Wojowniczka we mnie


Niedawno wspomniałam w komentarzu, że chodzę do psychologa, terapeuty.
Dziś więcej  o tym opowiem, bo mam za sobą już kilka sesji i jakieś wnioski i wyniki.
Ale od początku.



Psychologią sama z siebie interesuję się praktycznie całe życie. Przeczyłam dziesiątki książek na temat poznawania siebie, zachowań, relacji, wpływów, w końcu pracy nad sobą. Oczywiście zapalnikiem dla tej tematyki, jak często, byłam sama dla siebie. Przyczyny pozostawię na boku. Chciałam ROZUMIEĆ. Konkretniejszą tematykę książek podsuwało mi po prostu życie, czasami rozmowy czy jakieś artykuły. Jestem żywym przykładem tego, że jak ktoś szuka, to znajduje.
I to się w dużej mierze udawało. To naprawdę działa, więc jeśli ktoś chce się sam bliżej poznać, stawia sobie pytania, na które szuka odpowiedzi, to spokojnie może je znaleźć po prostu w odpowiednich lekturach. Ja dzięki temu pozbyłam się np. nieśmiałości, czy zaczęłam budować poczucie wartości. Chociaż moje początki to dawne dzieje, to praca, którą się wykonuje praktycznie całe życie. Jestem typem samotnego wojownika, więc mam czas, a efekty mnie bardzo satysfakcjonują. Nie w tym rzecz.
Pojawił w moim życiu aspekt, którego nie potrafiłam już sama przepracować. Coś, co mnie blokowało i trzymało jak na smyczy. Był to BÓL. Po prostu fizyczny ból. Dlaczego? Od jakiś 15 lat choruję na przewlekłe zapalenie kości. Chorująca kość boli. Moje życie było dość mocno chorobie tej podporządkowane, chociaż sporo czasu choroba jest wyciszona. Ostatnie lato i jesień, to był silny nawrót. Jak widać po blogu, dawałam sobie z tym całkiem dobrze radę, ale tym razem fala okazała się zbyt silna. Poległam, lądując na oddziale w Akademii Medycznej. Mocna dawka antybiotyków, wycinek kości, diagnoza. Jest jak jest. Wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie ból. Zwykły, nieznośny fizyczny ból. A też w momentach ustępowania - pozostające we mnie przerażenie przed jego nawrotami. Nieprzespane noce, prochy przeciwbólowe, antybiotyki. Ciągle i ciągle. Po kilku latach i znowu miesiącach miałam dość. Powiedziałam bliskim, że już sobie nie daję rady. Potrzebuję psychologa, bo przerażenie przed nawrotem bólu mnie zabijało.
Wszystko zadziało się w dobrym momencie. Krótko po wyjściu z akademii trafiłam do mojej pani psycholog. Spotykamy się raz w tygodniu. Układamy mnie. Dwie rzeczy są ważne w szybkiej poprawie - za jej słowami - moja radość życia i siła. Pacjenci, którzy nie mają tego w sobie, którzy są pasywni, są trudni do leczenia. Nie wątpię, że mi pomaga moja wcześniejsza wiedza, ale też chyba wiara i nadzieja, którą odzyskałam dzięki tej terapii. Każdy proces zdrowienia to czas. Ale też co ważne, możliwość znalezienia odpowiedzi na pytanie: dlaczego to się dzieje? Jak zapobiec nawrotom? 
[czyli pytania, na które medycyna nie potrafi mi odpowiedzieć, pozostawiając z komentarzem - to jak bomba, ale bez odpowiedzi na pytanie, jak z tą bombą żyć? Odpowiedzi muszę szukać sama.]
Lekarze, którzy mnie prowadzą mówią, żebym korzystała ze wszystkiego, co mi przynosi ulgę. Ba, nie pytałabym nawet  o psychologa, bo niby co to ma do rzeczy, ale gdy na kolejnej kontroli powiedziałam, że chodzę, to przyjęli to ze zrozumieniem. Zapytałam ich za to, czy nie robię sobie krzywdy uprawiając sport* - tu odpowiedź mnie zaskoczyła, mianowicie - bardzo dobrze, że uprawiam sport, bo to poprawia ukrwienie kości, a mojej kości akurat potrzeba dużo tlenu. Hell yeah. Chociaż tyle. Tylko niech przestanie boleć.

Wracając do pani psycholog - nie będę oczywiście opowiadać o przebiegu terapii i rozmowach, ale zapewniam, że już wiem, jak psychologia jest bardzo, ale to bardzo powiązana z naszym zdrowiem fizycznym (odwrotność powiedzenia, w zdrowym ciele, zdrowy duch). Nie ukrywam, że nadal miewam chwile zwątpienia, ale mam już też wskazówki, jak do nich podchodzić, powoli uczę się, jak nie bać się nawrotów bólu, jak nie wariować i nie blokować się w strachu, gdy przychodzą. Powoli znajdujemy też na sesjach odpowiedzi na pytania "dlaczego?". Można. Zadziwia to nawet mnie.
Sama też szukam znowu źródeł (godzinna rozmowa nie wyczerpuje tematu, a otwiera moją ciekawość na jakieś zagadnienia). Jedną z takich pozycji, które są dla mnie obecnie "na topie" jest powyższa "Dobra pamięć, zła pamięć" Ewy Woydyłło.

Wszystkie ścieżki niezmiennie prowadzą do konkluzji, która niby jest mi tak dobrze znana - wszystkie odpowiedzi są w nas. W każdym  z nas.
Wszystkie.

Tylko czasami potrzebujemy jakiejś iskry, która pokaże nam, gdzie patrzeć, gdzie szukać i jakie zadać pytania, aby znaleźć odpowiedź, która pozwoli iść nam dalej.

Nie powiem, że już się nie boję nawrotów, ale mam nadzieję, że taki czas przyjdzie i gdy się będą pojawiać, to po prostu przyjmę je ze względnym spokojem. A może przyjdzie czas, że przestaną przychodzić, bo w to, że wyzdrowieję, wierzę najbardziej.
Dziecięca naiwność, która pomaga dorosłem człowiekowi sięgać po to, co wydaje się nieosiągalne i to dostawać. Wiele, wiele razy doświadczyłam tego w życiu w innych sprawach. Tu też może tak być. Bo może, a ja oddam temu tyle siły i czasu, ile będzie trzeba.

Ta mała dygresja jest dla tych, którzy też się z czymś zmagają. Okazuje się, że psychologia, dobry terapeuta może być pomocny w takiej sprawie, jak choroba kości, czy cokolwiek, co wiąże się z bólem. Niby to wszystko się wie, ale trzeba umieć to poukładać. Samemu nie zawsze się da. Wsparcie bliskich jest oczywiście bezcenne, ale ono nie pomoże w taki właśnie sposób.
Tak, to kosztowne dość rozwiązanie, ale przyznam, że po latach wydawania niemałych kwot na leki, nie widzę powodu, żeby nie przeznaczyć ich na coś, to pomaga mi głębiej i wielowymiarowo i przekłada się na wiele dziedzin. Chociaż walka ze strachem jest... straszna, to sam strach jest gorszy. Wie o tym pewnie nie jedna osoba. Podpowiadam, walcz z tym. Kurcze, dla mnie ironia losu polega na tym, że nie boję się poza tym niczego w życiu, samodzielność i odwagę oraz pewną determinację mam we krwi, ba, sama jestem często wsparciem dla innych (chociaż nie ukrywam, że unikam ludzi, którzy się nad sobą rozczulają - moim zdaniem - bez powodu, a marnują mój bezcenny czas, który cenię w dość specyficzny sposób).
Najważniejsze, to wiedzieć, co dalej. Jakie są wyjścia. I działać. A to bywa trudne. Wiem. Ale działać. Dobrze, dopóki można.
Uwielbiam ludzi, którzy właśnie mimo jakiś przeciwności losu, robią swoje i walczą o siebie. Uwielbiam słuchać opowieści, o sukcesach, ale też właśnie o tym, że się zmagają. To tak bardzo ważne, gdy ktoś sam nie traci czasu, który ma w życiu, tylko idzie do przodu.

Polecam też ten artykuł. Może kogoś zainspiruje. 

* W tę sobotę miałam moment zero. Poczułam, że albo wrócę do sportu, bo ostatnie miesiące mnie z niego fizycznie i psychicznie wyłączyły, albo wrócę do palenia e-papierosa (z analogów wyleczyłam się już 2 lata temu, a elektronicznego nie palę od kwietnia tego roku). Popatrzyłam na M. i powiedziałam mu o tym dylemacie. Uśmiechnął się i powiedział tylko - super, że chcesz wrócić do sportu. Zdrowiejesz :-)

No i poszłam.
Pierwsza godzina dała mi tyle szczęścia, że nawet nie będę się rozpisywać. Zakwasy to akurat lubię.
Wojowniczka we mnie przejęła znowu głos. Niech go ma i walczy. Tęskniłam za nią.


A do tego zaczęłam pracować nad projektem, który czekał na swój czas od lat i to kolejne źródło motywacji, żeby działać dalej. Cudnie :-)

Komentarze

  1. Pozytywne zakończenie roku :-) Trzymam kciuki:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też chodzę na psychoterapię, mam za sobą ok. 10 sesji i decyzja by tam pójść był jedną z lepszych w życiu. Jakkolwiek wiele o sobie nie wiemy, to jednak zawsze pozostają sfery, w których siebie o coś nie spytaliśmy. I to jest fascynujące, ja patrzę teraz na wiele spraw jakby przez inne okulary.
    Trzymaj się, powodzenia, całusy. I przede wszystkim jak najmniej bólu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nishka, i znowu coś nas łączy :-)

      Ale tak jest. I w sumie, to na dziś mnie to uśmiecha, bo to takie "amerykańskie" i pytanie "co na to twój terapeuta?" nabiera nowego znaczenia :-)
      Ja mam za sobą jakieś 7-8 spotkań i wiem już, że będziemy je minimalizować, bo jestem na tak dobrej drodze, że co tydzień nie ma już potrzeby się spotykać, M. się oczywiście śmieje, że nawet moja psychoterapeutka ma mnie dość :-)

      Kurcze, ze straszną łatwością się do niej przywiązałam, a tu powoli koniec. No nic. Najważniejsze, że efekt tych spotkań jest dla mnie tak pomyślny. Co jest w spotkaniach z nią ważne, to to, że ona naprowadza mnie na znajdowanie odpowiedzi na pytanie "dlaczego?". Wydaje mi się dziś, że to jedno z najważniejszych pytań, jakie powinnam sobie zadawać. Już zawsze.

      Nie mogę o tym zapomnieć.

      Moja droga, Tobie też życzę powodzenia, bez względu na to, co cię skłoniło do pójścia na terapię. Niech przyniesie to, czego się nie spodziewałaś, i co będzie pomocne :-)
      Uściski :-)

      Usuń
  3. Kochana, naprawdę chcesz już kończyć? Are you sure? :) Ja zamierzam jeszcze pochodzić.
    Dokładnie, kolejna rzecz, która nas łączy, wiele spraw dzieje się u nas równolegle, ot egzamin na prawo jazdy, ot psychoterapia choć zupełnie nieplanowane :)
    Mam propozycję, żebyśmy któregoś razu się umówiły się na telefoniczną randkę, co Ty na to? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doprecyzuję, wiem, że będzie tych spotkań mniej, bo mi tak pani psycholog powiedziała. Myślałam, że się jej poryczę, że miało być więcej i częściej a nie mniej i rzadziej :-)
      Ale przepracuję to i wezmę za dobrą kartę :-)

      Usuń
  4. Marzeno, mam takie przekonanie (mimo że znamy się tylko (aż?) tutaj), że Ty się nie gdy nie poddasz i dzięki temu wygrasz tę walkę :) Domyślam się, że gdy boli jest Ci ciężko, ale pamiętaj, że moment bólu jest tylko jedną, małą bitwą. Całą walkę wygrywasz TY :)
    Zdrowia Tobie (i sobie też, a co!) życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jednakze wspolczesna psychoterapia i psychologia nie ma za wiele do zaoferowania osobom, ktore nie maja tego ducha walki albo nie do konca chca same (tak z siebie, od srodka, od Czesia) sie wyrwac z marazmu, stanu beznadziejnego, depresyjnego, stresu. wlaszcza jak to ktos w wieku przed lub emereytalnym. Poza tym koszty rzedu najmniej 100 PLN za sesje to nie dla kazdego, zwlaszcza takiego, ktoremu zycie dalo w kosc (nomen omen), ma rodzine w rozsypce, stracil prace, albo zona go chce rzucic, a dzieci nie chca znac...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No takim ludziom to żadna dziedzina nie pomoże. Trzeba chcieć. I co? I powiedzieć bliskim,że szuka się pomocy, żeby z tego wyjść. Są ludzie kochają pomagać, jeśli mogą. Czyli musi być konkret. Tak tylko przypominam. Jak ktoś się okopuje w marazmie, to jego wybór. Skoro psychologia czy psychiatria sobie z tym nie radzi, to nie oczekuj cudu ode mnie. Ja bym kogoś takiego tylko opierdoliła za rozczulanie się nad sobą, bo to nic innego. Problemy miewamy wszyscy, tylko też raczej wszyscy mamy obok wsparcie. Wystarczy go nie marnować, bo to dopiero bezczelność. Ale jak ktoś chce się nad sobą rozczulać i pozostać w marazmie, to jego wybór.

      Usuń
    2. PS potrzeba pomocy nie jest niczym wstydliwym. Gorsze jest nieprzyznanie się do tego i pozostawanie w użalaniu, a już zupełnie celebrowanie tego.

      Usuń

Prześlij komentarz

Zapraszam do korzystania ze skrótu: https://www.myslowlife.pl