1.7.12

Amore, czyli kawałek Italii pod dachem cz. 2 - TIRAMISU

TIRAMISU 

Tiramisu znamy wszyscy. Oczywiście wiadomo, że przygotowanie jest banalnie proste. Przecież przepis jest na każdym serku mascarpone. Owszem. Ale nie ma w nim tego, co najważniejsze. Jeśli nie wiemy, co chcemy osiągnąć efekty bywają różne. Elena, powiedziała to, co wiemy wszystkie - do gotowania (ogólnie mówiąc) trzeba serca. Trzeba myśleć o tym, że przygotowujemy coś, co ma sprawić przyjemność naszym bliskim i nam. Musimy mieć z tego przyjemność. I zabawę. I jak widać, wiemy o tym pewnie pod każdą długością i szerokością geograficzną. 

Pierwsze tiramisu Elena zrobiła sama, niedługo po przyjeździe. Od tamtej pory pytałam ją co rusz, kiedy mnie nauczy (oczywiście nie zamęczałam jej, chociaż i tak nie ukrywała, że jest jej miło, że tak mi zależy. No tak mam. Jak mi na czymś zależy, to jestem wytrwała :-) W przerwie meczu Włochy - Anglia powiedziała "idziemy". No i poszłyśmy. 
Sprawnie otworzyła 6 opakowań serka mascarpone, przygotowała miskę, wiejskie jajka, cukier wanilinowy i cukier biały. Zostałam pomocnikiem, bo chciałam to "czuć". "Najpierw  wbij 6 żółtek. Od tylu zaczniemy. Dodajemy cukier" - powiedziała. Żeby mi ułatwić zapamiętanie odmierzyła na wadze wsypywaną ilość, ponieważ sama sypie "na oko". Wyszło nam 50g. Dodała cukier wanilinowy, ja w tym czasie już mieszałam całość mikserem (Mikser mam przedpotopowy, odziedziczony po babci, bo mój nowoczesny raczył się spalić po jakiś 6 latach. Przedpotopowy daje radę). Po uzyskaniu białej masy (znamy kogel-mogel? Znamy :-). Ilość cukru zależy od stopnia słodkości, jaki chcemy uzyskać. Ta zasada będzie dotyczyła wszystkich składników. Tu nie ma sztywnych reguł. 
Następnie Elena dodawała serki mascarpone. Dodała 6 opakowań. Mieszam, mieszam. Elena próbuje i stwierdza, że masa jest za gęsta i dodajemy kolejne żółtka. Doszłyśmy do 10szt. Tym sposobem na 6 serków mascarpone dodajemy 10 żółtek. Ubijamy. Nam zależało na uzyskaniu bardzo kremowej i "miękkiej" masy. Mama Eleny podobno woli, gdy masa jest bardzo sztywna, dlatego dodaje mniej żółtek. Zasada mówi, że sztywność regulujemy żółtkami. To najważniejszy punkt do tego miejsca. Ważny jest też rodzaj serka - im bardziej tłusty, tym więcej żółtek potrzebujemy. Jednak zawsze dodajemy po jednym. Mieszamy, sprawdzamy i decydujemy czy już nam konsystencja odpowiada. (PS. ja miałam akurat serki mascarpone z "Biedronki" i okazały się tłuściutkie).

Po uzyskaniu odpowiedniej masy wołamy facetów i oddajemy im widełki miksera do oblizania :-)

Kolejny krok: wykładamy masę na blachę. Grubość warstwy - jak kto lubi i ile mamy masy. My dałyśmy mniej więcej na jakieś 5cm (strzelam :-). W między czasie Elena zrobiła w misce kawę z ekspresu ciśnieniowego (ale podobno można też użyć rozpuszczalnej, ale ja mając wybór wolę dobrą kawę). Do tego dodała Amaretto. Właściwie jak to określiła "to jest amaretto z kawą", bo proporcja kawy jest mniej więcej 1:3. Też co kto lubi. 
Biszkopty. Biszkopty są ważne: nie powinny to być zwykłe, miękkawe biszkopty, ale te twardsze, z cukrem z jeden strony. Właściwie łatwo je rozpoznać, bo albo są włoskie, albo są opisane jako "do tiramisu". Biorąc te miękkie uzyskamy w środku ciapkę, a chodzi o to, żeby biszkopt pozostał lekko chrupiący po nasączeniu kawą z amaretto. 

(Uprzedzam, że zdjęcia robione są przez facetów, którzy nie mają pojęcia o fotografii, zwłaszcza kulinarnej. Ja im wybaczam, bo sama zrobiłabym to nie lepiej. Zdjęcia w kuchni to ciężki dla amatora kawałek ciasta ;-)  




 Namaczamy biszkopty od strony z cukrem. W zależności jak mocne nasączenie chcemy uzyskać, jedynie zanurzamy tylko część, bądź całego biszkopta. Ja wg wytycznych zanurzałam tylko ok 1/3. Nie chcemy ciapki w środku.

 Kolejny krok: odwracamy biszkopt stroną z cukrem do góry (żeby amaretto z kawą przeszły na wylot) i układamy na masie. Elena sprzedała mi patent, aby układać biszkopty prostopadle, co pozwoli zachować stabilność. Na końcu wiersza jedziemy po bandzie i po prostu dopasowujemy połówki:



 Na ułożone biszkopty nakładamy kolejną warstwę masy:


I lecimy z kolejną warstwą biszkoptów. teraz jednak robimy odwrotnie w stosunku do pierwszej warstwy biszkoptów. Poziome na pionowe i pionowe na poziome:




Na koniec nakładamy ostatnią warstwę masy i wstawiamy na co najmniej 2 godz. do lodówki.

Oddajemy facetom miskę po masie do wyczyszczenia :-)

Trzymamy wszystkich z dala od lodówki Po tym czasie posypujemy całość kakao (najlepiej ciemnym np. DecoMorreno). 



Niestety nie mam zdjęcia przekroju, bo nie zdążyłam zrobić, ale chyba można to sobie wyobrazić? :-)
Ja na koniec wieczoru wypiłam pozostałą kawę z amaretto. Pycha. 

I teraz kilka dodatkowych szczegółów:

jeszcze raz składniki:
6-8 serków mascarpone (nie zmarnują się, a lepiej, żeby nie zabrakło).
6-10 jaj (będą nam potrzebne tylko żółtka)
1-2 cukier wanilinowy
ok 50g cukru białego (uwaga! Poprzednio był błąd)
kawa, amaretto, kakao 

To jest najbardziej podstawowa wersja tiramisu. Dostępne wariacje ogranicza tylko nasza wyobraźnia, ale z podpowiedzi Eleny: dla 2 osób możemy zrobić porcję z 2 serków i mniejszej ilości żółtek, jednocześnie z np. tylko jedną warstwą biszkoptów. Między warstwami można umieszczać na biszkoptach co nam przyjdzie do głowy: np. Nutellę, truskawki, albo zakończyć nimi na górnej powierzchni. 
Nie wiem, kiedy będę szukać wariacji, bo mi wersja podstawowa pasuje idealnie. Rozpływa się w ustach. 
Najważniejsza jest świadomość, że robi się to z przyjemnością, wprowadzając chaos w kuchni, patrząc jak dorośli faceci wylizują łopatki miksera a potem co rusz chodzą do lodówki sprawdzić, czy już. Najważniejsze będzie jednak wkładać w to serce. I uśmiech. To się potem po prostu czuje. Taki ma być deser, takie ma być tiramisu. 


                                                                                 Buon appetito!

Dla mnie w tym przepisie najważniejszy jest fakt, że robiłyśmy ten deser razem, wspólnie. Gdy w między czasie wołałyśmy facetów, żeby robili fotki, mam też przed oczyma moment, gdy daję im do rąk łopatki z miksera, gdy faceci wchodzą do kuchni z chłopięcymi uśmiechami i wyczekiwaniem na twarzy. Uśmiech sam się ciśnie na usta. Mam przed oczyma Elenę opowiadającą mi o niuansach tiramisu. Słyszę śmiech z żartów sytuacyjnych. Bardzo sobie cenię budowanie wspomnień i skojarzeń odnośnie sytuacji, rzeczy, dań z konkretnymi osobami. To jeden z istotniejszych plusów slow life.