22.7.12

Slow it down

Slow. Kocham to słowo. Każdego dnia należy znaleźć czas na celebrowanie chwili. Każdego dnia jest moment, który można celebrować. Każdego. Kilka minut, albo więcej, na których można się skupić w 100% i je kontemplować. Najfajniej robi się to w pojedynkę, ale w parze bądź czasami w większej grupie jest to też spokojnie możliwe. Wystarczy trafić na takich, którzy to potrafią lub chcą się nauczyć. Celebrowanie chwili ma jedną zasadę: zauważać każdy szczegół, odbierać wszystkimi zmysłami, to z czym mamy do czynienia. Nie ważne gdzie się jest i co robi. To perfekcjonizm percepcji. Często przeżywając to zdarza mi się słyszeć "na co ty tak patrzysz, w co się tak wczuwasz, o co chodzi? Przecież to tylko....". Nie. Właśnie nie jest to tylko. To aż. Zatrzymaj myśli, wyłącz się i czuj, patrz, zobacz, usłysz, poczuj. Zostaw powierzchowność i wejdź w to. Zwolnij.  Jeśli nie umiesz, nie chcesz, to umyka ci istota życia, nie zauważasz tego, co możesz zobaczyć, przeżyć tylko w danej chwili, a te wyjątkowe przeżycia składają się na całość tego, co kreuje nas.

Tylko dzięki temu nie jest się sztucznym tworem, nieautentycznym. Kopią, powieleniem wielu, produktem cudzych projekcji. A to jest kwintesencja bycia slow, życia slow life. Jeśli nie chcesz tego zrozumieć, chcesz taplać się w płyciźnie bodźców narzucanych przez lepszych (skuteczniejszych) od ciebie, proszę. Będziesz nudny. Dla siebie też. Stąd się bierze ten pęd, ta gonitwa własnego ogona. Przypominają mi się słowa (nie znam autora), że człowiek jest jak chomik w kołowrotku. Wystarczy?

Uprzedzam jednak, jak zaczniesz dostrzegać, tak naprawdę odbierać własnymi zmysłami, budować własne myśli, skojarzenia, tok myślenia wyróżniający cię, to jesteś stracony. Nie będziesz umiał przestać, człowieku, bo to będzie jak odkrycie nowej planety. Slow life nie pozwala na odwrót. Już go nie chcesz.


Jestem pewna, że życie w pędzie, w pogoni, w ciągłym niedorzecznym niedoczasie jest doskonałą wymówką. Udawanie przed samym sobą, że coś tam jest tak bardzo ważne, że lista planów, zapisany kalendarz, że terminy, że jutro... wszystko to wymówki. Pewnie, że to jest ważne, przecież slow life nie mówi "przestań żyć, przestań mieć plany, aspiracje i skup się na zachodzącym słońcu". Slow life mówi, żeby w całym planie zawsze znajdować czas na celebrację. Wyjazd służbowy? Świetnie. Załatw co jest do załatwienia i umów się z klientem/ kimś znajomym/ albo idź sam. Zobacz miasto w nieznany ci sposób, nieopisywany w przewodnikach, ale miejsc polecanych też nie ignoruj. Bycie w Paryżu i niezobaczenie wieży Eiffla? No można. Być w Trójmieście i nie zobaczyć morza? Też można. Poczucie niedosytu nie da ci spokoju. Nie trać okazji, bo może się nie powtórzyć. 

Wspomnienie. Monachium. Największe targi branżowe w Europie. Tydzień spotkań, kontaktów, rozmów. Tempo zawrotne, tonowane wieczornym kolacyjnym chilloutem w restauracjach. Niemcy mają dobre wino (naprawdę, ale ja jako koneserka win wytrawnych rzadko trafiam na jakieś wybornie niedobre) i jedzenie. Może i tłustawe (ale jaka ma być kaczka? ;-), ale po takim dniu dobrze to nam robiło. Uciekanie od tłuszczu jest niezbyt mądrym pomysłem. Oczywiście tłuszcz tłuszczowi nie równy, ale o tym innym razem. 

Ostatniego wieczoru, gdy wszyscy postanowili po prostu odpocząć, przed lotem następnego dnia, o barbarzyńskiej porze (bodajże o 8-ej), ja z kolegą spontanicznie zdecydowaliśmy się na poznanie miasta. Całe szczęście kolega okazał się mieć podobne podejście do zwiedzania jak ja. Wsiadaliśmy do metra na różnych stacjach i wysiadaliśmy na przypadkowych stacjach. Wychodziliśmy na górę i chodziliśmy, aż trafialiśmy na kolejną stację metra. Spacerując poznaliśmy różne odcienie miasta. To było fantastyczne. Całe szczęście mamy podobny sposób patrzenia na świat, zatrzymywały nas podobne rzeczy, miejsca, gra światłocieni, ludzie, klimaty, miny, wyraz oczu, gesty. Nikt nikogo nie poganiał. Było i ciekawie i bez pośpiechu. Zmęczeni jeżdżeniem i chodzeniem, na koniec poszukaliśmy prezentów dla bliskich i usiedliśmy w kawiarni. Kilka lat później dowiedziałam się, że był to Starbucks, bo mam logo na kubku termicznym, który tam kupiłam. Dla mnie ten kubek to sentyment. 

Uwielbiam ludzi, którzy bezproblemowo podchodzą do takich sytuacji, prywatnie poza wieloma zdjęciami przywiozłam ze sobą wspomnienie fajnego wieczoru z dobrym kolegą. To ten typ mężczyzny, który potrafi mieć normalną relację z kobietą. Bezcenne :-) Takich ludzi jest sporo, potrafią budować fajne relacje nie dzieląc ludzi wg płci. Mimo, że ich życie jest diametralnie inne od mojego, mimo, że wiele nas różni, to jest ten wspólny mianownik, który łączy. Umiejętność celebrowania chwili. Przez czas, gdy jesteśmy razem, odbieramy na tych samych falach. Oni też potrafią się wyłączyć i brać w danym momencie to, co najlepsze. Na co dzień prawie każdy z nas zajęty jest swoim światem, sprawami, planami, działa na wielu polach i w wielu rolach na raz. To jest fajne, ważne i potrzebne, żyjmy, rozwijajmy się, nie stójmy w miejscu, ale codziennie powinna być chwila, gdy czas się zatrzymuje. Może to być zachwyt układem chmur wokół zachodzącego słońca, rozczulenie nad śpiącym zwierzakiem, przytulenie do partnera w milczeniu i rozkoszowanie się bijącym od niego ciepłem, może być zwolnienie kroku i popatrzenie na zakochaną parę, albo chwila ciekawej rozmowy. Cokolwiek, co zatrzyma nasze myśli. Te przerywniki dają smak wszystkiemu, co jest potem i co było przedtem.

Slow it down i skup się na chwili. Właśnie teraz. Spójrz za okno, spójrz na niebo, weź głęboki oddech, wyłącz myśli i się uśmiechnij. To ta chwila.  Gdziekolwiek jesteś.

Czasami znajomi się uśmiechają (gdy dopada mnie to przy nich), że "łapię swój film". Tak. Dokładnie. Ja strasznie nie lubię poczucia żalu w życiu, a przepuszczanie okazji, szczególnie skupienia uwagi na tym, co dzieje się właśnie teraz i może się nie powtórzyć, jest dla mnie na szczycie listy. Kocham mieć świadomość, że życie składa się z niepowtarzalnych momentów, rozmów, wydarzeń, ale to bywa tak ulotne, że łatwe do przegapienia. Pędząc nie widzi się wiele. Skupienie na celu, do którego droga jest prosta jak autostrada nocą, nie doceniając samej drogi? Nie. To nie ma nic wspólnego ze slow life. To bieg chomika w kołowrotku. Nuda. Jaki nie byłby cel. To jest po prostu nudne. Pędzący o tym też wiedzą, dlatego są nieszczęśliwi, sfrustrowani, marudni, zmęczeni. I oczywiście są też przekonani o słuszności własnej drogi.

Ważne jest to, co czujemy patrząc sobie w oczy w lustrze. I co? Co czujesz patrząc w lustro?


Slow it down.