29.9.12

O Boże, byłam w borze


Są hobby, na które nigdy nie złapię przynęty. Należy do nich grzybobranie. Dziś wybrałam się z przyjaciółką do Borów Tucholskich. Zdecydowałam się, ponieważ miałyśmy w końcu możliwość spędzić razem cały dzień a poza tym nie byłam tam jeszcze. Odwiedziłyśmy jej wujka Pana Piotra, który urzęduje akurat w tleńskim pensjonacie (miejscowość Tleń ma mnóstwo ciekawych miejsc, o których opowiedział nam Pan Piotr). Jego właścicielką jest przekochana p. Ewa, od której dostałyśmy świeże maliny. Przekonałam się, że to co kupuję w sklepach, w warzywniakach, nie ma wiele wspólnego ze świeżymi malinami. Taka dygresja. Na koniec dnia. Ewa zabrała nas jeszcze w miejsce, gdzie kupiłyśmy zarezerwowane dla nas przez nią świeżo wędzone pstrągi. Są wielkie :-)

Cały dzień jednak spędziłyśmy chodząc po borze. Napotkany wilk dodał sprawie uroku. Poczułam się przez moment jak prawdziwa wiedźma, gdy stał i patrzył w oczy. Zobaczyć wilka w lesie, a nie w zoo, jest niesamowitym przeżyciem. Potem bywało różnie. Nie znam się na grzybach, rozróżniam suszone, marynowane, ze świeżych kurki, pieczarki i boczniaki. Na tym koniec mojej wiedzy. A. opowiadała mi co i jak, ale cóż, nie ona pierwsza. Nadal nic nie ogarniam. W trakcie 3-godzinnej wędrówki zajęta byłam w pierwszej kolejności torowaniem sobie drogi pomiędzy pajęczynami z kolosalnymi pająkami. Podobno wcześniej nigdy ich tyle nie było. Podobno też nigdy nie było aż takiego bezgrzybia. Pomijając pająki (których boję się jak większość, ale po pierwszej panice zmęczyłam się i po prostu unikałam ich. Szczególnie tych na wysokości twarzy), pajęczyny były tak mocne, że czasami ciężko było je zerwać. Jakby stopa ludzka nie stała tam od wieków. Doprawdy dziwne przeżycie.

Bory Tucholskie

Fantastyczne było samo chodzenie po runie. Miękkość, sprężystość, oddawały jakość najlepszego dywanu, po jakim szłam. Zawodowe, marketinowe zboczenie kazało mi momentami czuć się jak w reklamie takiego dywanu 100% eco, którego nie da zabrać się do domu. To było naprawdę wspaniałe. Przystawałam, zwalniałam krok, żeby poczuć dokładniej te zapadanie, sprężynowanie podłoża. Gdyby nie te pająki zatopiłabym się w tej magii starych drzew, niebywałego zapachu, runa, słońca między drzewami, ptaków, grzybów przeróżnych kolorów i form, na których dalej się nie znałam.

Klimat starego lasu jest nieporównywalny z niczym, dlatego ze smutkiem patrzyłam na fragmenty zniszczone doszczętnie przez trąbę powietrzną, która przeszła tamtędy w tym roku.
Całe połacie starego lasu po prostu zmiecione z powierzchni. Miejscami drzewa pozostały nienaturalnie powyginane, miejscami pozostały same kikuty pni. Setki lat contra jeden dzień.
Bory Tucholskie

Po tym spacerze, pojechaliśmy w inne miejsce. Ja zostałam w samochodzie się zdrzemnąć, A. poszła w końcu na grzyby. Wróciła z pełnym koszykiem. Po późnym powrocie do domu wytrzepałam z włosów jednego, małego borowego pająka, ale i tak fantastycznie odpoczęłam, wyluzowałam się, wyłączyłam myślenie, mimo wszystko sporo się pośmiałyśmy, bo nie ma to jak dwie podróżujące blondynki. Spędzanie czasu z przyjaciółmi ma potężny plus - nie musimy dużo mówić, żeby się dobrze razem czuć. Genialna sobota w stylu slow life.

Zaplątani, po co dorosłym baśnie







Bajki Disneya. Nie mam pojęcia, czy z tego się wyrasta. Kiedyś marzyłam, żeby je dubbingować. Złe charaktery pasują do mojego głosu :-) Kocham bajki i baśnie. Ta jest na szczycie listy właśnie za tę piosenkę. "Zaplątani" i mnie nie ma. Podobno wystarczy włączyć bajkę dziecku, żeby mieć spokój. Na pewno wystarczy włączyć mi właśnie tę i spokój gwarantowany. Mniej więcej. Roszpunka przypomina mi mnie w zachowaniach, reakcjach. Tak jak ona mam wahania nastrojów, boję się czasami jak durna robiąc coś, ale to robię. Moje ulubione zdanie "Boże, Boże, jak ja się stoczyłam!!" :-) Nie wiem, kto to wymyślił, przetłumaczył, ale zrobił to genialnie. Podejmując się czegoś nowego tak samo popadam w skrajności. Emocjonalna Droga Mleczna. Coś równie fantastycznego, jak męczącego. I w takich chwilach fajnie jest mieć obok kogoś, kto powie twardo " garnek, żaba, proszę" prowokując do poddania, ale jednak popychając delikatnie do przodu. 

Bycie kobietą daje bezkarne prawo do wszystkiego z euforią czy histerią włącznie. I włoską awanturą, bo tak, żeby za chwilę rzucić się z czułością na szyję. Właśnie skończyłam oglądać "Małą czarną", gdzie kobiety mówiły o tym, że żyjemy w czasach, gdy to one (my), musimy przejmować odpowiedzialność, którą kiedyś brali rzekomo na siebie mężczyźni. Nie wiem skąd się to wzięło, to chyba taka moda mówić, że mężczyźni są dziś mniej odpowiedzialni. Jak na moje obserwacje, to im się tę odpowiedzialność siłą wręcz wydziera. W normalnym związku mężczyzna jest też normalnie odpowiedzialny. Mamy, owszem, jakiś podział odpowiedzialności, ale bez przesady z jej brakiem u mężczyzn. Podobno kobiety tracą przez to umiejętność cieszenia się życiem. Po co zrzucać to na facetów? Na kogokolwiek?  Jeśli ktoś przestaje umieć cieszyć się życiem, czerpać radość z różnych wydarzeń, przeżyć, przysłaniając to odpowiedzialnością, to robi tak, bo tak zdecydował. To wybór. Prosty i jasny i nie ma nic wspólnego z nikim innym. Kurcze, mało co jest w życiu tak fajne i niezależne od niczego i nikogo jak przeżywanie chwil, w których serce wali jak szalone, oczy się śmieją, ma się ochotę uciec i schować, ale bierze się żabę, garnek i się idzie. Biegnie. Boso.  

Nieważne ile mamy lat. Najważniejsze nie dać tego w sobie stłamsić wymówką odpowiedzialności. To nie ma nic do rzeczy. Odpowiedzialność leży na zupełnie innej półce. Razem z rachunkami, terminami, zobowiązaniami i wszystkim co należy i wypada. Ale to jest daleko od regału z półką "Boże, oszalałam chyba, że to robię". To ta półka odpowiada za szczęście dziecka w nas. Osobiście jest moją ulubioną i nie daję się jej zakurzyć. Cała reszta byłaby bez tej półki bez smaku, bo cały myk polega na dawkowaniu w życiu wszystkiego. "Boże, Boże jak ja się stoczyłam" hehe. Genialne.

Szczęście w kosmosie

Ten wrzesień jest jakimś magicznym miesiącem spełniających się marzeń wielu moich przyjaciół, znajomych i moich własnych. To jest wręcz niebywałe, ile osób w ostatnim czasie powiedziało mi o spełnieniu marzeń, o trafieniu na swoje miejsce, swój tor w życiu. Widzę, słyszę o ich szczęściu. Jak to ujęła jedna z nich "spełniły się twoje urodzinowe życzenia". Oczywiście nie ma w tym mojego udziału jako takiego, ale fantastycznie jest widzieć, że czyjaś wiara w samo to, że kiedyś się spełni, okazała się słuszna. Nigdy wcześniej nie słyszałam tak często "Wiesz? jestem po prostu szczęśliwa/y".

Wiadomość o ciąży, na którą czekali jedni, wiadomość o ułożeniu sobie życia przez inną osobę, wiadomość o układającym się dość świeżym związku kolejnej, wiadomość o spełnieniu marzeń jeszcze innych osób, moje własne spełnione marzenia. Część z nich. Tyle osób ostatnio jest szczęśliwych, że mnie to po prostu niezmiernie cieszy, uspokaja. Uśmiecham się, mogąc to widzieć i słyszeć. Jakby świat nagle zaczął kręcić się we właściwym kierunku. Fantastyczne. Słyszeć o szczęściu to po prostu fantastyczne. Jedno co mnie zawsze osłabia, budzi poczucie bezradności, to widzieć, gdy ktoś się naprawdę poddaje, popada w marazm, letarg braku wiary, nieważne w co, czy to w miłość, lepsze jutro, powodzenie w planach, poddanie się w dążeniu do czegoś. Na szczęście ten ostatni czas jest tak pełen sukcesów, szczęścia, spokoju, wewnętrznego spokoju bez rozterek.

Z radością chłonę efekt spotkania z ostatnich chwil i cieszę się tym czasem. Tym momentem. Tak bardzo warto się nie poddawać, tak bardzo warto iść dalej, właśnie po to, żeby móc przeżywać wspólnie takie momenty, gdy widać efekty wzajemnego wspierania, ale przede wszystkim własnej wiary, siły. Cudowne uczucie szczęścia innych. Szczęścia, na które czekali od dawna a ja razem z nimi. Czuję w kosmosie pozytywną energię. Jak nigdy :-)



Zastrzyk energii


Znowu będzie o salsie. Musi, musi być, bo ja to po prostu kocham. Kocham. Mogę powtórzyć. Kocham.
Fajne w posiadaniu bloga jest też to, że mogę wylewać swoją miłość, która czasami aż kipi. Tak mam po salsie. Przeważnie.
Od tygodnia jestem podziębiona. Kaszel, katar, gorączka. Na zmianę. Brzmi jak reklama gripexu. Bynajmniej. Tym razem jest to reklama ruchu. Przez ostatnie dni chodziłam jak przetrącona, niedobita. Niby ok, ale takie to było nijakie samopoczucie. Aż nadeszła środa. Dzień pt. "nie ma mnie dla nikogo. Salsę mam".
Ale to samopoczucie...
W ciągu dnia w trakcie, jednej z rozmów stricte służbowych mój szef wtrącił "idziesz dziś na salsę?" (właściwie wszyscy wiedzą, że to mój konik i sami podpytują, jak było :-)
- nie wiem jeszcze, nie chciałabym się dobić, jak chora jestem
- idź, wypocisz to.... Ty jesteś chora? Poważnie?
- hehe, no nie poważnie, ale coś mnie tak bierze. Masz rację. Pójdę :-)



I okazało się, że salsa mnie ożywiła. Po raz kolejny sprawdza się, że ruch jest doskonałym lekiem. To, że ja salsę kocham, to jedno, ale że na te zimne dni ruch będzie doskonały, to zauważyłam już w ubiegłym roku. Dzięki salsie nie pamiętam właściwie jesieni i zimy, a na pewno nie kojarzę ich ze złą pogodą. To działa.  Prawie o tym zapomniałam.
Nadal uwielbiam obserwować zmiany w sobie, jakie widzę z każdymi zajęciami. Do wszystkiego dołączyłam jeszcze zajęcia latino, gdzie równie fantastyczny instruktor uczy nas tańczyć bardzo technicznie. Zwraca uwagę na każdy szczegół, pracę mięśni, nóg, stóp, klatki piersiowej, ramion, szyi, głowy. Jedno z cenniejszych zdań Artura "W latynoskich tańcach nie ma bezruchu, ciało ciągle się porusza, kobieta w tańcu nie stoi i nie czeka sztywno. Kobieta w ogóle nie czeka, jest nieustannie zajęta... tańcem, nawet jeśli to tylko ruch dłoni". Dla mnie to bardzo życiowe i oddające moje podejście do np. mężczyzn. Nigdy nie siedziałam czekając na telefon czy smsa, nigdy nie czekałam z myślą "czy zadzwoni?". Zadzwoni. Zawsze dzwonią. Szkoda czasu na czekanie. Bezczynne czekanie, zamieranie w czekaniu. To nie czysta kokieteria, to filozofia. Życie jest jak tańce latynoskie. Czasami salsa, czasami samba, czasami flamenco. Niech się dzieje.

Chill jest dla odpoczynku i uspokojenia oddechu. Pewnie dlatego tak dobrze mi to wszystko współgra. Pójście na salsę udowodniło mi, że nic tak nie wybudza z otępienia (nawet delikatnego), jak taniec. Wyczyszczenie myśli, zmęczenie ciała. Pewnie dużo daje sam fakt fantastycznego instruktora (Robert jest absolutnym numerem jeden. Tak jak on motywuje, podkręca tempo, zaraża swoją własną miłością do tańca, powinien oddziaływać każdy trener). Wystarczy, że zatańczy obok mnie rzucając "i jest ruch bioder, bardzo dobrze. Tak trzymaj" i zapominam, że jestem cała mokra ze zmęczenia :-) Tak jak on porusza całą grupę, to chyba jednak nie jest oczywiste. Można zamknąć oczy i po prostu tańczyć, płynąć. To pewnie też sam fakt, że ja wolę zajęcia z facetami, ale ci dwaj trenerzy są naprawdę dobrzy. Ten przemiły pan od jogi już mnie tak nie zaczarował, jak też  wszyscy inni i inne, których wypróbowałam w moim centrum sportu :-)  Ja muszę poczuć chęć bycia przez kogoś uczoną. Wybrednie dobieram autorytety, nawet w tańcu. Mnie mój mentor musi podniecać, bez tego nie ruszę. Płeć nie ma znaczenia, ale kobiet takich nie uświadczam zbyt często, (wyjątkiem była Ola od zumby). Potrzebne jest mi te podniecenie jak diesel, żebym pojechała. Odpowiedni dopalacz i latam. Pewnie wiele więcej by mnie w życiu wciągało, gdyby pokazały mi to odpowiednie osoby. Na szczęście zdarza się to jednak rzadko. Każdą z tych osób jednak pamiętam całe życie. Mistrzów się nie zapomina.  

Także, jeśli kogoś bierze jakieś przeziębienie, to powiem jedno: just dance :-)

A potem zwolnij i chill.
Sidney jest boski. Niezmiennie od lat.






Ale najpierw się wytańcz   :-)

26.9.12

Mosty, czyli architektura relacji

Jak często można zmienić numer telefonu, żeby tylko urwać kontakt z kimś? Jak często można zmienić adres mailowy? Jak często można się przeprowadzać, żeby uciec od kogoś? Często. Zapewniam. Ale to strasznie głupia metoda. Chociaż czasami jednak najlepsza. Ale rzadko. Jeśli nie mamy do czynienia z nękaniem przez psychopatę, to jednak lepsza jest zwykła asertywność. Coś, czego się można zwyczajnie nauczyć, jak jazdy na rowerze.


Wszelkie poradniki budowania relacji krzyczą, żeby nie palić za sobą mostów. Nigdy, nigdy, nigdy, bo każdy kontakt może się kiedyś przydać.
Bzdura.


25.9.12

Ktoś zabrał Twój ser?

"Kto zabrał mój ser?" Spensera Johnsona.

Lubisz zmiany? Spodziewasz się ich? Zakładasz w ogóle ich zaistnienie? Co robisz, gdy nadchodzą? Jak się zachowujesz? Podoba ci się to, jak się zachowujesz w obliczu zmian? Tak. Nie. Na pewno wiesz? :-) Większość ludzi nie lubi żadnych zmian, unika ich, kocha pozorną stałość i stabilizację i narzeka, gdy coś się zmienia. To tak, jakby narzekać na zmiany pogody, pór roku. Można różnie reagować, ale się nie wpływa na fakt ich zaistnienia. Co jest dobre? Wiele zmian można kreować samodzielnie i się tym samym nie dziwić ich nadejściu, ale akurat nie o tym jest ta książka, ja tak sobie luźno myślę myśląc o niej :-)  

Książka na jedno posiedzenie z kubkiem kakao. Polecam każdemu. Naprawdę. Tak po prostu. Małe lusterko. Zobacz. Zobacz się. A może nie? Ja tego nie wiem. To twój ser. 

Kiedyś, dawno temu powiedziała o tej książce Dorota Wellmann. Powiedziała niewiele, ale z przekornym uśmiechem mówiącym "Przeczytaj. Zobaczysz". 
To ja się też tylko uśmiecham :-)

23.9.12

To tylko seks, czyli Friends with benefits

Ostatnio Kominek urzęduje czy urzędował w Nowym Yorku. W notkach znęca się nad czytelnikami m.in. zdjęciami jedzenia, w większości totalnie nie slow, za to totalnie apetycznego, ale też świetnie oddał klimat tego miasta.    

Ale jak się już myśli o NY, to trzeba powiedzieć o filmie (nie, "Śniadanie u Tiffany'ego" to oczywista klasyka) nowszej generacji:  "To tylko seks". Związek dla seksu nie jest niczym niebywałym, ba, zaszkodził już wielu związkom filmowo skutkując małżeństwem, chociaż podobno da się i bez tego efektu. I bez miłości. I bez seksu. I na chwilę. Szkoły są różne. Nieważne. Filmy jest fajny, ale to, co mnie w nim urzekło od pierwszego razu (to znowu odgrzany staroć), to scena tańca na ulicach. Dziś mnie ominęła parada samby w Gdańsku i na pocieszenie włączyłam sobie tę scenę flash mob z "To tylko seks":


Poproszę takie coś w Gdańsku. Koniecznie. Niech taniec wpisze się w klimat ulic. Da się, prawda? :-) 

Slow life, organizacja i magia skutecznego odpoczynku

Czytając HRB trafiłam na kilka ciekawych artykułów, ale szczególnie moją uwagę zajął ten na temat samodyscypliny. Jest dla mnie na czasie. Mam już za sobą jesienne porządki, zarówno w szafach jak i papierach (systematyczności zawdzięczam, że zajmuje mi to minimum czasu a dzięki fakturom elektronicznym nie ma tych papierów prawie wcale. Banki, umowy, aneksy, pisma ze spółdzielni, dokumenty z pracy. Wszystko ma swoje segregatory. Oczywiste). Nie przechowuję też dłużej niż ustawowo konieczne dokumentów nieważnych. Nie mam sentymentu i szkoda mi miejsca w piwnicy. Nie lubię chomikować. Naprawdę zarządzanie czasem, minimalizm i wygoda nieprzywiązywania się są doskonałymi kierunkowskazami, bo strasznie łatwo wpaść w chaos. Daleko mi do pedantki, ale nie lubię siedzieć w bałaganie. Artystyczny nieład, swoboda wszem. Nie bałagan.

Wykorzystując ostatnie dni urlopu oraz grypę, która mnie zatrzymała w łóżku (kuracja propolisem, herbatką imbirową i stara niezawodna kamfora oraz rutinoscorbin dość sprawnie wracają mnie do użyteczności, jednak się nie spieszę. Raczej delektuję się dniami  leniuchowania, oglądania starych, ulubionych filmów Tarantino na zmianę z Barbrą Streisand) i dużo na spokojnie myślę.




 Przez lato narodziło mi się sporo pomysłów, jeden lepszy od drugiego, sporo planów, wizji niestety kompletnie często niezwiązanych ze sobą. To niedobrze, bo spowodowały rozproszenie myśli. Dlatego wróciłam dziś do punktu wyjścia. Brak pomysłów w życiu jest równie nieciekawy jak ich nadmiar. Dlatego trzeba zastosować metodę stosowaną przy porządkowaniu szafy. Wszystko wyrzucamy na zewnątrz, spisujemy. Oceniamy, które pomysły warto zachować, które wdrożymy jak najszyciej, które wyrzucamy. I bez żalu. Krótkie cięcia. MINIMALIZM jest cechą prawie tak świętą, jak prostota.
Rozproszenie powoduje frustrację. Wystarczy popatrzeć na ludzi robiących milion rzeczy na raz. Gonią własny ogon. Mnie czasami męczy samo patrzenie na to :-) Pewnie, że każdy z nas chce w życiu jak najwięcej, ale robienie setki rzeczy ze 100% zaangażowaniem to zawał. Niestety. Ustal priorytety, nie wykańczaj się. Nie warto. Slow life. Ustalenie, co jest najważniejsze, co chcemy, co lubimy, co musimy. I NIC PONAD TO. Reszta przyjdzie w swoim czasie. 

W tym miejscu przypomnę świetny wywiad z Carlem Honoré, rzecznikiem ruchu slow. Kiedyś podesłała mi ten wywiad jedna z blogerek :-) Lubię do niego wracać, bo ma w sobie spokój. Naprawdę po części istotą slow life jest właśnie istota zarządzania czasem, planowania, przewidywania, elastyczności. Tego się można zwyczajnie nauczyć. A cała reszta to relaks, odpoczynek, aktywnie bądź nie, ale odpoczynek to rzecz święta.

 A! Taki drobiazg, odpoczywając zawsze, ale to zawsze myślimy wyłącznie o pozytywnych rzeczach. Zawsze! Nasz mózg też ma prawo do relaksu, masażu marzeniami, dobrej książki, filmu, spaceru. Nawet nie rozmowy... Osobiście nie odpoczywam mówiąc, czy słuchając (szepty, pomruki itp. się nie liczą :-), ale rozmowa to dla mnie nie odpoczynek, bo ja się angażuję w nią, ale wszystko inne, co można robić bez mówienia? Oczywiście. Wyjątek: gdy jest zabawnie, najlepiej abstrakcyjnie. O tak. Jedyny rodzaj rozmowy, jakim pozwalam na przerywanie mojego odpoczynku i m.in. jeden z powodów dlaczego jestem z M. On ma abstrakcję we krwi. Z nim właściwie trudniej porozmawiać poważnie. Boska cecha. Co by nie było, zasada nr 1 mówi, że w trakcie odpoczynku mózg ma spokój od wszelkich trosk. Wszelkich? Tak! Dajemy mu spokój. Bawmy go, pieśćmy, rozpieszczajmy i nie męczmy.  


PS. Z zupełnie innej beczki. Zakochana jestem w koleżankach, które spełniają się jako mamy. O ile nie mogę, nie chcę i nie mam zamiaru godzinami słuchać o kwestiach związanych z wychowywaniem, o tyle uwielbiam widzieć je zakochane w macierzyństwie. Mimo jego trudów, które bledną zupełnie w blasku szczęśliwej buzi dziecka. Macierzyństwo jest pasją samą w sobie. Ojcostwo bardzo często też. Szkoda, że nasze czasy tego nie widzą i docenia się każdą inną pasję, tylko nie tę, traktując ją jako coś oczywistego. Nie, to nie jest oczywiste. To naprawdę jest bardzo często czysta pasja. 

22.9.12

*****, czyli rzecz o noclegach

Czasami zdarza mi się słyszeć narzekanie na poziom hoteli, pensjonatów itp. Obługa, wyposażenie, warunki, opcje dodatkowe. Czy słusznie? Bywa różnie. Niektórzy mają zbyt roszczeniowe podejście, niektórzy mają bardzo niskie wymagania i pasuje im wszystko. Ani jedno, ani drugie podejście nie oddaje istoty.

20.9.12

Szczawnica, luz i placki


Po kilku dniach przemęczenia się na Zakopiańskiej kuchni, która jest karą za grzechy turysty, pojechaliśmy do Szczawnicy. Chciałam, ponieważ jeździłam tam ze mną babcia i prababcia, gdy miałam ok. 5-6 lat. To był rekonesans po 30-tu latach. Szczawnica okazała się zupełnie odbiegać od moich wspomnień. Trudno i tak się wzruszyłam. Przeszliśmy miejscami, które pamiętałam, napiliśmy się wody zdrojowej, której smak się nie zmienił. Celem wyprawy było zdjęcie pod fontanną na placu przed domem zdrojowym, żebym zestawiła je z tym sprzed 30-tu lat. Góral mnie na wjeździe poinformował, że z fontanny została tylko panna z dzbanem, reszta jest nowa. Tak. Jednak miasteczko zmieniło się w zasadzie nie do poznania. Po drodze standardowo się wyluzowałam. Joga na kamieniach na strumyku w centrum, salsa i tai chi na fontannie na innym placu. Na koniec najważniejsze: chyba najlepsze placki ziemniaczane w tej części Polski. Jak ktoś będzie w okolicy, to polecam placki w Jakubówce. Po całym dniu chodzenia lubię zjeść kalorycznie.





19.9.12

3 najlepsze musicale

Zbliżają się powoli długie wieczory, więc odświeżam sobie listę filmów do przypomnienia.Filmów, które dają zastrzyk energii, muzycznej i wizualnej pieszczoty zmysłów. Nic ciężkiego, za to przyjemnego. Filmy, które są dobrymi bajkami na dobranoc. Zdarzają się twórcom musicale/ filmy muzyczne. Chociaż nie jest to mój ulubiony gatunek sam w sobie, nigdy nie stałam się fanką np. Metro, usypiam w połowie 99% filmów muzycznych, to mam swoje perły. Ten gatunek filmu ma mi dać rozrywkę. Czystą. Moje ulubione to robią idealnie. Najważniejszy jest show, a nie historia. Przed Państwem: 



18.9.12

"Bloger"- książka pasji

Na temat osiągania sukcesu napisano już wszystko. Na temat realizowania marzeń napisano już wszystko. Na temat znajdowania celów w życiu napisano już wszystko. Teoretycy w tej kwestii wydają setki książek powielając się w interpretacjach. Nuda. Chociaż... i tak uważam, że jeśli jakakolwiek książka pomoże komuś w znalezienie tego, czego szuka, pozwoli znaleźć swoją drogę, pozwoli znaleźć skrót, to znaczy, że jest dobra, nawet jeśli tysiące ją skrytykują. Zdarzają się jednak książki, poradniki, które są uniwersalnie dobre, ponieważ autor spełnia najważniejszy dla mnie warunek: nie teoretyzuje. On wie, co pisze, dlaczego, uzasadnia opinie przykładami, które są oparte na faktach.


Bloger



17.9.12

Morskie Oko - film drogi

Rano usłyszałam "Dziś pójdziemy nad Morskie Oko". 
"Super. Podobno warto" odpowiedziałam zadowolona z uśmiechem, kończąc jajecznicę. 
I poszliśmy. 

Dojechaliśmy do Polanicy Białczańskiej. Widoki były jak dnia poprzedniego, czyli żadne, mleczna mgła momentami pozwalała zobaczyć zarys szczytów. Bywa. Ja już poczułam klima gór, chęć chodzenia, wolę poznawania, odkrywania, fotografowania, chodzenia, wymiany zdań z ludźmi, wrażeń, ale też spokojnego spaceru.
Idziemy. Oczywiście nie jedziemy dorożką, bo to dla cieniasów. Idziemy. Ja sobie robię zdjęcia, slow, chill, mgła, drzewa miejscami zniszczone przez naturę w bezlitosny sposób, widok w dół, przepaść, wypatrywanie niedźwiedzi (oj tam, wypatrywać można). Idziemy. Doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza. Piękny wodospad. Naprawdę piękny. Napatrzyłam się, to można iść dalej. 
Idę, idę. Euforia jednak ze mnie trochę schodzi. Serpentyna, zakret, zakręt, mgła, zakręt w prawo, drzewa, mgła, zakręt w lewo, drzewa, mgła, idę, nogi zaczynają mnie boleć, ale idę przecież. Idę i myślę. I to było złe. Idąc i myśląc człowiek dokopuje się do własnego JA, które na co dzień nie idzie aż tak długo. Idę. Zaczynam wątpić. Mgła. Zimno. Uda mnie pieką, stopy bolą, ludzie mijają, ledwo żyję. Klimat jak z filmów Hitchcocka. Jeszcze te wynurzające się z mgły dyliżanse. Mijające we mgle, "w pędzie". Pada. Zakręt w prawo. Przecież to jest bez sensu. Ile można tak iść? No ile?  Minęły prawie 2 godziny.
"Daleko jeszcze?"  pytam powoli zrezygnowana
"Jak będziesz marudzić, to bliżej nie będzie. Idź" słyszę
Idę. Zaczynam myśleć nad sensem życia. NIE MA. Idę i wnerwiam się coraz bardziej, ogrania mnie złość, zaczynam być wściekła. Bez sensu jest tak iść, w tej monotonnej scenerii i ciągle te zakręty, idę i zrzędzę coraz głośniej. Ludzie się za mną oglądają. Patrzę na nich wściekłym wzrokiem mówiącym "Czego?!". Nie mogę. Ta monotonia, ból ud, deszcz siąpi, końca nie widać, M. idzie przede mną i w końcu też ma dość: "Chcesz wracać?" pyta. 

Morskie Oko

Klaustrofobia a Dolina Kościeliska

Przełamywanie własnych lęków i fobii. Tak. Każdy to kocha... ;-) 
Wyprawa do Doliny Kościeliskiej. Czego można się spodziewać po dolinie w zimny, dżdżysty, mglisty dzień? Oczywiście odrobiny spokoju. Przecież nikt normalny nie będzie wychodził w taką pogodę. Mhm. Jasne. Okazało się, że pomyślała tak cała masa osób. 
Gdy się tak idzie, idzie i nic nie widać, nic się nie dzieje, zobaczenie napisu "Jaskinia Mroźna" może spowodować tylko jedną reakcję: "Idziemy! Tak! Dokładnie! W życiu nie byłam w jaskini! Hura!". To były w miarę ostatnie słowa. Potem była wspinaczka. Dobre 20 min. Kamienie pod stopami. Kamienie. W górę. W górę. Zakręt. Kamienie. Bolą uda. Kamienie. W końcu doszliśmy. TOPRowiec poinformował wszystkich, którzy oczywiście już czekali od dawna, że jeszcze chwilę to potrwa, ponieważ jakaś kobieta skręciła sobie nogę w jaskini i czekają na wsparcie. OK. Nie ma problemu. Ostatni raz w życiu byłam w jaskini w Disneyland pod Paryżem. Jechało się taką kolejną, to było coś a'ja Indiana Jones. Poza tym nie byłam w jaskini, więc ciekawość oczywiście jest silna... Ach, jak fajnie. Egzaltowałam się nieznośnie. Po jakiś 10min. TOPRowiec wrócił i zanim nas wpuścił za budkę biletową, opowiedział historię tej jaskini. Super. Lubię takie rzeczy. Nic z tego nie zapamiętuję, ale i tak lubię słuchać. Z opowieści zostało mi jedno: miejscami idzie się bokiem, miejscami w kucki, bywa ciasno. No to idziemy. 
Idziemy do wejścia. Przed samym wejściem dotarły do mnie słowa, fakty, przecież ja mam klaustrofobię w niskich i wąskich pomieszczeniach. Jaskinia ma 500m. 
"Wiesz co? Ja jednak podziękuję" powiedziałam do M. przed samym wejściem, z przerażeniem, paniką i dramaturgią szczerą w oczach 
"Nie pitol. Idziesz" odpowiedział. 
No i poszłam. 


Dolina Kościeliska

Zakopane, czyli bez szpilek na Giewoncie

Dojechać w nocy ma jeden plus: można zachwycić się rano. Stanęłam rano na balkonie, zobaczyłam góry i się popłakałam. Ten widok mnie przerósł. Dosłownie. Jako nizinno-nadmorska kobieta pamiętałam góry z dzieciństwa (czyli nie pamiętałam) i znałam ze zdjęć (czyli nie znałam). Widok z okna mnie oszołomił. Potem było już tylko bardziej. I bardziej.

Miejsce: Willa Hawrań 


Zakopane


11.9.12

Młyn, pakowanie i Zakopane

Regionalne produkty najlepiej kupować u źródła, jeśli tylko się da. Ryby u rybaków w Sopocie, jajka ze wsi, mąki, płatki itd. w młynie. Bez dwóch zdań. Wczoraj odwiedziłam nasz ulubiony młyn w Pruszczu Gdańskim. Tam się czuję, jak cofnięta w czasie. Niedość, że sam wygląd jest z głębokich lat osiemdziesiątych z kasą na odważniki, to jeszcze pani ma minę zeromarketingową :-) Kompletnie mnie to bawi. Zapasy porobione, najlepsze w świecie płatki owsiane nabyte. Ceny przeniskie, ale to tylko dodatkowa zaleta. Mam też w końcu mąkę orkiszową. Muszę ją wypróbować na naleśnikach.



Suszona żurawina, płatki, rodzynki, świeży banan i jogurt i śniadanie idealne gotowe. Do tego można tam dostać wiele przypraw, z czego też zawsze korzystam. 

10.9.12

Uważaj o czym marzysz, czyli Tiffany

Jakiś czas temu pisałam, że jednym z moich marzeń jest mieć bransoletkę od Tiffany. Stoi mniej więcej obok marzenia o własnym domu za miastem. W Toskanii. Tak, ta sama kolumna. 

Dziś zawitali do mnie Karioka z mężem. Karioka wspomniała przy okazji wspomnianej notki, że mi taką bransoletkę podaruje. Och, ludzie mówią różne rzeczy, ale to miłe. Takich rzeczy się nie daje, tak "o". Obiecała powiedzieć, dlaczego chce dać ją akurat mi i dlaczego w ogóle chce mi ją dać. Hm. Zostawiłam temat, prawie o nim zapominając, bo... chodzi o bransoletkę Tiffany. To już nie żarty. Właściwie o tym potem zapomniałam.  


9.9.12

Rzecz o męskich torbach

Siedzę na balkonie, popijam kawę. W mieszkaniu unosi się zapach czekoladowego ciasta, które upiekłam dla dzisiejszych gości. Jest to K., którą poznałam na Blog Forum Gdańsk 2011. Akurat spędza urlop w Trójmieście i mamy okazję się spotkać.

Wracając do balkonu... Są rzeczy na Ziemi i niebie, których nie rozumiem. Np. robienie eleganckiej imprezy, na którą wszyscy przychodzą odstawieni i kazanie gościom zdejmować buty. Naprawdę takie coś wspominam z niedowierzaniem, ale sama nie mogłam się pozbierać nieraz, gdy ubrana w sukienkę, odszykowana od góry do dołu ze szpilkami włącznie, mój towarzysz w garniturze, wchodzimy do domu czy mieszkania i dostajemy.. kapcie. Albo prośbę zdjęcia butów. Każda kobieta wie, że buty są nieraz wisienką na torcie stroju. Każdy to wie. No nic. Bywa. U mnie nikt nigdy nie musi zdejmować butów. Chyba że chce. Jednak do czego zmierzam? Do detali.


8.9.12

Miodowe chwile, czyli slow na słodko

Ostatni tydzień miałam w wysokich tonach speed. Wszystko po to, żeby z piskiem opon wjechać w urlop. Czasami jest to normalne, szczególnie w moim zawodzie. Jazda na wysokich obrotach, żeby za chwilę wystopować. Kocham tę sinusoidę życia, gdy kontrolowane, upragnione tempo przeplata się ze slow. To mój rytm. Zmienny, ale dostosowany do moich potrzeb, możliwości, celów. Oszalałabym z nudą, ba, ja nie potrafię się nudzić, bo nawet nic nie robiąc, kontempluję odpoczynek, relaks, tak samo oszalałabym w ciągłym życiu na walizkach, spotkaniach, telefonach, rozmowach. To się musi pięknie uzupełniać. Kocham to, że realizuję się szalenie zawodowo, czasami z silnymi emocjami, w wersji business negocjuję, bądź plotkuję z całym światem.

Mhm. Kocham swoją pracę, ponieważ jest spełnieniem moich marzeń. Nie mniej i nie więcej, wszystko rozwija się tak, jak marzyłam. Prywatnie podobnie. Może też dzięki temu, że nie lubię narzekać na to, na co dziś nie mam wpływu. Dopóki wiem, że na dziś zrobiłam wszystko, co mogłam, by posuwać sprawy do przodu, to żyję w zgodzie z sobą. Jeśli na coś nie mam wpływu, to nie mam. Nie ma o czym mówić. Mam alergię na utrudnianie sobie życia. Wszystkiego i tak nie da się przewidzieć, a gotowość do zmian, nieprzywiązywanie się, dają najlepszy bufor bezpieczeństwa. Jedno jest niezmienne: prawo do marzeń, kreowanie wizji, które dziś wydają się wręcz nierealne. Po to są marzenia. Często po wielu latach, oglądając się za siebie, patrząc na listę zrozumiemy, że marzenia się spełniają. Trzeba je mieć, czasami to one nas ratują przed depresją, poddaniem się, rezygnacją... Ale dziś nie o tym :-)


6.9.12

Bezcennik, czyli sprzedajność


Sprzedajność. Strasznie modne słowo, odnoszone do wszystkich, którzy gdzieś na czymś zarabiają. Oczywiście jest z założenia obraźliwe. Dla mnie sprawa jest dość prosta, sprzedajność ma miejsce wyłącznie wtedy, gdy ktoś robi coś wyłącznie dla pieniędzy. Mnóstwo osób nienawidzi swojej pracy, prawie każdemu z nas zdarzało się robić coś wyłącznie dla pieniędzy. Takie życie i jego fazy. Czasy bywają też różne, ale fajniej jest dążyć do zajęcia idealnego. Takiego, które daje satysfakcję, spełnienie ambicji, rozwój, opcjonalnie realizuje pasję, ale co najmniej, które się lubi. I z którego można żyć. Jak bardzo buddyjskiego podejścia by się nie miało, jak bardzo nie chciałoby się mieć obojętnego stosunku do pieniędzy, to i tak potrzeba ich staje się istotna. To oczywiste.




5.9.12

Berlin, czyli pierwszy raz

To były najbardziej niesamowite dwa dni ostatniej dekady... Mniej więcej.

Jak już kiedyś pisałam, kolekcjonuję w życiu "pierwsze razy". Nałogowo i z coraz większym szczęściem, bo są coraz mocniejsze (umówmy się, te związane z seksem ma się do jakiegoś momentu. Potem "pierwszy raz" zrobiło się już wszystko, co się chciało. No dobrze, pozostaje jeszcze kwestia miejsc.. ale to co innego).

Poczuć coś pierwszy raz. Bezcenne.


3.9.12

SLOW, mam w końcu 3. numer magazynu

Ukazał się nowy nr SLOW. Jak dwa poprzednie zapowiada się ciekawie. 
Mocno magazynowi temu kibicuję, bo jest tym, czego mi brakowało wśród papierowych gazet. Właściwie nie lubię nazywać go gazetą. Magazyn to odpowiedniejsze słowo. 

Niedawno skończyłam czytał drugi numer (jak pisałam - dawkuję go sobie). Dużo mądrych i ciekawych materiałów, tematów, inspiracji. Przeciekawe wywiady. Uważam je za jedną z mocniejszych stron SLOW. Cała tematyka jest naprawdę idealnie wpasowana w nowoczesne rozumienie slow life, jakie ja sama też od początku uskuteczniam. 
Pomijam jedynie tematykę związaną z rodzicielstwem, ponieważ na razie mnie nie dotyczy. Jeśli zacznie, to wrócę do SLOW, ponieważ mam zamiar je zbierać. Materiały są ponadczasowe. Magazyn nie należy do najtańszych, ale jeśli ktoś szuka czegoś wartościowego, to na pewno nie będzie miał poczucia wyrzucenia pieniędzy.




2.9.12

Gościnność

Gościnność to specyficzna sprawa. U mnie wybitnie. Jedną z cech, której sobie nie przypiszę z całą pewnością, a którą ludzie sobie cenią globalnie, jest gościnność w staropolskim rozumieniu. Gość w dom, Bóg w dom.


1.9.12

A ty czemu nie możesz się oprzeć?



O kurcze!... pomyślałam, jak ją zobaczyłam. 
Każdy ma jakąś słabość, prawda? No prawda. Wiele kobiet ma hopla na buty, na kosmetyki (np. tusze, albo lakiery. Mają 200, ale ten 201 jest inny niż wszystkie i.... ). No mamy, mamy. Na różne różności. Ja nie mam. Ehem. Jasne. Prawdopodobnie każdy coś ma. Jak nie ciuchy, kosmetyki, to inne rzeczy.