14.12.14

Wojowniczka we mnie


Niedawno wspomniałam w komentarzu, że chodzę do psychologa, terapeuty.
Dziś więcej  o tym opowiem, bo mam za sobą już kilka sesji i jakieś wnioski i wyniki.
Ale od początku.



Psychologią sama z siebie interesuję się praktycznie całe życie. Przeczyłam dziesiątki książek na temat poznawania siebie, zachowań, relacji, wpływów, w końcu pracy nad sobą. Oczywiście zapalnikiem dla tej tematyki, jak często, byłam sama dla siebie. Przyczyny pozostawię na boku. Chciałam ROZUMIEĆ. Konkretniejszą tematykę książek podsuwało mi po prostu życie, czasami rozmowy czy jakieś artykuły. Jestem żywym przykładem tego, że jak ktoś szuka, to znajduje.
I to się w dużej mierze udawało. To naprawdę działa, więc jeśli ktoś chce się sam bliżej poznać, stawia sobie pytania, na które szuka odpowiedzi, to spokojnie może je znaleźć po prostu w odpowiednich lekturach. Ja dzięki temu pozbyłam się np. nieśmiałości, czy zaczęłam budować poczucie wartości. Chociaż moje początki to dawne dzieje, to praca, którą się wykonuje praktycznie całe życie. Jestem typem samotnego wojownika, więc mam czas, a efekty mnie bardzo satysfakcjonują. Nie w tym rzecz.
Pojawił w moim życiu aspekt, którego nie potrafiłam już sama przepracować. Coś, co mnie blokowało i trzymało jak na smyczy. Był to BÓL. Po prostu fizyczny ból. Dlaczego? Od jakiś 15 lat choruję na przewlekłe zapalenie kości. Chorująca kość boli. Moje życie było dość mocno chorobie tej podporządkowane, chociaż sporo czasu choroba jest wyciszona. Ostatnie lato i jesień, to był silny nawrót. Jak widać po blogu, dawałam sobie z tym całkiem dobrze radę, ale tym razem fala okazała się zbyt silna. Poległam, lądując na oddziale w Akademii Medycznej. Mocna dawka antybiotyków, wycinek kości, diagnoza. Jest jak jest. Wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie ból. Zwykły, nieznośny fizyczny ból. A też w momentach ustępowania - pozostające we mnie przerażenie przed jego nawrotami. Nieprzespane noce, prochy przeciwbólowe, antybiotyki. Ciągle i ciągle. Po kilku latach i znowu miesiącach miałam dość. Powiedziałam bliskim, że już sobie nie daję rady. Potrzebuję psychologa, bo przerażenie przed nawrotem bólu mnie zabijało.
Wszystko zadziało się w dobrym momencie. Krótko po wyjściu z akademii trafiłam do mojej pani psycholog. Spotykamy się raz w tygodniu. Układamy mnie. Dwie rzeczy są ważne w szybkiej poprawie - za jej słowami - moja radość życia i siła. Pacjenci, którzy nie mają tego w sobie, którzy są pasywni, są trudni do leczenia. Nie wątpię, że mi pomaga moja wcześniejsza wiedza, ale też chyba wiara i nadzieja, którą odzyskałam dzięki tej terapii. Każdy proces zdrowienia to czas. Ale też co ważne, możliwość znalezienia odpowiedzi na pytanie: dlaczego to się dzieje? Jak zapobiec nawrotom? 
[czyli pytania, na które medycyna nie potrafi mi odpowiedzieć, pozostawiając z komentarzem - to jak bomba, ale bez odpowiedzi na pytanie, jak z tą bombą żyć? Odpowiedzi muszę szukać sama.]
Lekarze, którzy mnie prowadzą mówią, żebym korzystała ze wszystkiego, co mi przynosi ulgę. Ba, nie pytałabym nawet  o psychologa, bo niby co to ma do rzeczy, ale gdy na kolejnej kontroli powiedziałam, że chodzę, to przyjęli to ze zrozumieniem. Zapytałam ich za to, czy nie robię sobie krzywdy uprawiając sport* - tu odpowiedź mnie zaskoczyła, mianowicie - bardzo dobrze, że uprawiam sport, bo to poprawia ukrwienie kości, a mojej kości akurat potrzeba dużo tlenu. Hell yeah. Chociaż tyle. Tylko niech przestanie boleć.

Wracając do pani psycholog - nie będę oczywiście opowiadać o przebiegu terapii i rozmowach, ale zapewniam, że już wiem, jak psychologia jest bardzo, ale to bardzo powiązana z naszym zdrowiem fizycznym (odwrotność powiedzenia, w zdrowym ciele, zdrowy duch). Nie ukrywam, że nadal miewam chwile zwątpienia, ale mam już też wskazówki, jak do nich podchodzić, powoli uczę się, jak nie bać się nawrotów bólu, jak nie wariować i nie blokować się w strachu, gdy przychodzą. Powoli znajdujemy też na sesjach odpowiedzi na pytania "dlaczego?". Można. Zadziwia to nawet mnie.
Sama też szukam znowu źródeł (godzinna rozmowa nie wyczerpuje tematu, a otwiera moją ciekawość na jakieś zagadnienia). Jedną z takich pozycji, które są dla mnie obecnie "na topie" jest powyższa "Dobra pamięć, zła pamięć" Ewy Woydyłło.

Wszystkie ścieżki niezmiennie prowadzą do konkluzji, która niby jest mi tak dobrze znana - wszystkie odpowiedzi są w nas. W każdym  z nas.
Wszystkie.

Tylko czasami potrzebujemy jakiejś iskry, która pokaże nam, gdzie patrzeć, gdzie szukać i jakie zadać pytania, aby znaleźć odpowiedź, która pozwoli iść nam dalej.

Nie powiem, że już się nie boję nawrotów, ale mam nadzieję, że taki czas przyjdzie i gdy się będą pojawiać, to po prostu przyjmę je ze względnym spokojem. A może przyjdzie czas, że przestaną przychodzić, bo w to, że wyzdrowieję, wierzę najbardziej.
Dziecięca naiwność, która pomaga dorosłem człowiekowi sięgać po to, co wydaje się nieosiągalne i to dostawać. Wiele, wiele razy doświadczyłam tego w życiu w innych sprawach. Tu też może tak być. Bo może, a ja oddam temu tyle siły i czasu, ile będzie trzeba.

Ta mała dygresja jest dla tych, którzy też się z czymś zmagają. Okazuje się, że psychologia, dobry terapeuta może być pomocny w takiej sprawie, jak choroba kości, czy cokolwiek, co wiąże się z bólem. Niby to wszystko się wie, ale trzeba umieć to poukładać. Samemu nie zawsze się da. Wsparcie bliskich jest oczywiście bezcenne, ale ono nie pomoże w taki właśnie sposób.
Tak, to kosztowne dość rozwiązanie, ale przyznam, że po latach wydawania niemałych kwot na leki, nie widzę powodu, żeby nie przeznaczyć ich na coś, to pomaga mi głębiej i wielowymiarowo i przekłada się na wiele dziedzin. Chociaż walka ze strachem jest... straszna, to sam strach jest gorszy. Wie o tym pewnie nie jedna osoba. Podpowiadam, walcz z tym. Kurcze, dla mnie ironia losu polega na tym, że nie boję się poza tym niczego w życiu, samodzielność i odwagę oraz pewną determinację mam we krwi, ba, sama jestem często wsparciem dla innych (chociaż nie ukrywam, że unikam ludzi, którzy się nad sobą rozczulają - moim zdaniem - bez powodu, a marnują mój bezcenny czas, który cenię w dość specyficzny sposób).
Najważniejsze, to wiedzieć, co dalej. Jakie są wyjścia. I działać. A to bywa trudne. Wiem. Ale działać. Dobrze, dopóki można.
Uwielbiam ludzi, którzy właśnie mimo jakiś przeciwności losu, robią swoje i walczą o siebie. Uwielbiam słuchać opowieści, o sukcesach, ale też właśnie o tym, że się zmagają. To tak bardzo ważne, gdy ktoś sam nie traci czasu, który ma w życiu, tylko idzie do przodu.

Polecam też ten artykuł. Może kogoś zainspiruje. 

* W tę sobotę miałam moment zero. Poczułam, że albo wrócę do sportu, bo ostatnie miesiące mnie z niego fizycznie i psychicznie wyłączyły, albo wrócę do palenia e-papierosa (z analogów wyleczyłam się już 2 lata temu, a elektronicznego nie palę od kwietnia tego roku). Popatrzyłam na M. i powiedziałam mu o tym dylemacie. Uśmiechnął się i powiedział tylko - super, że chcesz wrócić do sportu. Zdrowiejesz :-)

No i poszłam.
Pierwsza godzina dała mi tyle szczęścia, że nawet nie będę się rozpisywać. Zakwasy to akurat lubię.
Wojowniczka we mnie przejęła znowu głos. Niech go ma i walczy. Tęskniłam za nią.


A do tego zaczęłam pracować nad projektem, który czekał na swój czas od lat i to kolejne źródło motywacji, żeby działać dalej. Cudnie :-)