26.2.12

Na hamaku

No dobrze. Może raczej na kanapie.

Kocham zimę za jedno: za umożliwienie mi leniuchowania. Mogę bezkarnie przeleżeć cały weekend na kanapie, robiąc NIC, albo robiąc coś, co można robić na leżąco, nadrabiając filmy, książki, gazety, wiadomości, rozmowy telefoniczne, spotkanie z przyjaciółmi (no zwykli znajomi już mi tego nie umożliwią, przyjaciele leżą po prostu razem z nami). Lenistwo zupełne. Reset. Kumulacja energii. Tylko zimą nie mam OCHOTY nigdzie iść, jechać, lecieć, podskoczyć, spotkać się na mieście. Zapraszam wyłącznie do mnie.

Tylko zimą jedyne co mnie wieczorami wyciągnie z domu to salsa, ew. zumba albo spinning, no nie liczę odwiedzin rodziny. Kocham zimę za te totalne spowolnienie. Owszem, w pracy lecę na zupełnie maksymalnym speedzie, na zupełnych obrotach, ale to dlatego, że kocham tę pracę i zatracam się w niej z przyjemnością, ale po wyjściu z biura, albo po powrocie z podróży, jedynie kanapa i inne pierdółki domowe.

Kocham za to zimę, bo czując wiosnę już wiem, że zaraz w domu znowu będę gościem. Nie wytrzymam długo i wracać będę jedynie spać. Zimą naprawdę mogę się poukładać, wewnętrznie, zewnętrznie, w szafkach, w myślach.

A propos myśli: Jedna myśl towarzyszy mi całe życie i wraca głównie, gdy już leżę.. Chcę wymyślić coś, czego nie wymyślił jeszcze nikt. Obojętnie w jakiej dziedzinie. Zupełna dowolność. Wymyślić coś, o czym mogę powiedzieć i będzie można to udowodnić: tego jeszcze nie było i jest moje. Bierzcie i jedzcie, ale nie było do tej pory niczego nawet obok tego. I żeby było skrajnie uniwersalne, żeby nie można się było o to pokłócić, ale żeby było światu potrzebne. No musi coś takiego być. I pewnie już nie raz miałam to prawie, prawie, prawie na końcu synapsy :)
Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia :) Ale nie zapominam, że w historii myśli najlepsze myśli przychodziły przypadkiem, dlatego nie leżę i nie myślę "co by tu wymyślić?", bo to z założenia zabija kreatywność. Ja pozwalam myślom płynąć. Mają zupełny flow :)

Największe "Eureki" nie były wymyślone. One przychodziły tym ludziom do głowy. Oni je potem zapisywali i jeśli było to konieczne, udowodniali. No każdy ma jakieś marzenia. Z tych najbardziej abstrakcyjnych jakie noszę w sobie całe życie, to właśnie to. Zapisać coś, co będzie wiekopomne.

Bo po to są marzenia. I to jest moje najbardziej abstrakcyjne. Pozostałe to chyba kwestia pieniędzy albo chęci, czyli banał :)


Zdjęcie pochodzi STĄD.

Leżenie na kanapie jest boskie zimą. Muszę się tym nacieszyć dopóki mam tę pięknie paskudną pogodę za oknem. To jej ostatki.

Sprawiedliwy handel - Fair Trade

Już od dawna słyszałam o idei FAIR TRADE i od kiedy mam możliwość kupowania produktów z tym znaczkiem w Polsce, to je wybieram. Dziś przeczytałam ten artykuł: KLIK.  I zrobiło mi się smutno z powodu tak dużej nieświadomości. Większość ludzi lubi narzekać (no wiem, w Polsce żyję) na swoje zarobki, że tak cieżko pracują, a tak mało zarabiają i jakie to niesprawiedliwe. No to ja proponuję pomyśleć też nad tym wszystkim i zastanowić się, co mają powiedzieć ludzie, którzy pracują prawie za darmo na to, żebyśmy mogli korzystać z "dobrodziejstw" świata. I może zamiast narzekać (hehe, jasne :), albo dobrze, to może jednocześnie z narzekaniem można w bardzo prosty sposób starać się trochę zmieniać ten świat i myślenie i podejście.
Tu strona koalicji KLIK oraz polskiego oddziału znowu KLIK.


O co chodzi? Pokrótce (info ze strony)
"Ruch Sprawiedliwego Handlu opiera się na kilku wspólnych zasadach, które mogą być realizowane na różne sposoby. Dwie organizacje, które reprezentują odmienne podejścia do Sprawiedliwego Handlu, opracowały na kanwie tych reguł zestawy weryfikowalnych standardów. IFAT wypracował standardy, które muszą spełniać organizacje Sprawiedliwego Handlu. Natomiast FLO Int. stworzyło system certyfikacji Fairtrade, oparty o standardy produkcji i wymiany handlowej w odniesieniu do konkretnych produktów.
Najważniejsze zasady Sprawiedliwego Handlu to:
  • Uczciwa cena jaką otrzymują producenci za swoje produkty
- jej wysokość powinna być zawsze ustalana z uwzględnieniem lokalnych uwarunkowań, przy udziale producentów i innych zainteresowanych stron
- powinna pokrywać koszty zrównoważonej ekologicznie i społecznie produkcji
  • Bezpieczne i oparte na zasadach szacunku praktyki handlowe
- krótki czas oczekiwania na zapłatę
- możliwość prefinansowania, jeśli wymaga tego sytuacja
- bezpośrednie relacje pomiędzy producentami a organizacjami handlowymi
- skracanie łańcucha pośredników
  • Sprawiedliwe płace i odpowiednie warunki socjalne
- płace na plantacjach, gdzie produkuje się towary na zasadach Sprawiedliwego Handlu, powinny zapewniać pracownikom i ich rodzinom wystarczające środki na utrzymanie
- bezpieczne, nie zagrażające zdrowiu warunki pracy
- wolność zrzeszania się
- równe płace w przypadku kobiet i mężczyzn
- niewykorzystywanie pracy dzieci, zgodnie z Konwencją o Prawach Dziecka oraz na podstawie lokalnego prawa
  • Demokratyczne zarządzanie organizacją producencką
- producenci powinni powołać i stopniowo wzmacniać demokratyczną organizację producencką (np. spółdzielnię, stowarzyszenie rolników, związek zawodowy pracowników)
- decyzje powinny być podejmowane wspólnie, w sposób demokratyczny i transparentny
  • Dążenie do zwiększania niezależności producentów
- długofalowym celem Sprawiedliwego Handlu jest takie wsparcie drobnych producentów, aby w przyszłości mogli prowadzić opłacalną działalność także poza ruchem i być konkurencyjnymi na rynku krajowym bądź światowym
  • Zwiększanie wiedzy i świadomości konsumentów
- zadaniem organizacji Sprawiedliwego Handlu jest także edukacja i zwiększanie świadomości konsumentów w zakresie podejmowania etycznych wyborów konsumenckich, dostarczanie im informacji o producentach, ich produktach oraz warunkach, w jakich powstały"

Dlaczego to by miało obchodzić każdego z nas? Bo handel jest wielką symbiozą, której NIE chcemy widzieć. Wybierając rzeczy wyłącznie TANIE przyczyniamy się do tego, że osoby, które je produkują jednocześnie mało zarabiają. Nieważne gdzie, na jakim kontynencie, w jakim kraju. Owszem, zaznaczam od razu, że nie dotyczy to wszystkiego, bo wiele firm opiera swoje ceny na gołym, nie popartym niczym marketingu jednocześnie nas mamiąc pseudojakością. Z tym pewnie też kiedyś świadomość wygra, ale to nie w tym stuleciu. Zbyt często grozi nam kupowanie LOGO a nie jakości. LOGO przyczynia się często do cieniutkiej jakości, za którą stoją też niskie koszty produkcji. Dobra rzecz musi mieć swoją wartość. I ma. Reszta to wartość dodana. Do każdego z poprzednich zdań można się przyczepić. Uogólniam. Wiem.Wiem.Wiem. Są loga (chociaż mam na myśli bardziej markę = jakość"), za które sama dałabym każdą cenę. Nawet jeśli tej kwoty nie mam, bądź jeśli marka ta jest powszechnie nierozpoznawalna (ba, w życiu nauczyłam się to właśnie doceniać. Nie każdy noname jest nonamem w polskim rozumieniu. Jest mnóstwo firm, producentów, którzy nie mają praktycznie osobnego marketingu, bo go nie potrzebują. Są to często też małe firemki, które nie chcą iść w ilość, jeśli wiedzą, że będzie to kosztem jakości). Firmy, które działają nie raz wielopokoleniowo. Ja jestem w dużym odwrocie (właściwie zawsze byłam) od rzeczy "popularnych". Owszem, bardzo często zdarza się, że takie rzeczy są na mojej półce, w mojej szafce, ale to wynika z tego, że je sprawdziłam i spełniły moje oczekiwania, jednocześnie nie stanowią one większości. Uwielbiam rzeczy unikatowe, od jedzenia, po ubrania czy kosmetyki i biżuterię. Wypracowanie sobie takie "gustu" wymaga jednak czasu i wielu prób. Jeśli jednym z kryteriów może być idea fair trade, to ja jestem absolutnie "za". Ba, prosty przykład z własnego podwórka: okazuje się, że palarnia kawy, w której kupuję kawę też bierze ziarna od dostawców należących do fair trade. I co? Różnica w cenie naprawdę nie jest duża w stosunku do kawy "firmowej", a jakość lokalnie palonej kawy i świadomość, że ziarna pochodzą z kontrolowanej plantacji powodują, że wszystko smakuje jeszcze lepiej. Sama świeżopalona kawa, jak wcześniej pisałam, jest nieporównywalna z żadną inną. Basta.
Jednak za ideą fair trade stoi konkretna procedura i założenie kontrolowanego handlu od pierwszego etapu. I to jest cała, najistotniejsza różnica pomiędzy produktami sprzedawanymi/ kupowanymi wg zasad FAIR TRADE a produkowanymi w nieludzkich warunkach i za nieludzkie stawki za przyzwoleniem całego świata. Ktoś powie, "to niech wszyscy pośrednicy zmniejszą swój zysk i podzielą się z pracownikami". No i mamy spychologię odpowiedzialności. Fair Trade nie zmieni świata od razu, nie dziś. Ale ja osobiście mam szczerą nadzieję, że stopniowo i sukcesywnie będzie wpływał na nasze konsumenckie decyzje, ponieważ na każdym etapie, bez względu na to, co sami robimy zarobkowo, zawodowo, CHCEMY BYĆ ZA TO GODZIWIE WYNAGRADZANI. Bez względu na długość i szerokość geograficzną i wykonywaną pracę.
Jestem mocno "za" i czuję się ich mentalną ambasadorką.
Małe logo, które zmienia świat na lepsze:



23.2.12

Szpilki na Giewoncie

Polskie seriale są przeważnie jakie są. No i takie będą. Ale czasami zdarzają się takie, które mnie wciągają. Ostatnio "Kasia i Tomek". Ale niedawno dołączył do tego [werble]: "Szpilki na Giewoncie".
Trafiłam na to przypadkiem na aplikacji ipla (tu strona IPLA) na telefon i zassało mnie to na kilka nocy. Ściągałam po kilka odcinków i z słuchawkami na uszach i telefonem w dłoni leżałam do 2-3 nad ranem siedząc z bohaterami w Zakopanem. Zakochałam się w tym serialu,  w jego klimacie, w góralach, w bohaterach, w dialogach (do wycięcia = dialogi momentami cienkie jak barszcz z torebki, albo wstawki product placementu czy też reklama fundacji polsat, ale naprawdę da się na to przymknąć oko). W całości doskonałe na środek nocy i wyłączenie się z własnego świata). Przez ten serial wiem już, że mam w sobie na 100% góralską krew. Porywczość, wartości, "charakterek", ale też jakaś specyficzna spolegliwość i zadziorność zarazem, no tak, to ja.

I te zdjęcia. Zakochałam się w górach. Nie byłam w nich od dzieciństwa, gdy babcia zabierała mnie do Szczawnicy i czasami do Zakopanego, ale za wiele nie pamiętam. Polubiłam dzięki temu serialowi Magdę Szejbal (którą do tego świetnie w tym serialu stylizują). Fajnie gra zmanierowaną, pewną siebie, ale też uroczą Warszawiankę. Polubiłam aktorów grających górali. Polubiłam Małgorzatę Pieczyńską. Polubiłam ich wszystkich. Każdego jednego bohatera. I strasznie podoba mi się góralska gwara. Zauważyłam, że zaczęłam zaciągać w ciągu dnia ;)

Wątek miłości, no jasne, ale w różnych wariantach. I fajnie. Jak dla mnie może być, zwłaszcza w takim wykonaniu, gdzie dziewczyna nie gra niepewnej sierotki zdobywanej przez królewicza, tylko widzi się dwa silne charaktery docierające się przez mocne tarcie a nie mizianie. To lubię.
Jeden z dialogów, który mnie rozbawił dość mocno jak na środek nocy:
dialog "przez zamknięte drzwi"
BARTEK: przyszedłem po ciebie
EWA[obrażona]: w dupie to mam!
BARTEK: a ja w dupie mam to, że ty masz to w dupie! wyjdź natychmiast!
:)



Fajna muzyka. W sam raz na wiosnę. Na zakochanie. Na wyluzowanie. Zmiękcza mnie, rozczula. Podoba mi się. Jako kobieta lubię wpuścić się w taki klimat jak w futro z niedźwiedzia. No, może kota ;) Z mężem obok. Nawet śpiącym. Chyba szybciej poszedłby na piechotę do Zakopanego niż obejrzał to ze mną, ale nieważne. Naprawdę fajny babski serial. Polski.

Po całym dniu walki z wiatrakami, lśnienia, migotania, wykazywania się, czarowania i dawania z siebie wszystkiego dla dobra świata (czyli wszystkiego co kocham, ale od czego też muszę odpocząć) z rozkoszą zatracałam się w tym góralskim, zakopiańskim klimacie. Szkoda, że mi się skończył. Ale nie wykluczam, że będę go sobie odpalać dla poczucia tego znowu. Tak po prostu. Siedzi  we mnie góralska dusza, że hej! Ale też szpilki są mi potrzebne do szczęścia. No pasuje mi ten serial jak mało co. W sam raz na wiosnę.

Poleżeć na hali, na trawie, popatrzeć na Tatry, popatrzeć na stado owiec, pogryźć trawkę podjadając oscypka, a potem dopaść kwaśnicę, nie mówiąc o dzięgielówce... No wiem, po prostu wiem, że nic więcej do szczęścia by mi nie trzeba było. Tylko jeszcze w jakimś ciepłym czasie, bo odpowiednik halnego to mam teraz nad morzem ;)

Ech... No rozmarzyłam się po całości przy tym serialu. Fajnie, że na niego trafiłam.
PS. ale też dobrze, że skończył mi się, bo tydzień zarywania nocy dał mi popalić nieziemsko. Mogę spokojnie wrócić do "Lie to me", a to oglądamy już razem. Przynajmniej można się pomądrzyć w zgadywaniu "co będzie za chwilę" i kto kłamie ;)

21.2.12

Ku chwale blogowania

Blogi stają się modne. Może nie są jeszcze jasno identyfikowane przez ludzi, którzy nie miewają z nimi w żaden sposób do czynienia, ale słowo blog ma zupełnie inny wydźwięk niż jeszcze prawie 10 lat temu.

Ostatnio widzę coraz więcej artykułów o tym, jakie blogi mają być, powinny być, muszą być. Poradniki się mnożą jak grzyby po deszczu, jak chociażby TEN. Powstaje coraz więcej rankingów blogów i blogerów, coraz więcej osób podejmuje się definiowania, katalogowania blogów i blogerów. Coraz więcej prac naukowych dotyka tematu blogowania. Coraz więcej analiz dotyczy blogosfery. I alleluja! Naprawdę się cieszę, ponieważ cenię to, że są ludzie, którzy rozpoczynają sukces dzięki blogosferze. Serio, serio. Marketing blogowy jest nadal przyszłością marketingu w sieci, bo ciągle nieporadnie raczkuje, a wg mnie wykupienie miejsca, zrobienie kampanii ze znanym blogerem powinno wymagać planowania z powodu obłożenia tegoż bloga/blogera, planowania, jak każda kampania/ akcja marketingowa. Dzięki blogerom z największą popularnością, oglądalnością, poczytnością marketing ma szanse na doskonałą drugą młodość. Nieświadomość tego faktu wśród marketingowców wielu firm jest wg mnie tym bardziej polem do popisu tych, którzy już to rozumieją i wiedzą, jak wykorzystać potencjał blogera dla zysków (nie tylko wizerunkowych) firmy. OK. Są blogerzy, którzy są do tego stworzeni i nadają się doskonale do współpracy w tym zakresie. To doskonały sposób na kreowanie wizerunku i co bardziej rozgarnięci ludzie wiedzą o tym lub już się dowiadują, bo ta gałąź też rozwija się (chociaż wg mnie za wolno). Z resztą, to temat rzeka i jest o tym dość materiałów bardziej specjalistycznych.

Bardziej mnie interesuje szufladkowanie blogerów. Koniecznie próbuje się zdefiniować, jakim kto jest blogerem i tu czuję się dopiero szturchnięta. Bo ja nie chcę być szufladkowana. Pewnie dla jakiś celów statystycznych nie uniknę tego, ale trudno. Nie jest to dla mnie istotne. W blogowaniu jako takim nie jest dla mnie osobiście najważniejsze pytanie "czy ja mam dobrego bloga?", bo zakłada ocenę przez innych. Ważne jest to, że go mam. Czy tam 2 blogi. Albo 3 lub 4. Jakoś tak. Jak buty, każdy na inną okazję i nastrój. A czemu bloga piszę? Bo nie potrafię go rysować ani śpiewać ;)  Bo często każdy zanim się zdecyduje, to się frasuje "a o czym będę pisać", a po co martwić się na zapas? Może przejdzie po pierwszej notce, może nigdy.

Pamiętam początki blogowania i chciałabym, żeby ktoś, kto ma potrzebę pisania, pisania pamiętnika, pisania o czymkolwiek, rozmawiania ze sobą, przyglądania się swoim myślom, albo chce się podzielić swoim hobby, albo przeżyciami, albo snami, albo ktoś kto zawsze marzył o napisaniu książki, albo pisze wiersze, albo ma nieznośnie nieposkromioną wyobraźnię i chcę to z siebie gdzieś wyrzucać w postaci czegokolwiek, notek, felietonów, opowiadań, to żeby wiedział, że na początku po to były blogi. I dalej po to są. Nawet żeby wrzucić w sieci własne zdjęcie czegoś i się na nie patrzeć z samozachwytem, że takie piękne zrobiłam. Po to też są blogi, żeby się samemu po głowie pogłaskać, jak pięknie nam wyszło, albo jak fajnie wymyśliliśmy :)
Ja zaczęłam swoją przygodę z blogami w 2003r. i dziś żałuję tylko, że kilka swoich blogów skasowałam, kilka nicków zlikwidowałam, bo dziś z chęcią bym sobie wróciła i poczytała siebie sprzed tych lat, bo pamiętam, że sobie nie odmawiałam grafomanii nieznośnie. Wiem, że dzięki blogom można naprawdę realizować/ wyżywać się na wiele sposobów. Przy okazji "spotyka się" osoby, których wcale nie musimy poznawać bliżej, jeśli nie chcemy. Ani one nas. Ani my, ani oni nie muszą mieć takiej potrzeby. Kontakt tylko przez bloga bywa świetny. Doskonale intymny i nieprzekraczający linii, których przekraczać nie chcemy.

Początki blogowania, właśnie lata 2003-2004 wspominam jako okres niesamowicie ciekawego kameralnego poznawania ludzkich myśli z innego pułapu niż w realnym świecie. Było to dla mnie fascynujące i mogę tylko życzyć każdemu, żeby trafiając na blogi, trafiał na te, które trafią w jego wrażliwość, potrzeby jako czytelnika, ale przede wszystkim, jeśli poczuje potrzebę, ochotę pisania, to niech założy bloga. PO PROSTU niech założy bloga. Można zacząć od bloga zahasłowanego, można zacząć pod nickiem, można pod imieniem i nazwiskiem, można założyć bloga z kimś, jako formę listów, można wszystko co przyjdzie do głowy, tylko trzeba pamiętać po co się to robi. Blogi są doskonałym sposobem wyrażania siebie, bez obawy o ocenę innych, są też dobrym sposobem uczenia się tego. Dla siebie, dla świata, dla innych. Przez te prawie 10 lat widziałam wiele, widzę rozwój blogów, widzę znikanie albo wymieranie innych. Lubię osobiście dwa rodzaje: właśnie pisane w formie listów, gdzie dwie osoby mając dostęp do konta wymieniają się notkami i te, które od lat "nie żyją". Temat się wyczerpał. Blog powstawał tylko w przypływie potrzeby sytuacji, relacji, chwili, po wygaśnięciu której autor/rzy/ go zostawiają na jakimś etapie. Mam sentyment do blogów, które zniknęły, bo tak chciał autor. Blogi bywają intymne, czasami dwuznaczne, dopieszczone w każdym słowie. ALE czytając blogi nie zapominałam też, że ktoś może po prostu doskonale wymyślać. Kreować. No i super. Jeśli ja to czytałam jak autentyk, to tylko pogratulować. W końcu po tym oceniam też jakość książki, filmu. Na ile w danym momencie w to wierzę... bo lubię też blogi pisane jak książki, gdzie nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją literacką, co wymysłem, co zlepkiem cudzych wspomnień. Pisane dobrze. Literacko. Lubię wiele różnych blogów, których większość jednak mam we wspomnieniach, bo ich już po prostu nie ma. Ale jeśli ktoś ma potrzebę pisania, bez względu na to, czy dla siebie, czy innych, czy jedno i drugie, to niech to po prostu robi. Piszę to jako stara blogowa weteranka i obserwator. Blogowanie jest naprawdę niemożliwie nieograniczone. Anonimowość lub jej brak? Nic się nie zmienia. To jak w realu. Sami musimy wiedzieć, na ile z czym możemy i chcemy sobie pozwolić. Blogowanie może być tego kolejną świetną lekcją. Najważniejsze, to się nie bać. I spokojnie. Jak się zakłada bloga, to nie ma ryzyka, że będą go czytać miliony. Jeśli tego nie chcemy, to świetnie. Jeśli chcemy, to odsyłam do mistrzów blogowania i blogosfery. Nie trudno ich znaleźć, a można się od nich spokojnie uczyć.

Mam na liście może 3-4 blogi, które znam od wielu, naprawdę wielu lat. Widzę, jak się zmieniają, jak zmienia się autor, albo raczej jego życie, bo ja należę do wyznawców teorii, że ludzie się nie zmieniają. Dla autorów tych blogów również jest to chyba ważne, ze te blogi dalej są mało znane. Uwielbiam kameralność takich blogów. Ich autorzy też kilka razy uciekali, ale zawsze wracają. Rozumiem ich. Blogowanie bywa jak narkotyk. Jak się raz zaczęło, to nie chcę się przestać. Ale każdy może spokojnie blogować. Załóż bloga może być początkiem fajnej przygody, albo po prostu doskonałą metodą "odczadzenia" myśli. Mimo tylu badań jedno jest pewne: nie można krótko i sensownie zdefiniować blogowania. Idźcie i blogujcie, bo po to jest ten magiczny przycisk "załóż bloga".

Pisząc tę notkę mam na myśli blogi ludzi, którzy chcą po prostu założyć bloga. Bez planu, strategii, pomysłu, a z potrzeby chwili, emocji i ekshibicjonistycznej potrzeby pisania, opowiadania, wygadania się na piśmie, bo czasami to lepsze od wygadania się na głos. Z blogami tak jest, że to i tak czas pokazuje, co z nimi będzie. Na początku sam autor często nie wie. To często pokazuje czas. Po prostu. Najważniejsze: jeśli chcesz, to po prostu załóż bloga. I pisz. Miej swoje miejsce w sieci. I nie słuchaj kpiącego gadania o "internetowym pamiętniczku". Jeśli ktoś tak myśli, to kompletnie nie zna blogosfery i zamiast się mądrzyć, niech się najpierw rozezna. Jeśli nie chce, to jego sprawa. Nie myśl o tym i pisz. Pisz swojego bloga. Nic lepszego jeszcze nie wymyślono :)

PS. dedykuję ten wpis tym, którzy żyją gdzieś tam... a których imion a już na pewno nazwisk nawet nie poznałam i wzajemnie. I było nam z tym dobrze, bo po to wchodziliśmy na blogi.

20.2.12

BMW mój mały snobizm z marzeń

Jestem średnią fanką samochodów. Dzielę je na czarne, brązowe i pozostałe oraz ładne i nieładne. No i bez kokieterii: są moim fetyszem. Uważam je za jeden z lepszych wynalazków, a niektóre stylizacje są po prostu dziełem Boga, albo Szatana. Nie wiem.

Dzielę je też oczywiście na: stylowe (klasyka z ubiegłego stulecia), normalne (no normalne, przeciętne linie, osiągi i marki) wśród nich też marki luksusowe, tyle że normalne (nie wystarczy żeby coś było luksusowe, żeby było dla mnie wyjątkowe), ale mam też orgazmogenne. Rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się takie modele. O ile miałam w życiu okazję jechać wieloma rodzajami samochodów luksusowych od BMW, AUDI, LEXUSA, MERCEDESA i oczywiście są one też źródłem niezłych doznań (szczególnie przyspieszenie i komfort i wygoda i przestrzeń i... Mrr) o tyle jednak mam swoje koniki wśród różnych marek z różnych lat i nie da się pominąć klasycznych cabrio z lat 60 tych, po nowoczesne marki, przy których mam dreszcze na każdy ich widok. W ubiegłym roku (albo 2 lata temu?) dołączył do nich BMW X6. Szczególnie za kolor i linię i wysokość. To jest dopiero uczucie, gdy stoję w swoim wcale nie małym samochodzie na światłach i podjeżdża BMW X6. Widzę jego klamkę. No cóż...
Mój ukochany model i kolor:



Na tym zdjęciu samochód musi stać w pełnym słońcu (plus pewnie te fotomagiczne sztuczki z doświetlaniem, niepotrzebnie). Widziałam ten brąz i jest po prostu świetnym kolorem dla samochodu (na tym zdjęciu trochę nie tak wygląda jak w rzeczywistości, ale to nieistotne. To tylko zdjęcie).

Idealny kolor dla TEGO samochodu (już sam fakt, brązowy samochód.. do tej pory istniały dla mnie czarne i reszta. Od kiedy zobaczyłam brąz tego BMW X6 to są czarne, brązowe i cała reszta). Kolor doskonale pasujący do czarnych, klasycznych i nieznośnie wysokich szpilek, prawda?
Jeszcze nim nie jechałam, ale ja to wiem, że żadna limuzyna mu nie dorówna. Bo to trochę inna inność. Ten model jest po prostu moim zupełnym ideałem. Pomijam, że ja z ideałami i samochodami mam podobnie: zmieniają mi się i nudzą, ale ten model trzyma mnie już naprawdę długo. Ciekawe, jaki będzie następny... Nie, właściwie nieważne. Pozachwycam się jeszcze tym.

PS. Ostatnio jechałam ze znajomym właśnie samochodem z wyższej półki. Jechaliśmy autostradą i byłam ciekawa, co ten samochód potrafi. Czując przyspieszenie w sekundach do 250km/h zamieniam się zawsze w jedno wielkie doznanie. Kocham te uczucie. Podobne do lotu samolotem, mniej więcej ta sama półka.
Na pytanie "Boisz się?" odpowiadam z zadowolonym uśmiechem "Bałam się "przed". Teraz już na to za późno. Jest cudnie ;)"
To jest magia techniki. Sama bym się za nic nie odważyła rozwinąć takiej prędkości. Przy własnych 180km/h słyszałam śpiew niebiańskich aniołów. Piękny, ale szybciej bym nie pojechała. Wolę być w takich chwilach zachwyconym pasażerem.
No i kiedyś chciałabym być takim pasażerem w takim BMW X6.

19.2.12

Let s cook w stylu slow

Uwielbiam wspólne gotowanie. Przygotowywanie dań zajmuje minutę, przy tym mam okazję się o niego poocierać, podotykać, poczuć zapach jego karku wymieszany z zapachem ziół. Niezbyt często to robimy, bo jednak każde z nas z reguły woli gotować samo, jednak czasami, przy daniach wymagających przygotowania wielu składników, które się szatkuje, kroi, obiera godzinami, ugniata w nieskończoność to jednak się uzupełniamy.

I właśnie trafiłam na fejsie na coś genialnego. Fartuchy. Dla kobiet i mężczyzn. Ale uwaga, te fartuchy nie mają nic wspólnego ze znanym nam wzorem i wykonaniem ze szkolnej stołówki, bądź nudą lub "zabawnymi" nadrukami. O nie. Uwaga. Panie i panowie: wyższy poziom gotowania doświadczony będzie w tym:


 
 zdjęcia pochodzą STĄD i są to tylko te modele, które udało mi się skopiować do linkowania. Wybór jest szeroki i pozwala fajnie rozgrzać wyobraźnię.


Strona sklepu TU PROSZĘ. Polecam samą stronę, bo zdjęcia mają niemniej dobre i klimatyczne.
Prostota męskich modeli, np. BORYSa. Kobiecość w modelach damskich... np. MARY aż chce się wrócić do kuchni. I długo gotować, dusić, piec...
Świetny pomysł na prezent. Nie tylko dla partnera/ki. Fartuszki mają swoją cenę, ale po pierwsze wyglądają na nią, a po drugie, wyglądają na nią. Na pewno dorzucam do listy #chceto. Poczekam.
Lubię zmysłowość. Lubię dni, kiedy kuchnia jest pomieszczeniem nie mniej erotycznym niż każde inne. W takich fartuchach może być niewątpliwie. Dodałabym do tego tylko duże świecie w kątach kuchni (zamiast światła), dobry jazz w tle i let's cook w stylu slow. Pomysł na weekend idealny. Naprawdę nieważne czy w pojedynkę czy w parze.


18.2.12

Krewetki, każdy ma swoje

Uprzedzenia. Genialna sprawa. Często mylone ze strachem. Ma je każdy, jak każdy w innej kwestii i na inną skalę. Tak jak każdy pra
wie (bo ja nie i tego się będę trzymać), szufladkuje. Nieważne. Dziś mam na tapecie uprzedzenia i jak się ich pozbywać.




15.2.12

Niebo

Uwielbiam czasami "nic nie robić". Jak to zauważył ktoś w jakiejś audycji radiowej, nie ma czegoś takiego jak lenistwo. To jest po prostu kumulowanie energii. Genialnie proste i oczywiste.
Caluśkie życie uwielbiam wprost odpoczywać patrząc w niebo. Od czasów dziecięcych, gdy leżałam na ogrodzie przy domu dziadków. Całymi godzinami patrzyłam na płynące chmury. Całymi godzinami patrzyłam w rozgwieżdżone nocne niebo. Mogłam jak zahipnotyzowana patrzeć na księżyc i również po nim płynące chmury.
Potem zaczęły się wyjazdy nad jeziora. Najfajniejsze chwile, gdy kładliśmy się w grupie na pomoście, kładąc sobie wzajemnie głowy na brzuchach, bądź innych miękkich częściach ciała i patrzyliśmy na spadające gwiazdy. Bezcenne chwile. Dla samego nieba i dla tych wyjazdów.
Niebo nad jeziorami, w górach, nad morzem, nad każdą otwartą przestrzenią... Niewysłowienie piękne. Pamiętam wiele wschodów i zachodów słońca. Czasami spędzanych z kimś, czasami romantycznie, czasami samotnie. Nieważne. Tak naprawdę zapamiętałam je jakby były wczoraj. Zachody i wschody słońca są dla mnie jak zapach - błyskawicznie kojarzą mi się z konkretną osobą. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia ani słowa... ale też nie muszą. Uważam własną pamięć za dobrego doradcę. Ona wie najlepiej, co zachować.
Niebo.. Też na co dzień. Zimą najbardziej brakuje mi ładnych widoków nieba. Zbyt rzadko słońce przebija się przez chmury, zbyt rzadko zachody się różowią na tle śnieżnych krajobrazów, ale jednak... jak już do tego dochodzi jest wręcz cudownie.
Uwielbiam niego latem. Naprawdę szczerze kocham. Kumuluje moje baterie jak w tym obrazku:
 
Dokładnie tak jest. Jeśli mam możliwość popatrzeć w niebo, to każdy innych widok może poczekać. Niebo jest dla mnie bezapelacyjnie fenomenalne. Nawet jak jadę samochodem, to kocham przestrzenie, na których mogę mieć na linii horyzontu zarys nieba. Od razu mi dobrze. Lepiej.
Jestem największą fanką nieba w kosmosie :)
Samego kosmosu w końcu też. Lubię czasami podyskutować z kolegami z pracy, albo z mężem (nie wiem czemu nie z koleżankami?) na temat kosmosu (wszyscy oglądamy wszelkie programy pop-naukowe na ten temat, więc WIEMY wszystko ;)

Ja krytycznie neguję wszystkie teorie (na ile mogę), bo uważam je zgodnie z definicją za teoretyczne, czyli nieudowodnione. (Tak dyskutuję z telewizorem czasami również, jakiś problem? :) Wyliczenia matematyczne? No ja proszę jednak o poważne podejście. W końcu to kosmos. Oczywiście, natura człowieka każe wierzyć, ba, być przekonanym odnośnie nieomylności własnych teorii i w tej materii także. Przecież kiedyś dano by się pociąć za teorię, że Ziemia jest płaska ;) Dokładnie taki sam stosunek mam do wszystkich teorii naukowych nie popartych DOWODEM. Nie, wyliczenia matematyczne nie są dla mnie dowodem. Nie odnośnie kosmosu, dopóki nie potrafimy ruszyć się dobrze poza własne podwórko - Ziemię. Latamy w około jak możemy, ale nie oszukujmy się, jako dzieciak miałam większy teren do penetracji, niż mamy możliwość doświadczyć dziś Kosmos jako ludzkie istoty. Zwiedzamy sobie wszechświat jak niemowlaki w wózku... nie obrażając niemowlaków. I siedzimy i patrzymy w te niebo, w ten kosmos i tak bardzo chcemy tam dotrzeć.. Dobrze dobrze. A teraz wypij swoje kakao ;)

Kocham niebo. To ono nauczyło mnie dystansu. Ono najbardziej. Z perspektywy kosmosu to wszystko jest tak banalne, tak nieważne, tak małe i tak odległe... przynajmniej 99,99% spraw. Dobrze o tym pamiętać, a najlepiej, patrząc w niebo. I na te chmurki i ptaszki i słonko i księżyc i gwiazdki... Och, naprawdę kocham.
Patrząc na niebo dziś widzę powoli zbliżającą się wiosnę. To naprawdę widać po niebie. Wystarczy całe życie w nie patrzeć i w końcu się to zobaczy, jak zmieniają się pory roku. I jak wszystko krąży w koło, chociaż nigdy nie jest takie same, jak wcześniej. I to jest piękne. Jak niebo.

11.2.12

Poławiaczka pereł doskonałości

Kolega poprowadził monolog:
"Marzena, czy ty lubisz gadżety?"
"Właściwie po co ja pytam, pewnie że lubisz"

Oczywiście, że lubię. Uwielbiam. Jak bardzo bym się tego nie wypierała*, nie zaprzeczała*, nie negowała*.
*czego nie robię

to faktycznie, jestem straszną gadżeciarą. Tyle, że niepraktykującą, bo jednak w 99% powstrzymuję się przed nabywaniem gadżetów, bo na dobrą sprawę, jestem raczej fetyszystką nowinek. Lubię testować, sprawdzać, dotykać, bawić się i... odkładać, bo rzadko jednak faktycznie chcę coś mieć. Posiąść. Nabyć.
Gadżety. Nowinki. Nowe technologie. W każdej dziedzinie. Uwielbiam wiedzieć. Nadmiar powoduje jednak zdrowy krytycyzm. Teraz tak mam z tabletem. Chcę mieć od ponad roku, ale jeszcze się nie zdecydowałam. Ciągle zmieniam zdanie co do modelu, producenta. I wychodzi mi to na dobre, bo omijając fazy poszczególnych prototypów podejmę decyzję jak już wejdzie wersja sprawdzona i stabilna i pasująca do mnie. A w między czasie uczę się, jakie tablety mają możliwości i sprawdzam, które z tych możliwości chcę dla siebie :)
Spokojnie. Zdążę. Z przymrużeniem oka -  gadżetami jak z facetem. Trzeba pooglądać i posprawdzać różne modele, zanim się zdecydujemy na jeden.
Och tak. Jestem gadżeciarą. Weteranką. Z rzeczy, naprawdę mało co mnie szczerze podnieca. Widzę w rzeczach wybitnie użytkową funkcję. Może dlatego, że tak wiele przedmiotów, które kochałam, rozpadało mi się w dłoniach (z upływu czasu). Przywiązuję się. Od telefonów, przez ubrania, po kosmetyki i książki. Rzeczy. A jednak się przywiązuję i z żalem patrzę, jak przemijają.
A propos nowinek, chociaż sama jeżdżę teraz Ford-em, to nie mam kompletnie zaufania do promowanych przez nich technologii (i nie wybiorę samochodu, który je oferuje). Już o tym kiedyś wspominałam. Usprawnienia w samochodach dzielę na dwa rodzaje:  poprawiające komfort i usypiajace czujność a tym samym mogące docelowo powodować wypadki otumanionych kierowców.
Grupa pierwsza: wszelkie cuda typu podgrzewane fotele, miliony sposobów ustawień wszystkiego we wnętrzu, nawigację, wiele opcji umiejscowionych w kierownicy (zakochana jestem w regulacji głośności radia w kierownicy i właśnie w podgrzewanych fotelach, co zimą jest nieznośnie cudnym bajerem), wszelkie elektryczne regulacje. Cudnie. Jednak w drugiej kategorii, czyli usypiającej czujność są opcje, które powodują, że kierowca może zdawać się na elektronikę, czyli mało groźne wspomagania parkowania, po wprowadzane czujniki trakcji toru jazdy, wolnego lewego pasa itp. Jeśli elektronika zawiedzie, a kierowca ufa jej bezkrytycznie, to ja nie chciałabym być w pobliżu...
Cuda techniki, które towarzyszą nam już praktycznie na każdym kroku. Cudownie. Bierzmy i czerpmy z nich, bo są dla ludzi (i nie tylko, jak patrzę na branżę zoologiczną), ale nie traćmy rozumu. To tylko rzeczy. Darzmy je pożądaniem, miłością i szacunkiem należnym... przedmiotom. 
Bezwarunkowo kocham jednak doskonałość. Doskonałą jakość, doskonały klimat, miejsca, czas, atmosferę, materiały, z których wykonywane może być praktycznie wszystko, przez sztukę - obrazy, teksty, muzykę, architekturę, odkrycia naukowe, MYŚL - to co udaje się stworzyć człowiekowi, po widoki, momenty, cuda natury, dotyk, to co dociera do nas wyłącznie dzięki zmysłom. Tak rzadko mam z nimi do czynienia, że jak już mam, to chłonę je całą sobą.  Każdą częścią swojej osoby, świadomości. Kocham doskonałość. Nie ma to nic wspólnego ze snobizmem. Snobizm jest daleko, daleko za tym. Snobizm to nie ta półka. Daleko mu do doceniania tego, co wartościowe, a często i bezcenne, ba, on stoi po dokładnie drugiej strony rzeki.
 Kocham doskonałą jakość za to, jak w gruncie rzeczy jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Nie ma dwóch dokładnie tak samo doskonałych rzeczy, momentów. To ich główna cecha. Niepowtarzalność, unikatowość. Przeważnie wynika to też z manufakturowego charakteru, natomiast w przypadku miejsc - przeważnie właśnie bez ingerencji człowieka lub z idealnym wkomponowaniem w otoczenie, uszanowaniem go.

 Bogu dzięki, że technologia pozwala mi oglądać takie zdjęcia i miejsca.

Dlatego też spokojnie jestem świadoma, że obracam się na co dzień wśród rzeczy dobrych, niezłych, wystarczających. Doskonałość zdarza się rzadko, bo jest rzadka. Zamiast gonić za kolejną rzeczą, przedmiotem, wolę uważnie żyć. Żeby nie przegapiać chwil bezcennych. Wszystkiego na raz się nie da robić ;)

Zamiast praktykującą gadżeciarą, wolę być praktykującą poławiaczką pereł doskonałości. We wszystkim. Ja mam czas. Mogę na nie poczekać, a niektóre wystarczy, jeśli będę mogła dotknąć, zobaczyć na własne oczy. Zachowam w pamięci.

6.2.12

5 przemian na zimę

Jak już wspomniałam, od kilku lat jestem fanką kuchni wg 5 przemian. Głównie bazuję na przepisach z książek p. Anny Ciesielskiej, które kiedyś polecił mi bardzo ważny dla mnie człowiek. Do dziś jestem mu za to wdzięczna (i nie tylko). Kuchnia 5 przemian jest dobrodziejstwem opartym na filozofii 5 żywiołów. Nie widzę sensu doszukiwania się w tym "wiary", bo nikt rozsądny nie zaprzeczy, że gotowanie jest chemią. Jako proces. Właśnie dzięki Annie Ciesielskiej dokładnie "zobaczyłam" dlaczego to tak ważne. Dlaczego ważna jest kolejność dodawania poszczególnych składników i czas. Piękna sprawa. Dla niewtajemniczonych polecam tym bardziej, bo Anna Ciesielska łopatologicznie wręcz podaje przepisy. Są one dość rozpisane, ale dzięki temu łatwiej opanować podstawy. Gotowania jako takiego również.
Daleka jestem od bycia doskonałą kucharką, bo ja jednak potrzebuję weny :) ale jeśli gotuję to lubię opierać się na jej przepisach. Nie tylko i nie tylko wg 5 przemian, ale jednak głównie.
Na zimę oczywiście nic nie zrobi tak dobrze jak dobry, prawdziwy rosół.
Ja ugotowałam w ten weekend trochę inną wersję niż podana poniżej (bo jeszcze zawiera skrzydło indyka), ale ten polecam również. Przepis pochodzi z książki p. Anny Ciesielskiej.

"Rosół wołowo-drobiowy:
(zupa na 2 dni dla 4 osób)
legenda: g-gorzki, sł-słodki, o-ostry, sn-słony, k-kwaśny

g - 4l wrzącej wody, dodać:
g - 1/3 łyżeczki tymianku i/lub szczyptę kurkumy,
sł - 1/3 łyżeczki kminku,
sł - 1/2 kg wołowiny lub cielęciny z kością (np. gicz), gotować 1,5godz. a potem dodać:
sł - 4-5 średnich pokrojonych marchewek,
sł - dużą pietruszkę(przekrojoną wzdłuż),
o - 2 duże całe cebule lub por i kawałek selera,
o - 3 pokrojone ząbki czosnku,
o - 1/2 łyżeczki imbiru,
o - pieprz cayenne na czubku noża
sn - łyżeczkę soli do smaku
k - 1/2 kurczaka,
k - szczyptę bazylii, mały pęczek zielonej pietruszki, kilka liści selera i kopru związanych w pęczek,
Gotować ok. 1godz.
Wyjąć mięso i jarzyny, uzupełnić zupę wrzątkiem (g), dodać szczyptę majeranku (g), szczyptę kminku (sł), dopieprzyć do smaku pieprzem białym i czarnym (o). Można podawać z makaronem (najlepiej żytnim), ziemniakami, kaszą kuskus lub kaszką kukurydzianą. Jeśli chcemy aby rosół był silnie rozgrzewający - gotujemy go tylko na wołowinie, cielęcinie lub baranienie."

To oczywiste, że rosół musi się długo i porządnie wygotować. Musi być tłusty, ale tłuszczem dobrego mięsa, musi porządnie rozgrzać, dodać siły i energii. Takie minimum dla rosołu wołowo-drobiowego to 3godz. I każdy, kto uważa inaczej, albo uznaje rosół tylko na kurczaku, popiera po prostu nowoczesną kuchnię "kostek rosołowych". OK. Co kto lubi. Ja jednak podchodząc do rosołu chcę wiedzieć, że na talerzu mam prawdziwy, porządny rosół.
I tak mam w tym wypadku. Wiedziałam, że nic mnie tak nie postawi na nogi, jak miska rosołu.
Do tego zrobiłam pyszny gulasz:

"GULASZ Z INDYKA - WG 5 PRZEMIAN
[źródło: "Filozofia życia", Anna Ciesielska]

1 kg piersi indyka kroimy w gruba kostkę i zalewamy tradycyjną zalewą (przepis poniżej), w tym czasie przygotowujemy warzywa: 3 papryki (najlepiej w różnych kolorach) kroimy w paseczki 1 cm, 3 cebule w półplasterki, obieramy 5 ząbków czosnku, podduszamy na łyżce oleju 2 obrane dojrzałe pomidory, a następnie na rozgrzanym oleju podsmażamy:
sł) pokrojoną paprykę i przekładamy do rondla, w którym będziemy dusić całą potrawę
o) również do rondla dajemy cebulę z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, mięso, dodajemy 1 łyżeczkę imbiru, 1 łyżeczkę kolendry, 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne, dosmakowujemy:
sn) solą, dodajemy
k) podduszone wcześniej pomidory i 1/2 łyżeczki bazylii
g) wlewamy do patelni, w której się dusiły pomidory, ok. 1 l wody i zagotowujemy, przelewamy do rondla z potrawą, dodajemy 1/2 łyżeczki kurkumy i dusimy min. 10 min., po czym dodajemy
sł) puszkę groszku wraz z zalewą, 1 łyżeczkę kminku mielonego i zagęszczamy mąką ziemniaczaną (rozpuszczona w odrobinie zimnej wody) oraz dosmakowujemy pieprzem.

Potrawa powinna być dość ostra. Podsumowując: potrzebny jest do niej spory rondel i jakaś głęboka patelnia. Wody daje jakieś 3/4 l, wtedy mąki ziemniaczanej 5-6 łyżeczek w pół szkl.zimnej wody. Proporcje oczywiście można dobrać wedle własnego uznania.

Zalewa
(na ok. 40 dkg mięsa do duszenia, gulaszy) - więc w tym przyp. x 2lub 3:
kopiata łyżeczka mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka imbiru, plaska lyżeczka vegety, 1/2 łyżeczki soli, trochę wody - jakieś 3/4 szklanki."

Podane z makaronem z mąki durum. Pycha.
Pozwalam sobie przekopiować te przepisy, ale gorąco polecam książki p. Anny Ciesielskiej. Ja się nimi posiłkuję od kilku lat i mogę powiedzieć, że od kiedy głównymi potrawami w naszej kuchni są potrawy wg 5 przemian, pozbyłam się wielu chorób układu pokarmowego z wrzodami żołądka włącznie. Dbanie o siebie, dobre i zdrowe jedzenie jest podstawą szczęścia. Tylko do tego też trzeba dojrzeć, żeby to zrozumieć. Gdy tłumaczyła mi to moja kochana, śp. babcia, bagatelizowałam to, jedząc z apetytem jej dania.
Warto to docenić jak najszybciej. A przy tym jedzenie jest po prostu doskonale doprawione, smaczne i zdrowe. Nigdy żadne półprodukty ani dania gotowe tego nie zastąpią. Owszem, sama nie raz się posiłkuję np. gotowymi pierożkami od Benedyktynów, ale to się rzadko zdarza. Naprawdę wolę zrobić coś sama, ba, niejednokrotnie mój mąż sam coś pichci, bo kuchnia 5 przemian przemówiła też do niego. Poważnie :) Bez mojego "marudzenia".

Jeśli w 1 weekend znika u mnie główka czosnku, to wiem, że się dobrze gotowało :)

PS. Obowiązkowo na te mrozy herbata imbirowa. Przygotowanie jest banalne: do gotującej się w garnuszku wody wkrajamy kilka plasterów świeżego korzenia imbiru (można dać 2-3 łyżeczki suszonego, ale to już nie to samo). Zagotować jakieś 3min. Pijemy samą lub z łyżeczką miodu. Herbatka ze świeżego korzenia imbiru ma dodatkowo cudnie lemonkowy posmak i zapach. I naprawdę nic nie rozgrzewa lepiej (no może jeszcze wspomniany kiedyś grog, czyli nasza herbata z rumem, ale po niej już np. nie wsiądziemy za kierownicę).
Herbata z imbiru jest hitem zimy.


Gdy już nakarmiłam męża, siebie i naszego przyjaciela, który do nas zagościł, poszłam spokojnie spać. To był długi, leczniczy sen. Niedziela przespana, ale obudziłam się jak nowo narodzona.

Rozgrzewajmy się na potęgę. Oby do wiosny.