17.9.12

Morskie Oko - film drogi

Rano usłyszałam "Dziś pójdziemy nad Morskie Oko". 
"Super. Podobno warto" odpowiedziałam zadowolona z uśmiechem, kończąc jajecznicę. 
I poszliśmy. 

Dojechaliśmy do Polanicy Białczańskiej. Widoki były jak dnia poprzedniego, czyli żadne, mleczna mgła momentami pozwalała zobaczyć zarys szczytów. Bywa. Ja już poczułam klima gór, chęć chodzenia, wolę poznawania, odkrywania, fotografowania, chodzenia, wymiany zdań z ludźmi, wrażeń, ale też spokojnego spaceru.
Idziemy. Oczywiście nie jedziemy dorożką, bo to dla cieniasów. Idziemy. Ja sobie robię zdjęcia, slow, chill, mgła, drzewa miejscami zniszczone przez naturę w bezlitosny sposób, widok w dół, przepaść, wypatrywanie niedźwiedzi (oj tam, wypatrywać można). Idziemy. Doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza. Piękny wodospad. Naprawdę piękny. Napatrzyłam się, to można iść dalej. 
Idę, idę. Euforia jednak ze mnie trochę schodzi. Serpentyna, zakret, zakręt, mgła, zakręt w prawo, drzewa, mgła, zakręt w lewo, drzewa, mgła, idę, nogi zaczynają mnie boleć, ale idę przecież. Idę i myślę. I to było złe. Idąc i myśląc człowiek dokopuje się do własnego JA, które na co dzień nie idzie aż tak długo. Idę. Zaczynam wątpić. Mgła. Zimno. Uda mnie pieką, stopy bolą, ludzie mijają, ledwo żyję. Klimat jak z filmów Hitchcocka. Jeszcze te wynurzające się z mgły dyliżanse. Mijające we mgle, "w pędzie". Pada. Zakręt w prawo. Przecież to jest bez sensu. Ile można tak iść? No ile?  Minęły prawie 2 godziny.
"Daleko jeszcze?"  pytam powoli zrezygnowana
"Jak będziesz marudzić, to bliżej nie będzie. Idź" słyszę
Idę. Zaczynam myśleć nad sensem życia. NIE MA. Idę i wnerwiam się coraz bardziej, ogrania mnie złość, zaczynam być wściekła. Bez sensu jest tak iść, w tej monotonnej scenerii i ciągle te zakręty, idę i zrzędzę coraz głośniej. Ludzie się za mną oglądają. Patrzę na nich wściekłym wzrokiem mówiącym "Czego?!". Nie mogę. Ta monotonia, ból ud, deszcz siąpi, końca nie widać, M. idzie przede mną i w końcu też ma dość: "Chcesz wracać?" pyta. 

Morskie Oko




"Chcę rozwodu! Mam dość. To miał być przyjemny spacer! Spacer!" przystaję. Ludzie mijający nas patrzą na mnie z rozbawieniem ("Cholera, co w tym śmiesznego!" myślę sobie). Rozwodziłam się jeszcze kilka razy, aż doszliśmy do miejsca, gdzie zaczęło się przejaśniać... zobaczyłam góry. Błyskawicznie wróciła mi nadzieja. Idziemy. Dochodzimy do miejsca, gdzie kończą trasę dorożki. Chwila przerwy. Herbata. Ciepła. Ufff, jak dobrze. "Daleko jeszcze?" pytam M, który nie chce ze mną chwilowo chyba rozmawiać. "Zobaczysz". Ja już nic nie chciałam. Moja złość przeszła w zmęczone zrezygnowanie. Już tak daleko doszliśmy, że nawet jeśli się będę czołgać, to dam radę.
Idziemy. Monotonia zakrętów jest jakby mniej monotonna. Idziemy jeszcze kawałek. M. idzie przodem. Macha na mnie ręką. Podeszłam do schroniska, podeszłam kilka kroków... 
I się popłakałam, bo na ten moment, dosłownie na kilka minut tego popołudnia, rozpogodziło się, słońce padło na szczyty jasnych gór otaczających lazurowe jezioro, nad którego taflą unosiły się chmury. Miejsce robi wrażenie otulającej nas dłoni. Poczułam się otulona tym miejscem. 
Spędziliśmy tam dłuższą chwilę. Odpoczęłam. Pochłonęłam. Ugłaskałam swoje JA, które nigdy nie szło na takim dystansie (krótkie owszem, nawet często, ale 8,5km w jedną stronę? Never. Od tego jest samochód, co dziś ze wstydem przed sobą przyznaję).  
Droga powrotna wyglądała jak wycinek z kreskówki. Szłam śpiewając, tańcząc i ciesząc się tym, co widziałam, jednocześnie obłaskawiając M. Wracając, korzystaliśmy ze skrótów drewnianymi schodami Ta monotonia zakrętów na asfalcie byłaby dla mnie w drugą stronę nie do zniesienia na tym dystansie. I tak idąc filozofowałam, że tak jest właśnie czasami w życiu. Droga do celu bywa monotonna, nudna, krajobraz nas przytłacza, wszystkiego mamy momentami dość, zostawieni sobie i własnym myślom dochodzimy do skrajności... ale IDZIEMY. 
I wszystko staje się nieważne, gdy docieramy do celu, nawet jeśli nie wiemy dokładnie, co nas na miejscu czeka, jeśli nic nie wskazuje na to, że ta droga ma jakikolwiek sens, że to nie tym razem, nie to, to warto jednak iść dalej.  Przed samym celem bywa najciężej. Gdy już ostatnią towarzyszącą myślą jest "nie mogę już", to znaczy, że jesteśmy blisko.
Zawsze można zawrócić, ale poczucie rezygnacji może być bardziej przytłaczające niż uciążliwość (przejściowa!) drogi. 
Dopóki nie osiągniemy celu, nie dojdziemy do swojego Morskiego Oka, to idźmy. Nie pozostawiajmy miejsca na gdybanie, jakie pozostaje po rezygnacji. 

Następny wyjazd obejmie już góry i szlaki właściwe. Tym razem poznałam się z Tatrami, poznałam swoje możliwości, sprawdziłam wytrzymałość (haha, no tak, nad tym będę dalej pracować, ale ostatni rok salsy, spinningu i pozostałych zajęć pozwolił mi dość do Morskiego Oka ;-), ale zrozumiałam też, że w górach zakochana jestem na amen. Taka miłość do miejsc często się nie zdarza. Mnie dopadła zupełnie. 
Zamykam oczy i widzę Giewont, czuję te powietrze, słyszę tętent kopyt góralskich koni, słyszę las. Wrócę tam.