5.9.12

Berlin, czyli pierwszy raz

To były najbardziej niesamowite dwa dni ostatniej dekady... Mniej więcej.

Jak już kiedyś pisałam, kolekcjonuję w życiu "pierwsze razy". Nałogowo i z coraz większym szczęściem, bo są coraz mocniejsze (umówmy się, te związane z seksem ma się do jakiegoś momentu. Potem "pierwszy raz" zrobiło się już wszystko, co się chciało. No dobrze, pozostaje jeszcze kwestia miejsc.. ale to co innego).

Poczuć coś pierwszy raz. Bezcenne.




1. W tym tygodniu miałam przeokrutne szczęście być na targach IFA w Berlinie. Jako że jest to w sporej mierze związane z moją branżą i z naszymi klientami, których produkty można tam zobaczyć, ciekawa byłam tych targów "na żywo". Chociaż mam dość często okazję bywać na branżowych targach, to jednak te stanowiły dla mnie ciekawostkę też prywatnie. Nowe technologie, produkty przyszłości, marketing (i to jaki!), znowu ludzie z całego świata, mhhhhhm, to się nazywa zupełna bajka.

Targi są gratką na pewno dla każdego fana nowych technologii, ale przede wszystkim też dla dystrybutorów, którzy jak na moje oko powinni od tych targów zaczynać planowanie asortymentu. Zakochałam się:
  • w telewizorach ultra HD, (3D nie robi na mnie wrażenia, bo z moją wadą wzroku i tak odbieram to dość ciężko, bo bolą mnie od niego oczy. Nie martwi mnie to jednak, 3D ma sens jedynie w kinie i poza Avatarem i Beowulfem nie wyszło chyba nic naprawdę dobrego),
  • w telewizorach o szerokości kilku milimetrów, albo w ramach jak do obrazów, 
  • w fantastycznych produktach uzupełniających do tabletów i telefonów (jak i nieznanych mi markach tychże i tabletów i telefonów i akcesoriów, mimo ich doskonałej jakości), nie mówiąc o wyborze wszelkich możliwych urządzeń elektroniki użytkowej, ekspresów do kawy (Boże! Ile tego jest! I jakie!), nie mówiąc również o wszelkich lodówkach, pralkach, mikrofalówkach, mikserach, lokówkach, suszarkach, nawigacjach i milionie przedmiotów, jakich nie widuje się w naszych sklepach. To jest to, o czym pisałam w notce o "wojnie potentatów". Marketing to jest to. 

2. Dziwna sprawa, ale do tej pory nie byłam w Berlinie, chociaż Niemcy mam zjechane wzdłuż i wszerz. Zawsze omijałam Berlin z boku. Jakoś nie miałam nigdy dość motywacji, żeby pojechać tam specjalnie. To nie ta kategoria miast w moim rankingu. Ale oczywiście chciałam móc powiedzieć sobie "byłam!". No i byłam.
PS. Berlin nie znalazł się na liście miast, w których się zakochałam. I tyle. Ma za dużą konkurencję wśród tych, które widziałam wcześniej. A ja miasto "czuję" od pierwszych chwil. Berlina nie poczułam. No i dobrze. Wolę wiedzieć, że lista miast "byłam raz, nie zakochałam się" jest równie długa, jak tych, do których mogłabym pojechać natychmiast, żeby tylko znowu poczuć ich klimat.


3. Pierwsza od dawna spokojna noc w hotelu. Na pewno pierwsza w mieście,w którym był hotel. Tak, jestem szczęśliwa, cisza, spokój i całe łóżko moje, moje, tylko moje, chociaż dwuosobowe. To już była dla mnie gratka. Z dziecięcej radości porobiłam sobie zdjęcia w lustrze. Te było najgrzeczniejsze, bo pokój i lokalizacja lustra uwolnił we mnie dziwne, cenzuralne  zachowania :-)

4. Najważniejszy "pierwszy raz" jednak dla mnie, jako dla mnie opiszę później. Czysto motoryzacyjna gwiazdka.

Wracając na chwilę do samego miasta Berlin. Tak. W końcu dojechałam do Berlina. I to jak! Rano szef powiedział "Wsiadaj. Pojedziesz". Popatrzyłam na niego, popatrzyłam na stojącego obok mnie Lexusa, znowu na niego:
- "Jesteś pewien? :-)" 
- "A ty nie?" 
-"Żartujesz? Czekam na ten moment całe życie. W ogóle pamiętaj, jestem pierwsza na liście, gdy będziesz go sprzedawał. Pasuje mi do koloru torebki" 
- "Haha, dobrze. Podałaś najlepszy argument"

Tak. Tak. Tak!!!!! Usiadłam za kierownicą (która się do mnie przybliżyła sama z siebie i dopasowała wysokością), szybko opanowałam mechanikę, włączyłam wsteczny (kamery pokazały mi miejsce za samochodem, chcę coś takiego w moim! :-) i ruszyłam. Oczywiście sprzęgło pracuje zupełnie inaczej niż w znanych mi autach, ale dwie rundy wokół hotelu i po okolicy i zsynchronizowałam się z autem. I pojechałam na Berlin (nocleg był ok. 50-60km od Berlina).

Jakby ktoś chciał zapytać, jakie to uczucie wjechać do Berlina Lexusem, jako kierowca, to powiem, że tak się czuje Królowa świata ;-) Nie chodzi o próżność, a może chodzi. Pewnie chodzi. Nieważne. Czułam się fantastycznie. Jeden z lepszych pierwszych razów w życiu. Drugi był potem, ponieważ po targach miałam ponownie okazję poprowadzić ten bajeczny samochód, w którym kocham się skrycie od kiedy pierwszy raz nim jechałam. Albo i wcześniej.

Jadąc przez Niemcy oczywiście na autostradach są spore fragmenty bez ograniczenia prędkości. Brak ograniczenia, a możliwości auta to dwie różne rzeczy. Do tej pory prowadziłam najszybciej 180km/h. I co? Ja siedzę za kierownicą Lexusa. Dwóch pasażerów idealnych - nie marudzących - ze mną. Żadnego "uważaj, patrz, tam, ograniczenie, znaki, ufo". Nic. Normalna rozmowa (żarty to żarty, rozmowa to rozmowa wiadomo). A ja za kierownicą i raczej ogarniała mnie pełna kontemplacja i skupienie niż cały świat.  Mieć pod obcasem takie przyspieszenie... Mamusiu, no coś fantastycznego. Poniżej 160km/h schodziłam niechętnie (dobrym hamulcem jest fakt, że mandaty są w Niemczech wysokie i tylko to mnie zmuszało hamowało).
Szef siedząc obok patrzy w którymś momencie  i mówi "Masz prawie 200"
- "Poczekaj. Daj mi moment. Wyczuwam go jeszcze". 

Jadę i sobie myślę, że taka okazja może się szybko nie powtórzyć i "kobieto, siedzisz za kierownicą Lexusa. Jesteś na niemieckiej autostradzie bez ograniczenia prędkości. Rozumiesz to?". Tak, rozmowa z samą sobą była mi potrzebna. Jadę ok 190km/h. Czuję go. I przyszedł ten moment, długa prosta przede mną, jadę z góry, przede mną malowniczy widok i nitka autostrady. Stopa opada mi na pedale gazu coraz bardziej, jest mi cudnie, adrenalina podnosi ciśnienie, robi mi się fantastycznie gorąco, patrzę na licznik "210"
Tak, to było orgazmiczne. 

Chwilę potem pojawiły się znaki informujące o zbliżającej się granicy. 
Wykorzystałam ostatni moment, żeby zrobić pierwszy raz coś, co jest marzeniem chyba każdego kierowcy, który nie jeździ na co dzień samochodem o mocy umożliwiającej osiąganie takich prędkości. Co ciekawe (chociaż wiedziałam o tym już jako pasażer od dawna), doskonałe przyspieszenie w samochodzie, wbrew pozorom nie stwarza zagrożenia, a właśnie zwiększa bezpieczeństwo. Możliwość manewrowania jaka idzie za takim przyspieszeniem jest cudowna. Rozmarzyłam się. Na poważnie.
Pamiętam, jak dawno temu kupowaliśmy pierwszy samochód. Przeglądałam wszystkie dostępne marki, żeby się rozeznać co w ogóle jest w moim zasięgu. Najechałam na zakładkę "Lexus" a M. powiedział "Tego nawet nie otwieraj". Oczywiście otworzyłam. Ceny wyjściowe mnie szybko wystudziły. Powiedziałam "Dobrze. Jeszcze nie teraz" zamykając okno. Od tamtej pory Lexus jest dla mnie takim samochodowym cudem. Jakoś żadna inna marka nie robi na mnie takie wrażenia, mimo przecież niemałego wyboru samochodów luksusowych. Lexus to Lexus. Możliwość poprowadzenia go utwierdziła mnie w przekonaniu, że mogę takim jeździć. Dam sobie radę, naprawdę, nie ma problemu ;-)
Najbardziej fantastyczne z tego było jednak samo przełamanie własnej kolejnej bariery. Właściwie im dalej, im więcej robimy rzeczy, które są nowe, tym chętniej robimy kolejne. Ja jednak i tak zawsze będę pozostawać w granicy rozsądku i wiele pozostaje dla mnie poza strefą "chcę to". Nie ryzykowałabym życia. Za bardzo je kocham i za dużo marzeń mam do spełnienia. Kolejne odhaczam. Następne to pojechać 240, ale to już będzie wyzwanie na autostradę 3pasmową ;-)


Ilość wrażeń, bajecznie pozytywnych trzyma mnie nad atmosferą.


PS. Nie komentuję jedzenia w restauracjach, bo kompletnie nie mam nastroju. Wszędzie było smacznie, ba, przy okazji przeżyłam miłe zaskoczenie, bo zajechaliśmy do restauracji "Polonez" jedynej sensownej w tamtym rejonie przedgranicznym, w której kiedyś jadłam kolację w innych okolicznościach. Wiele lat temu. Stawik w środku (na zdjęciu) nie zmienił się od lat. 

Wracam myślami do planowania urlopu. To trzecie podejście w tym roku. Znajomi już się ze mnie śmieją, że znowu zmieniłam plany, bo prosto z Berlina miałam lecieć dalej... a tam, wychodzę z założenia, że nie ma tego złego... Gdybym nie przełożyła urlopu na przyszły tydzień, nie przeżyłabym tego, co opisałam. A taka okazja może się szybko nie powtórzyć. Nie ma tego złego... 
Teraz jedno jest pewne = urlop ma być w 100% SLOW, na spokojnie, bez zbyt wielu emocji. Niech będzie ładnie, pięknie ale spokojnie. Chcę chilloutu w zaciszu jakiegoś klimatycznego miejsca. Podobno będzie to Kazimierz Dolny. Zobaczymy :-)