28.4.12

W promieniach

Dziś pół dnia spędziłam siedząc na słońcu. W końcu rozebrana, bez ciepłych ubrań delektowałam się słońcem na skórze. Czułam się nim wręcz pieszczona, głaskana, skóra rozkoszowała się jak dotykiem. I pomyśleć, że to dopiero początek. Cudownie. Wyłącza się myślenie. Po prostu odczuwa się ciepło. Tak długo na to wszyscy czekaliśmy. 

Uważność, czyli slow life inaczej

Ostatnie dni były dla mnie wielkim stresem. Czasami nie da się tego uniknąć, trzeba odłożyć wszystkie przyjemności na bok i zatracić się w sytuacji, tak się dzieje, gdy np. choruje ktoś z bliskich. Pełna koncentracja i oddanie, nie mówiąc o stresie. Zdarza się. Możemy marzyć, żeby zdarzało się jak najrzadziej. 

Takie okresy przypominają mi, w jakim napięciu i stresie żyją ludzie na co dzień, na własne często życzenie. Uparcie przypominam, że tak być nie musi. 


Dziś w końcu znalazłam chwilę dla siebie i wróciłam do starego numeru Coachingu. Trafiłam akurat na dość obszerny materiał na temat uważności. Wypisz wymaluj slow life. Więcej np. TU.

Uważne życie wydaje się być najtrudniejszą umiejętnością. Nikt na to nie ma czasu. Inaczej, każdy woli uważać to za stratę czasu. Jest tyle ważniejszych rzeczy, tyle spraw do przemyślenia, zaplanowania, zrobienia... Stop. Żyjmy uważniej. Przeważnie mamy dziesiątki powodów do zadowolenia, docenienia, zauważenia. I nie ma na to czasu, bo myśli krążą w przeszłości, przyszłości albo wokół milionów spraw. A życie mija... 

Uważne życie jest sensowne samo w sobie. Jak słusznie jest to podkreślone w materiale, uważne życie nie jest związane z żadną religią, polityką, ideologiami. Jest to o tyle ważne, że może je wdrożyć każdy, dzięki czemu powoli uczy się tego co najważniejsze: żyć tu i teraz. 

Czemu to ma służyć? Niemarnotrawieniu  życia, czasu, dni i lat w czekaniu albo wspominaniu. Te powinny mieć też swój czas a nie składać się na życie. 

Widzę, że jest sporo książek, szkoleń uczących uważnego życia, jednak czytając o tym widzę po prostu inną wersję slow life. Jeśli to ludziom pomaga, to świetnie. Jeśli są tacy, którzy tego uczą, to świetnie. Jestem jednak przekonana, że można się tego nauczyć samemu. Nie chodzi o nazewnictwo i otoczki, chodzi o cel i sens. Chodzi o znalezienie swojego miejsca w życiu, ale ważne jest, że droga do znalezienia go też jest kwestią naszych wyborów i co w tym  czasie będziemy robić. A na pewno warto doceniać, zauważać tu i teraz, żeby nie umykała nam istota życia, żebyśmy niczego nie żałowali.

Żyjąc uważnie mamy o wiele mniejsze ryzyko popełniania błędów (które są dobre, ale czasami niepotrzebne), dajemy sobie czas ba podejmowanie decyzji, dajemy sobie czas na odpoczynek, na pracę, na  zachwyt zachodzącym słońcem, na marzenia i na realizację ich, na miłość, ciekawość, zaangażowanie, na gotowanie, sprzątanie i wygrzewanie się w słońcu, na rozmowy, na słuchanie, na życie.

To się nazywa uważne życie. Dzięki niemu nie tracimy czasu na emocje, które na mogą niszczyć, albo którymi my niszczymy innych. Uważnie żyjąc nie dajemy im szans. W życiu wszystko układa się w spójną całość i płynie. Niewiele spraw wymaga walki, o której tyle się słyszy. Jeśli wszystko współgra, jeśli żyjemy uważnie, to walka jest zbędnym słowem. To co najważniejsze, co najlepsze samo przychodzi, albo po prostu jest obok. Jak banalnie by to nie brzmiało. Wystarczy czasami nie walczyć przede wszystkim ze sobą. 

22.4.12

Oddech inspiracji


Gdy chcę wiedzieć, co w trawie piszczy, sięgam do stron moich modowych autorytetów: Hugo  BossTrussardiSIMPLESolarSisley, (wyjątek wśród "sieciówek": MANGO i Bershka). Lubię ich stylizacje i zawsze zainspirują mnie na długo, szczególnie, że trzymając się zasady, że moda wraca, zawsze uda się znaleźć coś sensownego w ulubionym second handzie (bo jak pisałam, wolę dobrej jakości rzecz  z drugiej ręki, niż beznadziejnej jakości coś nowego). Zapewniam, że mając zaprzyjaźnione sklepy można jeszcze trafiać na rzeczy z metkami. Tak udało mi się kupić bluzkę Jil Sander, czy kilka t-shirtów S. Oliver. Koleżanki tylko piszczą "jak ty to robisz?".  Nie wiem, może mam po prostu szczęście, bo kupuję ubrania bardzo rzadko, stawiam na łączenie rzeczy wielosezonowe, bo ja się do ubrania przywiązuję i jak coś przestaje zupełnie spełniać moje standardy, po prostu się znosi, to oddaję caritasowi, a i tak nie miałabym sumenia wyrzucić. Ubrania kupuję raczej przypadkowo i jak akurat wchodzę do sklepu, to przeważnie coś znajduję. Ale ja naprawdę rzadko chodzę do sklepów. Jeśli chodzi o nowe rzeczy, to na pewno bielizna, buty, rzeczy sportowe i wtedy też sobie nie żałuję, więc moja szafa to rzeczy albo za kilka albo kilkaset złotych. Dla mnie najważniejsza jest jakość. I oczywiście, jak się w czymś czuję, na ile sposobów mogę to zestawić. Moda nie jest dla mnie sensem życia. Ja po prostu lubię się dobrze czuć, nie ważne czy jestem ubrana biznesowo, czy właśnie siedzę w dresie i wcinam paluszki. Jakość materiału ma mi dawać komfort, dlatego najbardziej znane sieciówki nie mają u mnie szans. 

I nie lubię stać przed szafą i się zastanawiać, co nałożyć. Generalnie większość rzeczy ma ze sobą pasować i nie zawracać mi głowy :-) Ale do sklepów w.w marek lubię wchodzić, gdy szukam czegoś na specjalne okazje. Jak zawiedzie wszystko inne, to któraś z nich na pewno nie. 

Ciekawostka z SIMLPE: już kilka razy zauważyłam, że mają zaniżoną numerację i kiedyś z jedną z klientem stwierdziłyśmy przy kasie, że oni to specjalnie robią :-) i dodatkowo jeszcze szczegół, który sprzedała mi jednak ze sprzedawczyń:  nie wszystko, co ma oznaczenie prania chemicznego,  musi tak też być czyszczone. Wiele rzeczy można spokojnie prać w  pralce, na delikatnym programie. Wystarczy podpytać sprzedawczynię (przynajmniej w SIMPLE), albo zaryzykować na własną odpowiedzialność. Większość materiałów dobrze to znosi. Dobry program i dobry płyn do prania i delikatne suszenie. Ale pewnie większość kobiet wie :-)

Napatrzyłam się na te nowe kolekcje i jestem spokojna. Nic się nie zmieniło, po prostu najlepsi wprowadzili trochę obowiązujących pasteli, ale bez przesady. Nic nie zaskakuje, co mnie cieszy, bo ja całe życie wyprzedzam czasy i gdy coś staje się modne, to mnie już dawno temu zachwyciło i zdążyłam rzucić to w kąt jak zabawkę. Taka karma :-) W końcu jestem wizjonerką i wyprzedzanie czasów, to też moja praca. Dzięki temu wiem, co będzie się działo w mojej branży za rok. To niby po prostu tworzenie strategii rozwoju, ale nie do końca. Strategia opiera się na twardych założeniach i wdrażaniu planu, wizjonerstwo wychodzi poza dostępne na dziś narzędzia, wiele z nich omija z założenia jako przedawnione. Wizjonerstwo oparte jest bardziej na intuicji.

Jak moje ubiegłoroczne zakupy ubrań w pastelowych kolorach, bo mi się spodobały. W tym roku będą na topie. Nie mogłam tego WIEDZIEĆ rok temu. Zdarza mi się to tak często, że mnie to czasami aż bawi :-) Ale jednak cieszy. Jeśli kiedyś czasy zaczną mnie wyprzedzać, to będę wiedziała, że się starzeję. Na razie nic takiego się nie kroi. A to co mi nie pasuje, jest kwestią gustu, a tego nie odpuszczę, bo cenię w sobie najbardziej :-)

Kultura osobista

Kiedyś wszystko było proste. Obowiązywały jasne i proste zasady w komunikacji, korespondencji. Kultura osobista - albo ją ktoś miał, albo nie. Ja ciągle żyję mentalnie w tym świecie i dobrze mi tam. Jeśli piszę maila do kogoś, kogo nie znam, bądź nasza relacja nie przeszła na mniej oficjalną stopę używam zwrotu "Szanowny Panie" i tego sobie życzę w drugą stronę i na pewno nie będzie odebrane to jak przesadny dystans. Nie mam również problemu ze zwrotem "Witam Panią". 
Czasy się zmieniają. Nie zmienia to faktu, że nie powinien - a tak się dzieje - zmieniać się sposób prowadzenia korespondencji. Internet niebywale pozwala sobie na rozluźnienie obyczajów. I chociaż ciężko z tym walczyć, bo tak naprawdę autorytetów w zakresie bon tonu obecnie brak, przynajmniej przestały się udzielać, to myślę, że wielu osobom to nie pasuje, jak p. Michałowi Rusinkowi

Wiele osób w internecie oburzyło się na ten wywiad, co jest niezrozumiałe dla mnie i zastanawia tylko, czy ktoś w ogóle wpaja jeszcze dzieciom zasady, podstawowe zasady kultury osobistej. Tłumaczy, że spoufalanie się od pierwszych słów jest w niektórych okolicznościach po prostu niegrzeczne i nie będzie usprawiedliwione a przede wszystkim może zamknąć możliwość kontynuacji komunikacji, bo p. Rusinek ma zupełną rację nie reagując na maile rozpoczęte od "Witam". Można się na to obruszać, ale akurat na szczęście, jest to najlepsza metoda nauki kultury osobistej - nie zareagować na coś, co nam nie odpowiada w swojej formie. 

Ktoś uważa, że to sztywne? Jego prawo. Prawem adresata jest milczenie. W tych czasach spoufalanie ma na celu przede wszystkim wymuszenie od pierwszych słów bardzo bliskiej relacji, prawie jak telefon do przyjaciela "Słuchaj, Karol, mam sprawę". I co? I nic. Ja Cię wielce obcy adresacie nie znam, wódki z Tobą nie piłam, więc trochę szacunku na "dzień dobry".

To nigdy nie zaszkodzi, a może pomóc nastawić przychylnie odbiorcę. I rozluźnienie obyczajów tego nie zmieni, bo te zasady nie powstały po to, żeby komplikować życie, tylko właśnie po to, żeby budować relacje na szacunku. Spoufalenie musi odbywać się za obopólną zgodą, albo zostanie zignorowane. 


Szacunek powinien obowiązywać wszędzie i nie ma nic wspólnego ze stopniem wyluzowania, bo raczej oczywiste powinno być, że nasze wyluzowanie może komuś w danym momencie nie pasować i po prostu do siebie zrazimy. Czy to taki problem? :-)

Nie uczą tego w szkołach? Pewnie nie, skoro sami nauczyciele miewają z tym problem ze strony uczniów. Czy nie uczą tego rodzice? Nie wiem, ale wystarczy pooglądać "Surowych rodziców", żeby poczuć poziom kindersztuby, albo raczej jej braku. Ciekawe, kiedy ci młodzi ludzie zaczną to odczuwać i narzekać, że są niewidzialni dla świata, że ciężko coś załatwić, że kroś ich ciągle ignoruje, że nikt nie chce pomóc.  A wystarczy pokazać im najbardziej podstawowe zasady oceny sytuacji, okoliczności i dostosowania zwrotów, po tylko, żeby ich maile nie pozostawały bez odpowiedzi.
Ja osobiście mam dość duży promień sfery osobistej i łatwo mnie do czegoś zniechęcić przez zbytnie spoufalenie. Relacja to proces, jego uproszczenie, jak wspomniałam powinno być obopólne. Szacunek dla naprawdę wielu osób nie jest jeszcze martwym słowem. Dla mnie też jest na szczycie, jak staromodne to by nie  było.
PS. w razie wątpliwości zawsze wystarczy zapytać. O to też się nikt normalny nie obrazi. Z reguły ludzie okazują się bardziej otwarci, niż się może wydawać i sami szybko rozluźniają formalności. Naprawdę wszystko zależy od okoliczności, środowiska i człowieka. Ale ogólne zasady należy znać. Zastosowanie przychodzi w miarę używania.

18.4.12

Pozytywna energia

Czasami się śmieję, że jestem jak kwoka a rodzina, współpracownicy, znajomi, przyjaciele, czasami obcy, są jak kurczaki, którymi się jakoś opiekuję. Nie prowadzę nikogo za rękę, raczej czuwam w jakiś sposób i w razie potrzeby, gdy się przewracają, potykają, potrzebują faktycznie mojej pomocy, to jestem i pomagam. Na różne sposoby. Absolutnie nie dopuszczam do wyręczania się mną, jednak czasami bywają sytuacje, że ktoś się kompletnie wyczerpuje, leży i dycha i albo zablokowało mu się myślenie i wtedy, jak anioł, pojawiam się. Mam kilka koleżanek, które mogą milczeć miesiącami, ale jak się odzywają, to wiem, że muszą poukładać myśli, coś się im mocno zawirowało, albo potrzebują mojej wiedzy i doświadczenia lub dystansu.

Kocham to. Kocham, gdy generalnie wszyscy żyją swoim życiem, ale wiedzą, kiedy mogą na mnie liczyć a kiedy nie. Co też się zdarza, bo ja jestem raczej propagatorem podawania wędki. Rzadko widzę potrzebę dania od razu przysłowiowej ryby. Traktuję dorosłych jak dorosłych, dzieci jak dzieci. Mimo bycia kwoką, nie tracę tej różnicy i nie pozwalam na zawisanie na moim ramieniu. Od razu reaguję. Podobno ładuję pozytywną energią. Kocham to słyszeć. Jak i słowa "Przy tobie tak cudnie układa się myśli". Dość szybko ludzie wyczuwają moją uczciwość i zaangażowanie, co przekłada się też na sukcesy zawodowe. Na mnie można liczyć. 

Po co o tym piszę? Bo wydaje mi się, że żyjemy w czasach, gdy to jest dziwne. Często widzimy znieczulicę, brak empatii, nic tak łatwo ludziom nie przychodzi jak skrytkowanie, obśmianie, zjechanie i jeszcze dokopanie. Ostatnio czytałam jakiś wywiad, w którym rozmówczyni też się na to skarżyła. Trudno teraz o taką zwykłą, bezinteresowną empatię i właśnie zaangażowanie. To chyba największa bolączka tych czasów. Ludzie mało rozmawiają, więcej oceniają i to krytycznie, przynajmniej można mieć takie wrażenie obserwując media, dalsze otoczenie, czasami opowieści bliskich. Czasami patrząc na własne doświadczenia. Świat tak bardzo gna do przodu, że nie ma czasu na najprostszą refleksję. Co można z tym zrobić? NIC! To jest puenta i w gruncie rzeczy, to bardzo dobra wiadomość. Dlaczego?  Dlatego, że można odetchnąć z uglą. Nie mamy za to odpowiedzialności. Żadnej. 

I co teraz? Teraz to spokojnie możemy zacząć od początku. Przestać narzekać na świat, przestać zauważać intensywnie wszystko, co można krytykować (i nagle będziemy mieć mnóstwo czasu), dokładnie przesiewać dopływ informacji, to już pozwoli odzyskać wewnętrzny spokój. A potem to już kręci się samo. Z wolnym i czystym umysłem możemy zająć się po prostu rozsiewaniem pozytywnej energii, której tak brakuje w powietrzu. Gdy będzie ją miało więcej ludzi, rozwiąże się 99% problemów, bo każdy będzie miał siłę, czas i chęci budować pozytywnie własne otoczenie. To jest ta sławna MOC tłumu.

Jak to działa, niewłaściwie wykorzystane widywaliśmy ostatnio w sieci, gdy skutecznie przeprowadzono bezwartościowe inicjatywy. Gdyby ta moc tłumu była wykorzystywana w innych sprawach, świat byłby naprawdę spokojniejszy, poukładany, mniej agresywny. Idealistyczne gadanie? No właśnie nie. Życzeniowe? Bardzo. 

Jestem przekonana, że każdy, ale każdy może być odbierany jako źródło pozytywnej energii. Tylko niech da sobie czas na znalezienie jej. Jeśli ja to mam, to może mieć każdy, bo przecież ja też miewam gorsze chwile i ktoś zawsze pomaga mi pozbierać myśli, poda wędkę. Bo to nie jest nic niebywałego. To ludzkie. Nikt z nas nie naprawi sam świata. Świat się sam naprawi, gdy każdy zacznie od siebie. 

14.4.12

Prawdziwe przeżycia z fikcyjnym kucharzem

Niedawno miałam ochotę na coś nietypowego. Przypomniałam sobie, że gdy jakiś czas temu byłam służbowo w Lublinie, to jedliśmy kolację w restauracji, w której w ramach poznawania regionalnych smaków wybrałam sobie pierożki z kaszą gryczaną i kapustą. Mamo, jakie to było dobre. Czymś jeszcze ukraszane, przepyszne. No ale pierożków to ja robić szybko nie będę. To jedno z dań, na które mieć kompletnego hopla, żeby sięgać do rękodzieła, ponieważ ostatnio jeden z okolicznych sklepików zaczął raz w tygodniu sprzedawać takie manufakturowe pierożki (moje ulubione ze szpinakiem), no więc moja motywacja jednak odpłynęła...

Miałam ochotę zrobić coś kompletnie nowego. Wiadomo, że w kuchni przewijają się z reguły jakieś znane nam smaki. Niby szuka się czegoś nowego, ale z reguły i tak mieszamy znane. 

Ciągle jednak chodziła mi po głowie kasza, ale kasza jest nudna, nie? Kasza gryczana chyba każdemu kojarzy się głównie ze zrazami wołowymi. No też pycha, ale zrazy niekoniecznie muszą być główny daniem, prawda? (Chociaż też kocham, dobrze zrobione zraziki... niebo).  Głównie kasza jest z reguły grzecznym dodatkiem. A ja ostatnio jakoś mam mało ochoty na mięso (takie fazy, zdarza się) i szukam alternatyw. Ryby. No oczywiście. Jem, piekę, jem, jem, jem. Ryby są pyszne na miliony sposobów. O, niedawno mój mąż powitał mnie daniem z pieczonego, świeżego łososia. Czegoś takiego nie jadłam już dawno. Naprawdę poezja. Podał mi źródło przepisu, więc się natychmiast dzieję. PRZEPIS jest absolutnie genialny. Jeśli ktoś lubi łososia, czosnek, przyprawy i to wszystko razem to się zakocha.

No ale nie samą rybą człowiek żyje... i tak się złożyło, że jeden z moich ulubionych polskich seriali ruszył z drugim sezonem czyli "Przepis na życie". Tak, ten serial jest moją słabością głównie ze względu na wątek przewodni - gotowanie. No po prostu wymiękam i się rozpływam jak masło na patelni, gdy widzę szalejących w kuchni bohaterów. Odprężam się przy patrzeniu na to :-) Zakochuję się z miejsca w ich potrawach i od razu myślę "też tak chcę" i "muszę tego spróbować", więc jak zobaczyłam w księgarni książkę z przepisami postaci fikcyjnej czyli Jerzego Knappe z serialu (w życiu nie kupiłam takiej książki), to najpierw pomyślałam "no odbiło ci kobieto zupełnie chyba", po czym ją przekartkowałam i grzecznie poszłam do kasy. No musiałam :-) Rodzina popatrzyła na mnie z politowaniem (akurat odwiedziła nas teściowa moja kochana :-), ale ja wiedziałam, że warto to znieść. I w któryś weekend wypróbowaliśmy jeden z książkowych przepisów:

Przepis pochodzi z książki "Zapraszam do stołu" *i pozwolę  sobie go wstawić: 
Placki gryczane z łososiem 

Musicie mieć: 
250g ugotowanej kaszy gryczanej
2 jajka
1 szklankę posiekanej kiszonej kapusty
2 łyżki oleju 
1/2 szklanki mąki pszennej 
pieprz
zioła, które lubicie (Ja wybieram tymianek)**
kilka plastrów wędzonego łososia
2 ćwiartki cytryny 

Wbić jajka do kaszy. Dodać kapustę, olej, śmietanę i tyle mąki, żeby można było usmażyć placki (czyli zagęścić je). Wymieszać wszystko i przyprawić zgodnie z upodobaniami. Rozgrzać olej*** na patelni, nakładać,  ciasto łyżką i smażyć na rumiano z obu stron.  Odsączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Na wierzchu każdego placka ułożyć kawałek łososia i skropić cytryną. Prościzna, prawda?

*     doczytałam się, że autorkami przepisów są: Dorota Kwiecińska, Anna Chwilczyńska, Agnieszka Pilaszewska
**   ja dodałam jeszcze koperku. Do łososia jak znalazł.
*** ja oczywiście smażyłam na oleju kokosowym 


Ha! No wiedziałam, że to coś zupełnie innego w mojej kuchni i albo się w tym zakochamy, albo z podkulonym ogonem przyznam, że to był jednak głupi pomysł. W trakcie przygotowywania i początkowych zapachów, tej smażonej kaszy i kiszonej kapusty mieliśmy rozbawione miny. No dziwny był ten zapach. Ale potem na każdy placek nałożyłam kawałek łososia, skropiłam cytryną i.. odpłynęliśmy. Zjedliśmy prawie całość tego jednego wieczoru. No genialna sprawa. Mieszanka smaków niebywała. Zabawa z tego poznawania też. Robiliśmy przedziwne miny próbując określić "co to za smak?", ale to było tylko elementem delektowania się nim.
Książka ma sporo przepisów, które już pozaznaczałam do wypróbowania. Większość stanowią właśnie nietypowe dla mnie mieszanki smaków, ale teraz będę robić wszystko po prostu z ciekawością, bo raczej się przekonałam do samych pomysłów. Gotowanie wg przepisów fikcyjnej postaci może być całkiem zabawne i przyjemnie ;-)

Nie czytaj!



"Nie czytam, bo nie lubię", "Książki są nudne", "Wszystko można znaleźć w necie". Najczęściej słyszane zdania osób tłumaczących się z nieczytania. Czy da się żyć bez książek? Pewnie. Do życia naprawdę nie trzeba wiele. Książki są chyba na dość dalekiej pozycji na liście potrzeb. Dla wielu.

Czy to jest zrozumiałe? Nie. Ponieważ sporo tego, co jest w internecie ma swoje źródło w książkach. Większość ludzi umiejących wnioskować czyta książki. Ludzie nieczytający przeważnie nie potrafią samodzielnie budować myśli, wniosków, stawiać tez, fantazjować, albo robią to w szczątkowym zakresie.

Znam kilka osób, które nie czytają książek, tzn. tak im się wydaje, ponieważ pobierają wiedzę ze źródeł, które opierają się na wiedzy książkowej. Wszystkie wielkie tematy, fabuły, wiedza naukowa zawiera się w książkach. Nawet jeśli potem trafia do sieci w różnych wersjach. Ba, nawet jeśli sama książka trafi do sieci. Bardzo, bardzo często gdy coś słyszę, widzę, przechodzi mi przez myśl "czytałam o tym" i wcale nie mam na myśli internetu. Ludzie czytający książki doskonale o tym wiedzą i często tak mają. To nie jest żadna wiedza tajemna, to jest kwestia czytania książek. Po prostu. Ja przynajmniej mam tak, że przeczytana książka zostaje we mnie dłużej, mocniej, nawet jeśli pamiętam ją jak przez mgłę. Książki czyta się w zupełnie inny sposób niż np. wiadomości, czy szybkie artykuły w necie. Książka przez nas nie przelatuje jak woda.

Najważniejsze, czego się w życiu dowiedziałam pochodzi z książek. Od komiksów, powieści różnych gatunków [czytałam w młodości wszystko jak leci - powieści obyczajowe, fantasy (moje ukochane "Opowieści z Narnii", horrory (kto pamięta Mastertona?), romanse], które od najmłodszych lat kształtowały i pobudzały moją wyobraźnię, przez poradniki, dokumenty, książki kucharskie, przez publikacje naukowe, traktaty filozoficzne (mózg mi się przy nich lasował, ale chciałam ZROZUMIEĆ, zobaczyć świat w ten sposób :-), materiały z zakresu psychologii (zaczytywałam się nimi w liceum), ba, na studiach miałam przeczytany każdy podręcznik akademicki, ponieważ kochałam siedzieć w czytelni i mnie to wszystko fascynowało, fortunę wydałam na własne podręczniki, ale do dziś część z nich stoi na mojej półce i wiem, że są nadal aktualne, bo w nauce zmiany nie następują tak szybko, zwłaszcza w matematyce czy statystyce. Wszystko zawarte jest nadal w książkach i jedynie się delikatnie zmienia. Wiedza ludzkości naprawdę nie transformuje tak szybko, jak się wydaje.  

Wszystko zawarte jest źródłowo, niezmiennie w książkach. Ktoś powie, że wszystko można znaleźć w sieci. Nie, nie można. Można znaleźć w wersji e-booków, ale wszystkie inne formy są po prostu transformacją oryginałów. Jeśli ktoś pisze coś w oparciu o wiedzę książkową, ma tę przewagę nad ludźmi nieczytającymi książek, że posiada wiedzę źródłową. Warto zdawać sobie sprawę, że wiedza najistotniejsza zawsze będzie dostępna w książkach, nikt nie będzie oddawał jej w całości, za free, w sieci. Mając wiedzę wyjściową, książkową, można rozwijać ją o wiedzę z sieci, bo na szczęście wielu specjalistów decyduje się na szczątkowe oddawanie swojej wiedzy w różnych, ogólnodostępnych publikacjach, na blogach itp. Ale to też nie będzie nigdy ich cała wiedza. Dla całej trzeba będzie zawsze sięgać po książki. Wiara, że jest inaczej jest naiwnością. A świadomość, że czyta się "oryginał", materiał źródłowy, gdy można sobie wyrobić własne zdanie, jest naprawdę przyjemna.

Nie przestanę sięgać po książki (również e-booki), bo wiem, że tej wiedzy nie uzyskam w sieci, w sensie "za darmo". W sieci natomiast bezcenne jest polecanie jakiś pozycji. Dzięki czytanym blogom, portalom, sięgnęłam po wiele ciekawych książek.

Patrząc w przyszłość jestem bardzo ciekawa, czy wejście czytników poważnie zmieni podejście do książek. Czy kiedyś dzieci nie będą zupełnie nosiły ze sobą książek, lektur, bo wszystko będzie w wersji elektronicznej. Ciągle jest to badane, naukowcy nie są przekonani co do tego rozwiązania, ja też nie :-), ale jestem bardzo ciekawa. Jednego jestem pewna: jeśli tablety, komputery miałyby wyprzeć papier, to kto będzie umiał ręcznie pisać? I czy to jest nam potrzebne? Mi tak, ale czy będzie potrzebne w dalszej przyszłości? 

Bardzo podoba mi się ta kampania, którą zalinkowałam powyżej. Świetnie zrealizowany pomysł delikatnej prowokacji. Oby dała do myślenia i skłoniła do czytania. Jest tyle rodzajów, gatunków, że KAŻDY może znaleźć coś dla siebie. Nie musi, ale może. Albo lepiej, niech nie czyta, bo jeszcze mu się spodoba, albo zacznie za dużo myśleć ;-)


12.4.12

Reset

Czasami nazbiera się tyle spraw, że nie pomogą żadne metody organizacji, zarządzania czasem, układania, planowania. Powoli się przegrzewamy. I co wtedy? Otóż wtedy najlepszy i najskuteczniejszy jest najstarszy sposób świata: odłożenie wszystkiego i restart. Załadowanie baterii. Piszę o tym, bo często ludzie zamykają oczy i działają, póki nie padną albo się nie rozchorują. A jak się rozchorują, to i tak udają, że jest OK. Jest to o tyle krótkowzroczne, że organizm się po prostu będzie bronił i przemęczenie odda z nawiązką.
Ostatnio poczułam kompletną niemoc i rozkojarzenie na mojej ukochanej salsie. Wyszłam. Po pierwsze, chodzę tam dla przyjemności i daję sobie prawo mieć gorszy dzień.

Ważne jest, żeby być asertywnym również w stosunku do własnych ambicji.

Jeśli coś jest danego dnia ponad nasze siły, a nie jest to stanem permanentnym, to dajmy sobie prawo do tego. Zmuszając się, po pierwsze i tak zrobimy to na "pół gwizdka", a po drugie możemy w efekcie końcowym zupełnie się zniechęcić do ponownego wykonania tego. To dość uniwersalne podejście, ale naprawdę warto ocenić, czy nie chce nam się i to lenistwo, które należy zgubić, czy po prostu potrzebujemy odpoczynku. Może też jest to ochrona przed rutyną? Powtarzalność niesie ze sobą te ryzyko. Więc lepiej odsunąć coś, odpocząć i nadrobić z nawiązką na pełnych siłach i chęciach. 

Szczególnie ważne jest to na wiosnę. Z tym budzeniem się do życia, przygotowaniem organizmu do lata, nie jest tak, że nie potrzebujemy do tego energii. Lekarze też podkreślają, żeby teraz kumulować energię, bo organizm jest zmęczony zimą. Więc dajmy mu do tego prawo. Dobre jedzenie, relaks, reset. To wszystko zaraz minie, a poza tym, ja osobiście mam za sobą kawał dobrej roboty i już kilka nowych pomysłów, więc spokojnie odpoczywam i nie myślę o niczym zbyt intensywnie. Jeszcze. W stylu slow ustawiam się na chwilowy stand by. Umiejętność odpoczywania jest  bezcenna. I nie akceptuję wymówek "bo ja jeszcze muszę..." :-) Wszyscy coś robimy, mamy listy planów, marzeń, zamiarów, ale jak słusznie mówi stare powiedzenie, mierz siły na zamiary. Czasami dosłownie. No szanuj trochę te swoje ciało i umysł, bo jak je do cna wyeksploatujesz, to ci potem podziękuje jedno z drugim, gdy będzie bardziej potrzebne silne, a tej siły nie znajdzie i się okaże, że najprostsza sprawa je przerośnie. Niepotrzebnie się do takiego stanu dopuszcza, a dzieje się to zgodnie z zasadą "Co? Ja nie dam rady?".  Ech. No bez siły nie dasz. Proste i jasne. Równowaga. Jak sam jej nie zapewnisz, to ciało się upomni. Umiejętność odpoczywania, relaksu jest podstawą, jeśli mamy być kreatywni, energiczni i pogodni.
Naprawdę patrzenie na wyczerpanych, przepracowanych ludzi, którzy wykańczają się próbując przeskoczyć samych siebie jest przykre. Widząc coś takiego tym bardziej zdaję sobie sprawę, jakim luksusem jest umiejętność odpowiedniego wykorzystywania energii. Sama teraz zupełnie wyhamowałam, dając sobie czas na poukładanie myśli i powrót siły. W między czasie pomagam koleżance przy pracy magisterskiej i błądząc po rewirach, z którymi na co dzień nie mam wiele do czynienia. Całkiem ciekawa sprawa :-) Jednak już wiem, że to tylko coś na chwilę. Generalnie za bardzo kocham, to co robię. Nawet jeśli czasami chcę od tego odpocząć. Od męża, przez pracę, albo salsę czy gotowanie po spotkanie ze znajomymi. Jak odpoczywać, to odpoczywać, bo najważniejsze w tym jest STĘSKNIĆ SIĘ.

A kubek kakao nie zaszkodzi. 

Bezcenne nie tylko na wiosnę: magnez. Nawet z tabletki musującej.


Ostatnio z pasją obserwuję bociany, które mają gniazdo na wieży kościółka koło mojej pracy. Są niesamowite.  Czuję się jak szczęściara, mogąc w drodze do biura zatrzymać samochód i się im poprzyglądać. Magia. 


9.4.12

Apokalipsa

Ważna informacja:

2011 AN52 to mały obiekt, którego średnicę szacuje się na 8 metrów. Gdyby planetoida zderzyła się z Ziemią, uległaby zniszczeniu w naszej atmosferze, powodując powstanie pięknego bolidu.

jeden z komentarzy: stefekmaly "A co na to nasz rząd ? Jakieś stanowisko ? Co mamy dzisiaj robic aby jakos to poszło ? Ktoś wie ?"
(Dobre. Lubię absurdalne poczucie humoru)
Obstawiam, nasz rząd to zingoruje i nie wyda żadnego oświadczenia nawet. Nie uspokoi narodu. Nie zareaguje na protesty społeczeństwa i nie ulegnie zbiorowej histerii. Oczywiście znowu się okaże, że w obliczu zagrożenia (nawet wyimaginowanego) nikt nie zrobi nic.
A za tą małą asteroidą na pewno stoją władze obcych rządów. Albo nawet obcy rzucają w nas kamieniem.
A my nic. Nasz rząd nic. Milczenie, ciągle milczenie.

(archiwum - przeniesiony tekst z pierwotnego adresu, skasowanego bloga cylindrycznie.blox.pl datowany 17.01.2011)  

Przymrużenie oka oczywiste. 

Korkuj się kto może


Cały świat się z tym boryka. Proponuję przenieść się w okolice, gdzie są zupełne pustki. Domki na prerii, domki na wsi, domki w lesie, apartamentowce w dziczy i zostanie tam. Zero korków. Gwarantowane. To powinno rozwiązać problem.
PS1. Zawsze mnie to bawi, że żaden z kierowców stojących w korku i pieklących się nie widzi, że sam ten korek TEŻ tworzy. Ludzie są fajni.
PS2. Zwierzęta żyją w stadach i jakoś potrafią się nie korkować. taka ciekawostka. może by je ponaśladować? ;)
Lubię korki. Czas na posłuchanie muzyki, radia, pośpiewanie, poobserwowanie innych w korku, posprzątanie w schowku, poprawienie makijażu, rozkminienie programowania stacji radiowych i poprzestawianie ich. Just fun.  A jeśli się spieszę to piekleniem się korka nie popędzę, chociaż ludziom się chyba wydaje, że kurwowanie działa na zmianę świateł. hm. no w ufo też wierzą niektórzy. Co kto lubi.

[tak, żartuję sobie, ale lepsze to, niż wnerwianie (wolę inne powody). Bezkolizyjne skrzyżowania nie wydają się być priorytetem dla zarządów dróg i może szkoda, ale nie mam zamiaru na to szerzej reagować, dopóki nie potrafią porządnie naprawić dróg, bo na niektórych bezpieczniej jest postać w korku niż sobie poharatać zawieszenie ;)]

(archiwum - z cylindrycznie.blox.pl datowany 09.01.2011)  

Sforowanie

I to co podoba mi się w tego typu forach. Ludzie potrafią przez dziesiątki komentarzy udawadniać sobie wzajemnie, że dyskusja jest bez sensu, wątek jest bez sensu i prawie wszyscy wiedzą lepiej, jak powinni żyć INNI. To są najlepsze wątki.

"Moja koleżanka ma kochanka, czy robi dobrze?" albo "mój przyjaciel zdradza swoją kobietę. co mam zrobić?" lub "moja sąsiadka czyta poradniki. czy to już patologia?"
na większość takich wątków uśmiecham się tylko z przekąsem "a co cię to człowieku obchodzi?". Napisz, że ty to popierasz, bo chciałbyś tak, albo byś tak nie mógł, bo... Ale robienie wątków tego typu to dla mnie zjawisko przeniesienia plotkowania do sieci. Po prostu. Kiedyś "obrabiało się dupy znajomych" między znajomymi za plecami adresatów, teraz robi się to w sieci.
Co jest jeszcze lepsze, większość komentarzy odnosi się do samych komentarzy, bo komentujący nie mają już czasu/ochoty/whatever przeczytać samego artykułu. Ze zrozumieniem.

Ciekawa jestem, jakie jeszcze zjawiska społeczne mogą przenieść się do sieci.
Plotkowanie, szukanie rad, porad, rozwiązań na konkretne problemy, pogaduch na różnych forach mniej lub bardziej tematycznych, można pozyskać wiedzę od specjalistów, poznać trendy, nowości, da się już znaleźć pracę bez wychodzenia z domu, nawiązuje się "netznajomości" z ludźmi z całego świata, poszerza horyzonty, można poznać poglądy, jakich się nie spotka w tradycyjnych mediach. Wiele z tych rzeczy jest już tak silnie zakotwiczonych w codzienności internautów, że odłączenie nas wszystkich od internetu mogłoby faktycznie wywołać swego rodzaju chaos.
Można żyć bez internetu. Tylko co to za życie ;)

I nie jest to kwestia statusu, pieniędzy, czasu, to kolejny etap naszej ewolucji. Wszystko się wirtualizuje.

PS. Ostatnio szukałam oddziału JAKIEGOKOLWIEK banku, w którym byłaby kasa i do tego walutowa. Na jakieś 8 oddziałów w 6 nie było kasy. Powierzchnia oddziałów jakieś 200m2. Bank bez kasy. Zastanowiłam się mocno i ciężko, PO CO TAKI ODDZIAŁ? Przecież przelew można zrobić internetowo, a jeśli chce się np. zapłacić rachunek (są przecież jeszcze tradycjonaliści), to trzeba szukać możliwości i się mocno naspacerować. W którymś oddziale nie wytrzymałam i zapytałam, po co i dlaczego? "Ze względów bezpieczeństwa. I poza tym proszę zauważyć, że świat odchodzi od operowania gotówką".
Wirtualny pieniądz, wirtualne życie.
Zupełnie inspired by Matrix ;)

(archiwum - przeniesiony tekst z pierwotnego adresu, skasowanego bloga cylindrycznie.blox.pl datowany 24.12.2010)  

Blog Forum Gdańsk 2010

Blogowanie w oparach wolności- najważniejszy jest dialog, a na tym forum był na wyśmienitym poziomie. Z takimi ludźmi, jacy tam byli, możemy być z siebie dumni.

- Ludzie z różnych środowisk, specjaliści, zawodowcy zajmujący się marketingiem i PR w internecie, dziennikarze, blogerzy a wśród nich ludzie z pasjami jak podróże, gotowanie, zwierzęta, internet, prawo, marketing (po uczestnikach było widać, że to często nie tylko zawód ale też pasja)
- Wolność słowa, wolność wypowiedzi, rozmowy w kuluarach i wnioski że za mało czasu i powinniśmy to wszystko powtórzyć, porównanie naszej wolności słowa z wolnością na świecie, co nam dodatkowo uświadomiło, w jaki komfortowej sytuacji jest nasze blogowanie
- Definicja blogera, definiowanie praw i obowiązków przy poruszaniu się w internecie. gdzie egoizm blogera i chęć oraz wola ekspresji może a gdzie powinna się kończyć.
- Blogi firmowe, kontakt z klientem w sposób niejednokrotnie skuteczniejszy niż poprzez BOK (szczególnie w przypadku dużych firm), nowe kanały komunikacji
- W końcu wyraźne podkreślenie różnorodności blogów i ich zróżnicowanych poziomów, podkreślenie, że blogi są tak różne jak różni są ich autorzy i nie ma już mowy o tym, żeby blog mógł kojarzyć się jednoznacznie.
- Różnorodność poglądów zaprezentowana w naprawdę ciekawych i żywych dyskusjach. i wyczuwalne ponad wszystkim autentyczne poczucie wolności. Blog forum nie miało wiele z tradycyjnie rozumianej "konfrencji" czy "forum dyskusyjnego" i to w bardzo pozytywnym znaczeniu.
- Wiele wątków, w których tak naprawdę dopiero otwarto drzwi, np. definicja blogera, wolność słowa na blogach, opiniotwórczość blogów, czy internet wyprze media tradycyjne, czy blogi mogą stać się bardziej opiniotwórze niż prasa tradycyjna? czy blogi mogą być skuteczniejsze marketingowo niż tradycyjne media?
- Podejście do czytelnika blogów. Sama jestem zarówno blogerem jak i czytelnikiem i z ciekawością przysłuchiwałam się wszystkim dyskusjom i wypowiedziom.
- Wolność i swoboda wyboru jaką daje internet stawia przez wszystkimi zadania, na zupełnie innej płaszczyźnie, niż przed ludźmi działającymi w tradycyjnych mediach. Ale wszystkich łączy jedno: żaden bloger, człowiek związany z blogosferą, nie robi nic na siłę, wbrew sobie, z przymusu wynikającego z narzuconych zobowiązań. Blogi są efektem niewymuszonej relacji. W każdym możliwym kierunku i to zawsze będzie różniło je od tradycyjnych kanałów komunikacji. Wszyscy ulegamy marketingowi (jeśli ktoś w to wątpi, jest ignorantem), ale w internecie złe zastosowanie dostępnych narzędzi i ewentualna porażka są o wiele silniej odczuwalne w zwłykłym braku reakcji. Wg mnie to wspólny mianownik działania wszystkich: od marketingowców, przez dziennikarzy po blogerów. Reakcja jest podstawową potrzebą wszystkich. I nadawców i odbiorców. Jestem jednym i drugim i mogę tylko mieć nadzieję, że w internecie nadal będę trafiała na strony, blogi, na których chcę sama zareagować. Od "lajka" na fejsie, to komentarz na stronie.

Po tej konferencji jestem jeszcze bardziej ciekawa, którędy będą prowadzić polskie drogi blogosfery. I mam nadzieję, że kiedyś to polskie blogi będą przedmiotem dyskusji na innych międzynarodowych panelach.
Pomimo, że zgodnie z niektórymi tezami z forum:
- blogi umierają
- blogi przenoszą się do społecznościówek
- blogerem nie jest ktoś to zamieszcza reklamy na stronie
- nikt nie ma racji

Mam nadzieję, że konferencja odbije się szerokim echem wśród wszystkich, którzy mają/miewają/będą mieć do czynienia z blogami. I nie ważne w jakim kontekście, ponieważ każdy z nas pełni taką funkcję, jaką sobie w danym momencie wybiera: od kreatora, po odbiorcę, od autora, po czytelnika. Ja kocham być jednym i drugim. Zmiany ról dają mi to, co było tematem przewodnim forum - wolność. Jest to tak rozległy temat, można go omawiać w taki wielu kontekstach, że byłoby to i tak niemożliwe do "przerobienia" w trakcie jednej konferencji, ale przynajmniej pootwierano "wiele drzwi" i możliwości.
PS. A przy tym mogę odetchnąć z ulgą. Gdańsk się wykazał, organizatorzy się doskonale sprawdzili, a uczestnicy byli wyjątkowi w każdym aspekcie.
Niech to będzie początek.

I kolekcja linków do tekstów uczestników, obserwatorów, bądź kto się kim czuł:
Najpierw prelegenci (słowo nie do wypowiedzenia)
http://www.blogforumgdansk.pl/title,prelegenci,pid,4.html i tam zawarte ich wypowiedzi na ich blogach lub stronach.
Podkreślam już dziś jednak:

i dalej opinie blogerów (oczywiście, jak to z blogerami, ile osób tyle opinii ;) + z innych portali i zakamarków internetu:


(archiwum - przeniesiony tekst z pierwotnego adresu, skasowanego bloga cylindrycznie.blox.pl datowany 13.12.2010)  

6.4.12

take it slow



Świetny kawałek. Usłyszałam go w Chilli Zet i jak rzadko, zapamiętałam wykonawcę, szczególnie, gdy akurat jadę ponad 100km/h obwodnicą :-) I się zakochałam.

Ostatnio wszyscy mi mówią, że jestem chyba zakochana. No nie mówię, że nie :-)
Uwielbiam ten stan. Jest kilka zapalników, które go wywołują i ostatnio uaktywniły się wszystkie, plus kilka nowych. No pięknie jest, po prostu. Siedzę i się uśmiecham. Prowadzę samochód i się uśmiecham do czerwonego światła, rozmawiam i się uśmiecham, tańczę i się uśmiecham. No pięknie jest :-)

Kocham Malbork. Te zatrzymanie w czasie, ten klimat. Ten zamek. Wczoraj byłam tam tylko na chwilę i to służbowo, ale i tak zdążyłam chwycić to, co lubię. Fantastyczne miejsce. Niby nic, a jednak dużo. Gdzie jak gdzie, ale w Malborku lubię być chociaż raz do roku i przejść się po zamku. No ma w sobie to "coś", co ma też zamek np. w Rzucewie. Zakochałam się w nim chyba 2 lata temu spędzając tam ostatki. Czuć się jak Marysieńka - bezcenne ;)
Ja w ogóle kocham zabytki, stare miejsca, klimaty, kiedyś moim konikiem była archeologia, im coś jest starsze, tym lepiej. Kocham zapach takich miejsc. Stare kościółki, jakieś ruiny, budynki, zamczyska, stare drzewa, lasy, obrazy, książki, przedmioty, ale nie żeby je mieć, ja je lubię podziwiać. One pasują do odpowiednich klimatów. W nowoczesnych wnętrzach muszą być idealnie wkomponowane, inaczej tracą urok i stają się po prostu starymi przedmiotami. Kocham muzea. Mogę godzinami chodzić i się egzaltować. No cóż, każdy ma jakiegoś hopla. To jeden z moich.
PS. niestety jednak nic nie zmieni faktu, że postęp jest nieunikniony, wręcz konieczny, bo jak to ładnie zobrazował niedawno mój kolega z pracy w trakcie spaceru po Krakowie "Gdyby nie postęp, to w środku miasta mielibyśmy dziś wioskę rybacką". No nie da się ukryć. Ale i tak nostalgia lekka mnie ogarnia, gdy widzę znikające budynki, zastępowane przez nowoczesne budowle. Dzisiejszy Gdańsk nie ma już wiele wspólnego z tym, co pamiętam z dzieciństwa. Jestem z tym pogodzona. Dopóki nie wyburzają domu, w którym dorastałam, a w którym do dziś mieszka mój dziadek, jakoś to znoszę ;)  Przemijanie, zmiany, no muszą być. Ale i tak pięknie, że co lepsze się ostaje, jak zamek w Malborku, czy kościół Mariacki w Gdańsku czy katedra w Kolonii. Czy też klimatyczne staromiejskie uliczki w wielu miastach. No kocham to. 
To tak na marginesie mojego ogólnego stanu zakochania, bo co ja będę każdemu tłumaczyć, że jestem zakochana w życiu i siłą rozpędu wiele to tylko podsyca. No i znowu się uśmiecham. Oj tam :)


4.4.12

67 moja wersja

Dobra, wiem. Czasami miewam przesadnie pozytywne podejście, ale życie mnie do tego nieustannie inspiruje. Kwestia emerytury po 67. roku życia. Dobrze, najpierw trzeba tego wieku dożyć. A teraz druga sprawa i moje podejście: cudownie! Poważnie. Jak to usłyszałam i przestałam się śmiać, to pomyślałam, że to naprawdę super. Dlaczego? Bo mam 35 lat i dotarło do mnie, że po przepracowaniu 14 lat jestem dalej na początku. Nigdzie mi się nie spieszy, wcześniejsza emerytura mi nie grozi, mam jeszcze 30 lat, żeby się realizować, ba, spokojnie urodzić dziecko, wrócić do pracy, która jest moją pasją. Wszystko jeszcze przede mną. Poczułam się jak nowo narodzona. I szczęśliwa. Na dobrą sprawę i tak nie czuję się kompletnie gotowa do myślenia o emeryturze. Jeszcze pokolenie moich rodziców poszło na emeryturę w wieku 50 paru lat. I wcale im nie zazdroszczę, bo mieć mnóstwo czasu, nie mieć dość kasy, żeby ten czas fajnie spędzać, co się kończy albo jaką poboczną pracą, albo chorowaniem i chodzeniem po lekarzach i oglądaniem serial w nieskończoność i życiem życiem innych, e nie. A tak? Zmienia to zupełnie sytuację na rynku pracy. Nie mam pojęcia, jak będzie za rok, dziesięć, trzydzieści i całkiem możliwe, że system emerytalny ulegnie zmianie jeszcze z 5 razy, ale na dziś strasznie mi się to podoba. Istotą rzeczy jest to, co powinno być nią bez względu na myśl o emeryturze: robienie w życiu tego, co się co najmniej lubi, chociaż pasja jest lepsza. Wiem, że mnóstwo ludzi nienawidzi swojej pracy, ale właśnie tym bardziej powinni znaleźć w sobie odwagę i chęć do zmiany tego stanu. Nie ważne czy na etacie, czy w wolnym zawodzie. To zupełnie drugorzędne. Podstawą jest znalezienie swojego ideału. W końcu można szukać długo, ważne, aby do skutku. A jak nie teraz, to spokojnie. Nikomu się nie spieszy ;-) 
 

PS. Mąż mnie właśnie uświadomił, że nas ta zmiana jeszcze nie obejmie. No szkoda, nie zmienia to jednak mojego podejścia. Każdy z nas powinien znaleźć to, co daje mu satysfakcję i się tego trzymać. Poczucie spełnienia jest bezcenne. W każdej dziedzinie życia. I w każdym wieku.

1.4.12

EURO 2012

Jestem niepoprawną fantastką, optymistką i marketingowcem oraz wizjonerką. Ta mieszanka powoduje, że często moje wyobrażenie świata i oczekiwania bywają kompletnie oderwane od realiów i szybują gdzieś w kosmosie nierealności. Nadchodzą Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Są z marketingowego punktu widzenia właściwie jutro i co? I dziś słysząc w radio, skądinąd jeden z moich ulubionych kawałków czyli "waka, waka" Shakiry, zrobiło mi się smutno, że impreza ta nie ma jakiegoś rytmu przewodniego, jakiegoś "hymnu" na miarę "waka, waka". O ile nie jestem fanką piłki nożnej, o tyle zdarzają się imprezy sportowe, w których chce się wziąć udział przez ogólną atmosferę, klimat. Mistrzostwa Europy wydają się być do tego stworzone. To jak karnawał w Rio, nie trzeba być fanem samby, żeby chcieć to przeżyć.

W Polsce nie ma w ogóle kultury takiego wspólnego imprezowania, nie ma multikulturowości, co przy tej imprezie będzie bardzo odczuwalne, a czego bardzo żałuję. I aż serce się kraja, że nie ma działań budujących atmosferę prawdziwych, międzynarodowych mistrzostw. Nie widzę woli i działań po żadnej stronie. I całkiem możliwe, że zdążymy od strony organizacyjnej, zaplecza technicznego, infrastruktury, ale nic nie uzupełni braku atmosfery. Klimatu. To może być jedyna przyczyna ewentualnego niepowodzenia mistrzostw, na które dziś już powinna emocjonalnie czekać cała Europa. Sukcesem imprez, w tym sportowych, nie są wyniki, a właśnie odczucia ludzi z wszelkich zakamarków, może nie tylko, Europy. Wyniki finansowe powinny być wisienką na torcie sukcesu organizacji, a nie celem. Zadowolenia milionów Europejczyków nie da się kupić, ale można dać do niego podstawy. Pewnie, że nastroje są różne ze względu na sytuację ekonomiczną, ale mistrzostwa i tak się odbędą, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dały ludziom pozytywne przeżycia, emocje i wspomnienia. I nie tylko kibicom.

Taka okazja może być pozytywna dla większości, ale to w dużej mierze leży w rękach promocji. Promocji, której ja nie widzę, bo bannery i maskotki oraz kubki, to za mało. Nie mówiąc o braku budowania emocji, skutkujących myśleniem "chcę tam być". Marzy mi się przeżycie tego, co znam z zagranicy: wyjść wieczorem na miasto, porozmawiać z obcymi obcokrajowcami, powymieniać się koszulkami (wróć: wrażeniami), bez strachu, z ciekawością i uśmiechem, może nawet z żalem, że to już zaraz się skończy. Bardzo bym chciała, żeby i Polska i Ukraina zostały po prostu polubione przez inne kraje. Żeby po mistrzostwach ludzie chcieli tu wracać, bo mistrzostwa są okazją do zwykłej integracji ludzi, bez względu na sympatie sportowe, polityczne czy jakiekolwiek inne. 
Jeszcze nie jest za późno...