29.7.12

Chanel i Strawiński

 

Środek nocy. Włączam tv. Tytuł rozpoczynającego się, na jednym z kanałów, filmu "Chanel i Strawiński". Zostawiam. Nie wiedziałam, że coś, a tym bardziej "jak" ich łączyło. Kładę się wygodnie i oglądam i zatapiam coraz bardziej z każdą minutą.  W trakcie filmu rozpętała się za moim oknem burza. Doskonale pasowała jako tło. To była idealna kompozycja.


Mało słów, fantastyczne wnętrza i stroje (już ponadczasowa klasa podana w wykwintny sposób), muzyka (jak mocne, wytrawne wino dopełnia całości). Reszta pozostawiona jest odbiorcy. Twórcy zostawiają dużo miejsca naszym własnym zmysłom i myślom, którymi krążymy między postaciami.

I też na tym zakończę. 

Film dla dojrzałego odbiorcy, inni będą rozczarowani.  

28.7.12

Być wczoraj w Londynie...


Otwarcie Olimpiady. Nie chciałam oglądać, ale tak mnie wciągnęło od momentu prezentacji sportowców z poszczególnych krajów, że do końca obejrzałam. Zawstydziła mnie moja pamięć, gdy szukałam w niej lokalizacji niektórych krajów. Zapomniałam, że istnieją. Dobrze, że sobie to mogłam uświadomić i postanowić podciągnąć się geograficznie. Doceniam samą ideę igrzysk. Historię, symbolikę.

Odnośnie symboliki. Zachwycające było odpalenie olimpijskiego znicza. 

Przy każdej z grup sportowców danego kraju szła jedna osoba dodatkowa niosąc w rękach coś, co wyglądało jak kielich w finezyjnym kształcie. Nie wiadomo było, czemu to służy. Dopiero na końcu okazało się, że każdy z "kielichów" był montowany na konstrukcji, która na samym końcu okazała się tworzyć końcowy znicz olimpijski. Symbolika pełna otwarcia, jedności i równości wszystkich narodów. Fantastyczny pomysł i wyobraźnia (niestety nie mogę znaleźć autora/ów) i organizatorów. Nasi komentatorzy skrytykowali (a jakże) pomysł podpalenia znicza nie przez jedną osobę, ale przekazania ognia przez weterana dla grupy młodych brytyjskich sportowców, gdzie po prostu jasna była symbolika przekazywania "pałeczki", też z życzeniem sukcesu, młodemu pokoleniu. Nie wiem, jak skomentowały to inne telewizje, z innych krajów, ale dla mnie ta symbolika była urocza. 

Londyn dał niesamowite przedstawienie i otworzył igrzyska w sposób, jakiego można oczekiwać - zachwycający w każdym względzie. 
Przy okazji, nasze sportsmenki miały prześliczne sukienki projektu firmy 4F :-)  

Dziś obejrzałam kilka dyscyplin, ale głównie zachwyca mnie kunszt organizacyjny. Zaplanowanie tego wszystkiego, przygotowania, realizacja. Niebywałe. Miasto musi żyć swoim życiem, a przy tym wszystko musi płynnie ze sobą współpracować.
Słyszałam, że podobno Polska aspiruje do organizacji  igrzysk i się uśmiechnęłam. Wystarczy poobserwować Londyn (samo otwarcie!), żeby zrozumieć, dlaczego. Nie ma nawet skali do porównania z Mistrzostwami Europy w piłce nożnej (podkreślę - jednej dyscypliny i jednego kontynentu).

Dobrze było jednak obejrzeć te otwarcie, popatrzeć chociaż chwilę na twarze ludzi z całego świata. Piękne widowisko. Po prostu piękne. Szkoda, że mogłam oglądać je jedynie w tv :-)
 

Wyścig szczurów

Przenoszę dziś (28.07.2012) chronologicznie kilka tekstów z bloga cobyeta.blox. i znalazłam początki swojego slow life, chociaż o tym wtedy jeszcze nie wiedziałam:


09.07.2006


Podsumowanie 10 lat pracy
Od pierwszych pracy na etacie, wpaja się pracownikowi "identyfikuj się z firmą", "firma to ty", "pracuj z pasją do upadłego i jeszcze dłużej", "daj z siebie wszystko". ZOSTAŃ ŻOŁNIERZEM.
i zaczynasz się z tym identyfikować. Pracujesz po 12-14 godzin, żeby się wykazać, żeby ktoś cię poklepał po tyłku, za to, że się starasz, żeby ktoś to docenił. Rezygnujesz z życia prywatnego, bo nie masz nie na siły. Uważasz za stratę czasu wszystko, co nie jest efektywne. Na spotkaniach ze znajomymi [sporadycznych] upijasz się, bo inaczej się nie wyłączysz. Pędzisz. Gonisz sam siebie. Ciągły niedoczas. Ciągłe poczucie winy za sprawy pozostawione "na jutro". W spotkaniu z przełożonym zarzekasz się, że firma to ty, że dajesz z siebie wszystko i nie spoczniesz dopóki nie będzie wszystko dobrze. Powtarzasz sobie jak mantrę, że kochasz to co robisz, że jest ci z tym dobrze, że się realizujesz. Szybko uciszasz myśli, że życie nie polega tylko na pracy. Jak fajna by ona nie była. Wydaje ci się to objawem zaniedbania.
powiem tak:
To pranie mózgu. Im dłużej się w tym siedzi, tym ciężej zauważyć absurd tego mechanizmu.
człowieku!
Firma to firma. Ty to ty. Naucz się tego raz na zawsze. Bądź zaangażowany, lojalny, oddany, ale jako pracownik. Nie oddawaj duszy, bo życie przejdzie koło ciebie.  
Idąc do pracy powinieneś myśleć o tym, co masz do zrobienia. Zrobić to. Nie wnikać wszystkimi emocjami w struktury firmy. Nie szukać własnego zdania w każdym konflikcie, który ciebie nie dotyczy. Praca nie jest przyjaciółką, żoną, kochanką. Praca ma dwa cele: ma przynosić satysfakcję i dochód.
Inaczej poddajemy się systemowi feudalnemu. Robimy z siebie prawie darmowych robotników. Pozwalamy sobie sami na wzbudzenie poczucia winy za myśli o sobie. matrix zawodowy.
A potem przychodzi emerytura i ktoś ucina wszystkie kończyny i odcina dopływ powietrza. Ile ludzi znika w każdym sensie, po przejściu na emeryturę. Wielu.
NAUCZ SIĘ ŻYĆ SWOIM WŁASNYM ŻYCIEM. Wyjdzie ci to na dobre. Też zawodowo. Przekonaj się. Ja zdążyłam i zauważysz, że dopiero wtedy poczujesz się zrealizowany, bo masz czas popatrzeć na to z boku. Będziesz miał czas się realizować, a w wyścigu nie ma miejsca na analizę.

27.7.12

Zobaczyć ducha

Pracuję dziś w domu. Standardzik. Za oknem chodzą kosiarki, cisza, spokój, kot śpi obok. Jakieś rozmowy przez tel, ale nic specjalnego. Siedzę w dużym pokoju przed laptopem. Kawka. Przede mną widok na przedpokój i kuchnię. Pracuję. Rozmawiałam właśnie z kolegą z pracy przez tel o jakiś uzgodnieniach, sprawdzam pocztę, mimochodem skupiona podnoszę głowę... a przede mną stoi starsza kobieta. Taka normalna. I na mnie patrzy. Ja patrzę na nią. Ona na mnie. Czuję jak robi mi się gorąco. Bardzo. Ona mówi: "chyba pomyliłam mieszkania" i wyszła. Siedzę. Opowiedziałam koledze co się stało. Siedzę. Poszłam zamknąć drzwi. Szok trwa.

Tak to zapisałam na facebooku. Wydarzyło się to dziś około południa. Zapisałam trochę później, bo musiałam ochłonąć.

Znajomi na fejsbuku rozsądnie założyli (chociaż się też przy tym bawili ;-), że mogła to być złodziejka. Przysięgam jednak, że siedząc przy stole, mając myśli zupełnie i całkowicie zajęte pracą, złodziej jest ostatnim co mi przyszło na myśl. Najpierw była pustka, zupełna. Mózg nie potrafił tego zaklasyfikować. Gdy kobieta już wyszła, co widziałam  przecież, zdałam sobie sprawę, że to, co mi przyszło na myśl zaraz po "pustce", czyli "widziałam ducha", jednak nie jest tym. Czyli to była jednak żywa kobieta. To, że stanęła we framudze (bo nie mam drzwi do pokoju) drzwi, zdało się zaskoczyć ją tak samo jak mnie. 

Później, jadąc przez miasto samochodem, wyobrażałam sobie dziesiątki scenariuszy, w tym z jej perspektywy. Np. Wracam zamyślona do domu, wchodzę na klatkę, wchodzę po schodach, otwieram - dalej zamyślona  - drzwi, wchodzę do pokoju, a tam wszystko inne i siedzi ktoś obcy. Przez pierwsze sekundy pewnie też bym się zastanowiła, czy oszalałam, co robi tu ten człowiek, co się stało z moimi meblami i dlaczego nic nie pasje. Nie wiem. Z tej strony tego nie przeżyłam. Przeżyłam z drugiej. Kilka wniosków:

1. Zamykać drzwi (czego nie robiłam nigdy, bo wolę mieć drogę ucieczki, zamiast się barykadować). Dobrze, będę się jednak barykadować. Nie z obawy przed złodziejami (której nie mam), a przed nieobliczalnością ludzkiej nieuwagi. Nie wyobrażam sobie, co by się ze mną stało, gdyby to się stało np. pod nieobecność mojego męża w nocy, gdybym przebudziła się do toalety, a zobaczyłabym nad sobą obcą postać, zapewne zastanawiającą się, co robię w jej łóżku. Nie. Dziękuję.

2.  Wiem już, jak się czują ludzie, widzący duchy (albo jakieś 90% z nich). Wyjaśniła się też dla mnie tajemnica większości zjawisk paranormalnych. Ludzie po prostu mylą mieszkania, klatki, piętra, miasta. A że są tak samo zdziwieni, jak widząca je osoba, to wyglądają dziwnie. Po tym zdarzeniu rozmawiałam z różnych znajomymi i okazuje się, że niektórzy mają też takie historie: jednemu weszła w nocy do sypialni sąsiadka z klatki obok (co się okazało również później). Co poczuli z żoną, to ich. Kobieta była natomiast tak pijana, że nie zauważyłam pomyłki. Fuknęła i wyszła. 

3. Cały czas leżał koło mnie kot, który nawet nie raczył się przebudzić. Zrozumiałam przydatność psów. 

Jest wieczór, w między czasie byłam na masażu, a ciągle nie mogę pozbierać myśli. Dobrze, że jednak nie zemdlałam w trakcie, zanim wyszła. Gdybym została z ostatnim wspomnieniem tej kobiety w drzwiach pokoju, na 100% byłabym przekonana, że widziałam ducha. 
PS. Mąż mnie uświadomił (gdy opisałam kobietę), że to była sąsiadka z piętra wyżej. Biedna kobieta, pewnie jest w takim samym szoku jak ja :-) 
PS. 2. Tytuł oczywiście z uśmiechem, jak końcem końców cały tekst. Mimo wszystko, przeżycie niebywałe. 


26.7.12

RADIO ONLINE

Bardzo często w tle:

http://www.chillizet.pl/Radio/Radio-on-line/  


http://www.rmfclassic.pl/

Punkt G

http://dziendobrytvn.plejada.pl/31,43211,news,,1,,zakupy_lepsze_niz_seks,aktualnosci_detal.html

Prawda jest jedna i leży tam, gdzie leży: każda kobieta, która woli zakupy od seksu, nie ma dobrego seksu. Proste i oczywiste.

PS. mam smutną wiadomość, naukowcy udowodnili, że kobiety jednak nie mają żadnego punktu G  ;-)

Kto ty jesteś?

(archiwum 21.01.2011  z cylindrycznie.blox)


http://blog.onet.pl/41124,archiwum_goracy.html

Anonimowość – niemożność identyfikacji tożsamości jednostki pośród innych członków danej społeczności, wprost w odniesieniu do osoby albo do pochodzącego od niej przedmiotu (utworu). O anonimowości można mówić w różnych aspektach.

Anonimowość w sieci. Anonimowość w życiu. Nie widzę różnicy. Nie ma czegoś takiego. Od kiedy wprowadzona jest identyfikacja człowieka, na podstawie dokumentów, odcisków palców, dna, kodów, peseli, pinów, ip, rtg zębów, charakteru pisma, kont bankowych nie ma czegoś takiego jak anonimowość. No ale powiedzmy, że lubimy sobie myśleć, że jest. Może czasami identyfikacja bywa utrudniona, ale naprawdę bardzo, bardzo rzadko jest kompletnie niemożliwa.
Jak dla mnie punktem zapalnym jest prywatność.

Czasami sieć wyzwala w ludziach wszystkie najgorsze cechy. Podłość, złośliwość, chamstwo, wulgarność, wyzwiska, odreagowanie wszystkich frustracji i wyrzucanie z siebie wszystkich tajemnic, bo gdzieś trzeba to zrobić, a w necie można to zrobić "anonimowo". I oczywiście, dopóki zachowania albo raczej słowa, obrazy (bo jednak umówmy się, jest to przekaz a nie bezpośredni kontakt) nie zrobią fizycznie krzywdy, to potrafią pewnie co wrażliwsze osoby ranić, obrażać, osłabiać, zniechęcać, zastraszać. W internecie można w miarę bezkarnie wyrazić wszystko. I to jest plus demokracji. W miarę bezkarnie, bo dopóki się jawnie nie łamie prawa, dopóki nikt nie pofatyguje się z oskarżeniem do sądu, to jest to w miarę bezkarne. Ale tak samo działa to w rzeczywistości. Więc też żadna nowość.
Czasami słyszę zarzut w stosunku do tzw "trolli" czy powiedziałyby to człowiekowi w oczy. Oczywiście że nie, bo też na świecie jak ktoś obrabia komuś tyłek, to robi to za jego plecami. I tu znowu pojawia się prywatność i przekraczanie jej granic.
To jedyna różnica, bo ludzie dają sobie jakieś niepisane prawo do bezpretensjonalnego spoufalania się z każdym, tylko dlatego że piszą pod nickiem. I nie chodzi nawet o blogi, bo to też inna sprawa, ale chociażby o artykuły prasowe, gdzie komentujący bez najmniejszych oporów obrażają autora tekstu, albo pozwalają sobie na jakieś osobiste wycieczki, bo co? Bo przeczytali tekst napisany przez tego człowieka.

Opublikowanie czegokolwiek w internecie powoduje jakąś fenomenalną transformację: czytelnik automatycznie przechodzi z treści na autora i jego osobę. To jest coś, z czym nie spotkałam się z "rzeczywistości". Jak ktoś czyta gazetę trzymaną w ręku, to odnosi się do treści, na ile ją rozumie. Jak czyta ten sam tekst w internecie, to pod tekstem autor się dowiaduje jaki jest genialny, albo jakim jest idiotą. Skok o tyczce nad samą formą publikacji. Może czasami lepiej zostać na papierze i mieć spokój? Do takich wniosków na pewno dochodzi nie jedna osoba, która ma jakiś wybór. Prywatność drugiego człowieka zostaje czasami za krzesłem komentującego, który myśli że jest anonimowy i dzięki temu tak "szczery", ale zapomina, że tym samym przekracza własną granicę prywatności i pokazuje światu do czego jest zdolny. To naprawdę takie fajne?
Nie jestem psychologiem, socjologiem, psychiatrą, wróżką, medium itp żeby to zrozumieć, i zdefiniować ale pozostanie to dla mnie fenomenalne. Może kiedyś wielkie mózgi tego świata to wyjaśnią.
Ja mam mój prywatny weekend ;)

Po hamulcach

Czy kierowca może być winny, gdy pieszy wszedł mu pod koła?

Źródło:

Nieustannie, acz spokojnie, czekam na zmianę przepisów w tej kwestii. Od kiedy mam prawo jazdy niczego nie obawiam się tak, jak zachowań pieszych/rowerzystów. Większą roztropnością wykazują się mimo wszystko inni kierowcy. Mimo wyjątków, które pozostają wyjątkami.

Piesi i rowerzyści nie czują się zupełnie uczestnikami ruchu drogowego. Zachowują się niejednokrotnie z niebywałą ignorancją w stosunku do samochodów. I tu nie chodzi o ich prawa, tylko o bezpieczeństwo. Marzę o tym, żeby weszły przepisy nakładające niebotycznie wysokie kary na pieszych wchodzących na drogę w miejscu bez przejścia, na pieszych wchodzących na drogę bez odrobiny ostrożności. Na pieszych chodzących po jezdni bez pobocza. Na rowerzystów wjeżdżających na jezdnię bez spojrzenia czy droga jest wolna. Nawet w Amsterdamie, mieście rowerów, rowerzyści rzucając kątem oka spojrzenie na jezdnię. U nas rowerzysta ma często klapki na oczach szczelniejsze niż koń, nie dając kierowcy czasu na reakcję. Ludzie na drodze nie mają kompletnie wyobraźni, a to kierowcy w razie wypadku ponoszą karę. Jest to tak samo nieuczciwe jak zabranie palaczom możliwości palenia w chociażby wybranych miejscach, jak zabranie właścicielom lokali prawa do określenia, czy ma być to miejsce dla palących czy nie. Kierowcy samochodów są dziś tak samo winni wszelkiego zła jak palacze.
Jestem jednym i drugim i zachowuję zimną krew obserwując to wszystko, ale mam nadzieję, że kiedyś ktoś wprowadzi faktycznie równouprawnienie bez jawnej dyskryminacji i prawo będzie regulowało te kwestie parytetem. Nie w stosunku do płci, ale praw, obowiązków i zakazów. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego jedna grupa ma być bardziej faworyzowana od drugiej.


Dobry i poczciwy

Dziś przypomniała mi się bardzo istotna różnica w klasyfikowaniu ludzi, mianowicie:
"dobry człowiek" osobnik, który nie zatracił się w materializmie, konsumpcji, posiada spore pokłady empatii, chce i potrafi pomagać innym. Jest ludzki, choć bez problemu dąży do realizacji własnych celów.

Jednak nie jest "człowiekiem poczciwym"
"człowiek poczciwy" jest ostatnią niedojdą na ziemi, da się wykorzystać wszystkim na każdy sposób i jeszcze za to podziękuje.
Jeśli kiedykolwiek ktoś powie o tobie "poczciwy" daj mu w twarz i odejdź.
Człowiek dobry nie toleruje zniewagi.
Nie miałam okazji, ale jeśli się nadarzy, nie omieszkam rozprostować dłoni.



29.06.2006   cobyeta 

Sens życia

Ludzie najczęściej mają pretensje do całego świata, o to, że sami nie wiedzą, czego chcą.


3 kwi 2006 cobyeta

Otwórz umysł i rusz ciało

Po raz kolejny będzie o salsie. Też. Chociaż dziś byłam krócej, bo nie wytrzymałam (upalność dnia przekonała mnie, że trochę jeszcze muszę poćwiczyć, zanim polecę na Kubę i zatańczę tak absolutnie w 100% naprawdę :-) 
Gdy wychodziłam instruktor puścił mi z uśmiechem oko, co odebrałam jako rozgrzeszenie za ucieczkę :-) 
Dlaczego znowu i pewnie nie ostatni raz o tym piszę? Bo jestem w tym coraz bardziej zakochana. Po prawie roku ćwiczeń, chociaż raz, dwa razy w tygodniu zauważam coraz więcej pozytywów. Z punktu widzenia osoby, które ostatnie lata, straszne "przed", wspominam jako praktycznie ciągłe siedzenie, pamiętam z jakim fizycznym bólem znosiłam pierwsze treningi. I obiecałam sobie, że więcej do tego nie dopuszczę. Plusy ruchu: 
  • lepsza kondycja (oczywiste), ale to ma przełożenie na wiele dziedzin z seksem włącznie,
  • im więcej można, tym więcej się chce, a to już staje się samonakręcającą się spiralą. Im więcej się można, tym więcej się szuka, wymyśla. Wydaje się, że jak się znalazło w życiu coś fajnego, to dobrze będzie przy tym zostać. No można. Jak ktoś nie ma potrzeby, siły, motywacji, to się tego przekonania będzie trzymał. Tak mają ludzie, którzy z mojej perspektywy pozostali gdzieś tam. Skoro im dobrze? Na zdrowie. Ruch fizyczny powoduje jednak pobudzanie zastałych nie tylko mięśni, ale też szarych komórek.
  • Jak wiadomo, ruch to strzał endorfin (m.in.). Jeśli ktoś ma problemy z emocjami, albo z poczuciem wartości, albo motywacją, niech idzie poćwiczyć, pojeździć na rowerze, pobiegać, potańczyć, ale bez alkoholu, niech się spoci, zmęczy, zdyszy. Dziwne myśli umierają błyskawicznie. Zabija je zmęczenie. Specjalnie znowu nie wymieniam w tym miejscu seksu, bo to niby oczywiste, ale nie ma co opierać wszystkiego na nim. Wiem, że seks traktowany jest jako lekarstwo, ale wg mnie lepsze jest zostawianie go w sferze czystej erotyki, chociaż to prawda, że pomaga na ból głowy, to hm, no co kto lubi. Sport ma inne funkcje, nawet mimo zabójczo przystojnych instruktorów, jest wyłącznie dla nas. Przy seksie jednak pracujemy też nad partnerem i to już wpływa na podejście, tak? No tak :-) 
  • Naprawdę fantastycznie obserwuje się się zmianę ciała. To u mnie przynajmniej powrót do przeszłości. Odbudowujące się mięśnie, zanik celulitu, który zaczynał mnie już miejscami straszyć, zanikła zadyszka występująca prawie bez powodu, no i strasznie naturalny optymizm. Dystans, sport, osiągnięcia w nim są świetnym uzupełnieniem w pozostałych sferach życia. Również zawodową. Co też zauważyłam: sport doskonale poprawia asertywność, budzi takiego zdrowego ducha walki i rywalizacji (niby się go ma, ale bez sportu jest to jednak inne), zupełnie inaczej ćwiczy wytrwałość i sukcesywność. Zmienia podejście do bardzo wielu rzeczy. I raczej wszystko na plus.
  • Salsa skutkuje u mnie tym, że często ćwiczę ją po prostu wszędzie. W domu, w firmie, w sklepach, na ulicy (kroki są tak wdzięczne, że nie można sobie czasami odmówić).  W samochodzie można ćwiczyć biodra, co w połączenie ze śpiewem, który uskuteczniam od lat, mąż zaczął się dopominać, już nie tylko "czemu nie śpiewasz?", ale też "czemu nie tańczysz?". :-) 
  • Już sam taniec jako taki podnosi samoocenę niebotycznie. Tak po prostu. Jeśli się tańczy, bo się umie, to jest to zupełnie co innego niż bujanie się na parkiecie. Naprawdę polecam. Sana się o tym przekonałam w trakcie ostatniego clubbingu w Sopocie. Fajne uczucie ;-)
  • Nie namawiam do przejścia na styl życia skrajnie fitness, bo ci co chcą, to to robią, ale nie wyobrażam sobie już statycznego życia. Następny będzie rower, tylko czekam, aż mąż mi hamulce naprawi. Obiecał w sobotę. Przy okazji pozdrawiam fanów jazdy na rowerze. Jesteście moją ulubioną grupą ludzi aktywnych :-) PS. Ci co pływają jachtami też są moimi ulubionymi ludźmi aktywności, jak i podróżnicy, ale to ta sama grupa. Ci co są ciągle w ruchu są fantastycznie. No wszyscy, których kojarzę. Serio ;-)
  • I taka moja osobista obserwacja (no wszystko piszę od siebie, ale teraz  tak szczególnie): wszyscy ludzie sukcesu, wszyscy ludzie kreatywni, ale tak naprawdę kreatywni, wszyscy którzy mają niekończącą się prawie energię uprawiają jakiś sport, od pływania, przez tenis, squasha, fitness, jogę, rower, podróże (nie tylko leżenie na leżaku...), każdą wolną chwilę spędzają aktywnie. Ten ruch przekłada się na ich efektywność. Owszem, są wyjątki, które mają to bez grama ruchu, (lub ci z przeciwwskazaniami, chociaż wg mnie to jednak wymówki, na wszystko można znaleźć pasującą do siebie dziedzinę), nie mam też na myśli ludzi bardzo młodych, którzy lecą na silne młodości jako takiej, a mniej więcej osoby w mojej grupie, koło 40tki lub więcej. I też tak chcę :-) I mało kto z nich wygląda na swoje lata. Bez operacji, bez poprawek. To widać też po stylu, po klasie. Po luzie także. Efekty sporej dawki ruchu w życiu, jakiegokolwiek sportu, są widoczne na wiele sposobów. Odpowiednia dieta + sport są najlepszym sposobem na utrzymywanie się w formie. Banał? Jasne. Mhm. Taa. Najważniejsze jest,  że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć. Życie nabiera nowego wymiaru. Bardzo dosłownie. Jak sobie przypominam leniwą (chociaż też z pewnym uzasadnieniem, ale nie będę się tłumaczyć, bo liczy się to, że to przezwyciężyłam ;-) jednak mnie sprzed roku, a patrzę na siebie teraz, to dzisiejszą siebie kocham jeszcze bardziej. I upływ czasu pozostawiam peselowi. Mnie to specjalnie nie obchodzi ;-)

A na koniec z uśmiechem, ja naprawdę ćwiczę wszędzie :-)



Jeśli ktoś jest z natury zwyczajnie leniwy, to niech sobie będzie, ale mi o tym nie pisze nawet. Lenistwo jest nudne. Rusz się ;-)

Polecam też ten tekst

24.7.12

W góry, w morze, w dal...

Jesteśmy w trakcie planowania wyjazdu ze znajomymi. Bieszczady. Ostatni raz byłam w górach z babcią. Miałam może 5 lat. Szczawnica była jej ulubionym miejscem. Stąd zabierała mnie w góry. Do dziś pamiętam, jak się pluskałam w strumieniach, skakałam po kamieniach, uważałam że świat to Polska i Czechosłowacja i na tym koniec. Babcia obwiozła mnie pociągami po połowie Polski. Mam wielki sentyment do kuszetek i turkotu kół pociągu. Strasznie to lubiłam. Kuszetką też nie jechałam od dzieciństwa. Moja babcia była cudowną kobietą, dziś mam na szczęście chociaż dziadka, który ciągle musztruje mnie jak małe dziecko. Pocieszne to jest. 

Wybór padł na Bieszczady, bo tak. Znajomi są wprawnymi górołazami i czasami ich opowieści mrożą mi krew w żyłach. W Bieszczadach mi to nie grozi :-)

Poza marzeniem (jednym z wielu, no jasne) odwiedzenia Barcelony, znajomy spowodował we mnie tęsknotę za rejsem. Takim: http://yachtandadventures.wordpress.com/ i z tymi ludźmi. Jeszcze nie wiem kiedy dokładnie, ale jest na szczycie listy.

Jak sobie wyobrażam swój początkowy strach, ponieważ nie umiem pływać, jak sobie myślę, jak ten strach powoli znika (bo ile można się bać? :-) i w końcu wygrywa z nim ciekawość, jak sobie wyobrażam sam rejs, wyjście z kajuty na otwartym morzu i coraz swobodniejsze poruszanie się po pokładzie, ba nawet wspóudział w wykonywaniu typowych dla załogi działań, ale co ważne, to świadomość, że płynie się z doświadczoną ekipą, której się mogę grzecznie poddać. Będąc na co dzień organizatorem, spinaczem i ogarniaczem sytuacji, uwielbiam czas, gdy to ktoś myśli za mnie. Staję się potulna i uległa. To jest ta równowaga. Wracając... jak sobie myślę o sztormach, ale też o widoku horyzontu i o tych zachodach słońca i potem wpływanie do portów, wychodzenie na ląd i chodzenie po miastach i miasteczkach i wioskach i co rusz inny krajobraz i inne miejsce i znowu morze i o rany. Znów nie zasnę :-)

Najpierw jednak dopinam rozpoczęte projekty zawodowe. Są dla mnie nie mniej ważne. No i jeszcze Bieszczady. O tym też jednak marzę od dawna i chociaż niecwiem czy dam radę, to chcę bardzo to zrobić i zaliczyć jakiś szlak. Jestem głodna widoków, krajobrazów zapierających dech. Wrażeń, wzruszeń i emocji z nowego.

Wreszcie znowu się zbliża. No przechodzi dreszcz :-) 

(O) prawie w sieci

Gdy byłam uczennicą, to nauczono mnie, że przytaczając na piśmie czyjeś słowa używa się cytatu, bądź otwierało się zdanie słowem "cytuję". Nawiązując blisko do czyjeś wypowiedzi używało się zwrotu "parafrazując". Internet spowodował coś takiego, że ludzie z czasem przestali się odnosić do tych technik. Przestało to być praktykowane, a tym samym sieć opanował niepisany zwyczaj kopiowania treści. Niektórzy podają źródła, odnoszą się do słów autora, inni zupełnie nie widzą takiej potrzeby. Znak czasów? 

 Kilka blogerek w tym White Plate   znalazło w przytoczonej książce własne przepisy. Jedna ze znajomych blogerek zobaczyła reklamę łudząco podobną do jej notki, w której zawarła pomysł odniesienia zachowań ze świata zwierząt do zachowań w tramwaju. Zbieg okoliczności (?) Może tak, może nie. Tylko autorka bloga będzie się nad tym nieskończenie zastanawiała. Pewności nie będzie miała nigdy. Co za problem zastosować zgrabny zabieg wykorzystania samego pomysłu? Żaden. Udowodnienie tego jest już akrobacją na miarę najwyższej klasy prawników, a i tak nie wiem, na ile jest do udowodnienia. Wymyślenie tego zawodowo zajmuje niektórym sporo czasu, sieć MOŻE być doskonałym źródłem inspiracji. Nie oskarżam, bo nie mam dowodów, ale złe jest, że tak może być. Jeśli by tak było, a ten ktoś nie skontaktował się z autorką... No właśnie.

Wieki temu, gdy wszystkich blogów było mało, dostałam linka, do bloga stanowiącego dosłowną kopię mojego innego bloga. Nie wiedziałam co zrobić. Znajomy bloger podpowiedział, żeby zgłosiła to administratorowi. Kontakt z administratorami platformy spowodował szybkie usunięcie tegoż bloga. Innym razem dostałam propozycję darmowej ekranizacji tamtego z bloga z hasłem "jak coś z tego wyjdzie, to wrócimy do tematu". Zamarłam. Cichy sprzeciw, bo na dobrą sprawę wiedziałam, że w razie czego nie chcę wojny. Dobrze, że temat sam umarł, bo pierwszy odcinek pokazał mi, że tamci ludzie zupełnie nie poczuli mojego bloga. Stwierdziłam, że ten świat nie jest dla mnie, ja chcę spokojnie pisać bloga i nie mieszać się w media. Znowu poratował mnie znajomy bloger pomagając mi pozbierać myśli. Nie chciałam tego więcej przeżywać. Za takimi propozycjami stoi mnóstwo niejasności. Każde niedopatrzenie może być szkodliwe. Jeśli to nie jest nasz cel, jeśli się do tego nie przygotowujemy, nie spodziewamy, możemy zaznać niezłego szoku. Wielokrotnie można nie wiedzieć, jak się zachować. W realu poruszamy się również wg zasad, jednak mając doświadczenie, znamy potrzebne nam przepisy, normy, ograniczenia, konsekwencje. W sieci nie.

Sieć. Prawa autorskie. Dostępność? Przecież to tylko blog, treść ogólnodostępna?


Rozmawiałam dziś z przyjaciółką o tym, poruszając temat głównie pod kątem kradzieży przepisów do wspomnianej książki. Sprawa jest prosta.
Wydawałoby się. Owszem, zakładając pójście na wojnę, stracą jednak obie strony. I tak jest za każdym razem. Brakuje w Polsce, w wielu dziedzinach kultury mediacji. Czasami najprostsze rozwiązania bywają najgorsze, najbardziej kosztowne i niekonstruktywne. Bez doświadczenia, bez praktyki, bez pewności posunięć, bez przewidywalności ruchów każdy patrzy, żeby nie zginąć/ żeby wygrać. To dla mnie furia niedoświadczenia wojownika.

Ja mimo lat blogowania nie "czuję" w sieci niektórych mechanizmów, dlatego też podziwiam blogerów, którzy potrafią poruszać się i w sieci i w świecie realnym, łącząc je z gracją baletnicy. Dla mnie mimo wszystko to ciągle dwa odrębne światy. Jestem mentalnie starej daty i mi to odpowiada. Sieć ma dla mnie nadal za dużo niezrozumiałych mechanizmów, które po prostu funkcjonują, a mi się nasuwa pytanie "ale jak?" albo "ale dlaczego?". Podejrzewam, że są one niezrozumiałe dla wielu, bardzo wielu osób, które zupełnie unikają internetu poza czytaniem wiadomości. Jak na ironię ponad 90% moich znajomych nie rozmawia o świecie wirtualnym. Zupełnie. Słowo blog czy facebook nie funkcjonuje w rozmowach. Owszem, w zakresie marketingowym, zawodowym, tak, ale nie dalej. Pewnie w wielu środowiskach jest zupełnie inaczej. Łączenie światów jest nadal dziwne, chociaż podobno internet jest wszechmocny. Może będzie. Może nie. Może zawsze pozostanie spora grupa ludzi, którzy uważają to za stratę czasu.

Internet zmienia jednak kulturę. Etykę. Niby oczywiste, ale z drugiej strony... Często zdarza mi się widzieć słowa czy rzeczy, których wolałabym nie zobaczyć. Nie chodzi o wrażliwość, chodzi o estetykę. O poziom wypowiedzi czy jakość ogólnie ujętej grafiki. Jestem starym pokoleniem. Jestem niezmiennie bardziej obserwatorem niż czynnym uczestnikiem i to mi odpowiada. I zawsze mogę po prostu zamknąć stronę.
Patrząc na takie sytuacje, gdy jednak ktoś kradnie treści z sieci, gdy bezkarnie traktuje blogi jak źródło darmowej treści, to nie mogę tego zrozumieć. Jak napisałam na początku. Mam ciągle dysonans. Jak i kiedy to się stało, że autor przestaje być szanowany? Jak to się stało, że pisząc w sieci, jakieś bardzo osobiste wnioski, przemyślenia, słowa, zdania, czy przepisy, które wymagały jak wszystko dopracowania, poświęcenia czasu, ktoś bezkarnie i przede wszystkim bezwstydnie wchodzi i to sobie bierze? Jak to sobie tłumaczy? Jak tłumaczy to sobie publikując to w książce, w druku, podpisując się pod tym? Zanika kultura szacunku dla autorstwa w wielu dziedzinach. Kradzieże z blogów, pobieranie wszystkiego z sieci, bazy zdjęć, czy grafik, które zabijają fotografię prasową, przerabianie oryginałów. Sieć nie jest szanowna, a jednocześnie wiele się na niej opiera, z niej wypłynęło. Czy to dobrze? Czy źle? Czy tak powinno być? Czy kogokolwiek to powinno zastanawiać? Internet jest tak skarbnicą wiedzy, treści, relacji jak i śmietnikiem słów, wysypiskiem zachowań (wyzwisk, chamstwa, agresji), które kiedyś nie miałyby szansy przejść niezauważone, nie miałyby szansy zaistnieć. W niekontrolowanym tłumie nikną.

Wracając do tematu kradzionych przepisów. Moja przyjaciółka uważa, że sprawa jest prosta: wycofanie książki z druku. A dla mnie tu właśnie zaczyna się smutna strona tej historii.  Same przepisy są przecież warte "podania dalej". Problemem stała się forma przekazania. Gdyby doszło do mediacji, to na pewno jest kilka rozwiązań: oczywiście wspomniane wycofanie z druku, ale i inne - dopisanie autorów przepisów do listy współtwórców. Dziwi mnie zachowanie autorki książki: przecież mogła się zwrócić do blogerek z propozycją wspólnego projektu. Pod jej nazwiskiem książka ma szansę na większą sprzedaż, natomiast blogerki zaistniałyby w świadomości czytelniczek. Kwestia rozliczenia? No to jest coś, na czym się zupełnie przy tego typu sprawach nie znam i nie mam nawet pomysłu. Jednak istotą jest dla mnie podejście do samej sprawy. Inna rzecz, że tak naprawdę bloger pozostaje bezbronny w obliczu takich zachowań. Bo co może zrobić? Oddać sprawę do prawnika. Jasne. A kogo na to stać, bo dobry adwokat to wydatek rzędu kilku tysięcy? A ilu adwokatów i sędziów ma doświadczenie w tego typu sprawach? Dobry adwokat zbuduje linię obrony czy oskarżenia w niewiadomy sposób, to jasne, jednak jakie są praktyki odnośnie sieci? I co najważniejsze: dlaczego, zakładając bloga, ktoś ma się martwić, czy ktoś inny nie ukradnie efektów jego pracy, albo jego słów, tylko dlatego że są ogólnie dostępne? Dlaczego ma się wgłębiać w coś, co jest tak naprawdę zupełnie niedopracowane (czyli praktykę etyczną) i nie można po prostu sięgnąć do kodeksu czy ustawy bądź komentarzy, żeby wiedzieć, po czym się porusza? Gdyby zdobycie prawa jazdy i jazda samochodem wiązała się z tak niejasnymi zasadami, jak życie w sieci, to byłby niezły kocioł. Ludzie marząc o powodzeniu, o popularności, o zarobku uskuteczniają zupełną jazdę bez trzymanki. 

Sieć. Niezmiennie błogosławieństwo i przekleństwo. 

Prawa autorskie. To ładnie brzmi. Niech jeszcze będzie w końcu poważnie traktowane. Trochę szacunku. To jest jeden ze skutków tego pędu, w tym mediów. Przemiał, przerzut, za chwilę i tak wszyscy zapomną. Bez względu na efekt poszczególnych bitew, chociaż niektóre nie powinny mieć miejsca. Tak jak kiedyś pisałam, sieć jest nowo odkrytą ziemią, na której jak widać ciągle trwają średniowieczne wojny o teren. Szkoda, że czasami też takimi metodami. Szkoda, że niektóre zasady odchodzą miejscami w niepamięć. Pisanie bloga jest taką samą sztuką (nie chodzi o efekt) jak każda inna. To, że ktoś decyduje się na pisanie w sieci, powinno go jednak chronić przez kradzieżą. Bloger nie założy krat, alarmu i blokad. Pozostaje bezbronny w tłumie. Ciągle. ma obiektywnie niewielkie szanse na ochronę praw autorskich. Wykorzystywanie tego przez innych, zamiast współpracy, unikanie cytowania, podkradanie treści czy pomysłów, jest nadal objawem małej dojrzałości, a jeszcze mniejszego ego. Obserwowanie tego u dorosłych ludzi, jest żenujące. To ciągle furia niedoświadczenia wojownika. Kolejna sfera, której jestem ciekawa za kilka lat. Na dziś blogerzy są chyba po prostu w miarę bezbronni i to jest niedobre. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Ale zmian wymaga w tym względzie tak wiele obszarów z zachowaniami w realu włącznie, tak wiele dobrej woli i dobrych praktyk, że głowa może rozboleć.

Tak, wiem. Jestem starej daty i do tego idealistka. I dobrze. Jako propagatorka mediacji nie mogłabym być inna. Świat mógłby dojrzeć w końcu do konstruktywnych rozwiązań.

23.7.12

Medycyna konwencjonalna kontra naturalna



Dyskusjom na temat wyższości jednej szkoły nad drugą nie ma końca. Dylematu nie ma oczywiście przy: stomatologii, chirurgii urazowej, chorobach bakteryjnych itp. Polacy podobno na okrągło rozmawiają o chorobach, lekarzach, ale właściwie nie można się dziwić, słuchając opowieści o nietrafnych diagnozach, powikłaniach, czasami prawie eksperymentach, o poczuciu bycia oszukanym, o nierzetelności lekarzy, o naciąganiu przez szarlatanów od medycyny naturalnej. Wybór bywa bardzo trudny. Gdyby medycyna konwencjonalna była 100% skuteczna, gdyby nie zdarzały się błędy, powikłania, błędne diagnozy, nie byłoby tematu. 

Wg mnie największym problemem jest fakt, że medycyny te ze sobą rywalizują, a nie współpracują. Nie interesuje mnie kwestia koncernów farmaceutycznych. Jestem natomiast pewna, że ludzie chcą być zdrowi. Nie chcą chorować, a jeśli się to zdarza, to chcą szybko wrócić do zdrowia, lub do normalnego funkcjonowania. Gdyby któraś z tych medycyn była skuteczniejsza, to po prostu by wygrywała. Zwykłe prawo popytu i podaży.
I może tak jest. Jednak nigdy tego nie sprawdzimy, ze względu właśnie na czynniki, na które nie mamy wpływu:
- poziom wiedzy i kompetencji lekarza, dobierane metody diagnozowania i leczenia
- poziom wiedzy i kompetencji „znachora” i dobierane metody diagnozowania i leczenia.

Dla mnie ten spór jest sztuczny. W jednej i drugiej grupie zdarzają się osoby z wiedzą i doświadczeniem dokonujących "cudów". Jedne i drugie metody mogą i będą raz lepsze, raz gorsze. Trzeba trochę zmienić punkt wyjścia.

W naszych czasach nie można opierać się na jednej z nich. Szczególnie teraz należy kierować się zdrowym rozsądkiem. Gdy coś się dzieje, odwiedzić kilku lekarzy, ale też skierować się do naprawdę sprawdzonego znawcy medycyny naturalnej. Krytycznie wypytać jednych i drugich. Nie godzić się ślepo na metody, których nie rozumiemy. Bądźmy bardzo, ale to bardzo krytyczni. Dociekliwi. To nasz obowiązek, jeśli chcemy sobie pomóc.

Po latach zmagania się z jednymi i drugimi, po poznaniu i fantastycznych lekarzy i adeptów medycyny naturalnej, ale też ludzi w obu grupach wykazujących się potężnymi brakami w wiedzy, które szkodzą, a w najlepszym wypadku nie pomagają, wiem jedno: będąc krytycznym zaoszczędzamy sobie mnóstwo czasu i pieniędzy. Nie leczmy się sami, chodźmy na okresowe badania, wiedzmy, co się dzieje z nami i naszymi bliskimi, ale nie zgadzajmy się ślepo na wszystko, co się nam proponuje. Mądry lekarz odeśle w razie konieczności do specjalisty medycyny naturalnej, mądry specjalista medycyny naturalnej odeśle do lekarza. Rzadko, bo rzadko, ale można takich spotkać.

PS. Nie uznaję samo diagnozowania i samo leczenia czegoś więcej niż kac. Jeśli ktoś nie jest hipochondrykiem, to (nie)chorując na coś raz na jakiś czas powinien iść się przebadać. Dla spokoju. Najlepiej po prostu nie chorować, a to znaczy zapobiegać. Dobry specjalista wytłumaczy jak to osiągać. Podobno świadomość tego, to kwestia wieku i w młodości się o tym nie myśli. Jak patrzę na problemy zdrowotne moich obecnych rówieśników, to niestety się z tym zgadzam. Ignorancja dla zdrowego życia (ale bez obsesji!) się odezwie. Podpieranie się wyjątkami (w jedną i drugą stronę) nie zmienia tego faktu. O ile rozumiem rozgoryczenie niektórych ludzi, którzy się zawiedli na „leczeniu”, o tyle nie rozumiem próby zastąpienia sobie lekarza a już zupełnie przypisywania sobie chorób innych ludzi. Nie zajmując się tym latami, nie mając doświadczenia po prostu się wygłupiamy. Trochę pokory i zaufania do tych, którzy się tym naprawdę nieustannie zajmują i mają do tego doświadczenie. Wystarczy ich znaleźć.

Jak mawia mój kolega: zdrowia życzę  ;-)  
 
Ja osobiście polecam w ciemno i  bez wskazań leczniczych (bo się na tym nie znam) akupresurę i masaże. Działają cuda. Nawet na samopoczucie. Świetnie jest raz w tygodniu dać się porządnie wymasować. I nie słyszałam też, żeby ktokolwiek na to narzekał, a korzysta z tego coraz więcej osób. I słusznie. Samo pozytywne nastawienie do własnego zdrowia to podstawa ;-)   

22.7.12

Slow it down

Slow. Kocham to słowo. Każdego dnia należy znaleźć czas na celebrowanie chwili. Każdego dnia jest moment, który można celebrować. Każdego. Kilka minut, albo więcej, na których można się skupić w 100% i je kontemplować. Najfajniej robi się to w pojedynkę, ale w parze bądź czasami w większej grupie jest to też spokojnie możliwe. Wystarczy trafić na takich, którzy to potrafią lub chcą się nauczyć. Celebrowanie chwili ma jedną zasadę: zauważać każdy szczegół, odbierać wszystkimi zmysłami, to z czym mamy do czynienia. Nie ważne gdzie się jest i co robi. To perfekcjonizm percepcji. Często przeżywając to zdarza mi się słyszeć "na co ty tak patrzysz, w co się tak wczuwasz, o co chodzi? Przecież to tylko....". Nie. Właśnie nie jest to tylko. To aż. Zatrzymaj myśli, wyłącz się i czuj, patrz, zobacz, usłysz, poczuj. Zostaw powierzchowność i wejdź w to. Zwolnij.  Jeśli nie umiesz, nie chcesz, to umyka ci istota życia, nie zauważasz tego, co możesz zobaczyć, przeżyć tylko w danej chwili, a te wyjątkowe przeżycia składają się na całość tego, co kreuje nas.

Tylko dzięki temu nie jest się sztucznym tworem, nieautentycznym. Kopią, powieleniem wielu, produktem cudzych projekcji. A to jest kwintesencja bycia slow, życia slow life. Jeśli nie chcesz tego zrozumieć, chcesz taplać się w płyciźnie bodźców narzucanych przez lepszych (skuteczniejszych) od ciebie, proszę. Będziesz nudny. Dla siebie też. Stąd się bierze ten pęd, ta gonitwa własnego ogona. Przypominają mi się słowa (nie znam autora), że człowiek jest jak chomik w kołowrotku. Wystarczy?

Uprzedzam jednak, jak zaczniesz dostrzegać, tak naprawdę odbierać własnymi zmysłami, budować własne myśli, skojarzenia, tok myślenia wyróżniający cię, to jesteś stracony. Nie będziesz umiał przestać, człowieku, bo to będzie jak odkrycie nowej planety. Slow life nie pozwala na odwrót. Już go nie chcesz.


Jestem pewna, że życie w pędzie, w pogoni, w ciągłym niedorzecznym niedoczasie jest doskonałą wymówką. Udawanie przed samym sobą, że coś tam jest tak bardzo ważne, że lista planów, zapisany kalendarz, że terminy, że jutro... wszystko to wymówki. Pewnie, że to jest ważne, przecież slow life nie mówi "przestań żyć, przestań mieć plany, aspiracje i skup się na zachodzącym słońcu". Slow life mówi, żeby w całym planie zawsze znajdować czas na celebrację. Wyjazd służbowy? Świetnie. Załatw co jest do załatwienia i umów się z klientem/ kimś znajomym/ albo idź sam. Zobacz miasto w nieznany ci sposób, nieopisywany w przewodnikach, ale miejsc polecanych też nie ignoruj. Bycie w Paryżu i niezobaczenie wieży Eiffla? No można. Być w Trójmieście i nie zobaczyć morza? Też można. Poczucie niedosytu nie da ci spokoju. Nie trać okazji, bo może się nie powtórzyć. 

Wspomnienie. Monachium. Największe targi branżowe w Europie. Tydzień spotkań, kontaktów, rozmów. Tempo zawrotne, tonowane wieczornym kolacyjnym chilloutem w restauracjach. Niemcy mają dobre wino (naprawdę, ale ja jako koneserka win wytrawnych rzadko trafiam na jakieś wybornie niedobre) i jedzenie. Może i tłustawe (ale jaka ma być kaczka? ;-), ale po takim dniu dobrze to nam robiło. Uciekanie od tłuszczu jest niezbyt mądrym pomysłem. Oczywiście tłuszcz tłuszczowi nie równy, ale o tym innym razem. 

Ostatniego wieczoru, gdy wszyscy postanowili po prostu odpocząć, przed lotem następnego dnia, o barbarzyńskiej porze (bodajże o 8-ej), ja z kolegą spontanicznie zdecydowaliśmy się na poznanie miasta. Całe szczęście kolega okazał się mieć podobne podejście do zwiedzania jak ja. Wsiadaliśmy do metra na różnych stacjach i wysiadaliśmy na przypadkowych stacjach. Wychodziliśmy na górę i chodziliśmy, aż trafialiśmy na kolejną stację metra. Spacerując poznaliśmy różne odcienie miasta. To było fantastyczne. Całe szczęście mamy podobny sposób patrzenia na świat, zatrzymywały nas podobne rzeczy, miejsca, gra światłocieni, ludzie, klimaty, miny, wyraz oczu, gesty. Nikt nikogo nie poganiał. Było i ciekawie i bez pośpiechu. Zmęczeni jeżdżeniem i chodzeniem, na koniec poszukaliśmy prezentów dla bliskich i usiedliśmy w kawiarni. Kilka lat później dowiedziałam się, że był to Starbucks, bo mam logo na kubku termicznym, który tam kupiłam. Dla mnie ten kubek to sentyment. 

Uwielbiam ludzi, którzy bezproblemowo podchodzą do takich sytuacji, prywatnie poza wieloma zdjęciami przywiozłam ze sobą wspomnienie fajnego wieczoru z dobrym kolegą. To ten typ mężczyzny, który potrafi mieć normalną relację z kobietą. Bezcenne :-) Takich ludzi jest sporo, potrafią budować fajne relacje nie dzieląc ludzi wg płci. Mimo, że ich życie jest diametralnie inne od mojego, mimo, że wiele nas różni, to jest ten wspólny mianownik, który łączy. Umiejętność celebrowania chwili. Przez czas, gdy jesteśmy razem, odbieramy na tych samych falach. Oni też potrafią się wyłączyć i brać w danym momencie to, co najlepsze. Na co dzień prawie każdy z nas zajęty jest swoim światem, sprawami, planami, działa na wielu polach i w wielu rolach na raz. To jest fajne, ważne i potrzebne, żyjmy, rozwijajmy się, nie stójmy w miejscu, ale codziennie powinna być chwila, gdy czas się zatrzymuje. Może to być zachwyt układem chmur wokół zachodzącego słońca, rozczulenie nad śpiącym zwierzakiem, przytulenie do partnera w milczeniu i rozkoszowanie się bijącym od niego ciepłem, może być zwolnienie kroku i popatrzenie na zakochaną parę, albo chwila ciekawej rozmowy. Cokolwiek, co zatrzyma nasze myśli. Te przerywniki dają smak wszystkiemu, co jest potem i co było przedtem.

Slow it down i skup się na chwili. Właśnie teraz. Spójrz za okno, spójrz na niebo, weź głęboki oddech, wyłącz myśli i się uśmiechnij. To ta chwila.  Gdziekolwiek jesteś.

Czasami znajomi się uśmiechają (gdy dopada mnie to przy nich), że "łapię swój film". Tak. Dokładnie. Ja strasznie nie lubię poczucia żalu w życiu, a przepuszczanie okazji, szczególnie skupienia uwagi na tym, co dzieje się właśnie teraz i może się nie powtórzyć, jest dla mnie na szczycie listy. Kocham mieć świadomość, że życie składa się z niepowtarzalnych momentów, rozmów, wydarzeń, ale to bywa tak ulotne, że łatwe do przegapienia. Pędząc nie widzi się wiele. Skupienie na celu, do którego droga jest prosta jak autostrada nocą, nie doceniając samej drogi? Nie. To nie ma nic wspólnego ze slow life. To bieg chomika w kołowrotku. Nuda. Jaki nie byłby cel. To jest po prostu nudne. Pędzący o tym też wiedzą, dlatego są nieszczęśliwi, sfrustrowani, marudni, zmęczeni. I oczywiście są też przekonani o słuszności własnej drogi.

Ważne jest to, co czujemy patrząc sobie w oczy w lustrze. I co? Co czujesz patrząc w lustro?


Slow it down.


18.7.12

Za 100 lat, poczuj to

Mam w życiu tak, że wiele zaczyna mnie nudzić. I to szybko. Jak coś zaczynam ogarniać, poznawać, to zawsze dochodzę do punktu, że mi się to zaczyna przejadać. Muszę czuć fascynację. Dopóki jej nie nasycę, dopóty jest dobrze. Dopóki nie poznam czegoś za dokładnie, dopóki to się ciągle rozwija, zmienia, zaskakuje mnie, dopóty jest dobrze. Jednak przeważnie dochodzę do punktu zero. Już nic mnie w tym czymś nie zaskoczy, nie zaintryguje. Lubię wszystko, co dopiero kiełkuje, powstaje, kształtuje się. M.in. dlatego kocham moją pracę. Mam szczęście obcować z instruktorami, projektantami, twórcami, z ludźmi z całego świata. W pewien sposób jestem przy kształtowaniu się nowej myśli. Fascynuje mnie to, dlatego też moja praca nie ma szansy mi się znudzić. Spektrum zadań, skala technologii pochłania mnie w całości. Tu nie ma miejsca na schematyczne myślenie, bo nie ma za bardzo schematów. Ale to jest dla mnie sens życia zawodowego. Taka powinna być praca. To, co jest jednocześnie źródłem dochodu jak i potężnej satysfakcji. 


13.7.12

Poczekaj

Nic nie potrafi zaskoczyć tak, jak inny człowiek.

Wystarczy czas i okoliczności. Bardzo często miewam tak z ludźmi, którzy mają złą opinię, albo opinię buraków. Z nimi wszystko jest możliwe. Oni naprawdę potrafią zaskoczyć. Właściwie tylko dobrze, bo przecież dobrego nikt się po nich nie spodziewa. Setki razy w życiu miałam okazję przekonać się, że oni miewają w sobie więcej dobra, niż ludzie oceniani powszechnie jako dobrzy. To właśnie ci dobrzy zaskakują złem. Warto o tym pamiętać, zanim się kogoś zaszufladkuje. Szufladkowanie jest najprostszym sposobem na niepoznanie człowieka, a jednocześnie pozwala się na tworzenie pasującego mu obrazu. Poczekaj. Poznaj. Daj się zaskoczyć. Warto. 

Dziś się o tym przekonałam po raz kolejny. Mężczyzna, nieznośnie przystojny, traktowany jak bożyszcze kobiet, nawet słusznie, bywalec, okazuje się, że najwięcej energii i serca wkłada w edukację dzieci i młodzieży w pewnej dziedzinie. Dzięki niemu, wg mnie, dzieciaki nie lądują na ulicy, natomiast uczą się czegoś i to z pasją. Poświęcają temu każdą wolną chwilę. A on im.

Czy to zmienia jego wizerunek? Niby nie. Dla mnie ten wizerunek jednak jest zupełnie nieistotny i taki pozostanie, bo ja nadal jestem zapatrzona w męża, ale na pewno teraz będę traktować go z pewnym rozczuleniem, chociaż oczywiście widzę w nim też nieznośnie atrakcyjnego faceta i lubię jego obecność, rozmowy i uśmieszki. Fajnych facetów nigdy dość :-) Jednak teraz dodatkowo bardzo to w nim szanuję, że robi, co robi. Wg mnie praca z dziećmi i młodzieżą podszyta zaraźliwą pasją jest czymś nie do przecenienia. Kojarzy mi się z filmem "Stowarzyszenie umarłych poetów". Nie jest sztuką stać się autorytetem-ikoną, sztuką jest obudzenie w dzieciach (i nie tylko) zainteresowania, jakiegokolwiek, czymkolwiek, wszczepienie pasji, pobudzenie wyobraźni, chęci, zapału, ciekawości. Jemu to świetnie wychodzi. Można pomyśleć, że dziewczyny się w nim kochają, chłopacy chcą być jak on. Można. To pewnie też ma gdzieś swoje miejsce, jednak nie zmienia istoty rzeczy: za kilka lat będą o nim myśleć jak o ważnym w swoim życiu człowieku.

Chyba każdy z nas miewa na swojej drodze takich mistrzów, ja ich miałam wielu i dalej kilku mam. Niektórzy pozbywają się z wiekiem potrzeby ich zauważania stawiając na własną nieomylność. To się nazywa starość. 
Dopóki jesteśmy młodzi duchem, dopóty widzimy w innych inspirację i doceniamy, gdy chcą nauczyć nas czegoś nowego. 
Jednocześnie zanim zaszufladkujemy, zostawiamy miejsce na zaskoczenie. Zawsze warto móc zobaczyć człowieka w innym świetle, w różnych okolicznościach. Dopiero wtedy możemy powiedzieć, poczuć, że kogoś znamy. Chociaż trochę. 

I tak strasznie warto dać się zaskoczyć :-) 

Zostaw wiadomość, czyli letnie znikanie

Mamy lato. Lato powoduje w nas potrzebę uwolnienia, spowolnienia, wyluzowania, "wszystko mi wolno", generuje spontany. I bardzo fajnie. Sama latem porzucam potrzebę planowania i w środku nocy łapię ochotę na np. spacer nad morzem o 2-giej w nocy, albo po molo w Sopocie o równie dziwnej porze. To pozostałości z wczesnej młodości, gdy takie spontany stanowiły kwintesencję życia i prowadziły np. do wyjazdu na weekend  z nowo poznanym mężczyzną, albo pozostania na imprezie do rana, chociaż wyszło się na chwilę z domu i od słowa do słowa, od człowieka do człowieka prowadziło to do najdziwniejszych pomysłów, albo wyjazd zagranicę w wyniku chwilowej decyzji, czy też ślub.... Czasami to powinno tak być: pomysł - działanie i tyle. Nie ma czasu na planowanie, ba, nawet nie ma pomysłu, żeby planować. Czasami takie spontany rodzą najcudowniejsze chwile... Co jak co, ale wspomnienia to ja mam naprawdę fajne.

Dziś spontany mnie aż tak nie bawią, bo jako zupełnie wolny, samodzielny człowiek mogę wszystko. Nie mam ograniczeń i ten brak ograniczeń daje luksus możliwości planowania. Kapryszenia. Wybierania. Chociaż najdziwniejsze nocne pomysły uskuteczniam(y) nadal, to inne rzeczy muszą mieć w sobie pierwiastek "nowego", a ja przeżyłam naprawdę wiele i powtarzalność nie ma w sobie tego smaku. Żeby spontan był fajny, musi realizować coś nieznanego. To podstawowa zasada :-)

I zasadę tę znają młodzi ludzie. Czasami też starsi, którzy nie korzystali nigdy z prawa spontanu. No lepiej późno niż wcale. 

Mamy lato. Chce się żyć. Chce się przeżywać przygody, doznawać, poznawać i odkrywać. Chce się czuć wolność. Ja to wszystko rozumiem. Niestety latem też mnóstwo młodych ludzi postanawia to realizować z założeniem "robię co chcę". STOP. Rób, ale zostaw wiadomość. Zostaw kartę na stole, wyślij smsa, zadzwoń. Przeżywaj ten spontan pełną piersią, ale nie pozwól, żeby na miejscu ktoś się o ciebie martwił. Tak samo działa to, gdy jedziesz do kogoś w odwiedziny na parę dni. Gdy już wracasz do domu daj znać, że dojechałeś. Niech dotychczasowy gospodarz nie martwi się o twoją drogę powrotną. Szanujmy to, że ktoś się o nas troszczy, bo to wcale nie jest oczywiste. 

Zawsze, ale to zawsze zostawiaj wiadomość, albo daj znać, gdy już wiesz, że coś się kroi. Nie bądź egoistą, który ma gdzieś cudzą troskę o ciebie. Jedź nawet dookoła świata, jeśli akurat tak ci się wymyśliło, nawet jeśli właśnie zaczynasz nowe życie, w innym mieście i z inną osobą, ale miej na tyle dojrzałości, żeby nie pozostawiać na miejscu kogokolwiek z troską o ciebie. Jeśli mieszkasz z kimś (nieważne, czy to rodzice, czy partner, czy współlokator), nie każ mu martwić się o siebie i zostawiać z myślami "czy powinienem zgłosić na policję zaginięcie?". Pomyśl, gdy ty się dobrze bawisz i przeżywasz jedną z najcudowniejszych przygód życia, ktoś właśnie siedzi na komisariacie i wyobraża sobie czarne scenariusze. Pomyśl, że właśnie komuś psujesz dzień, wieczór, noc, może kilka dni, może lat. Zostaw wiadomość. W jakiejkolwiek formie. 


Zostaw wiadomość i nie każ się nikomu szukać, martwić. Zostaw wiadomość i idź w długą.

Po to jest lato.


11.7.12

Z ukłonem

Czasami słyszymy,  że faceci wolą zołzy. Grzeczne dziewczynki mają gorzej, niegrzeczne robią co chcą, a grzeczne idą do nieba. Farmazony opowiadane jeden za drugim. To ja to sprostuję, bo wiele kobiet robi sobie tym krzywdę.

To nie jest tak,  że trzeba być znienawidzoną heterą, gnębiącą innych (w przypadku szefowej - podwładnych), zadręczać faceta (będąc w związku) wbijając go pod pantofel, być najważniejszą w rodzinie, jeżdżąc po bliskich emocjonalnie ich szantażując, odpychać znajomych udowodniając im swoją wyższość. To jest jedynie droga do zastraszania, zmuszania ludzi do kontaktu ze sobą i nie posiadania żadnych normalnych relacji. Takie egzemplarze zdarzają się i to coraz częściej, za to jestem przekonana, że to wynika ze złej interpretacji wymienionych wyżej "mądrości". 

Mała dygresja. Oglądałam ostatnio film "Mój tydzień z Marylin". Podobał mi się. Michelle Williams świetnie zagrała ikonę. 




9.7.12

Futurologia stosowana - zawód bloger

Niedawno pisałam o tych, którzy piszą blogi dla pisania, gdy blog jest odskocznią.To jest z reguły blogowanie dość prywatne, chociaż pisząc to, już czuję, że to nie do końca właściwa definicja.

Blogosfera stała się dla niektórych sposobem na życie. Nieustannie od lat obserwuję temat głównie z zawodowej ciekawości, ale przede wszystkim z prywatnej sympatii. Właściwie kilka lat temu przewidywałam rozwój wydarzeń, co jednak nie było trudne, bo znam się na tym lepiej, niż na piłce nożnej, w której moje typowania są czystym chciejstwem nie popartym niczym. Jeśli na zachodzie jest to skuteczne od dawna, to nie było powodu, żeby nie stało się również skuteczne u nas.

Bardzo mi się podoba, że kształtuje się grupa blogerów, którzy mają już na tyle wyklarowany pomysł na siebie, że coraz pewniej i skuteczniej potrafią generować z bloga zyski zarówno materialne, jak i w końcu finansowe. Jest to chyba najmłodsza w Polsce grupa zawodowa. Nie można jednak zapomnieć, że chyba wszyscy z nich zaczynali blogować dla przyjemności, czyli jak chyba każdy bloger. Zwiększająca się szybko grupa czytelników jest niezaprzeczalnie dowodem talentu autora. Szeroki zakres tematyki najpopularniejszych blogów dowodzi, że każdy znajdzie coś dla siebie, chociaż to jest ciekawostką, że nie każdy się do tego przyzna, że i jakie blogi czyta.

Może jakieś wydawnictwo wpadnie kiedyś na pomysł wydawania magazynu z materiałami z blogów? Odbiorcami mogliby być zarówno ludzie, którzy nie chcą wnikać w blogosferę, jak i czytelnicy blogów, którzy chcą poznawać nowych autorów. Namiastkę tego widać już czasami np. u Kominka, który pisze felietony dla magazynów, umieszczając je z dużym opóźnieniem na blogu jako notkę. Chociaż Kominek jest bardzo specyficzny. On jest raczej kameleonem blogosfery już chociażby przez fakt prowadzenia 2 czy 3 blogów o zupełnie rozbieżnej tematyce i charakterze pisania. Z reguły bloger koncentruje się na jednej stronie. Można go znaleźć pod jednym adresem. Przynajmniej pod tą znaną i rozpoznawalną marką.

Często kartkując magazyny widuję znajome twarze blogerów, ba miłą niespodzianką była reklama warsztatów blogerki Whitplate http://whiteplate.blogspot.com/ w magazynie SLOW. Coraz częściej widuje się blogerów w telewizji, czyta o nich w magazynach drukowanych. I świetnie. Wspomniany Kominek prowadzi szkolenia, pisze książkę - bodajże poradnik dla blogerów. Natalia Hatalska http://hatalska.com/ jest poważaną autorką i o ile dobrze pamiętam również pisuje do branżowych magazynów. Gdy słucham Doroty z Pozytywnej Kuchni, to podziwiam jej profesjonalizm, ale najbardziej ciągłe samodoskonalenie, rozwijanie technik. Z innej beczki - przesympatyczni Lekkostronniczy są talentem dość świeżo odkrytym przez internet, a jednak z wielkim powodzeniem idą jak burza i ciągle zdobywają nowych fanów. Wielu blogerów i blogerki ma doświadczenie wyniesione z okresu zanim zdecydowali się pozostawić bezpieczne gniazda etatu, bądź standardowej współpracy jako wolni strzelcy. Wielu zaczyna bez konieczności rzucania czegokolwiek, bo byli na to za młodzi, zaczynając np. na studiach. Scenariusze są różne. Efekt widzę ten sam - robią to co lubią i wyłącznie sami określają reguły i zasady, wg których współpracują z innymi. Na własną odpowiedzialność, co ma znaczenie zarówno marketingowe jak i prawne. Bloger nie zrzuci odpowiedzialności na nikogo, bo za własnymi słowami przeważnie stoi sam. Są zarówno jego świadectwem jak i etykietą.
Z drugiej strony blogowanie daje im pewien rodzaj wolności, której nie da już nawet standardowa własna działalność w standardowych zawodach wolnych strzelców.  

Naprawdę mnie to cieszy, bo ci ludzie podchodzą do tego co robią z pełnym zaangażowaniem, jakiego może sobie życzyć każdy zleceniodawca lub pracodawca u pracownika. To dopiero początki, ale mam nadzieję, że dobrego. 

Lubię czasami trafić na wywiad z blogerami. Lubię słuchać, czytać o ich pasji. Każdy mówi inaczej, bo każdy blog ma też inny charakter. Mało kto jednak dostrzega, że bycie profesjonalnym blogerem oznacza życie blogiem prawie 24h na dobę. Blogerzy nie traktują tego jednak jako pracy. Oni żyją kolejnym tekstem, projektem, pomysłem, myślą nad budowaniem marki, którą bardzo świadomie budują blogiem, myślą nad sposobem przeprowadzenia kampanii ze sponsorem i nad czym tylko myśli ktoś z pasją. Oni, ci naprawdę profesjonalni, nie pozwolą sobie na amatorszczyznę. Będą dbać zarówno o siebie, o sponsora i o czytelnika. To nie jest oczywiste i proste, a jestem przekonana, że bardzo czasochłonne. Wiele osób zakładając bloga myśli o nim w kategoriach zysku. Czasami widzę takie blogi. One umierają najszybciej. Blog, jak wszystko, wymaga talentu i serca. Jeśli ma być skierowany na sukces, wymaga też rozumu i wiedzy i planu (wcześniej czy później), ale też elastyczności. Jak każde przedsięwzięcie. Można rozwinąć dobry pomysł, można go spalić, można go nie wykorzystać. Bloger jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem, bo końcem końców to on zawsze odpowiada za swojego bloga. I to bez względu na skalę. Ci, którzy firmują bloga imiennie, tworzą jednocześnie element swojego port folio. To jest ich narzędzie i dowód. Dlatego tylko najlepsi się w tym znajdują. Czytając o złych doświadczeniach blogerów z marketingowcami, bądź odwrotnie, czytamy o braku doświadczenia i wiedzy obu stron. Nie stosuję tu taryfy ulgowej dla żadnej strony. Profesjonaliści nie dopuszczą do takich sytuacji. Jedna i druga strona wie, jak zapobiegać katastrofom wizerunkowym. Ponieważ jednak dziedzina jest zbyt świeża, nikt nie nauczy się niczego o tym ani na studiach, ani nawet od innych, pozostaje wypracowywanie standardów i wzorowanie się na najlepszych. Po efektach widać skuteczność i słuszność rozwiązań, ale jak widać, to wszystko się rozwija. 

Celnie opisał temat relacji marketingu z blogerami Jacek Gadzinowski http://gadzinowski.pl/klawe-jest-zycie-blogera/

Marketingowcy nie dostrzegają jeszcze za bardzo (chyba) jednej, ale najistotniejszej chyba sprawy: blogi zastępują marketing szeptany. Polecenie blogera staje się równoznaczne z poleceniem najlepszej przyjaciółki. Opinia blogera bywa ważniejsza niż opinia eksperta.
Żyjemy w dobie internetu, który ma jedną, najważniejszą przewagę nad pozostałymi mediami - pozwala na interakcję. Błyskawiczną. To ma swoje plusy i minusy, co wymaga nowych umiejętności, albo raczej rozwinięcia i dostosowania starych. Blogerzy to wiedzą i czują. I korzystają z tychże. 



Co ma slow life do blogowania? Wiele. Zakładając, że ktoś chce żyć z blogowania (czego życzę, jeśli jest to jego marzeniem), to może założyć, że staje się to możliwe już w Polsce, więc można o tym marzyć tak jak o zostaniu projektantem mody, czy pisarzem. Bloger jest człowiekiem z pasją, robiącym świetnie to, co lubi, kreatywnym, otwartym, potrafiącym bardzo świadomie wykorzystywać swój talent, opierając na nim bloga, ale też ciągle się rozwijać. Blogerów cechuje to, że potrafią żyć najbardziej w zgodzie ze sobą, jak się tylko da, przy tym wiedzą, czego chcą. Tak jak podziwiam pasjonatów w każdej dziedzinie, branży, począwszy od zawodów zaufania publicznego, po  wszystkich, którzy mnie zachwycają, barystów najwyższej klasy, siatkarzy, którzy dziś zdobyli mistrzostwo (kapelusze z głów, Panowie! :), tak jak podziwiam moją ciocię malarkę, która godzinami, tygodniami potrafi dopracowywać jeden obraz, tak jak podziwiam każdego, kto robi coś z pasją i potrafi postawić na to swoje życie. To dość wysoka cena, bo niejednokrotnie okupiona w jakimś stopniu życiem prywatnym. Bardzo wiele blogów kształtuje się właśnie dzięki pasji autorów tworzących blogi tematyczne. Osób piszących o tym, co je fascynuje, a żeby pisać muszą poświęcać temu czas i myśli. Właściwie już nie tylko piszących, ale również vlogujących, fotoblogujących, rysujących komiksy itd.

Niedawno przeczytałam, że Blog Forum Gdańsk 2012 odbędzie się na gdańskim stadionie PGE ARENA. Jeśli ktoś ma bloga, to serdecznie polecam zgłoszenie się. Blog Forum jest świetną okazją do poznania innych blogerów, tych znanych i tych nierozpoznawalnych, chociaż nie wiem, czy rozpoznawalność jest tak ważna. Na pewno autorów blogów ciekawych. Blog forum ma klimat, który pozwala poczuć, czym jest blogosfera i dlaczego nie da się jej zdefiniować, zaszufladkować. Blogerzy są jak żywe srebro. Są rtęcią sieci. Każda próba zdefiniowania ich kończy się tym, że uciekają spod palców. Warto zobaczyć to na żywo i poczuć się częścią.
 
Ciekawe, czy już dziś, jakieś dziecko marzy o byciu blogerem, tak jak marzy się o byciu piłkarzem czy strażakiem, albo baletnicą.
Pewnie tak. To znak czasów.
Czyż to nie piękne?  

I ciekawe, bardzo bardzo ciekawe, co będą dzisiejsi znani blogerzy mówić za 10-20 lat, co się będzie mówić o nich. Mam nadzieję móc to sprawdzić i porównać z odczuciami z dziś, bo wg mnie blogowanie to tylko początek dla wielu. Ilu z nich go wykorzysta i w jaki sposób? Ciężko powiedzieć, bo w Polsce jeszcze nie ma takich jeszcze długodystansowców. Czy będą markami na miarę Marty Stewart? Czy każdy z nich wykorzysta swój czas? Ilu odpadnie? Ilu będzie rozpoznawalnych na świecie? Ilu z nich będzie wykładać na uczelniach? Ilu w końcu zostanie w kraju, a ilu rozwinie skrzydła na świat? Ilu porzuci blogowanie jak zabawkę? Ilu będzie naprawdę rozpoznawalnych blogerów na 5, 10 lat? Kiedy bloger będzie brzmiało jak normalny zawód typu aktor, polityk, pisarz? Ile jest pytań otwartych i kto zna na nie odpowiedź?

Pasja prowadzi ludzi w najmniej spodziewane miejsca, budzi się w najmniej spodziewanych momentach i sytuacjach, objawia się w najmniej spodziewanych sposobach i talentach. Oczywiście każdemu się z perspektywy czasu wydaje, że "ja zawsze wiedziałam, że będę....", ale nie oszukujmy się, każdemu się tak wydaje z perspektywy czasu. Każdemu, kto wszedł na swoją drogę, trafił na swój flow. Mi się też teraz wydaje, że... Wszyscy tak miewamy. No, może połowa, bo ta statystyczna druga połowa nie jest zadowolona ze swojej pracy. Ale jedno jest pewne: 20 lat temu NIKT nie pomyślał "będę znanym blogerem". Dziś patrząc na znanych można założyć, że blog będzie tylko jednym z kanałów. Już tak się dzieje. Blogowanie nie jest chyba wystarczające dla ludzi z najszerzej rozstawionymi skrzydłami. Albo raczej jest, ale do pewnego momentu. Pożyjemy, zobaczymy.  Przecież dla niektórych to ciągle i od początku jeden z kanałów komunikacji (np. polityków, czy pisarzy, albo dziennikarzy), ale ci chyba nie chcą widzieć w blogu sposobu na zarabianie (chociaż to nie dziwi, bo tak jak ważne jest dobieranie marki, której sprzedaje się twarz w kampanii reklamowej, tak samo dzieje się firmując coś na własnym blogu. Chcąc nie chcąc, nawet jeśli to tylko banner). Kasia Tusk, mimo bycia córką premiera, już nie ma tych obaw. I słusznie. Buduje swoją markę własnym blogiem. Podobno wykorzystuje nazwisko - to ja powiem, że to nie ma znaczenia, bo prowadzi bloga najwyższych lotów, dopracowanego, dopieszczonego. I bardzo lubię jej styl.

Żyjemy w ciekawych czasach, chociaż zawody rodzą się i umierają, to oczywiste, ale czy futurolodzy przewidzieli, że ludzie będą żyć, bądź mieć jakieś dochody z opisywania czegoś w internecie, dołączania do tego zdjęć prosto z aparatu, albo filmów? Jak by zareagowali np. mieszkańcy Polski lat 50-tych, gdyby im ktoś o tym opowiedział? A co zaskoczyłoby nas dziś, gdybyśmy posłuchali kogoś z przyszłości? Jakie będzie miejsce blogosfery, blogów, blogerów? :-)

Uśmiecham się na dobranoc z tymi futurystycznymi obrazami pełnymi pytań.

7.7.12

Szczególnie dziś

Norma. Powszechność. Nawet nie zdajemy sobie na co dzień sprawy, jak bardzo w wielu kwestiach nasze normy są różne w zależności od środowiska, jak bardzo żyjemy w kokonach słuszności własnych przekonań i ograniczeń. To o czym i jak mówimy, świadczy o nas tak samo, jak to, o czym nie mówimy. Niby oczywiste. Niekoniecznie. 

Temat slow life przewija się faktycznie coraz częściej. Jak zakładałam bloga, to ciężko było znaleźć jakieś punkty zaczepienia zakorzenione u nas, dziś można spokojnie znaleźć coraz więcej porządnych miejsc i "miejsc" w sieci, które propagują coraz lepiej slow life i slow food w coraz lepszy sposób. Mądrze. Cieszy mnie to. Lubię być indywidualistką (chociaż kocham też pracę zespołową, wszystko zależy od okoliczności ;), lubię być w mniejszości, lubię iść pod prąd, ale mam nadzieję, że kiedyś slow life będzie traktowane jak coś normalnego i oczywistego, że jego elementy będą powszechne i z nim kojarzone. 

Standardy. Normy. Bardzo często dziwi mnie poruszanie niektórych tematów. Dlaczego? Bo dopóki stanowią obiekt gorących dyskusji, dopóty nie będą normą. Tak kwestie społeczne, polityczne, ale też lifestylowe. Dziwi mnie, że nadal w Polsce wałkowany jest temat dyskryminacji (przecież to trwa od kiedy pamiętam), że nadal powiela się stereotypy typu "miejsce kobiety jest w...." wyrażane przez mężczyzn. Proszę zauważyć, że kobiety nie mówią, że miejsce mężczyzny jest tu czy tam. To normalne, że mężczyźni sami sobie te miejsce wybierają. I jakiego wyboru nie dokonają, będzie dobrze. Kobiety nadal są oceniane pod kątem "wybrała karierę", "wybrała siedzenie w domu" itd. Albo o związkach homoseksualnych, czy też in vitro (Ostatnio p. Kuźniar na stacji TVN24 powiedział, że za chwilę gościem będzie Pani X., która ma odwagę powiedzieć głośno, że jej dziecko poczęte zostało metodą in vitro. Zawstydził mnie jego komentarz). Dla mnie takie rozmowy są jak rozmowy o prądzie. Albo o wodzie w kranie. 
Używanie takich określeń, komentowanie wyborów drogi życiowej kobiet, komentowanie czyjejkolwiek orientacji seksualnej jest dla mnie dowodem naszego nieprzystosowania do norm krajów bardziej rozwiniętych, przez co rozumiem, bardziej otwartych, tolerancyjnych i nie dziwiących się już murzynom na stanowiskach prezesa. Dziwienie się, jest objawem zaściankowości. Z jednej strony czasami trafia się na ludzi, którzy dziwią się np. warunkom w jakich żyją tubylcy, dajmy na to, w dżungli amazońskiej. A że bez prądu, gadżetów i wynalazków. Żyją. I mają się dobrze. Dla nich to normalne, że jak chcą zjeść, to idą na polowanie a nie do sklepu. Co w tym dziwnego? Mamy dostęp do tak wielu materiałów o świecie, mamy możliwość podróżowania, mamy dziesiątki, setki, tysiące książek, filmów, dokumentów, relacji, że naprawdę nie powinno już nas aż tak wiele dziwić. No głupio mi czasami, gdy ktoś się dziwi rzeczom oczywistym.
Za chwilę te same osoby ocenią kobietę, która zdecyduje się samodzielnie wychować dziecko, nie chce wychodzić za mąż (bo powinna), postawiła na karierę, albo postawiła właśnie na zajęcie się domem i rodziną bez stawiania się przed dylematem - zostać po godzinach i skończyć projekt czy jechać po dziecko do przedszkola, zamiast znowu liczyć na niańkę. To jej sprawa. Ew. jej i partnera. To oczywiste.
Normy. Normy to coś, czego się ciągle nie komentuje. Nie rozmawia się o tym, że niebywałym cudem są fale radiowe, albo internet w telefonie. No jest. Normalna sprawa. Kiedyś nie było, teraz jest i nie ma JUŻ czego komentować. Jeśli ktoś komentuje, to znaczy, że dla niego to jednak nowość. No bywa. Nie wszystko jest nam dane znać. I wszystko pięknie. Wszyscy ciągle (mam nadzieję) poznajemy coś nowego. 

Jednak rozmawianie o sprawach typu właśnie "miejsce kobiety w świecie" czy kwestie orientacji, no o tym się już w wielu miejscach na świecie już nie rozmawia i te miejsca stanowią dla mnie wzór do naśladowania. To już nie jest podniecające. Naprawdę. Wszędzie zmiany zachodziły poprzez jakieś przegadanie i rewolucje. Ale ile to może trwać? Ja mam czasami wrażenie jakiegoś dziwnego deja vu, jakby się zacięła płyta. Mediów, ludzi. Ziewam znudzona tymi tematami, problem polega na tym, że to się jakoś strasznie wlecze u nas. Gdy mieszkałam zagranicą to tam się o tym nie rozmawiało, bo już za moich czasów zmiany były dawno zakończone. W Polsce one następują strasznie powoli (ponad 20 lat to naprawdę dużo). I mimo całej miłości dla idei slow, nie widzę dla niej miejsca w tak podstawowych kwestiach. Niektóre sprawy są proste. To powinno być już dawno zamknięte. 

Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie podsumowanie EURO pod kątem, jak nas to zmieniło. Mój borze, to tak jakbym miała się zastanawiać, co zmieniła we mnie jakaś impreza (dla mniej i bardziej znajomych), których kiedyś organizowałam sporo. No a co ma zmienić? Nic. Mamy się dobrze bawić. Gospodarz pilnuje tylko, żeby nic złego się nie wydarzyło. Żeby każdy wspominał tę imprezę przyjemnie. I tak było (z małymi wyjątkami) z EURO. Większość się dobrze bawiła. Wiem, że nie wszyscy, ale nie każdy rodzaj imprezy musi każdemu pasować i OK. Ale te podsumowania mnie osłabiały. Że się okazaliśmy otwarci, że potrafimy obcować z obcokrajowcami, że da się nas lubić. że potrafimy zorganizować (WOW!) taką imprezę i elaboraty na ten temat. Naprawdę jesteśmy tak nieświadomi? Naprawdę nas to wszystko dziwi? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że to przesada i po prostu pojedyncze artykuły.



Słyszałam w radio, że przeprowadzono badania satysfakcji z pracy Polaków i artykuł na ten temat w Wyborczej . I byłam zaskoczona. Zastanowiło mnie, jak to możliwe, że prawie połowa Polaków nie jest zadowolona ze swojej pracy, że pracują wyłącznie dla pieniędzy i nie ma dla nich znaczenia zła atmosfera, czy brak przyjemności. Jak to możliwe? Powinnam powiedzieć, że to norma. Nie powinno mnie dziwić. Powinnam. Ale nie powiem. Bo nie mogę się wewnętrznie pogodzić, że połowa ludzi wokół mnie nie lubi swojej pracy. Połowa. Jakim jesteśmy społeczeństwem? Nie będę powielać stereotypu. Niezmiennie wierzę, że kiedyś się to wszystko zmieni, stopniowo ludzie będą znajdować SENS w poszukiwaniu zajęcia dającego i pieniądze i satysfakcję. Że będą mieć odwagę realizować się w życiu. Po prostu. Pewnie wtedy przestaną też żyć cudzym życiem w krytyczny sposób, pełen jadu i nienawiści, przestaną odczuwać satysfakcję z cudzych problemów w realizacji marzeń.  Tak, wiem, jestem idealistką, ale gdyby nie tacy ludzie, gdyby nie ich większość na świecie, to nie wyszlibyśmy z fazy niewolnictwa. Idealiści (ci najsilniejsi) potrafili walczyć o wolność jednostki. W każdym wymiarze. 
To jest kolejny filar stylu slow life: wolny wybór. Wybory, które dają w rezultacie życie w taki sposób, że się te życie kocha. Po prostu. I każdy na swój sposób. Możliwości są przecież nieograniczone. Wystarczy banalnie chcieć, a nie szukać wymówek, dlaczego się nie da.

Zawsze będą jednostki, które tego mogą nie chcieć, które żywią się cudzymi niepowodzeniami, porażkami, błędami, ale nie pozwalajmy im nigdy zbliżać się do siebie. Ich się nie zmieni. Gorsze jest to, że wiele osób żyje w cieniu takich jednostek, grup i nie ma odwagi się z tego uwolnić. Mam nadzieję, że z czasem będzie się to w Polsce zmieniać. Bardzo tego życzę ludziom, żeby robili to co lubią, mieli czas i siłę na odpoczynek, na pasje, na szaleństwo, na bliskie relacje, na to, czego sobie tylko zamarzą. Oczywiście sobie też, ale ja to mam... Jestem szczęśliwa. Właściwie to wszystko czego chciałam i czego życzę każdemu. 

Właściwie to jedno z moich życzeń na dzisiejszy dzień. Niech w naszym kraju rzeczy normalne staną się wreszcie normalne. Niech ludzie postawią w życiu na coś więcej niż pieniądze, niech szukają zadowolenia i satysfakcji. Niech kolejne badania satysfakcji pokażą zmiany.

07.07.2012

PS. Ja sobie po prostu nie potrafię wyobrazić, jak można spędzać cały dzień z ludźmi, których się nie lubi, robiąc coś czego się nie lubi. Mam bujną wyobraźnię, ale taki poziom masochizmu przekracza jej granice. Zawsze wszystko można zmienić. Odwagi.  

1.7.12

Amore, czyli kawałek Italii pod dachem cz. 2 - TIRAMISU

TIRAMISU 

Tiramisu znamy wszyscy. Oczywiście wiadomo, że przygotowanie jest banalnie proste. Przecież przepis jest na każdym serku mascarpone. Owszem. Ale nie ma w nim tego, co najważniejsze. Jeśli nie wiemy, co chcemy osiągnąć efekty bywają różne. Elena, powiedziała to, co wiemy wszystkie - do gotowania (ogólnie mówiąc) trzeba serca. Trzeba myśleć o tym, że przygotowujemy coś, co ma sprawić przyjemność naszym bliskim i nam. Musimy mieć z tego przyjemność. I zabawę. I jak widać, wiemy o tym pewnie pod każdą długością i szerokością geograficzną. 

Pierwsze tiramisu Elena zrobiła sama, niedługo po przyjeździe. Od tamtej pory pytałam ją co rusz, kiedy mnie nauczy (oczywiście nie zamęczałam jej, chociaż i tak nie ukrywała, że jest jej miło, że tak mi zależy. No tak mam. Jak mi na czymś zależy, to jestem wytrwała :-) W przerwie meczu Włochy - Anglia powiedziała "idziemy". No i poszłyśmy. 
Sprawnie otworzyła 6 opakowań serka mascarpone, przygotowała miskę, wiejskie jajka, cukier wanilinowy i cukier biały. Zostałam pomocnikiem, bo chciałam to "czuć". "Najpierw  wbij 6 żółtek. Od tylu zaczniemy. Dodajemy cukier" - powiedziała. Żeby mi ułatwić zapamiętanie odmierzyła na wadze wsypywaną ilość, ponieważ sama sypie "na oko". Wyszło nam 50g. Dodała cukier wanilinowy, ja w tym czasie już mieszałam całość mikserem (Mikser mam przedpotopowy, odziedziczony po babci, bo mój nowoczesny raczył się spalić po jakiś 6 latach. Przedpotopowy daje radę). Po uzyskaniu białej masy (znamy kogel-mogel? Znamy :-). Ilość cukru zależy od stopnia słodkości, jaki chcemy uzyskać. Ta zasada będzie dotyczyła wszystkich składników. Tu nie ma sztywnych reguł. 
Następnie Elena dodawała serki mascarpone. Dodała 6 opakowań. Mieszam, mieszam. Elena próbuje i stwierdza, że masa jest za gęsta i dodajemy kolejne żółtka. Doszłyśmy do 10szt. Tym sposobem na 6 serków mascarpone dodajemy 10 żółtek. Ubijamy. Nam zależało na uzyskaniu bardzo kremowej i "miękkiej" masy. Mama Eleny podobno woli, gdy masa jest bardzo sztywna, dlatego dodaje mniej żółtek. Zasada mówi, że sztywność regulujemy żółtkami. To najważniejszy punkt do tego miejsca. Ważny jest też rodzaj serka - im bardziej tłusty, tym więcej żółtek potrzebujemy. Jednak zawsze dodajemy po jednym. Mieszamy, sprawdzamy i decydujemy czy już nam konsystencja odpowiada. (PS. ja miałam akurat serki mascarpone z "Biedronki" i okazały się tłuściutkie).

Po uzyskaniu odpowiedniej masy wołamy facetów i oddajemy im widełki miksera do oblizania :-)

Kolejny krok: wykładamy masę na blachę. Grubość warstwy - jak kto lubi i ile mamy masy. My dałyśmy mniej więcej na jakieś 5cm (strzelam :-). W między czasie Elena zrobiła w misce kawę z ekspresu ciśnieniowego (ale podobno można też użyć rozpuszczalnej, ale ja mając wybór wolę dobrą kawę). Do tego dodała Amaretto. Właściwie jak to określiła "to jest amaretto z kawą", bo proporcja kawy jest mniej więcej 1:3. Też co kto lubi. 
Biszkopty. Biszkopty są ważne: nie powinny to być zwykłe, miękkawe biszkopty, ale te twardsze, z cukrem z jeden strony. Właściwie łatwo je rozpoznać, bo albo są włoskie, albo są opisane jako "do tiramisu". Biorąc te miękkie uzyskamy w środku ciapkę, a chodzi o to, żeby biszkopt pozostał lekko chrupiący po nasączeniu kawą z amaretto. 

(Uprzedzam, że zdjęcia robione są przez facetów, którzy nie mają pojęcia o fotografii, zwłaszcza kulinarnej. Ja im wybaczam, bo sama zrobiłabym to nie lepiej. Zdjęcia w kuchni to ciężki dla amatora kawałek ciasta ;-)  




 Namaczamy biszkopty od strony z cukrem. W zależności jak mocne nasączenie chcemy uzyskać, jedynie zanurzamy tylko część, bądź całego biszkopta. Ja wg wytycznych zanurzałam tylko ok 1/3. Nie chcemy ciapki w środku.

 Kolejny krok: odwracamy biszkopt stroną z cukrem do góry (żeby amaretto z kawą przeszły na wylot) i układamy na masie. Elena sprzedała mi patent, aby układać biszkopty prostopadle, co pozwoli zachować stabilność. Na końcu wiersza jedziemy po bandzie i po prostu dopasowujemy połówki:



 Na ułożone biszkopty nakładamy kolejną warstwę masy:


I lecimy z kolejną warstwą biszkoptów. teraz jednak robimy odwrotnie w stosunku do pierwszej warstwy biszkoptów. Poziome na pionowe i pionowe na poziome:




Na koniec nakładamy ostatnią warstwę masy i wstawiamy na co najmniej 2 godz. do lodówki.

Oddajemy facetom miskę po masie do wyczyszczenia :-)

Trzymamy wszystkich z dala od lodówki Po tym czasie posypujemy całość kakao (najlepiej ciemnym np. DecoMorreno). 



Niestety nie mam zdjęcia przekroju, bo nie zdążyłam zrobić, ale chyba można to sobie wyobrazić? :-)
Ja na koniec wieczoru wypiłam pozostałą kawę z amaretto. Pycha. 

I teraz kilka dodatkowych szczegółów:

jeszcze raz składniki:
6-8 serków mascarpone (nie zmarnują się, a lepiej, żeby nie zabrakło).
6-10 jaj (będą nam potrzebne tylko żółtka)
1-2 cukier wanilinowy
ok 50g cukru białego (uwaga! Poprzednio był błąd)
kawa, amaretto, kakao 

To jest najbardziej podstawowa wersja tiramisu. Dostępne wariacje ogranicza tylko nasza wyobraźnia, ale z podpowiedzi Eleny: dla 2 osób możemy zrobić porcję z 2 serków i mniejszej ilości żółtek, jednocześnie z np. tylko jedną warstwą biszkoptów. Między warstwami można umieszczać na biszkoptach co nam przyjdzie do głowy: np. Nutellę, truskawki, albo zakończyć nimi na górnej powierzchni. 
Nie wiem, kiedy będę szukać wariacji, bo mi wersja podstawowa pasuje idealnie. Rozpływa się w ustach. 
Najważniejsza jest świadomość, że robi się to z przyjemnością, wprowadzając chaos w kuchni, patrząc jak dorośli faceci wylizują łopatki miksera a potem co rusz chodzą do lodówki sprawdzić, czy już. Najważniejsze będzie jednak wkładać w to serce. I uśmiech. To się potem po prostu czuje. Taki ma być deser, takie ma być tiramisu. 


                                                                                 Buon appetito!

Dla mnie w tym przepisie najważniejszy jest fakt, że robiłyśmy ten deser razem, wspólnie. Gdy w między czasie wołałyśmy facetów, żeby robili fotki, mam też przed oczyma moment, gdy daję im do rąk łopatki z miksera, gdy faceci wchodzą do kuchni z chłopięcymi uśmiechami i wyczekiwaniem na twarzy. Uśmiech sam się ciśnie na usta. Mam przed oczyma Elenę opowiadającą mi o niuansach tiramisu. Słyszę śmiech z żartów sytuacyjnych. Bardzo sobie cenię budowanie wspomnień i skojarzeń odnośnie sytuacji, rzeczy, dań z konkretnymi osobami. To jeden z istotniejszych plusów slow life.