzebach, albo spotykamy się gdzieś przypadkiem, albo znowu w mniejszych grupach, ale nie w Święta, więc i mało i dużo nas. Połowa Gdańska to moja rodzina, ale jakoś tak się mijamy raczej na szybko ;-) Wigilijną kolację w części pierwszej spędzamy w tym małym gronie pierwszej linii, a potem każdy jedzie w swoją stronę, bo przecież zobaczymy się znowu za około tydzień, gdyż rodzinnie widujemy się dość często. No przecież.  Co jednak ważne, nasze relacje są zdrowe, normalne i bliskie cały rok, więc jakby Święta tego nie zmieniają nijak. I dobrze. Zaraz powiem jednak, czemu nowoczesność jest ważna i potrzebna akurat tu i teraz.
W Święta Bożego Narodzenia.


21.12.14

Ida, zmienia optykę

"Ida" pretenduje do Oskara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.*

"Ida" pokazuje jak głęboko wpływa na ludzi podział narodowościowy, czy wyznaniowy. Formuła filmu jest skrajnie minimalistyczna. Nie pamiętam, żeby jakiś film tak ubogi w słowa, tak wiele wyrażał.

Przeszłość jest strasznie poraniona i poharatana historycznie. Ludzki strach i izolowanie, gruba linia braku akceptacji dla odmienności, agresja, przemoc psychiczna czy fizyczna, odbijają się szerokim echem jeszcze ciągle. Czy coraz słabiej? Inaczej?






16.12.14

Adwent, czyli spokojnie

Wiecie, co zabija magię świąt? Ten niemożliwy falstart. Gdyby atmosfera świąt narastała stopniowo, powoli, a iluminacjami i ozdobami najwcześniej np. tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia, to naprawdę można by poczuć magię już w te szczególne dni,* ale tak POCZUĆ.

A tak? Zmieniam stację w radiu, bo nie chcę jeszcze słuchać kawałków okołoświątecznych. Wyłączam percepcję na wszystko, co jest związane ze świętami. Pierogi pomagam lepić dopiero za tydzień. I tak nieźle. 

Serio. Nie rozumiem tego. Ja nie umiem być podekscytowana przez miesiąc (jeśli wiem, co będzie). Wy umiecie? Serio? Dla mnie magia Świąt podpalona już na koniec listopada jest jakimś nieporozumieniem. Ten falstart jest bezlitosny.

Zapewne przyczyna jest też w moim dzieciństwie, gdy normalnie i uczciwie przechodziło się w grudniu Adwent. I prawie co roku każde z dzieci dostawało u nas w rodzinie swój kalendarz adwentowy z czekoladkami, jak ten:


Adwent był okresem przygotowania. Ale faktycznie przygotowania.    
Codziennie otwierało się jedno okienko. 
To było fajne. 
Niektórzy oczywiście zjadali wszystkie naraz, ale potem z żalem patrzyli na innych, którzy codziennie otwierali kolejne jedno okienko. To były poważne dylematy, czy zjeść, czy czekać, można było też oderwać tył i oglądać czekoladki, bo same kształty w plastikowym wlewie były już ciekawe. Lekcje życia (serio, serio) przy przygotowaniu na narodziny Jezusa. 

14.12.14

Wojowniczka we mnie


Niedawno wspomniałam w komentarzu, że chodzę do psychologa, terapeuty.
Dziś więcej  o tym opowiem, bo mam za sobą już kilka sesji i jakieś wnioski i wyniki.
Ale od początku.


11.12.14

Alfa i Omega, ole.je.my

Dawno, nawet bardzo dawno pisałam  jedzeniu pod względem zdrowotnym. Poprawiam się na chwilę. Dziś weźmiemy pod lupę tłuszcze, ale tak na chwilę, bo materiałów na ten temat jest pół i 3 setne internetu.


Będzie tłusto.
Bo lubię.

HEMP moje nowe ulubione źródło tłuszczu**


6.12.14

O braku granic, czyli kontrowersje dziecięce

Dzieci zawsze lubiły bawić się w dorosłych. Dziewczynki zawsze lubiły się przebierać. To reklamy i media zdeformowały czas, zmieniając twarze dorosłych ludzi w twarze kilkuletnich dzieci.

Kristina Pimenova kreowana jest na najpiękniejszą dziewczynkę na świecie.
Kristina jest w tej chwili 9-cio letnią dziewczynką i jest faktycznie śliczna. Nie ma o czym dyskutować.

Zdjęcie z profilu na  FB

O takich fotografiach może marzyć każda matka dla swojej córki, o udziale w kampaniach reklamowych też. Bo czemu nie?
Czemu o tym piszę? Bo na Pudelku pojawiła się wiadomość, że głośne są oskarżenia internautów oraz obrońców praw dziecka, że zdjęcia Kristiny, stylizowanej na dorosłą, mogą być pożywką dla pedofili.

Hola, hola.


5.12.14

zimowa cisza

#szron  #slow life o poranku # we mgle

100% lifestyle

Czysto  weekendowo, trochę kobiecych fanaberii:
  
Od tego roku są ze mną kozaczki ECCO i doszły czółenka S.Oliver (te drugie - wielkie dzięki za błyskawiczną realizację zamówienia Zalando. Bardzo potrzebowałam tych butów w listopadzie na wyjazd i zdążyliście. To był mój pierwszy raz, jeśli chodzi o zakup butów w sieci. Zupełnie najpierwszy. Nie wiem, kiedy będzie następny, ale pewnie będzie właśnie znowu w Zalando). Zauważyłam, że wróciła mi ochota na kratkę, więc wyciągnęłam z szafy jakieś stare ubrania. Sukienka we wzory to prezent od mamy. Sprawiła mi przyjemność na Mikołaja. Nie powiem.  Czerń, bordo, brązy, beże, mahoniowa zieleń moje ulubione kolory na ten szczególny czas*. Szczerze? Lubię te kolory całe życie. Kolory ziemi + ja = WNM

Ale dość o ubraniach. Przejdźmy do jedzenia: 
Słowem wstępu - gdy ostatnio byłam w Kolonii, a właściwie w Duesseldorfie, to w restauracji zamówiłam francuską zupę cebulową, gdyż mogę wyznać, że zupa cebulowa to moja wielka słabość, na którą rzadko jednak trafiam. Dotychczas myślałam, że jej wykonanie jest nieznośnie czasochłonne. Ale po tym ostatnim ekscesie, gdy zupa była pyszna, nie dawała mi spokoju. Musiałam zrobić ją sama. 
Spontanicznie trafiłam na przepis Michela Moran. TU i zaszalałam.
[moja modyfikacja: 1l bulionu + ząbek czosnku do cebuli]
W efekcie w mojej kuchni zapachniało 
zupą cebulową na białym winie, zapiekaną z grzankami z bagietki pod serem gruyere 




Przyznam, że już dawno nie byłam tak dumna z siebie. Wyszła idealnie. Fenomenalnie (co potwierdził M., żartując, że naprawdę zabrałam go do restauracji). Co tu wiele mówić. Polecam tę zupę i przepis.

PS. Wstydliwe wyznanie - sięgnęłam po kostki wołowe, bo na pierwszy raz wolałam nie ryzykować zmarnowania zapasu zamrożonego bulionu (zawsze mam jakiś zapas na bazy, albo po prostu na okazję "mam ochotę na rosół"). I tak wyszło fenomenalnie.

Na zimę, na zimno, na wieczór, po prostu genialne danie.


*Przytyk do pewnej absurdalnej afery. Kto wie, ten się uśmiechnie, a mnie się tego nawet nie chce komentować ;-)

4.12.14

W mojej magicznej skrzynce, czyli jak ogarnąć pocztę i nie zwariować

Jeśli jesteś człowiekiem, który nie potrafi (jeszcze!) poradzić sobie z organizacją służbowej skrzynki mailowej, to jest to notka dla Ciebie.

Postanowiłam czasami podzielić się swoimi trikami na nietracenie czasu i eliminowanie pożeraczy tegoż. W końcu jakimś cudem żyję slow.
(Wcześniej o tym pisywałam w działce o rozwoju osobistym, ale czasami podrzucę coś z praktyki. Jeśli masz jakiś problem w tym zakresie i mogłabym Ci pomóc, to pisz w komentarzach albo na maila. Zobaczymy, co mogę podpowiedzieć :-).



Od kilku lat jestem tzw. sales managerem i marketingowcem w świetnej firmie, w chyba jednej z najbardziej męskich branż świata, ale ciebie produkcja i procesy pewnie specjalnie nie interesują, więc przejdźmy dalej. Ogarniam sieć kontaktów i spraw dość rozbudowaną pomiędzy przeróżnymi ludźmi i w przeróżnych kierunkach, do tego z całego praktycznie świata. Uwielbiam swoją pracę, cenię, lubię i szanuję współpracowników (na każdym szczeblu - bo tylko razem stanowimy tak zgrany team) i klientów oraz dostawców (ale pewnie dlatego, że to po prostu bardzo inteligentni ludzie i pewnie też dlatego, że ja generalnie lubię ludzi). Moim konikiem jest budowanie relacji i psychologia sprzedaży oraz kreowanie wizerunku firmy. Rzetelność i profesjonalizm są przy tym niezbędnymi cechami (nie mylić z perfekcjonizmem). Na tym blogu czasami wbijam rekreacyjnie szpilę w praktyki, które mnie w jakiś sposób rażą, ale też doceniam te, które mnie zachwycają (to kategoria technologia&marketing). Niektóre dziedziny są po prostu pożywką do oceny. Unikam oczywiście dużym łukiem własnej branży. Mam zasady.

Wracając do meritum. Chciałabym dziś opowiedzieć, jak ogarniać pocztę mailową, ponieważ szkoły są różne i ja opiszę tę, którą sama stosuję w pracy. Wypracowaną dość precyzyjnie, bo metodą prób i błędów. Dlaczego podkreślam, że w pracy? Bo w prywatnych, czy blogowych skrzynkach zupełnie nie mam żadnej filozofii. Za mało dostaję sensownych maili, żeby to jakoś wielce ogarniać. Wiem, nie ma się czym chwalić, ale to taka synergia ze światem i chyba rodzaj równowagi. Prywatnie funkcjonują u mnie inne kanały i piszę maile bardzo rzadko. Natomiast służbowo, mail to jeden z głównych kanałów komunikacji i długo tak będzie, ponieważ istotą jest sama forma pisemna.
To co? Ruszamy:


28.11.14

Konsumpcjonizm kontra slow life, czyli wybory

Czy lubisz mieć wybór?

Tak, jasne, pewnie, oczywiście, no jakżeby inaczej.

Hm.

Czy na pewno?

Ostatnio był u nas znajomy i rozmawiając o różnych rzeczach, weszliśmy na chwilę na temat jego 3-letniej córeczki. Otóż córeczka stojąc w sklepie przed regałem z jogurtami, pytana o wybór, mówi, że nie wie. Nie zawsze, ale zdarza jej się. Ja tam ją rozumiem.

Zdałam sobie sprawę, że ja, moje pokolenie, my jako dzieci, nie mieliśmy takich dylematów. Nasze pójście do sklepu kończyło się z reguły hasłem - stój w kolejce i czekaj aż wrócę.
Pójście do sklepu nie rodziło jakiś szalonych wyborów, nie pozwalało budzić pożądania posiadania czegoś. Jak coś było, to było super, że było.
Jeszcze był PEWEX i były komisy, ale umówmy się, to było do ogarnięcia. Nikt nie chodził do PEWEXU się maltretować, bo w gruncie rzeczy były ważniejsze i fajniejsze rzeczy do robienia. Chęć posiadania nie budziła nas z krzykiem w nocy. Brak czegoś nie wyróżniał nas wśród rówieśników. Posiadanie, też nie. Jak się coś miało, to miało, jak nie to nie. O, piórniki i tornistry tak wyróżniały. No i co z tego? Generalnie nie wpływało to na relacje w klasie.




27.11.14

Poradnik dla singli, czyli kobiece Pepe Le Pew

Dialog na wejście:
- M. a gdybym ci na jednym z pierwszych spotkań powiedziała, dała mocno do zrozumienia, że mi się podobasz, to co by było?
- Zniknąłbym jak dżin. Puh.

Niektórzy mężczyźni czasami wspomną "dziewczyn się dziś nie da podrywać".
Normalny facet zawsze chciał i będzie chciał zdobywać. To coś, czego natura nie zmieni, bo po co, skoro to jest dobre?

Kojarzycie Pepe le Pew? Mój ulubiony skunks.


Jemu to rozkosznie pasuje, ale kobiecie już nie. To singielka dzisiejszych czasów- śmierdzi na kilometr chęcią małżeństwa.



25.11.14

Co Ci chodzi po głowie?

Na wstępie stary kawał:
Przedszkolaki. Zosia mówi do Jasia
- Jasiu, ty wiesz co znalazłam pod kaloryferem? Prezerwatywę - chichocze
- Ooooo jaaaaaaa - powiedział Jasiu, robiąc wielkie oczy - a co to jest kaloryfer?




23.11.14

Podróże w czasie

Jestem fanką tematu podróży w czasie.  Teoria względności Einsteina otworzyła ludzkości jedno na pewno: wyobraźnię.

Wszelkie filmy, czy książki s-f w tej tematyce przerobiłam z zachwytem. Oczywiście nastoletnie początki filmowe były w "Podróży do przeszłości" i "Podróży do przyszłości" (i pewność "też tak chcę!"), ale tak naprawdę zaczęło się to jeszcze w podstawówce,  książką, której tytułu i autorki niestety nie pamiętam. Bohaterka książki za sprawą chyba zegara cofa się w czasie bodajże do średniowiecza.

(...)

Moja ulubiona pozycja, to klasyka :


"Wehikułu czasu" Herberta Georga Wells'a, do którego wracam co jakiś czas z wielką przyjemnością (ostatnio jako audiobooka, bo doskonale się przy nim zasypia).

Tak sobie śledzę, co tam nauka i sztuka wymyśli nowego i z czym ten czas skoreluje.


"Lucy" Bessona.


Niedzielny dialog z...


Komentarz pochodzi z notki KLIK


Przyznam, że długość i treść komentarza obudziły we mnie myśl "Dobrze, porozmawiajmy".
Moje odpowiedzi na bordowo.


21.11.14

Energia czasu i rzeczy, idą Święta

Idą święta, więc już zaczyna się powoli zakupowe  i prezentowe szaleństwo. Oczywiście bez tego nie ma magii świąt (sic). Na marginesie dodam, że niektóre reklamy wyzuły już tę magię kompletnie i do ostatniej kropli. Komercjalizacja osiągnęła Zenith. Trzymam kciuki, żeby to nie odbijało od istoty sprawy tych, dla których istota sprawy jest ważna.
Jednak tym, którzy nie chcą ulec szaleństwu i jednak przykładają wagę do detali chciałabym przypomnieć moją notkę "Mniej a lepiej". Drobny drogowskaz na Święta, jeśli przedmioty i ich ilość nie są dla Was wtedy najważniejsze, albo nie chcecie, żeby tak było.
Jeśli chodzi o nietypowe pomysły na prezenty podpowiem kilka, które sama stosuję też w odniesieniu do bliskich. Kolejna wskazówka:
Co dziś jest najcenniejsze?

Czas.
Wiadomo. A co jest bezcenne? Wspólny czas.

Jeśli chcecie dać prezenty, które będą faktycznie wyjątkowe pomyślcie nad rozwiązaniami, które pozwolą Wam spędzić czas wspólnie z kimś bliskim.




Bilety do kina, teatru, na występ, na koncert, karnet do spa, sauny, na basen, gokarty, na jazdę na łyżwach, sesja u dobrego fotografa, wyjazd dokądkolwiek, albo po prostu spacer. Zróbcie coś razem. Pewnie, może też być coś czysto materialnego, ale istotą takiego prezentu - wspólnego czasu - ma być też odłączenie się na ten czas od świata. Wyłączenie telefonów, tabletów, laptopów, itd. To są właśnie chwile, przeżycia, które się wspomina latami, a nadchodzące Boże Narodzenie jest dobrą okazją do tego, żeby dać właśnie taki prezent (też).

Albo po prostu daj ładną kartkę z karnetem (albo kilka - wymyśl coś) na np. 1 godzinę razem do wykorzystania w ustalonym terminie. 


20.11.14

Kulig marzeń


Jesień jesienią, ale zbliżająca się zima przypomniała mi o największym marzeniu - przejazdem w kuligu.
Takim pięknym, w śniegu, z końmi i saniami obłożonymi futrami. I najlepiej wczesnym wieczorem, żeby były też płonące pochodnie.
Mmmmmm. To moje wielkie, niespełnione marzenie, na które zapadłam wiele lat temu, zimą w okolicy Olsztyna. Mogłam już wtedy je spełnić, ale nie wiem czemu do tego nie doszło. To ma być taki piękny kulig w pełnej opcji. Zakończony ogniskiem i grzańcem.


Może w tym roku się spełni? Może ;-)
A jakie Ty masz zimowe marzenie?

Kochankowie

- Jesteś jak anioł i diabeł w jednym. Siedzisz na jednym ramieniu i mówisz "Zrób to, chcesz tego, zrób", a na drugim mówisz "Nie rób tego, nie powinieneś" - powiedział M.
- Mhm. Decyduj czego chcesz. Sam. Niech to będzie głupie, niech to będzie szalone, niech to będzie genialne, niech to BĘDZIE. Działaj. Będę cię we wszystkim wspierać, albo się wścieknę i będę chciała odejść, albo będę zachwycona, ale rób coś.

Nie jestem typem żony. Nigdy nie byłam. M. nie jest typem męża. Jesteśmy popieprzonym małżeństwem.  Anyway...

"Kochankowie" (2008)




18.11.14

O winie, przy winie

- Rozstajemy się. Miała romans, bo nie miałem dla niej czasu - powiedział Konrad*. W jego oczach widzę porażkę.
- Naprawdę w to wierzysz? - opieram się o stół. Słucham.
- No tak. Wracałem do domu z pracy, zero kontaktu poza wymianą informacji o dzieciach, zero jakiegoś wspólnego czasu. Od dawna.
- No i? Czy wierzysz, że to wystarczy, żeby mieć romans? Naprawdę czujesz się za to odpowiedzialny? - patrzę mu w oczy.
- No tak. Pewnie, że się mówi, że wina jest po środku, a ja też nie byłem święty - spuszcza głowę.
- A ja tylko ci powiem, że to nie jest takie zero-jedynkowe. Nie to. Nie w tym miejscu. Nie czuj się winny, nie czuj się gorszy. A reszta i tak wyjdzie z czasem. Zdrada nie jest wg mnie reakcją na związek. Nie sądzisz? Pewnie coś się dzieje takiego, czego sobie nie daliście, ale to nie jest reakcja na związek.
Spojrzał. Na dość długo zawiesił na mnie wzrok.
- Być może. Na dziś jestem po prostu wściekły
- A to akurat bardzo dobrze. Pogadamy za miesiąc, dwa, bo ciekawa jestem, jak to poukładacie. Co nie zrobicie, to trzymam kciuki, żeby było dobre.
- Dzięki.

Jego wina? Albo jej? Szukanie winy? Hm. Naprawdę w takich sytuacjach najważniejsza jest wina? Serio?

15.11.14

Globalizacja, masowość, indywidualizm.

Bądź sobą, bo możesz.

Globalizacja jest nudna.
Jedziesz przez ponad 1000km i widzisz ciągle te same logo. Właściwie patrząc na świat widać to wszędzie. Pod tym względem jest to strasznie monotonne, dlatego przyjemnością jest znajdowanie nowych, innych smaków, wzorów.


Owszem, mimo tej nudy globalizacja jest nam też potrzebna, bo jest gwarantem określonej jakości i standardów. Przynajmniej z założenia. Logo, marka, dają nam poczucie bezpieczeństwa.
I nudy.
Podróżując, szukajmy czegoś, co możemy przywieźć w pamięci jako "swoje".

Ale dziś będzie o kopiowaniu i inspiracjach. Zapnij pas. Jedziemy.

14.11.14

Bezcenność barda - dzięki Mozil. Czesław śpiewaj

Bardzo dawno nie było na polskiej scenie muzycznej człowieka, który umiałby śpiewem opowiedzieć rzeczywistość. Z wielkim sercem przyjmuję twórczość polskiego BARDA - Czesława Mozila.
Jego nowa płyta "Księga emigrantów" Tom I jest wyśpiewanym opisem polskich emigrantów. Chcesz poznać życie, podejście ludzi na emigracji? Posłuchaj tej płyty. Usłyszysz tam wiele, wiele faktów, których nikt Ci nie opowie, bo ludzie lubią kreować swoje życie na "różowe".

Czesław śpiewa. I śpiewa o tej poharatanej godności, o wywyższaniu się, o żalu do kraju, że trzeba było wyjechać. Oczywiście, są również plusy, których nie mają ludzie w Polsce, ale o tym podobno jest/ będzie drugi tom.



Przejrzałam komentarze na portalach. Oczywiście wiele osób nie zrozumiało tej płyty. Chociaż Czesław opowiada o tym też w wywiadach.

Atakowanie go za to, że o tym śpiewa jest jednym z dowodów polskich głębokich kompleksów. Tylko śmieszy mnie, że prawdopodobnie atakują go ludzie, którym temat emigracji jest tak bliski jak mnie jazda figurowa na lodzie, czyli wcale. Aż chce się krzyknąć: Ludzie, no do diabła, przestańcie do cholery oceniać, wyrażać wiecznie swoje zdanie, szczególnie o czymś, czego nie znacie i po prostu włączcie zmysł poznawczy, obserwacji.


9.11.14

O płaszczach, czyli magia klasyki

Kiedyś (lata liceum i jeszcze kilka do przodu) nosiłam długie, wełniane płaszcze. Kochałam je. Czarny płaszcz prawie do ziemi, rozkloszowany od pasa, z dużym kapturem, był długo moim znakiem rozpoznawczym. Niestety, gdy ten się znosił, a pojawił się w moim życiu kot zdecydowałam się odejść od materiałów, które obłażą w futro. W całości nie jest to i tak możliwe, ale tam, gdzie mogę, wybieram materiały, które nie wymuszają codziennego czyszczenia. A właśnie codzienne czyszczenie płaszcza przerastałoby moje nerwy.
Dlatego płaszcz klasyczny, wełniany, wróci na mnie, gdy będzie to mniej uciążliwe.

Mało co jest tak skrajnie kobiece zimą, jak długi płaszcz falujący od kroków w kozakach na wysokim obcasie, z włosami powiewającymi na chłodnym wietrze.

Na dziś tylko powzdycham i podpowiem, że jest to rozwiązanie tak pełne klasy, tak eleganckie i mocne, że nigdy nie będzie błędem. A jak masz jeszcze wzrost min ok 1,70 to długość do kostek będzie pięknie pasować. Pamiętaj bowiem, że płaszcze są bezwzględne w tym względzie i im jesteś niższa, tym bardziej musisz uważać. Warto poszukać idealnej długości i fasonu (jeśli masz wątpliwości, to podpowiedź znajdziesz TU).
Klasyczny, wełniany płaszcz w szafie to perła ponadczasowa, jak same perły. Jeśli nie masz w domu zwierzaka, albo masz dość cierpliwości, żeby czyścić płaszcz codziennie (on naprawdę musi być nieskazitelny, bez futra, bez paprochów czy "kuleczek". Nie ma prawa mieć milimetra przetarcia. Niestety, ale to jest niedopuszczalne i lepiej nie mieć płaszcza niż nosić znoszony i ze skazami, dlatego poza bielizną, nie radziłabym kupować w second handach też właśnie płaszczy). Owszem, to wydatek, ale jeśli już, to albo mieć płaszcz porządny, albo sobie darować. Nie kuś się na cenę, kosztem jakości. Tu szczególnie.

Simple
Dziś pokażę kilka, które sama wzięłabym z przyjemnością.


8.11.14

Rytm życia, czyli między miastem a wsią

(...)

- Marzenko, powiedz ty mi dziecko, o co chodzi w tym slow life? - zapytała mnie ciocia żyjąca na wsi.
- Widzi ciocia, mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o to, żeby umieć doceniać i celebrować życie, mieć spokój w duchu, fajną rodzinę i przyjaciół i życie pełne wartości, które dają nam poczucie życia w zgodzie z sobą. I jeszcze robić coś, co się kocha, albo chociaż bardzo lubi. Może chodzi o to, żeby nie cierpieć z samym sobą. Dobrze i zdrowo jeść, żeby dawać ciału energię. Żeby czuć się dobrze.
- Ale jak ty to nazywasz? slow life? A po co? Przecież to jest normalne.



Zrozumiałam coś dość istotnego, acz oczywistego - życie na wsi jest bardziej naturalne i siłą rzeczy wg filozofii "slow life". Tam są korzenie. W mieście bycie slow wymaga innych wyborów. Realizować się na wsi, będzie oznaczało co innego, niż w mieście. A te świat przenikają się i tak w wielu płaszczyznach. Są diametralnie różne, ale nie można ich rozdzielać. Są jak yin i yang. Dają sobie energię. Tę dobrą i tę złą. Wybierajmy mądrze.

(...)

flesz
Autokar do Kolonii.


7.11.14

Takie sobie porządeczki

Moi mili, którzy tu trafiacie.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że ten blog jest mi miejscem bliskim. Przejrzałam na spokojnie komentarze, maile i zauważyłam, że nie tylko ja tak mam. Owszem, bardzo często podkreślałam kiedyś, że to moje miejsce i to jest dla mnie najważniejsze.
Zmieniło mi się. Nie tylko to, ale o tym będę też z czasem pisać.

Dziękuję Wam na feedback.



Przyszła pora na porządki.


6.11.14

Parenting i pseudoparenting

Nie mam dzieci, to się wypowiem. Lubię udawać, że rodzicielstwo mnie nie interesuje. Jest to o tyle udawane, że oczywiste jest obserwowanie wychowywania dzieci.
Co jest głównym problemem naszych czasów?
Ujmę to krótko: brak wychowywania. 
Tak drodzy rodzice. Jesteście tak zajęci sobą, pracą, swoim widzeniem waszego dziecka i jego miejsca na waszej półce z zabawkami człowieka dorosłego, że nie macie już miejsca na wychowywanie.

Stanisław Wyspiański "Macierzyństwo"


Moje ulubione skrajności:


31.10.14

Myśli Zaduszne

Dziś jest Halloween, którego dziś nie czuję, więc nie obchodzę. Za dwa dni mamy natomiast Zaduszki, które są bliższe mojej słowiańskiej duszy. I tak wszyscy świętują Wszystkich Świętych, czyli jutro i ok. Jakoś w tym względzie niech każdy robi jak uważa.



Wyskok, czyli logo dla Polski


Zrzut ze strony http://logodlapolski.pl/


Tak zupełnie lekko i piątkowo.
Zapewne słyszeliście o projekcie logo dla Polski. Kwestia identyfikacji jest tu oczywiście ważna i niech będzie, chociaż przyznam, że jako marketingowiec mam mieszane uczucia i nie czułam tego od razu, ale dobrze, no powiedzmy, że to przypadek, w którym nie widzę na pierwszy rzut oka zamysłu.

Poszukam więc. Ruszam wyobraźnią, budzę małpkę, która siedzi w mojej głowie i myślę i patrzę i myślę, na co patrzę. Zakładam, że nie wiem, co to.

Patrzę. Jeszcze nie wiem, co to.


29.10.14

Kino s-f, dla lubiących poznać przyszłość

Skrócona lista moich ulubionych filmów  S-f.

Gatunek s-f jest mi bliski właściwie od młodości. Nie jestem ortodoksem (jak w niczym), ale filmy z tego gatunku mają dla mnie najmocniejszą siłę kreowania przyszłości i futurologicznych przypuszczeń. Jestem przekonana, że współcześnie wiele wynalazków miało swoje korzenie w scenariuszach i książkach, bo S. Lem przecież nie był jedynym, z kultowym "Solaris", które ekranizacja jeszcze nikomu nie wyszła idealnie. Mamy tu też Orwella z "Rokiem 1984" i podobny problem z ekranizacją, ale postanowiłam też sięgnąć w końcu po innych autorów. To na dziś melodia przyszłości, którą jednak chcę zagrać, ponieważ zrozumiałam, że w tym gatunku znajdę najwięcej inspiracji i mądrości przyszłości, ale jeśli znasz jakiś autorów, tytuły warte poznania, to daj mi znać.

Wracając jednak do kina.



28.10.14

Historie i histerie

Od powrotu z Niemiec jeszcze nie wszystko poukładałam. Dziś chyba już uda mi się domknąć kolejne tematy, które się we mnie rozpaliły podczas tamtejszego pobytu i w końcu mogę z nim usiąść przed laptopem.
Dobrze? No to dobrze. Jedziemy. 

Wykaz w punktach [oklaski]




1. Oswajanie nieoswojonego, czyli czasowa wystawa owadów, insektów i pająków w St. Augustin, na którą zabrał mnie brat z rodzinką, chichocząc, że mi się spodoba.
Powiem jedno: motyle były piękne. Cała reszta budziła moje politowanie lub obrzydzenie. Szczególnie stonogi i tysiącnogi. Nie, właściwie to całe to ruchome tałatajstwo było bleh. Ok, ok, niektóre pająki są piękne. Serio. Takie pluszowe i puszyste i z lśniącym, czarnym futerkiem.. co ja gadam. Fu. Ale..
Jedno, co wzbudziło mój zachwyt, to dziewczyna stoją ze szkicownikiem i rysująca owady. Sama w sobie pięknie wyglądała.  Przypomniałam mi moje nastoletnie lata, które spędzałam albo dużo rysując czy malując, albo czytając. Albo uprawiając sporty, ale jednak rysowanie było dla mnie szczególnie. I to też ołówkiem, albo węglem. Fajnie, że niektóre pasje są ponad czasowe i takie młode osoby nadal się zdarzają. Sztuka przetrwa wszystko.

Na marginesie, na samej wystawie zaczęliśmy się z bratem szturchać, bo przypomniały nam się szczenięce lata, gdy się z pasją biliśmy. No nic. Dobrze, że to było daleko, bo w pewnym momencie wyglądało to lekko patologicznie. Bratowa udawała, że nas nie zna ;-)



26.10.14

Śluby panieńskie, czyli szukanie miłości


Istnienie VOD ma wiele plusów. Dzięki nim, poza śledzeniem seriali, mogę oglądać programy, takie jak "Kto poślubi mojego syna"  (TVN) oraz "Rolnik szuka żony" (TVP).

Oba są podobne do mojej ulubionej formuły z roku 2003, czyli "Kawaler do wzięcia" (chociaż tamten program oglądałam z zupełnie innymi emocjami).



23.10.14

Wdzięczność rulez

Wstajesz z fotela, poprawiasz warkocz, ocierasz łzy i szukasz wyjścia.
Z pokoju.

I nie tylko. 

Co jakiś czas, na szczęście bardzo, bardzo rzadko, zdarza się, że się totalnie rozsypuję. Przyczyny nie są tutaj ważne, bo nie chodzi o to, żeby je teraz z czymś porównywać. Oczywiście, że zawsze jakieś są i to takie, które po prostu przerastają i nigdy nie są pozytywne. Życie. Istotą rzeczy jest, że gdy ten czas nadchodzi, to ja się totalnie wycofuję. Kulę się w sobie i chowam. Resztkami sił, które sytuacja ze mnie wyssała, wyciągam rękę po pomoc. I wtedy zawsze ktoś jest obok, albo ktoś taki pojawia się nie wiadomo skąd, ale dokładnie na czas. Pomoże szukać wyjść, bo najgorsze jest to, że są momenty, że samej już po prostu i zwyczajnie nie mam siły.

Kolejny taki mocny zakręt mam już prawie całkiem za sobą.  Zaczął się wiosną, a potem lawinowo uderzył mocno pod koniec sierpnia, przeczołgał mnie przez wrzesień (gdy tak bardzo cieszyłam się spotkaniem z rodziną) i prawie cały październik (który częściowo spędziłam już w szpitalu i na L4). Wiem, że gdybym nie miała wtedy obok tak kochanych i dobrych ludzi, wyrozumiałych i cierpliwych, uśmiechniętych! i troskliwych, to nie wiem, co by było. Ale na pewno nie pisałabym z takim spokojem tej notki.

Dziś jestem znowu pełna nadziei i spokoju. Ufam, że to mija, bo tak też czuję. Pierwszy raz od dawna.
Czemu ten tekst? I po kiego grzyba piszę o tym?


21.10.14

Dama XXI w.

Życie mnie trochę zassało i wyssało, dlatego taka przerwa. 

Nie mogłabym nie wspomnieć o dość kluczowym wydarzeniu. Królowa Elżbieta wyróżnia Angelinę Jolie tytułem "damy".

 
Urzekło mnie to wydarzenie i jest tylko potwierdzeniem, że dama współcześnie nie oznacza chodzenia w sztywnym gorsecie konwenansów ze sztuczną pozą pozorów. Być damą, być kobietą z klasą, to przede wszystkim postawa. Jest to z jednakową siłą to, co się robi, jak i to, czego się nie robi. Świadomie. W tym zakresie jest to zawsze czarno-białe.

Współcześnie dobrze jest odpowiedzieć na pytanie: czego nie robi kobieta z klasą?



28.9.14

Bio/ eco z sieci.... ściema czy norma?

Kwestia produktów bio/ eko to coś, czego Niemcom zazdroszczę od lat, z tego względu, że tam te produkty są po prostu dostępne w praktycznie każdym większym sklepie i w nieznacznie wyższej cenie, niż produkty nieobjęte tymi zasadami.

Sprawa związana jest z tym, o czym tak często wspominam - równowaga. Czym to się objawia w Niemczech?
Dwie sprawy, za które ten kraj po prostu kocham i mam nadzieję, że kiedyś zasady te zostaną zastosowane u nas. Pierwsza, to kwestia recyklingu. O tym pisałam już, gdy wchodziła u nas segregacja śmieci. To się nie mogło udać i czekam na poprawki. W każdym razie, w Niemczech moim ulubionym zwyczajem jest zwrot butelek. Tak, jakieś 90% butelek objętych jest kaucją przy zakupie. Zwrot butelek możliwy jest w większości sklepów w specjalnych automatach. Bajka. Jest wiele takich spraw, które dobrze definiują legendarny niemiecki porządek i które wpisują się w moją mentalność. Kwestia ich stylu podejścia do ekologii to mocny obszar. Możemy się uczyć.

Druga sprawa, to wspomniane już produkty bio. Praktycznie każda sieć ma swoich dostawców bio produktów. Nie robiłam zdjęć, bo po prostu  o tym nie myślałam, ale namiastkę tego mamy np. w działajacej też u nas sieci Rossmann, która ma na naszych półkach bardzo fajną ofertę bioproduktów. Jak poniższa pasta z czosnkiem niedźwiedzim.

Jak wspomniałam ostatnio  - jestem szczęśliwą mieszczanką. A to oznacza, że wiele spraw nie jest w moim świecie obecnych. Jak dojenie krowy czy zbieranie jajek. Co nie zmienia faktu, że żyję slow, slow life to również moja filozofia, ale od lat nieustannie dostosowuję ją do swojego mieszczańskiego życia, bo życie na wsi i bycie rolnikiem nie jest na mojej liście marzeń (chociaż oczywiście jestem zachwycona, gdy już mam dostęp do produktów bezpośrednio ze/na wsi). Czy to coś zmienia? Nie. Po prostu moje slow life jest mocno miejskie. Tak, da się.

27.9.14

Gdy myślami jesteś między światami

Już w Gdańsku, ale myślami jeszcze dość mocno tam, gdzie spędziłam prawie cały wrzesień (co w dużej mierze możliwe było dzięki temu, że mogę pracować z każdego miejsca na świecie i połączyłam urlop, odwiedziny rodziny oraz pracę, a w dużym bonusie wizyty u lekarzy, które dla mnie okazały się przełomowe, ale dziś nie o tym).


Generalnie jestem mieszczanką (mieszczuch brzmi pejoratywnie, prawda?)
Kocham życie w mieście, nawet tak małym, jak mój Gdańsk (to duży plus). Niemniej, kocham też miasta większe, jak Kolonia czy Monachium. Myślę, że pokochałabym też życie w miasteczku zupełnie małym, jak Euskirchen. Ważny jest klimat. Ważna jest wielokulturowość i nowoczesność, która się ma pięknie łączyć z historią.

Czas spędzony z braćmi. W Kolonii - z najmłodszym. Chociaż miasto zmienia się ciągle, to oczywiście pozostaje kilka miejsc, które są jak gwiazdy polarne. Trafiając w te miejsca mniej więcej wiem, gdzie jestem.  Nadal w kilku dzielnicach, chociaż bywam tam raz na kilka lat. Moja pamięć mnie czasami zaskakuje.

Euskirchen. Miasteczko, które jest tak urocze, że zakochana w nim jestem od początku, gdy tam byłam po raz pierwszy. Pokochałam gubienie się tu. Ale o tym szerzej następnym razem.

 Z przyczyn zdrowotnych musiałam zdecydować się na podróż autokarem, zamiast samolotem.
Dzięki temu widzialam najcudowniejszy wschód słońca.

12.9.14

Wszystko ma swój czas

Są rozmowy, które czekają na swój czas wiele lat. 


Ja mam taką właśnie za sobą. 
Prawie całe życie na nią czekałam.
Mam wrażenie, że po nią tu przyjechałam. 



Dziękuję mamo. 





Euskirchen 11.09.2014 



10.9.14

Nabieram dystansu, czyli jak to jest na zachodzie


Jakiś czas temu wyjechałam z Gdańska. Kocham moment wjazdu do Kolonii, gdy widać wieże katedry. Tak, katedra od lat jest w renowacji. Mam nadzieję zobaczyć ją jeszcze w trakcie tego pobytu. Generalnie Kolonię kocham prawie jak Gdańsk, bo spędziłam w tym mieście 3 lata młodości. Jest jak moje. 
Odebrał mnie jeden z braci, których mam dwóch. Ale o tym kiedy indziej, bo więź braterska jest dla mnie tematem na osobną notkę. 


Zakochana jestem w parkach. Powyżej park w Euskirchen. Wiem, że jest jeszcze jeden (o ile nie więcej). Co jest najlepsze w tym właśnie? Bonsai i zające. Strumyk też jest uroczy. Oczywiście najcenniejsza jest sama zieleń i cisza. Na samotne wyprawy jest i-d-e-a-l-n-y. 


Kolejny park, właściwie bardziej dziki, ale i tak piękny. W St. Augustin. Kolejna śliczna miejscowość, której spędziłam znowu czas z rodziną. Tym razem drugi brat mnie przygarnął. Spędziłam jeden z wieczorów oglądając "Opowieści z Narnii" z siostrzenicą i był to jeden z najlepszych wieczorów od dawna. Brat z żoną wyszli na imprezę. Ja się chyba starzeję, bo po prostu wolałam spędzić czas z małą. 

Misz masz. Przypominam: najlepsze lody robią Włosi, najlepsze placki ziemniaczane robią Niemcy, najlepszy kebab robią Turcy, a najlepszego gyrosa robią Grecy. I to się nie zmieni raczej szybko. A najlepiej i nieznośnie rozpieszcza moja mama. A na śniadanie najlepsze są bułki prosto z piekarnika, ale to nic nowego, tak samo jak to, że poziomki prosto z krzaczka są przepyszne ;-)
Tak na dodatek, usiąść w niedzielny poranek z kawą na ogrodzie. Cisza, spokój, pies kładzie się obok. Niezmiennie chciałabym mieć ogród, ale tymczasem delektuję się tymi, w których bywam. 

Lubię to w Niemczech, że mogę wszystkiego tego doświadczyć. 

9.9.14

Depresja i inne pożeracze duszy.

Idzie jesień, a z nią pewnie znowu obudzą się wszelkie demony, które zasysają duszę. Od bardzo, bardzo dawna zabierałam się do tego tematu, ale nie wiedziałam, jak go ugryźć, chociaż zbyt często słyszę "depresja" z ust znajomych i bliskich. A może i zbyt rzadko, bo wiele osób nie chce się przyznać, nie chce iść do lekarza, nie chce nic z tym zrobić, pozwalając tej czarnej dziurze się zasysać. Odkładałam, czekając na lepszy moment.
Przeczytałam kiedyś wywiad z Justyną Kowalczyk i pomyślałam wtedy tylko "kolejna osoba, która mówi o tym po fakcie". W czym rzecz? W tym, że temat zaburzeń i chorób psychicznych, które występują relatywnie bardzo często, powoduje pewne zakłopotanie i bezradność. Bez sensu, bo te, które stanowią tzw "choroby cywilizacyjne" nie powinny budzić żadnego zakłopotania. To znak czasów.  
Generalnie ludzie mają dość dużą łatwość opowiadania o swoich chorobach (nie oceniam, bo jeśli to komuś pomaga, to super), ale tu, gdzie ta otwartość powinna być większa, jest właśnie odwrotnie. Myślę, że to niedobrze, bo zaburzenie, czy choroba - nieważne czy depresja, czy anoreksja czy nerwica (załamania są przecież równie częste), zaburzają budowanie relacji z otoczeniem i kradną ludziom życie - a przy tym, przekłamują obraz człowieka. Choroby tego rodzaju się leczy i można spokojnie założyć, że się z tego wyjdzie i trzeba zrobić jedno - DAĆ CZAS. 

Wysłałam maila do kilku losowo wybranych poradni i lekarzy psychologii i psychiatrii (którzy reklamują się, jako specjaliści w leczeniu tych zaburzeń) z prośbą o porady, najlepiej w punktach, jak postępować z osobą chorą na depresję. Przez ok 3 miesiące nie dostałam żadnej odpowiedzi (Pozdrawiam te miejsca i lekarzy. Zaangażowanie godne niepolecenia).

Depresja, nerwice i inne pożeracze duszy zabiły nie jedną fantastyczną osobę, niejedną wrażliwość i nie jeden talent. Może pora przestać zamiatać to pod dywan i po prostu zacząć o tym rozmawiać normalnie, jak o alergii na pyłki?




Są tematy przy których mamy sporą trudność prowadzenia rozmowy. Tzn my, jako ludzie. Bo to trudne. Bo to wstydliwe. Bo boimy się oceny i wykluczenia. Bo z drugiej strony, nie wiemy jak zareagować. Jednym z takich tematów są odmienne stany psychiki: albo się je demonizuje, albo bagatelizuje. Dlatego najprościej jest udawać, że ich nie ma. Zmieniajmy to.

30.8.14

Celebrując życie




Jestem ostatnio na walizkach i Reisefiber roznosi mnie od środka. Jedna podróż za mną, druga przede mną.

Pierwsza na drugi koniec Polski (8 godzin zakończone jeszcze nocnymi 2 rundami kręgli i bilarda. Grałam na bosaka i popijałam drinka o uroczej nazwie "Boys are stupid", a po 2 w nocy jeszcze malowałam paznokcie. Tak też bywa. Przyjemność można znaleźć przez całą dobę. 

Niezmiennie kocham hotelowe łóżka i śniadania. To prawie fetysz. 

Co dobrego przywiozłam też z tej podróży? Co dobrego mogę polecić z ostatnich dni? 


 



Zapraszam do przeglądu:

29.8.14

Zostawcie konie nad Morskim Okiem

Obrońcy praw zwierząt lubią przesadzać w histerycznym podejściu. Podobnie jak ekolodzy. O ile popieram traktowanie zwierząt "po ludzku", o tyle kiwam głową z dezaprobatą, gdy widzę histerię pt "zamienić konie na meleksy" - tak, chodzi mi o Morskie Oko.




Drodzy obrońcy praw zwierząt, weźcie się czasami zastanówcie, co robicie tym zwierzętom. Dążąc do tego, żeby nie były one wykorzystywane do prac, zabijacie je. Dlaczego? Ano dlatego, że nikt na wsi nie będzie trzymał konia czy krowy dla rozrywki. OK, oczywiście nie mówię o koniach rasowych itd., bo to inna sprawa. Mówię o tym, że zwierzęta pomagają ludziom od wieków. I to jest dobre. Człowiek też wykonuje wiele ciężkich prac, bo takie są zawody, które tego wymagają. I to jest dobre. Ważne, żeby były zachowane jakieś normy.
To samo dotyczy pracy zwierząt. Zwierząt o które wystarczy, żeby właściciele dbali. Po ciężkim dniu i w trakcie. Ale nawoływanie do całkowitego zakazu robi tym zwierzętom krzywdę. Człowiek i zwierze od wieków idą w parze, wspierają się. Człowiek ma dbać o to stworzenie, z którego siły, czy innych właściwości, korzysta. I na tym koniec ograniczeń. Innym sposobem to oszołomstwo wykończyłoby wszelkie tradycje i wieś (chociaż nie tylko).



22.8.14

Nie bój się, 4 punkty budowania odwagi


A kroki w tył wykonuj tylko tańcząc salsę ;-)


Filmik idealnie odzwierciedla moment zawahania przed działaniem, prawda?
To ten moment, w którym jesteśmy same (nie wiem, czy mężczyźni też go mają, czy to kobiece). Ten moment, gdy musimy pokonać strach ostatecznie. Najwyższy poziom adrenaliny.



Żony, matki i wybranki

Dwie kobiety polskiego (show)biznesu. Natasza Urbańska i Anna Lewandowska. Obie wyróżnia coś, co karmi polską zawiść - ambicje i pracowitość, a do tego niewątpliwa uroda.

Lubię obie. Za co? Za podejście. Za to, że nie przyjęły pozy żon bogatych i znanych mężczyzn, nie zajęły się wyłącznie dbaniem o siebie i wydawaniem kasy. Bardzo jestem z obu nich dumna. Są bardziej wyzwolone w swoim podejściu niż wszystkie feministki razem wzięte. Dlaczego? Bo to naprawdę ich wybór, a do tego mają zbudowane najwidoczniej dobre związki, w których obie strony się realizują. To doskonale. 




Powtórzę się: podejścia im gorąco gratuluję. To, że nie tylko leżą i pachną (bo to powinna robić też każda kobieta), ale aktywnie robią wiele fajnych rzeczy, starają się zrealizować każda na jakimś polu, bądź na wielu, jest dla mnie świetne. Fantastycznie wykorzystują szanse, jakie dało im życie i totalnie nie rozumiem, dlaczego Polacy mają z tym problem. Skąd ta zawiść? Nie wiem. Ja się od niej odcinam.


19.8.14

Tylko teraz i nigdy więcej

Marketing rodem ze sklepu sprzedaży telewizyjnej. Marketing, który doskonale sprawdza się również w internecie (co mnie dziwi, no ale cóż, takie czasy).

Słyszysz, czytasz (ładnie graficznie obrobione):

(...) Kup nóż, a dostaniesz nożyczki, a jeśli zamówisz w tym tygodniu, to dorzucimy, specjalnie i tylko dla ciebie wiecznie żywy kwiatek w doniczce, ale to nie wszystko, jeśli własnie oglądasz nasz program i złożysz zamówienie w trakcie jego trwania, dostaniesz... tak, tylko teraz, ale dla ciebie wszystko, dostaniesz, jedyny i niepowtarzalny dywan łazienkowy w kolorze kawy z mlekiem. Dywan ten jest jedyny w swoim rodzaju i uważaj, bo to ważne, nie jest dostępny w sprzedaży regularnej, Możesz go dostać jedynie teraz i wyłącznie składając zamówienie właśnie teraz. Czy wyobrażasz sobie jak bardzo o ciebie dbamy? Tak, zamów nasz fantastyczny i niezniszczalny super tnący nóż w niepowtarzalnej cenie 199,99 zł a dostaniesz te wszystkie prezenty bez żadnych dodatkowych kosztów. Wiemy, jak fenomenalna jest nasza oferta, doceniamy to, że tu z nami jesteś, dlatego przygotowaliśmy tę cudowną ofertę właśnie specjalnie i tylko dla ciebie. Nie strać takiej okazji i zadzwoń teraz, bądź wyślij maila. Taka okazja może się nie powtórzyć, a przecież nie lubisz tracić niepowtarzalnych okazji. Dlatego nie trać czasu i nie zastanawiaj się. Dzwoń.
Pisz.




STÓJ.



16.8.14

Żagle i lasy

Magia życia nad morzem. Są pasje, które dla mnie pozostaną wyłącznie obiektem podziwu. Jedną z nich jest żeglarstwo. Dzięki spontanicznej decyzji dotarliśmy na zlot żaglowców w Gdyni. Wstyd się przyznać, ale dla mnie to był pierwszy raz. Fajnie wyszło, bo poszliśmy ze znajomymi, którzy mieszkają blisko Skweru, więc zobaczyłam wszystko co warto zobaczyć, do tego pobyliśmy  na towarzyszącym imprezie koncercie szantów i pieśni morskich. Szanty mają w sobie cudną tęsknotę. To za morzami, sztormami, falami, to za lądem, to za miłością.

Mała galeria, która odda namiastkę klimatu:

Pozdrowienia z Gdyni. Ahoj!  ;-)


 
Pierwszy raz zobaczyłam też statek podwodny. Działa klaustrofobicznie nawet z brzegu. Podziwiam marynarzy, którzy takimi pływają, nawet w ramach ćwiczeń. Najpiękniejszym momentem było dla mnie obserwowanie marynarzy na dziobie żaglowca szwedzkiego. Większość żaglowców jest jednostkami szkół morskich, więc załogi też przeważnie w studenckim wieku. Dzielne dzieciaki.  
Jak ktoś jest w pobliżu, to polecam. Zlot dopiero się rozpoczął.

Przepis na foodporn, czyli gotowaną kukurydzę




13.8.14

Bajka o idealnej polityce

Czasami lubię podyskutować z kumplami na temat naprawy świata. W każdym razie mam takiego jednego kolegę, który jest generalnie przeciwny wszelkim systemom. Różni nas jedno: ja mając świadomość mechanizmów działających na świecie, jestem z nimi pogodzona (z niesmakiem, ale jednak),  a on nie i jak by mógł, to by zaczął wszystko od nowa. Jak NOE.
Czasami lubię z nim jednak podyskutować i podpowiedzieć jakieś szybkie rozwiązania. A zapalnikiem z reguły są jakieś akcje typu "absurdy przepisów", "patologia polityki", "idiotyzm schematów i systemów". Standard. W efekcie jednego z takich zapalników (nie wiem, czy nie prawo budowlane, kto to ustanawia itd, albo tolerancję wobec transów i przepisy, ale nieważne), doszliśmy znowu do punktu "i jak to zmienić?"




11.8.14

9.8.14

Szewskie pasje

Podobno buty są jedną z pasji kobiet. OK. Bardzo lubię buty, ale nawet gdy będę miała miliony dolarów, to nie będę zbierała butów, może dlatego, że jedyne co lubię kolekcjonować, to książki i dla nich stworzyłabym prywatną bibliotekę. Do ubrań, butów i biżuterii i wszystkiego innego podchodzę minimalistycznie. Jeden pierścionek z brylantem wystarczy ;-)  Niezmienna równowaga wg ML: Jakość max, ilość min. 

Uwaga! Kto ostatnio był u szewca? 



4.8.14

Dyskretne wyznanie

https://fbcdn-sphotos-a-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t1.0-9/p526x296/1458447_510718032364478_8045525873356142456_n.jpg 


 A gdy to się skończy, koniecznie idź do tabloidów i powiedz, jakim kiepskim był kochankiem, czy kochanką, a najlepiej jeszcze pozdradzaj jakieś intymne szczegóły. Słupki sprzedaży oszaleją. Twoją intymnością.