26.11.12

Kodeks zołzy

Nr 2.

Kobieto.

Nie zrzędź, nie pouczaj, nie wytykaj, nie strofuj marudnie i irytująco.

Jeśli Twoje zdanie, Twoja opinia, to, co Tobie imponuje, co Ci się podoba, ważne jest dla kogoś, to tenże ktoś będzie słuchał i obserwował. Będzie wsłuchiwał się w Twoje opinie, w szept, we wzdychanie, w przeciągnięte spojrzenie, zauważy zawieszone oko, będzie obserwował, do czego się uśmiechasz, na co patrzysz z podziwem, będzie pytał Cię o zdanie. Poprosi o pomoc w doborze. Będzie chciał usłyszeć właśnie od Ciebie komplement. 

Tenże ktoś musi sam chcieć Ci się podobać, bądź przynajmniej liczyć się z Twoim zdaniem. 
 Jeśli Twoja opinia jest dla niego nieistotna to i tak tracisz czas i energię. 



26.11.2012
Marzena L.

PS. Mężczyźni nie zrzędzą, bo w kobietach, które im się podobają, podoba się im przecież wszystko. W końcu dlatego im się podobają. Faceci są prości ;-)


25.11.12

Moc tańca





Turcja 




Brazylia




Kuba


Indie



Prawie cały świat a tak wiele podobieństw.
Taniec jest w dużej mierze nierozerwalnie związany z kobiecością. W naszym obszarze niby też, ale inaczej. Poza szkołami baletowymi nie ma opcji. Jestem przekonana, że zajęcia z tańca spotykałyby się z większym zainteresowaniem niż wf. Jak dla mnie mogłyby być obowiązkowe, ale w nagrodę mogłyby być przedmiotem maturalnym :-)
Dziewczynki od najmłodszych lat powinny się uczyć tańczyć. W szkole. Od małych lat nabierałyby gracji, zwinności, elastyczności, zgrabnych ruchów, smukłej sylwetki. Dla samych siebie. Na dyskotekach też by inaczej wyglądały. Narodom, które mają taniec wpisany w kulturę można pozazdrościć. Taniec to nie dyscyplina. To nasza natura. Jedna z jej lepszych części.

24.11.12

Love tv

Dobra, ja czasami totalnie nie ogarniam świata i ludzi. Zwierząt zupełnie.
Hasło: telewizja.
Wiadomo, że stereotypem dzielimy ludzi na fanów:
- kanałów TVP serwującej nigdy niekończące się  tasiemce
- kanałów prywatnych serwujących to samo 
- kanałów informacyjnych (to jest takie "mądre" jak się powie, że się ogląda TVN24) 
- hasła "w telewizji nic nie ma. Mam 3 mln kanałów, ale to jest takie bezwartościowe. Telewizja się stoczyła" 

I na maksymalnie wyluzowanych  "ponad" ludzi wynoszących się na modnym haśle "ja nie mam telewizora". 
Hm.



No dobrze. To ja mam telewizor. Nawet dwa. Jeden duży, podłączony do kina domowego, służy do oglądania filmów, telewizji i grania na komputerze (M. sobie jakoś tak to podłączył, że wiszący na ścianie telewizor jest centrum dowodzenia wszechświatem). Mały jest w sypialni.

Dobrze. Do rzeczy. Co oglądam w telewizji? Właściwie kilka kanałów:
- Comedy Central (+ wersja family)
- Kuchnia + 
- Discovery Channel
- Travel Channel
- National Geographic 

Któryś z tych kanałów włączony jest prawie zawsze (jeśli nie jest włączony komputer, na którym się ogląda, to co chce, a nie to co leci, bo rzadko korzystam z opcji nagrywania programów na tv. Nie chce mi się śledzić programu telewizyjnego). Niejedna rozmowa przechodzi w argument "Na Discovery był program o tym.. ".

Czasami kanał przełącza się na jakiś mecz (samo, bo przecież ja bym nie przełączyła), czasami jak się coś większego dzieje, to na jakieś wiadomości, czasami na jakiś film, który puszcza któryś z kanałów.
Wiem. Mało. 

I jestem mimo wszystko w grupie ludzi, którzy kochają telewizję.  Nawet jeśli przed nią ciągle nie siedzę.
A wiedzy i rozrywki i inspiracji dostarczanej tą drogą nie ogarnę nigdy. 
I dobrze mi z tym.
Czy da się żyć bez telewizji? Oczywiście. Jak bez każdego medium. Tylko akurat to, co daje mi telewizja jest nie do zastąpienia. Wszystko ma inne funkcje, cele. Czepianie się tv jest bez sensu. Poczucie samowystarczalności i wybór np. tylko netu czy radia, czy tylko tv, to wybór pomiędzy: "książka" czy "film"? -  jest po prostu ograniczeniem się. Niczym więcej. To nie jest bycie "ponad".

Otwartość oznacza wybór wszystkiego. W różnych dawkach.

Genetyka, GMO i po co to komu

Kto lubił genetykę w liceum? Ja bardzo. To był mój ulubiony dział biologii. Krzyżówki, mieszanki, ingerencja w genom w celu wpływania na cechy. Aspekt czysto naukowy jest fantastyczny. Z tym jest jak z fantazjami seksualnymi - fascynuje, dopóki nie zaczynamy się zastanawiać nad skutkami, przebiegiem, konsekwencjami, oddziaływaniem w przyszłości, problemami w trakcie. Teoretycznie można wszystko. Praktycznie, okazuje się, że DNA jest nie tylko obrazowo tak powiązaną spiralą i usunięcie jednego elementu powoduje czasami nieprzewidywalne skutki. Ich przewidywalność jest faktycznym Graalem naukowców. Dopiero poznając ją do końca będą mogli faktycznie wpływać na pojedyncze cechy, nie powodując wariacji w innych. Takie małe przypomnienie.

Szumnie ostatnio o GMO, chociaż modyfikacje genetyczne uskuteczniane są od wielu lat, przy czym pierwszym produktami wpuszczonymi na rynek były pomidory Flavr Savr. Był rok 1994r. Na dobrą sprawę była to delikatna modyfikacja genomu. Lepszym hitem ze świata genetyki było przecież sklonowanie owcy (chociaż klonowanie to inna sprawa niż GMO. Chociaż ta sama działka. Pamięta ktoś film "Wyspa"? Polecam. Ciekawe podejście do kwestii klonowania jako środka podtrzymania życia, stosowania ludzi jako magazynu organów). Na razie daleka futurologia.

Czemu służą modyfikacje GMO?
Poprawie jakości dostarczanych produktów. To wszystko dla was, dla nas, drodzy konkumenci.
Owoce i warzywa, zwierzęta są bardziej, lepiej, mocniej, hajper, harder, epa, epa. Czyż to nie cudownie? Tak. Mało kto to ogarnia, rozumie ale jeszcze mniej osób się nad tym głębiej zastanawia.



Na spokojnie:
Pierwszym powodem jest ogólnie, poza ciekawością naukowców, globalizacja.  Brak wojen, dłuższe życie powodują silny wzrost zaludnienia na niektórych obszarach (co nie zmienia faktu, że GMO nie rozwiązuje problemów głodu na świecie) za nim i z nim idą rosnące oczekiwania i wymagania. To trzeba wykarmić. Ba, to lubi dobrze zjeść.
Od wieków dostajemy przecież zielone banany, które dojrzewają w ładowniach na statkach, od wieków dostajemy produkty pochodzące z innych zakątków świata. Bo chcemy je dostawać. Bo fajnie jest zjeść ananasa, pomarańcze, cytryny, avocado, banana wyblenderować z jogurtem. Fajnie jest zjeść łososia atlantyckiego, fajnie jest kupić hiszpańskie pomidory.  Itp, itd. To się dało załatwić.

Tu się pojawia hasło: konserwacja. Transport na dużych odległościach i konieczna trwałość. To jednak sprawa. To jeden powód. Modyfikacje właściwości, cech warzyw i owoców. Dalej: Podniesienie ich odporności (środki chemiczne stosowane w uprawie, na szkodniki upraw, na choroby), trwałości (żeby nam nie zgniło w drodze do domu lub, nie daj Boże, na półce sklepu), zmienianie wyglądu, intensyfikowanie smaku. Powodów jest od groma. I fajnie. Przy czym, w przypadku roślin, jest to podobno stosunkowo proste do opanowania.

Wracając do początku: Krzyżówki genetyczne mamy od istnienia świata i trwać będą dopóki trwa życie na Ziemi (i gdziekolwiek indziej).  Nie nasza w tym głowa. Tak działa natura, tak powstał każdy z nas. Jajko, plemnik, zakodowane od pokoleń cechy, miksujemy, tadam!

Wracając do samego GMO:
Dyskusyjne jest natomiast mocno mieszanie genów roślinnych ze zwierzęcymi, czyli coś, co nie zaistnieje w naturze w żadnej kombinacji. Ten aspekt pozostaje dla mnie mocno otwartą zagadką i czekam do okazji porozmawiania o tym z kimś, kto jest naprawdę ekspertem od genetyki.

Kolejna kwestia  - hodowla zwierząt w odniesieniu do zwiększenie wydajności i odporności. Więcej mięsa z mięsa, więcej kurczaka z kurczaka, więcej mleka z krowy. Wpływanie na właściwości, smak, kruchość, jędrność, soczystość. Itd.
Poprawianie, poganianie natury. Hm.

Modyfikacje genetyczne w ramach jednego genomu, modyfikacje cech, właściwości wydają mi się być niegroźne jak nowe odmiany kwiatów, czy zwierząt hodowlanych (nie tylko tych do zjedzenia).. chociaż tu kolejne "ale": większość psów, kotów itp. zwierzaków hodowlanych nie zaistniałaby w naturze bez zabaw genami. Co wiadomo na dziś? Zwierzęta poddane modyfikacjom często są mało odporne, mają zwiększone ryzyko zachorowalności, są słabsze. O czym to świadczy? Że ludzkość jeszcze nie jest na nawet lekko zaawansowanym poziomie w modyfikacjach. Każdy się spotkał z np. rasami psów, które mają genetyczną skłonność do zachorować na jakąś chorobę. Bliskie mieszanki powodują mutacje, które osłabiają rasę. Tak. To skutki ludzkich, nadal nieporadnych "zabaw" z genetyką. Ten problem nęka genetykę w dużym stopniu w każdym zakresie. Okazuje się, że natura nadal pozostaje lepsza od ludzi i sama miesza w sposób jedynie idealny. Mieszanki występujące naturalnie w naturze dają najlepsze efekty. Czyli jakie? Takie, które przetrwają.
Mogłoby się wydawać, że powinno się zaprzestać modyfikacji, skoro powodują więcej wątpliwości, błędów, skoro te metody mają tyle wad. Nie da się. Genetyka jest dziedziną, której się nie zatrzyma.

Genetyka jako taka jest nam potrzebna, może kiedyś będzie bardzo pomocna, gdy będzie się eliminowało choroby genetyczne dzięki medycynie. Tylko to temat równie futurystyczny. Badania kliniczne będą trwały jeszcze latami i nie obejdzie się bez ofiar, ale proszę Państwa, tak funkcjonuje medycyna. Nie ma na co się obruszać. Nie byłoby żadnego leku, żadnej metody leczenia bez testów klinicznych. GMO też się na nich opiera i nawet nie chcielibyśmy widzieć tych mutantów, tych potworności, które wychodzą genetykom w ich mrocznych laboratoriach.  Chociaż ja i tak uważam, że intencje naukowców są właściwe. Przeważnie.  

Warto pamiętać niezmiennie o jednym: genetyka, modyfikacje są mechanizmem naturalnym. Na nich w dużej mierze opiera się życie na planecie. Serio. 
Modyfikacje genetyczne, ingerencja człowieka, może mieć dobre skutki. Wiele aspektów pozostaje dyskusyjnych na poziomie etycznym. Wiele jeszcze takimi dopiero będzie. Modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt są nieuniknione. Mogą być dobre i potrzebne. Oby były dopracowane. Modyfikacje ludzi? Czas pokaże. 
Pytanie ważne dla nas: czy modyfikacje genetyczne, modyfikowane, spożywane rośliny i zwierzęta, wpływają na nasz organizm? 

I znowu ważniejsze: czy modyfikacje genetyczne naturalne różnią się od tych laboratoryjnych? Czy to jest dobre? Czy jest sens oceniać pod tym kątem zmiany cech, właściwości? Wg mnie to zależy, bo jak pisałam, jeśli medycyna będzie mogła eliminować choroby genetyczne, to świetnie, dalej, jeśli genetycy będą wpływali na kolor oczu dziecka, to co? To znowu zależy. Siatka "zależy" w genetyce jest obszerna i nieskończona. 
Czy GMO jest złe? 
NIE. 

I mówię to jako miłośniczka ekologii, ekofarm i natury. 
Genetyka sama w sobie nie jest dobra ani zła. Ważne jest jednak, żeby ludzie decydujący o dopuszczalnych modyfikacjach genetycznych rozważali ich skutki w przyszłości. Żeby mocno to obqarowali zabezpieczeniami. Dopracowali na możliwie wysokim poziomie (na dany moment). 

Popularne ostatnio protesty przeciwko GMO są pieniactwem i czystą niewiedzą. Podobnie było z ACTA, które miało zapisy obiektywnie chroniące prawa nas wszystkich, jak i szkodzące nam. Te działania są dobre, są potrzebne, wymagają jednak porządnej analizy, przemyślenia, rozważenia wszelkich wariantów, konsultacji na możliwych dostępnych szczeblach. 
Życzę genetykom rozsądku, hodowcom rozwagi a zwykłym ludziom odrobiny oleju w głowie i rozeznania się w temacie. Zamiast sięgać po źródła krzykliwe, odsyłam do materiałów naukowych na temat genetyki i GMO. 

Nie przesadzajmy w żadną stronę. Obserwujmy, sprawdzajmy, słuchajmy, śledźmy temat.
Bo warto. Materiałów na ten temat nie brakuje. Pomocne hasła: GMO, genetyka, modyfikacje genetyczne, X-man ;-)
Jedno jest pewne: jest to jeden z tematów, przy którym robi się z siebie ignoranta bez cienia pojęcia, wykrzykując jakieś jednoznaczne hasła "za" bądź "przeciw". Genetyka to pytanie otwarte. I takim długo pozostanie. Obiektywnie, jeśli nie my, to natura i tak w tym zamiesza.
Popływałam trochę po temacie, ale bardzo, bardzo powierzchownie, poruszyłam nawet nie czubek góry tego tematu, chciałabym jedynie uświadomić ludziom, że genetyka, GMO, to nie jest sprawa czarno-biała. Krzyczmy ile sił w płucach, ale wiedzmy o co. Rozumiejmy o co walczymy, nie kierujmy się efektem tłumu.
Bo to jest głupie.  


PS. 30.11.2012 A na marginesie, fakt, który ciągle się wypiera: prawie wszystkie rośliny się modyfikuje. wystarczy popatrzeć w pierwszym lepszym sklepie z nasionami i poczytać właściwości. wiele z nich uzyskanych zostało z krzyżówek i modyfikacji. to nie jest tak, że ich nie ma i zagrażają nam z daleka. my je zjadamy od lat. tylko nie wiem, jak jest z patentami i prawami do tych nasion modyfikowanych. wojna się toczy o rynki zbytu a nie fakt GMO. 


UPDATE 10.12.2014 zachęcam do zapoznania się z TYM materiałem

21.11.12

Jak oceniasz swoje samopoczucie?

Wczoraj miałam magiczną możliwość poddania się badaniu przez lekarza medycyny pracy (przystojny lekarz to jest to ;-)
Odpowiedziawszy NIE na 100 pytań o różnego rodzaju schorzenia i problemy (uśmiechnęłam się bardziej przy pytaniu o choroby psychiczne, bo wg moich norm normalny nikt nie jest, ale ok :-), dotarłam do pytania ostatniego:
- Jak ocenia Pani swoje ogólne samopoczucie?
-  Świetnie - odpowiadam z szelmowskim uśmiechem.
Lekarzowi się to spodobało, ale odpowiadając z równie szelmowskim uśmiechem rzekł - niestety Minister Zdrowia nie przewidział takiego stanu, ma Pani do wyboru od "bardzo dobrze" do "źle"
- Ciekawe, dlaczego Minister Zdrowia nie zakłada, że Polak może czuć się świetnie? ;-) Dobrze, niech będzie, że "bardzo dobrze" 

Tak. Jestem Polką i czuję się ogólnie świetnie

W życiu wiele do tego nie trzeba. Dlaczego? Bo pojawiające się i przemijające kłopoty, trudności, problemy (jak ja nie lubię tych słów), nie wpływają na moje ogólne samopoczucie. Jedna z najcenniejszych umiejętności, jaką nabyłam w życiu i którą ciągle ćwiczę. Odczuwane emocje są elementem życia, ale naszym wyborem jest, co z nimi zrobimy. Na co je przekujemy (o tym napiszę następnym razem). Którymi z nich zarazimy otoczenie i w jaki sposób.

Niezbyt chętnie odpowiadam na pytanie "co u ciebie?", bo Polacy mają tendencje do robienia ze wszystkiego problemu, nawet jeśli ja go nie mam, albo nie widzę w jakiejś sytuacji. Niektórzy są wręcz mistrzami. Nie lubię użalania się, narzekania, skarżenia. Jestem zadaniowcem i jeśli coś wymaga działania, to planuję i działam. Nie siedzę i nie jęczę (jeśli to robię, to znaczy, że mi się system zawiesił i wymagam szybkiego restartu). Nie narzekam na stan rzeczy, który mi nie pasuje, tylko szukam rozwiązań, żeby z niego jak najszybciej wyjść. Permanentne narzekanie, użalanie się nad sobą (dżizas.. ależ ja mam na to też alergię) to strata czasu. Baw się w to, ale nie ze mną. Ze mną nie porozmawia się dla samego bablania o:
  • polityce (interesuje mnie wyłącznie jej praktyczny aspekt czyli ustawy i ich skutki ew. projekty), 
  • politykach (zawód jak każdy inny a pseudopolityczny sitcom medialny "kto komu, co i dlaczego" mnie nie kręci),
  • chorobach (nie jestem lekarzem, nie będę i nie znam się na tym a jeśli nie mogę pomóc, to mogę jedynie przytulić albo zrobić herbaty. Nie lubię wysłuchiwać historii choroby. Owszem, czasami wystarczą domowe sposoby i to jest ten dość oczywisty zakres, ale też nie czuję powodu do słuchania użalania się. Działaj, lecz się i nie jęcz. Godzinne sesje na temat chorób wszystkich w promieniu 50km to dla mnie abstrakcja, szczególnie, że łączy się przeważnie z przemądrzaniem).
  • religii (jest ich tyle + różne formy i mutacje ateizmu, że chętnie rozmawiam o tym poznawczo, a nie z punktu widzenia racji, dla mnie wszyscy mają rację i wiara jest kwestią indywidualną. Ba, dla mnie można wierzyć nawet w UFO i w to, że kogoś porywa co noc na wielogodzinne gwałty. Proszę bardzo.), 
  • kościele (instytucji jest na świecie od groma. Samostanowię o sobie zgodnie z prawem i własnym sumieniem i nie wnikam w opinie innych o tym. Nie wnikam w działanie kościołów a one nie wnikają w moje życie. Pełna symbioza.).
  • dzieciach (dopóki nie mam własnych to z całym szacunkiem... zieeew)
  • pracy (borze, jak ja nie lubię rozmawiać o pracy na jakiś imprezach. Dlaczego? Bo przeważnie jestem tą, która nie narzeka, bo nie ma na co i jest zadowolona z tego co, gdzie, kiedy, za ile i z kim robi. Nuda. Za to inni narzekają pasjami. Zieeew. Jak coś nie pasuje, jeśli się nie da naprawić, to się pracę zmienia. Kropka. Punkt. Nie jęcz człowieku, wstań, zrób coś)
Na wiele tematów wolę rozmawiać z ludźmi, którzy wiedzą o czym mówią, lubię słuchać ludzi, którzy się na czymś znają. O chorobie rozmawiam z lekarzem, bo ewentualna polemika przebiega z kimś, kto wie o czym rozmawia. I tak w wielu sprawach. Jestem egoistką i cenię swój czas. Kiedyś usłyszałam, że to brak empatii. Mhm. Jeśli empatia się tym objawia, to faktycznie wykazuję zero. Pseudomanipulacje emocjami irytują mnie dość szybko. Ha, fajna jest grupa ludzi, którzy próbują mnie przekonać, że moje dobre samopoczucie jest bezczelne w obliczu nieszczęść na Ziemi. Mhm. Jasne. Wyjdź.
Pielęgnowanie takiego podejścia to niepojęty rodzaj masochizmu.

Wolę pójść na salsę, niż mielić językiem. Albo poczytać, obejrzeć film. Jest tyle czynności, które można wykonywać zamiast narzekania. Ogrom. Bezmiar. Bezlik. Narzekanie jest dopuszczalne czasami, ale czasami to czasami. Są ludzie, których numer wywołuje u mnie myśl "Dżizas, co tym razem?".  Kto tego nie zna? Pewnie też każdy. 
Jestem zwolenniczką poprawności politycznej w życiu publicznym. Przez to, że ludzie dają się wciągać w idiotyczne dyskusje nie widzą, że tracą własny czas, który mogliby przeznaczać na samorealizację, rozwój, poznawanie, odpoczynek, spędzanie czasu z odpowiadającymi im ludźmi. Narzekanie jest największym, niekonstruktywnym zjadaczem czasu w tym kraju. Jest rozrywką nieudaczników i malkontentów, którym się wydaje, że tylko oni żyją i napotykają na jakieś sytuacje. Mój ulubiony tekst "jestem po przejściach". Helou! Każdy jest. Każdy. Nie ma wyjątków. Wyjątkowe może być jednak podejście, na które mamy prosty wpływ. W każdej jednej sytuacji. Trzeba się zatrzymać i jej przyjrzeć. Poczuć. Pomyśleć. Wyciągnąć wnioski. Specyficzne jest też to, że każdy uważa swoje przejścia czy przeżycia za niebywale wyjątkowe i szczególne. Kamą. Trochę dystansu i samokrytyki. Empatia też nie zaszkodzi.
Z czego się bierze problem? Właśnie z podejścia. Uwielbiam ludzi, którzy opowiadają co u nich w taki sposób, że można słuchać godzinami. To dar. No cóż. Jestem egoistką i zdecydowanie wolę ludzi z tym darem. Narzekacze i jęczydusze niech szukają kozłów ofiarnych w innych galaktykach. Świat jest piękny i bardziej wyrozumiały niż ja.

Czuję się świetnie i dobrze mi z tym. A teraz idę na salsę. Po tygodniowej przerwie aż mnie roznosi. To się nazywa pozytywne uzależnienie.






19.11.12

Jesiennie mi

Po podróży, ale nie tylko, lubię dla równowagi zakopać się w kuchni. Do tego celu konieczne jest nabycie produktów. Mięsa i wędliny zakupuje się nie gdzie indziej jak na gdańskiej hali targowej. W tym celu należy opuścić osiedle-sypialnię, na której kupuje się wszystko inne. Hala targowa w Gdańsku jest miejscem z tradycją. Kilka lat temu przeszła gruntowny remont, jednak ja ją pamiętam z czasów, gdy była miejscem przesiąkniętym zapachem ryb i mięsa. Kiedyś nikt nie słyszał o higienie, sanepidzie, salmonelli itp. Na szczęście usłyszeli i od kilku lat można tam znowu zostawiać pół pensji. Jest na co. Po świeże mięso i to wszelkich gatunków oraz po świeże ryby zjeżdżają tam ludzie z całego Gdańska i okolic. Takiego mięsa i ryb nie dostanie się w żadnej sieci. Ja dlatego wybieram się tam raz na jakiś czas, kupuję zapas na dłuższy okres, porcjuję i mrożę. Mam potem bazę do różnych dań i zup. Rosół wołowo-indyczy gotuję od razu i zamrażam w porcjach. Jest jak znalazł czysty i jako baza do zup i potraw. Dobrze zaplanowane gotowanie to zupełnie inna bajka. Przygotowanie wszystkich składników przed pichceniem, to oczywiste. Nie lubię niespodzianek "o crap, nie mam oregano". Zresztą jak jakaś przyprawa mi się kończy, to od razu wpisuję ją na listę zakupów, bez której i tak nie wejdę do sklepu, bo dzięki niej przynajmniej kupuję mniej rzeczy spoza niej. Idealnym rozwiązaniem jest wysłanie na zakupy M., bo on nie kupi nic spoza listy. Nic. Podziwiam to w nim. Ja zawsze coś jeszcze wypatrzę. Gdy chodzimy razem, to wychodzi po środku.
- weźmy jeszcze dorsza
- masz łososia
- ale dorsza też chcę, popatrz jaki piękny
- masz do niego składniki?
- no ba. mleczko kokosowe, musimy jeszcze znaleźć mleczko. cebulę mamy.
Na liście nie było dorsza ani mleczka, tzn. były, ale na poprzedniej, na której i tak zostały, bo nie znalazłam ani świeżego dorsza ani mleczka. :-) 
Jaki sens ma mrożenie świeżych mięs, ryb, ale też warzyw czy innych pieczarek? Po rozmrożenie są tak samo dobre (no umówmy się, że przynajmniej wiemy, co jemy. Zero glazury czy czegokolwiek). Przy czym wszystko najlepiej mrozić już porcjowane, tylko do obróbki. Mięso czy ryba poczeka na marynowanie, o ile musi. Nic strasznego.
To jest po prostu dobre, jeśli nie chcemy spędzać czasu w sklepach, a nasza kuchnia nie jest oparta na wieprzowinie i samym kurczaku, które faktycznie kupuje się w pierwszym lepszym mięsnym. To rozwiązanie pomocne. I cenne.

Przy hali jest też świetna możliwość zakupu owoców, warzyw i najlepszej kiszonej kapusty na bigos, którego nie może zabraknąć na zimę. Nie używam żadnych resztek do bigosu, tylko tak samo najlepsze mięsa, dobre czerwone wino, grzyby, przyprawy i znowu można pomrozić, chociaż wiadomo, że bigos im częściej pogrzewany, tym lepszy. 

Na hali w Gdańsku zostawia się kilkaset złotych jednorazowo, ale dzięki temu zapas jest najlepszej w mieście jakości. Można tam dostać wszystko. Kocham też tam kupowany nabiał, który pochodzi z hodowli ekologicznych. Owszem, nie wybieram się tam często, bo nie mam takiej potrzeby, ale jeśli szukam dobrej wołowiny, jagnięciny, indyka, to nie można trafić lepiej. Chociaż mam na osiedlu kilka dobrych mięsnych i warzywniaków, to na hali wszystko jest jednak lepsze. 
Nie bez powodu spotyka się tam też zagranicznych turystów. 
Piekarnie też są świetne. (Chleb, czy bułki oczywiście też można zamrozić). Kiedyś patent na mrożenie porcjowanych zup poleciła mi koleżanka. Faktycznie jest to dobre, bo nie musimy jeść ciągle tego samego smaku. Pamiętam, że kupując lodówkę kierowałam się poza pojemnością, klasą energetyczną, ergonomicznością (niektórzy producenci potrafią idealnie skopać układ), właśnie pojemnością zamrażarki. Między innymi dzięki niej zachciało mi się poważniej gotować, bo zawsze mam z czego, nawet jak nie mam. Magazynek na produkty suche, czy warzywa był tak samo ważny. Jak się wszystko ma pod ręką, to można działać. Nawet w środku nocy. 
Nie wyobrażam sobie codziennego robienia zakupów i gotowania. Dzięki mrożeniu i zakupom "hurtowym", nie muszę. I zawsze jest coś w lodówce, na co ma się ochotę. M. też to lubi, bo jak ma ochotę na coś innego niż ja, to sobie po prostu robi. Dobra organizacja, bez przesadnego rozdrabniania, to podstawa. W kuchni też. Zostaje więcej czasu dla nas.
Chociażby na spacer. 
W niedzielę M. zabrał mnie na spacer wokół jeziora w Otominie. Gdyby nie zaczynało się ściemniać, chętnie powtórzyłabym rundę. 
brakowało jedynie słońca. Po drugiej stronie jeziora okazało się, że dzieciaki (mniejsze bądź większe), mają tu huśtawkę nad wodą. Sport ekstremalny :-)
Jesień jest piękna. Szkoda, że tak szybko przemija. Gotowanie jest fajne, gdy je sobie dobrze zorganizujemy, to płynie wszystko pod palcami i nie wiadomo kiedy mija kilka godzin a mieszkanie wypełnia się naprawdę dobrymi aromatami.

Lubię powroty do domu. Lubię wyjść z zawodowej roli (która jest zupełnie inną mną, którą też kocham), wyjść z obcasów, obowiązków, tematów i terminów i wejść do domu. Do kuchni, z rozkoszą w nocy do sypialni. Iść na salsę, na spacer, iść na zakupy, wyjść ze znajomymi, popisać bloga, nie robić nic. Podjechać tu czy tam. Bez gonienia, bo wszystko dzieje się wtedy, gdy powinno. Obce mi jest "poświęcenie", "rezygnowanie". Wszystko jest tak, jak ma być. Lubię wyciągnąć się z książką zawinięta w kota i koc. Lubię, gdy wszystko się uzupełnia. I wszędzie jestem na swoim miejscu.




17.11.12

Spojrzenie w oczy - Monachium

Rano jem śniadanie w domu, wieczorem kolację w Monachium, przy śniadaniu dosiada się do nas trzech Hiszpanów. Dwóch w wieku średnim, starszych ode mnie i jeden w typie ojca chrzestnego. Nie mam czegoś takiego, jak ulubiony typ mężczyzny. Mam ulubione spojrzenie, rysy, mimikę. Cała reszta staje się nieważna, albo automatycznie pasująca. Fantastyczne oczy i mimika i tak łączą się z fantastycznym facetem, który nie ma w oczach strachu, speszenia (albo raczej zawstydzenia moim lekko świdrującym wzrokiem), niezręczności. Łagodność połączona z bezdyskusyjną stanowczością. Męskie oczy mi wystarczają. Mówią mi wszystko. I pozwalają wszystko dopowiedzieć.

Gdy wieczorem siedziałam w pokoju pracując, miałam otwarte drzwi. Pokój kolegów z firmy był naprzeciwko mojego. Koło północy wrócili Hiszpanie. Ten, który najbardziej wpadł mi w oko zajrzał, zobaczył mnie, spojrzał mi w oczy i powiedział z uśmiechem - Hello madame. Uśmiechnęłam się znad laptopa - Hello senior. Zupełne nic w odniesieniu do wielu powitań z tego dnia. A jednak długo nie mogłam zasnąć. Z wielu powodów.

Lubię mężczyzn, którzy bez skrępowania patrzą w oczy, nie uciekają wzrokiem przy mijaniu. Ostatnio miałam tego kompletną kumulację. Sama lubię patrzeć pewnie, z ciekawością, czasami z czymś więcej, ale zwykle z ciekawością i sympatią, czasami z rozczuleniem, bo w oczach niektórych widać tak potężny brak pewności siebie, że aż proszą się o pogłaskanie na dodanie otuchy. Czasami patrzę bardzo krótko, gdy mnie coś zupełnie nie zaciekawia, albo gdy mężczyzna łapie panikę w oczach. Tryskająca niepewność siebie, miejsca, czasu.
Wsiadam do autobusu na lotnisku. Zatrzymuję wzrok na patrzącym na mnie mężczyźnie. Włoski typ. Mój typ. Spojrzenia się łączą. Uśmiechamy się. Autobus jedzie dość długo. Wchodzę do samolotu. Koledzy pomagają mi się zapakować w luki bagażowe. Siadam. Miejsce zewnętrzne. Idzie Włoch z autokaru. Lekko siwiejące włosy, fajna sylwetka (dopiero teraz to zauważam). Oczy. Padają na numerację, na mnie, na siedzenie pod oknem koło mnie. Uśmiecham się wstając. Siada koło mnie. Stykamy się łokciami na wspólnym podłokietniku. W trakcie lotu myśli krążą mi w najlepsze strefy, czytam magazyn Lufthansy. Reportaż z Afryki. Włoch obok. Proszę stewardessę o herbatę. Przed lądowaniem koledzy siedzący w innych rzędach pokazują mi, żebym spojrzała na zachód słońca. Nachylam się lekko i z dystansem nad sąsiadem pytając: May I? - i z uśmiechem zachwytu patrzę przed okno. Czuję nieznany mi zapach jego perfum.  Czuję na twarzy jego wzrok. Spogląda. Uśmiecham się patrząc mu w oczy, wracam na miejsce. Zamykam oczy. Spada ciśnienie. Przestaję słyszeć. Skupiam myśli na sąsiedzie.  Odpływam. Oddycham głęboko i spokojnie.
Stoimy na lotnisku czekając na bagaże po przeciwnych stronach taśmy. Jeszcze spojrzeliśmy na siebie kilka razy. Bez uśmiechu. Dłużej. Mrużę oczy.  
Jeśli mężczyzna mi się podoba mam sekundowe przymknięcie powiek. Mrużę oczy... bo budzą się fantazje seksualne. Przebłyskują przez myśli. Jak flesze światła. Dotyku. Nieistniejących wspomnień.

Po to są. Wtedy powstają. Niektórym pomagają romanse albo soft porno jak ostatnio modne "50 twarzy Greya". Nie jest to złe, gdy się szuka symulacji na zewnątrz, w literaturze, kinie. Symulacji, albo wytłumaczeń dla własnej potrzeby fantazjowania. Pretekstu. Nie rozumiem hipokryzji wypierania tej sfery. Fantazje mają swoje miejsce w naszym głowach. Powinny mieć. Dodają smaku życiu niemniej niż sama literatura, która w dużej mierze ucieleśnia przecież fantazje autora. Ja lubię kreować własne. Żadna literatura nie da tyle symulacji, bodźców,  co życie. Może nie każdy ma tego świadomość. Może nie każdy odważa się na odbieranie bodźców w życiu. W końcu nie ma ich tak wiele. Nie może być. Nie każdy je pobudzi, obudzi, wywoła. Jeśli się to zdarza, to kocham je przeżywać w niezmienionej formie, w jakiej przeze mnie przebiegają. 
Jestem kobietą z fantazją. To moja sfera. Wyobraźnia to skarb. Mogę wszystko. Robię wszystko, czego bym w rzeczywistości i tak nie zrobiła, bo zaczynam myśleć. W wyobraźni nie muszę. Po prostu przeżywam co chcę. Wszystko, co wybudzają męskie oczy. Niektóre spojrzenia. I dobrze, że są. 

Czy fantazje powinny się spełniać? Po to są, żeby przez nas przepływały. To nie plany do zrealizowania. Chociaż.. oczywiście, niektóre, czasami tak. Ale to co innego. To nie ten rodzaj fantazjowania. Nie lepszy czy gorszy, ale w stylu z Neverendingstory. Istniejący po to, żeby nie zniknęła Fantazja. Jak ci mężczyźni, czasami kobiety przepływający przez nią.
Fantazjowanie jest.. fantastyczne. Pobudza tyle obszarów mózgu, kreatywność, podniecenie, sensualność. Fantazjowanie jest jak czytanie książki, która pisze się w naszej głowie. Książki, którą otwieramy i zamykamy, gdy tego chcemy.
A jak się ma do bycia w związku?  Myśląc o M., wchodząc do domu i patrząc w jego oczy i tak odpływam w zupełny kosmos jego całego. Fantazje zostają na dole, za mną. Przynajmniej te niezwiązane z nim.
Gdy mu czasami o nich, o tych o innych facetach, powierzchownie opowiadam, odpowiada z uśmiechem - napisz o tym książkę. Będzie niezły romans.
Samiec alfa taki ma stosunek do moich fantazji.
Najlepszy z możliwych. Zupełnie jak moje flesze. Mentalna poligamia. Przy M. nie muszę być hipokrytką.

 

16.11.12

What a wonderful world

Monachium. Restauracja grecka. Łosoś po... grecku. Pieczony na oliwie, suszonych pomidorach i cytrynie. Porcja taka, że nie brałam nic więcej. Smak genialny. Na pewno poszukam czegoś takiego do podrobienia w domu.

3 miejsca i 3 zupełnie inne klimaty:  Seul, knajpka w stylu amerykańskim z lat 60-tych, stara winiarnia na Starym Mieście, pod ratuszem, w której dostałam łososia atlantyckiego, przy którym ciekawostką był sposób podania cytryny - w kawałku materiału, dzięki czemu przy wyciskaniu nie wypadały pestki. PS. świetny krem dyniowy, ale zakochałam się w miseczce, w jakiej  był podany. Czyż to nie wygląda fenomenalnie? Restauracja ta słynie z golonki, ale nie jestem jej fanką.

Lotniska. Gdańsk - Monachium. Monachijskie lotnisko jest monumentalne. Jest naprawdę wielkie. Nie bez powodu jest drugim, największym lotniskiem w Niemczech. Byłam tam już wcześniej, ale nadal mnie zachwyca. To miasto przy mieście. Pomimo wielkości organizacja monachijskiego lotniska jest tak dobra, że nie można czuć się zagubionych wśród ilości hal i poziomów. Jesteśmy prawie prowadzeni za rękę wszelkimi możliwymi wskazówkami. Oczywiście można dostać oczopląsu i trzeba się mocno trzymać za kartę kredytową w strefie duty free, ale to akurat na każdym lotnisku przeżywam. Nawet na gdańskim (z którego i tak jestem dumna, bo jest takie nasze i dziś przywitało mnie fantastycznym zachodem słońca).
 Oglądać zachód słońca znad chmur i za chwilę z Ziemi... Warto przemęczyć się z zatkanymi uszami ;-)

Metro. My love. Wielki sentyment, bo mieszkając w Kolonii poruszałam się nim z fetyszystyczną prawie przyjemnością. Różne poziomy pod ziemią, przejścia w siatce wymagającej prawie marynarskiej orientacji. Prędkość przemieszczania. Kocham to. Różnorodność ludzi również. Większość z laptopami, iphonami, słuchawkami na uszach, czasami ktoś z książką. Nic się nie zmieniło, tylko ja w moich czasach jeździłam ze słuchawkami walkmana czy potem dyskmana. Trzeba być turystą albo blogerem, albo mną, czyli łączącą wszystko + pracę zawodową, żeby zwracać na to uwagę i w ogóle kodować ;-) 

Typowo bawarska restauracja i kuchnia. Zupa dyniowa najlepsza jaką jadłam. Apfelstrudel również pyszny. Czuć było, że robiony na miejscu. Kotlet wołowy z kluskami w sosie serowym.. Tak. To typowo bawarska kuchnia. Chociaż mogłam pozostać przy pierwszym wyborze: pieczonej kaczce. 
I wszędzie wyborne czerwone, wytrawne wina i włoskie i greckie i niemieckie. Wytrawne mają świetne wszyscy.
Czy to jest slow? Oczywiście. Wszystko jest w swoim czasie i na swoim miejscu. Mam do tego szczęście, ale nie bez powodu jestem mistrzynią organizacji czasu, gdy dzień spędzam na spotkaniach i rozmowach z klientami i dostawcami, żeby wieczorem przełączyć się na tryb "chłoń bardziej". Chociaż służbowo też to robię. Skaner w głowie pracuje. Z przyjemnością, na innych częstotliwościach. 

Kocham Monachium za naprawdę bardzo, bardzo międzynarodowy klimat. Ludzi. Tematykę. Targi poza okazjami do planowanych spotkań są okazją do chłonięcia atmosfery z całego świata. Dosłownie z całego świata. Od Nowego Yorku po Shenzen. Rozmowy we wszystkich językach świata. Uwielbiam to. Szczerze. 

Dzięki takim miejscom, miastom, okazjom, temu, że sama mieszkałam kilka lat na zachodzie, ciągle widzę absurdalność tematów związanych z tolerancją. Tam, gdzie nie ma tolerancji nie powinno się po prostu najlepiej przebywać. Przynajmniej dla mnie to strata czasu. Wolę wykluczać z bliskich kręgów tych, którzy wykluczają innych ze względów rasistowskich, politycznych, religijnych, homofobicznych i wszelkich swoich obsesji. Ja ich wykluczam, bo nie znajdziemy wspólnego języka. Wyrzucam na margines nawiasu brak akceptacji różnorodności. Nie pozwalam, żeby to ona wykluczała pojedyncze osoby. Wybieram miejsca, towarzystwo, w których nie ma czegoś takiego, jak nietolerancja a ocenianie kogoś z w/w względów jest oznaką zaściankowej małostkowości (żarty to inna sprawa). Ja jestem częścią tej wielkiej, międzynarodowej mieszanki, bez względu na to gdzie mieszkam, przebywam. 

Dobra wiadomość, którą po dziesiątkach lat trzymania dla siebie podaję w świat: Tak naprawdę tolerancja, zwykła akceptacja różnorodności jest o wiele silniejsza i oczywista niż zakres mniejszości nietolerancyjnych. Na świecie jest tak pięknie i silnie różnorodnie. Kocham tę świadomość. Nietolerancja, jak hejtowanie, jest promilem wśród populacji. Można odetchnąć. Świat jest fantastycznie różnorodny i to jest normą. Właśnie to.


Jak ktoś mi się przyznaje do nietolerancji, wyśmiewa się z innych od siebie, to spotyka się z moim spojrzeniem mówiącym "kiedyś usłyszysz o cywilizacji i się zdziwisz. Najpierw na nią traf ;-)", czego życzę wszystkim, którzy zapowietrzają się widząc kogoś innego od siebie i mają z tym jakiś problem. 
Ileż można się zatrzymywać przy fakcie, że ludzie są różni? Widocznie dopóki się tego nie zrozumie.  Proste.
Dystans, jaki pozwalają uzyskać podróże jest bezcenny. To zawsze jak łyk świeżego powietrza.

Czyż świat nie jest cudowny? W końcu, tak zupełnym końcem końców każdy z nas jest cudownie inny. To nas łączy i nie ma sensu od tego uciekać. To trzeba chłonąć z zachwytem ;-)





11.11.12

Milczenie

Moja podstawa slow life - Milczenie. Trzeba umieć milczeć z ludźmi. Milczenie jest kontemplacją.Jest dowodem. Jest współistnieniem, gdy słowa to tylko słowa i nie zmienią nic.
 Lubię posiedzieć z moim dziadkiem. Milczymy. On się krząta. Przygotowuje herbatę ziołową. Myśli. Wiem, że myśli. Nad czekającą operacją. Nad decyzjami nie podjętymi w przeszłości. Nad sensem podejmowania ich dziś. - kocham cię dziadku, wiesz?
- duże słowa - odpowiada.  Kochany cynik. Oddałby za nas życie. Właściwie w dużej mierze oddał.

Milczę z moim chrzestnym. Milczy. Najchętniej poszedłby teraz na spacer do lasu. Kocha to. Ma ponad 50lat a kocha biegać po lesie. Albo spacerować. To oczyszcza umysł. Układa myśli. Rozważa sens dawnych decyzji, gdyba nad ich wpływem na późniejsze wydarzenia. Widzę to. Myśli. Mówię cicho - odpuść chciałeś dobrze. Nie mogłeś wiedzieć. Wybacz sobie. W oczach łzy. Milczymy dalej. Popijam kawę. Wstaję, przytulam.

Milczę z przyjaciółką w ciąży. Myśli. Bije się z myślami, próbuje przewidzieć, zapobiec wszystkiemu, scenariusze leją się jak woda z rynny, wpada momentami w pętle myśli. Milczę z nią. Po prostu jestem. Proszę - nie martw się. Martwieniem nie zmienisz nic. - tak. Wiem. Wiesz... - Wiem. Ty też wiesz. Układaj się z tym wszystkim, ale nie wykańczaj się. Ono cię potrzebuje silnej i pozytywnej. To możesz mu dać. Dbaj o was. - Dobrze.

Milczymy i patrzymy sobie w oczy. Kocham ją. Jest moją najbliższą przyjaciółką. Siostrą niezkrwi a z duszy.
M. z nim milczę najwięcej. M. wie wszystko. Gdy zaczynam narzekać na pierdoły pyta tylko - aż tak? - no trochę - odpowiadam. On wie. Zrobi mi herbaty i poczeka ze mną aż przejdzie. Włączy jakąś baśń Disneya, przytuli i milczy ze mną. To jest miłość, gdy patrzy się człowiekowi w oczy i wie się wszystko. Po prostu. 
M. i milczenie. W milczeniu można robić wszystko. Razem i osobno.
Spacer po Borach Tucholskich z A. Kolejna przyjaciółka duszy. Spacer w milczeniu. Prawie cały dzień. A. była przed operacją. - boję się narkozy. Głaszczę ją po ramieniu. Jest silna jak ja. Jest słaba jak ja. Są chwile, gdy chcemy być z kimś, kto rozumie bez słów. Ma być obok. Ma być. I rozumieć. Widujemy się rzadko. Więcej nie trzeba.

Raz na kilka lat widzę się z mamą. Przytulam się do niej i czuję się jak mała dziewczynka. Nie próbuję jej do niczego przekonywać (co robię w trakcie częstych rozmów telefonicznych), tłumić jej obaw o mnie, bagatelizować martwienia się, pokazywać jaka jestem dorosła i samodzielna. Nie, gdy ją przytulam i czuję bicie serca i gdy głaszcze mnie po głowie wzdychając z troską. Milczymy. Obie wiemy.
Jadę z J. Przed nami kolejne spotkanie, szanse, możliwości. Kilka godzin drogi. Rozmawiamy chwilami. Głównie milczymy. Lubię z nim milczeć. Układać myśli. Nie jest przyjacielem. To za duże słowo. Mamy wspólny cel. Idziemy w milczeniu. Przed wejściem uśmiech. Jest dobrze.
Stoję nad grobem babci. Przyszłam podziękować. W milczeniu. Ostatnio, gdy spędziłam dwa dni w łóżku, z gorączką, przespałam ponad 48 godzin prawie ciągiem. Przebudzałam się napić, zjeść coś do leków, przebrać spocone ubranie. Babcia mi się śniła. Przynosiła mi we śnie herbatę. Przykrywała kołdrą i dotykała czoła. Jak kiedyś. Spałam. Na zdrowie. Była ze mną. Spałam spokojnie. Milczenie.

flesz
- nie mogę już
- to przestań
. jestem obok. poczekam.
ale zostaw to. idź dalej. jestem obok.

Gdy moja babcia umarła, powiedziałam o tym tylko kilku osobom. Nie chciałam współczucia. Ono jest bezwartościowe dla mnie. Irytuje. Spłyca. Nie znoszę słów "wiem, co czujesz". Gówno wiesz. Doceniam "Jestem obok". Bezcenne były słowa niby obcego, a w pewnym sensie, na dziwny sposób bardzo życzliwego T., który po jakimś czasie zapytał "jak się czujesz?", odpowiedziałam - adekwatnie. Był. Z T. się milczy. On w ogóle dużo milczy. On za dużo widzi i wie, żeby ciągle gadać.  
Jest spore grono ludzi, z którymi milczę, ale w jakimś sensie jestem obok. To nie gadanie buduje więzi.
To co najważniejsze i tak przeważnie zawarte jest między słowami. W czynach. W milczeniu. W obecności. W myślach.
Słowa są ważne, ale w tych najważniejszych momentach zbędne. Przeszkadzają. Oznaczają, że trzeba tłumaczyć. Nie trzeba. Czasami wystarczy uważnie patrzeć. I być. I czuć. 
Milczenie.  Najważniejsza sztuka w życiu.
- powiesz coś w końcu, czy będziesz tak milczeć?
- źle ci z tym?
- w sumie nie. Ale rozumiesz?
- tak
- no tak



Delektowanie się życiem jest ważne, bardzo. Niektóre emocje, sytuacje, momenty są ważniejsze niż przyjemność. Slow life jest po to, żeby ich nie przegapiać, bo żal nie daje potem spokojnie żyć. Patrz. Milcz. Czuj i dawaj obecność. Myślami czasami wystarczy. Nie uciekać z bezradności. Być Bardzo. Czuć. Otrzeć łzy, przytulić rozedrgane strachem, obawami, niepewnością. Być. To jest to, co daje nam najwięcej wsparcia - świadomość, że ktoś z nami jest, ktoś wie, że jesteśmy i myślimy a w razie konieczności pojawią się i słowa. Bezwarunkowo. Współmilczenie to obecność, gdy słowa są bez sensu.
Pomóc przeżyć ten czas, gdy słowa nie mają znaczenia.











9.11.12

Historia żółtej ciżemki

Rzeczy z duszą. Każdy ma jakieś. Rzeczy z duszą, to inaczej rzeczy z historią. Przeważnie biżuteria, jakieś bilety, kamyki, pamiętniki, książki, ususzone kwiaty, ubrania też. Wszystko, co ma w sobie ładunek emocji. Wspomnień. Nie wszystko się zatrzymuje, nie wszystko przetrzymuje próbę czasu. To są takie oczywiste rzeczy. Z biegiem lat przypominają nam idealnie bardzo konkretne sytuacje i związane z nimi osoby. W tej grupie są jeszcze perfumy. Po wielu latach zapachy kojarzę z osobami. 
Ale dziś jeszcze coś dla mnie wyjątkowego. Niby banał.
Buty.
Dla większości kobiet buty to element garderoby, owszem, je się nawet kocha, ale ja podchodzę do tego inaczej. Buty są dla mnie ważniejsze, niż inne elementy ubrania. Buty budują ze mną historię. Moją. 
Miałam w życiu wiele par butów i z niektórymi rozstawałam się z bólem. Nie dlatego, że to buty, ale wspomnienia. Niektórych czas nie oszczędzał, tak bardzo, że nawet szewc rozkładał ręce. Tak, na szewca wydaję sporo. Często wartość napraw przekracza wartość butów.
Tak, wiem :-)
Ale są jeszcze takie buty, które mam na stopach w ważnych dla mnie momentach. I tym sposobem przechodzą do mojej historii. 


 Moje top 5 (kolejność dowolna):


7.11.12

Nie ma czegoś takiego jak kryzys

Świat się zmienia. Giganci spoglądają z góry na Ziemię i widząc to ruszają z odsieczą po swoich klientów, wróć, wypuszczają na rynek zdrowe produkty. W trosce o swoich klientów, w szczególności tych przyszłych. Czuję się adresatem ich nowych produktów, odbiorcą z ciekawości chociaż raz zapewne też będę. Raz, może dwa, albo sporadycznie. Dlaczego? Dla mnie po prostu wchodzą na koszący miliardy rynek suplementów.

Luxlux donosi uprzejmie o nowej linii produktów wypuszczanej przez Coca Colę. Linię produktów zdrowych dla odmiany. Mhm. Ok. McDonalds otworzył bodajże we Francji punkty z żywnością wege i skierowaną do ekofanów.

Czekam na e-papierosy od R1, które będą działać jak detox i do tego będą aplikować powietrze górskie. 


Żadna z w/w marek nie kojarzy się ze zdrowym stylem życia. Ani fast food, ani napoje gazowane słodkie, ani papierosy. Mam zaufać, uwierzyć że jednocześnie robiąc fast food robią slow food? Oferując bombę kaloryczną oferują jednocześnie zdrowy napój? Poważnie? Odpowiedź jest jedna: nie wierz, nie wnikaj, kupuj.

Pewnie mi odpowiedzą, żebym nie była hipokrytką, bo sama żyjąc wg slow life dopasowuję tę filozofię pod siebie i ciągle w pewnym sensie żyję szybko, robię 5 rzeczy na raz i palę papierosy, podjadam nutellę po nocach i jestem szczęśliwa. Nie nie. To nie to samo. Chodzi o filozofię. O bazę. Francuski partner? I co z tego? I co? Nic. To Cola. Prawda? No nie do końca.


Dla mnie te produkty to marketingowy chwyt a nie filozofia. Po prostu poczuli potencjał trendu. Słusznie. Poczekam, kupię, sprawdzę skład i ocenię sobie. Nie spodziewam się niespodzianki. To w końcu kolejna ciekawostka koncernów. Komercjalizowanie do tego stopnia nurtu zdrowej żywności i to jeszcze poprzez apteki i gałąź suplementów. No no. Podziwiam. Trzeba mieć fantazję. I jeszcze te hasła o pięknie i zdrowiu. No fenomenalne. Naprawdę. Woda, która daje piękno. Wow. Proste a dobre hasło.

Jedno jest 100% pewne: jeśli ktoś sięgnie po tę wodę zamiast standardowej coli, to można się spodziewać cudów. Poważnie. Do tego nie trzeba badań. 

Więc może mimo wszystko to jest kierunek przyszłości? Dla mnie to totalna ściema, ale za tym szaleństwem stoi całkiem niezła metoda. I ona kiedyś wygra. Dlaczego? Bo odzwierciedla skrajnie otwartą, dwoistą naturę współczesnego świata i ludzi. Trzymanie się jednej skrajności oznacza ograniczającą ortodoksyjność. To co robią koncerny wchodząc w rynek zdrowej żywności i suplementów, to tak naprawdę zdrowy odruch potwierdzający ich wyczucie czasów. Łączą skrajności. Dziś im nie wierzę, za kilka lat nie będzie mi się chciało podchodzić do tego krytycznie, bo ludzie i tak będą to kupować. To będzie normą, że jedna marka wypuszcza różne, produkty o zupełnie innym wizerunku. O ile już się tak nie dzieje poza w/w przykładami.

Nie ma czegoś takiego jak kryzys. Są zmiany. Ci, którzy potrafią na nie reagować działają dalej, ba, czasami lepiej. Reszta zapłacze się w kącie bezradności. Nie będzie to Coca-Cola.  

Wdzięczność anioła

Wdzięczność. Fantastyczne uczucie. Jedno z najlepszych. Lubię na koniec dnia zrobić sobie podsumowanie, lubię chwile w ciągu dnia, gdy ją odczuwam. Przeważnie do Boga. Za wszystko. Za to, że żyję, za to co mam, za ludzi, na których trafiam, za tych, o których myślę, że dobrze, że są i za o tych, o których myślę, że dobrze, że trzymają się z dala ode mnie, za przeżycia, za szczęście, za dziś, nawet, gdy miałam ciężki dzień, za każdy uśmiech, za słońce, za miłość i za pmsa. Wdzięczność.
Nie dziękczynienie, które budzi potrzebę odwdzięczenia, ale wdzięczność. To co najważniejsze i tak jest bezcenne, niemierzalne. To co mierzalne i wycenialne też ogarniam na koniec dnia wdzięcznością. Zmywarkę szczególnie :-)



I jestem wdzięczna za moje anioły stróże. Jestem przekonana, że mam ich całą armię. Z wiekiem coraz więcej. Oddaję czasami któregoś, gdy widzę, że ktoś nie ma żadnego. Wysyłam z myślami "zaopiekuj się, proszę". 


Wierzę w anioły.






Dzięki wdzięczności za to co mam każdego dnia spokojnie sięgam po nadchodzące więcej. Wdzięczność ma siłe kumulowania. 
Anioły lubią noc. Jak ja. Najlepiej nam się rozmawia.



5.11.12

Merida Waleczna czyli kreowanie wizerunku

W końcu w ten weekend udało mi się zobaczyć "Meridę Waleczną", bo od ostatniego razu nic mi się nie zmieniło i nadal kocham bajki Disneya.



Merida zostaje siłą postawiona obok pozostałych ulubionych. Wątek "królewna nie strzela z łuku" oddaje dobrze to, co nęka łaskawie ludzi w każdym wieku. NIE WYPADA ROBIĆ PEWNYCH RZECZY. Dobrze, z tym się można zgodzić, ale kto ma o tym decydować?


Ja beztrosko powiem: każdy za siebie.Reszta zależy od nauczyciela i własnego rozumu.

Merida Walecza to po części bajka o budowaniu wizerunku. Budowanie wizerunku jest ważne i wie to każde rozgarnięte w miarę dziecko. Ja wiedziałam od podstawówki i pielęgnowałam wizerunek "mądrej dziewczynki". Wystarczy do tego kilka trików, kilka zaklęć, uśmiech, złapanie paru piątek, okazanie zainteresowania przedmiotem (ogłaszanie nauczycielowi przed klasą, że się ma geografię w dupie, jeszcze nikomu nie przyniosło nic poza pałą na koniec semestru) i do końca semestru można spokojnie wagarować w dogodnych dla nas terminach. Przyda się również etykieta "grzecznej, mądrej i ambitnej dziewczynki". Wówczas już nikt nie pozwoli nawet oczernić nas zarzutem wagarów. No Marzenka? Wagary? W życiu. Marzenka, ściąga na egzaminach? Nie, no skąd. Tak. Tak to działa. Pozwolić nauczycielom czy wykładowcom uwierzyć w to jacy myślą, że jesteśmy (zapadanie im w pamięć jest tu istotne samo w sobie). Mechanizm działa przez cały system edukacji. Budowane wizerunku. Czy coś w tym co napisałam opiera się na oszustwie, kłamstwie? Poza wagarami i ściąganiem i kryciem ich, reszta musi być szczerą prawdą (wagary i ściąganie też są, ale nie musimy się tym chwalić, jak nie ma czym się chwalić przekraczając prędkość jazdy ). Przy okazji - ludzie nie są idiotami, nauczyciele też i doskonale widzą, że ktoś wagaruje. Gdy się z nimi dobrze żyje, to po prostu nie robią z tego problemu. Wszystko ma być prawdą, my mamy być sobą. My nadajemy temu kolor. Już kiedyś pisałam o kolorowaniu i znowu do tego wracam. Znajomość odcieni jest ważna. Dlaczego? Bo trzeba być artystą. Bez kolorów nie zbuduje się wizerunku. Nie ma mowy. Tzn. zbuduje. Na jeden sezon. Bycie fałszywym, zakłamanym spaliło nie jednego. Budowanie wizerunku to nie kłamstwo. To ważne.

Czasami słyszę jakieś pojękiwania, że ktoś jest inny niż się wydawał. Przeważnie dotyczy to osób publicznych, bo one bez zbudowanego wizerunku nie stają się nawet publiczne. Śmieszy mnie te oburzanie, że jakiś poseł przekroczył prędkość, aktor zdradził żonę, piosenkarka się rozwodzi czy inne zachowania normalne dla ludzi, ale nie dla osób, które znane są publicznie wyłącznie przez pryzmat właśnie zbudowanego wizerunku. No przecież to nadal ludzie a nie postaci z kreskówki.

W naszym codziennym życiu widoczne jest to w sytuacjach, gdy np. znamy kogoś tylko z sytuacji zawodowych. Znamy się wzajemnie wizerunkowo. Spotkanie takiej osoby np. w sklepie, w dresie i bez makijażu bywa dziwne.  

Nasz mózg buduje obrazy, skojarzenia. Nie może inaczej, bo byśmy nie ogarniali świata. W związku z tym wkomponowuje nas i innych w pewne otoczenia, w których przebywamy najczęściej, albo w których spotkamy określonych ludzi. My tych ludzi wplatamy w sieć skojarzeń jak oni nas.

Spotkania w innych okolicznościach są z reguły zaskoczeniem. To dobrze! To znaczy, że, mamy zbudowany wizerunek. To znaczy, że wpasowujemy się w miejsce jak kameleony. Oczywiście najważniejsze, to być sobą. Sztuczność ma zapach sztucznego skaju. Plastik. Tandeta. Widać ją na odległość. Czasami też w tym miejscu słyszę, że sztuczne, ba, fałszywe jest mieć wiele twarzy. No postukaj się w czoło. Nie, to nie jest sztuczne. To jest normalne. Mistrzowie mają ich mnóstwo, ale zmieniają je plastycznie i bez zastanawiania. To jest sztuka a nie sztuczność. Mistrzowie też wiedzą, kiedy jak się zachować, to jak z salsą -  znają kroki podstawowe  a reszta to nowe układy. Wbrew pozorom w życiu z reguły bardzo powtarzalne, różniące się w niuansach.To te niuanse i detale tworzą całość.
Budowanie wizerunku. to co wypada królewnie, to co cechuje królewnę, to czego matka próbowała uczyć Meridę, ale ta nie chciała słuchać. Jak i matka nie słuchała jej, bo emancypacji nie było za czasów Wikingów. Przesłanie bajki jest jeszcze jedno, czyli to, co uważam za życiowe motto, bez względu na wiek: zawsze jest trzecie wyjście.

Budowanie wizerunku od najmłodszych lat to podstawa. Dobrzy nauczyciele również. Walka z wiatrakami będzie zawsze głupotą, chociaż bywa oczywiście zajmująca. Na wszystko wystarczy znaleźć sposób. Co bywa czasami czasochłonne, ale ja żyję slow i mam tyle czasu ile potrzebuję :-)
Można robić z siebie ciągle zdziwioną ofiarę losu, albo zabrać się za zrozumienie sensu budowania wizerunku, obecnie modnie nazywanego kreowaniem marki osobistej. Wyjścia są dwa: albo inni będą cię wychowywać, albo ty sam? Trzecie najlepsze: sam z mądrymi nauczycielami. A tych ma się całe życie.

Wystarczy zrozumieć, że to jest podstawa poruszania się po świecie,  który dzieli ludzi na świadomych tego i tych, co do znudzenia czegoś nie rozumieją i czują się negatywnie przez innych zaskakiwani. Ale nad tym trzeba pomyśleć. Ludzie są przeważnie jak matka królowa albo jak Merida - nie słuchają, dopóki nie dostaną obuchem w głowę. Nie każdy na obuch jednak trafia. Ba, większość jak dostanie, to idzie popłakać i ponarzekać, zamiast pomyśleć.

Cała bajka nie powstałaby, gdyby matka posłuchała tego, co mówi jej córka i razem z nią poszukała rozwiązania w zaciszu komnaty czy innego dziedzińca. No ale nie każda królowa jest wszechwiedząca, mimo że każda wie, co i kiedy wypada robić królewnie. Królewny oczywiście uważają, że z racji stanu bycia królewną wypada im wszystko i tak do znudzenia.

 Jeśli chociaż raz w życiu usłyszysz "nie spodziewałam/em się po tobie"  to dobrze rokujesz. Masz zbudowany wizerunek, nie jesteś bezbarwny i nijaki. Poznaj go.  Ujarzmij go. Uformuj jak masę z gliny. Stórz się z posiadanych cech. Przestań się do znudzenia dziwić, że poznajesz tylko część cech innych ludzi i zacznij decydować o tym, kto kiedy widzi twoje. Bo ty tego chcesz. Nie manipuluj i nie dawaj sobą manipulować. Budując świadomie własny wizerunek właśnie to też osiągniesz.Manipulacja jest słaba, jeśli się generalnie szanuje ludzi, z którymi ma się do czynienia. Z tymi, których nie szanujemy nie tracimy czasu. Proste.

Pora na wieczorne kakao. 

















4.11.12

Sentymentalnie

A jestem dziś sentymentalna, to wykorzystam ten moment. Będę prawie wylewna.

Tak piszę tego bloga, piszę i co jakiś czas mam feedback. I jest to zajebiste. Każda wiadomość na privie rozgrzewa mnie i rozpromienia jeszcze bardziej (bardziej niż komentarze, bo na priva dostaję listy. Coś, co już zanika w przyrodzie). Szkoda, że na fb, bo jak pisałam, nie przywiązuję się do tego kanału szczególnie i maile byłyby trwalsze, ale w razie czego i tak sobie je archiwizuję. Na pamiątkę. W tym miejscu, tak, właśnie TU, serdecznie dziękuję, tym osobom, które piszą. Każdy list przerzuca mi przez głowę myśl "Super, że ci się chciało tyle pisać."). Komentarze też kocham, szczególnie, że jest ich tak śladowo i nie są durne. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzam, albo autor ma PMSa mózgu, to są OK. Dzięki. O to chodzi.
Grafomania jest dobra, ale nadanie jej lekkiego sensu jest lepsze. 

Chodzę po świecie i mruczę o tym slow life i co jakiś czas ktoś reaguje "poważnie? a to ci powiem..." i zaczynam  dowiadywać się rzeczy ze świata magii, bo nagle się okazuje, że ludzie niesamowitych profesji i tytułów np. samodzielnie odsezonowywują kozi ser, albo robią przetwory, albo kończą budowę chatki nad jeziorem i przeniosą się tam z big city. Slow life to filozofia, to styl życia. To nie luksus, tylko coś, po co sięga wiele osób, gdy już im się przejada zdobywanie świata w wyczerpujący sposób i gdy stwierdzają, że można zdobywać świat slow. I tak sobie czasami ucinam pogawędki i cud miód i orzeszki.  Albo ostatnio, będąc w restauracji rozmawiałam z kucharzem zagadując "prowadzę bloga o szeroko rozumianym slow life i..." Doskonała zaczepka. Feedback z bloga i sygnały ze świata o tym, co robią ludzie, to wszystko fajnie przepływa przez moją czasoprzestrzeń. Czuję Flow ;-)

Najlepsze dla mnie osobiście jest, że ludzie kojarzą mnie ze slowlife i z salsą. Koledzy w pracy w środę zagajają "dziś salsa?", albo gdy jest mowa o mnie, to często slowlife pojawia się tam też. Tak. O to chodzi.  Czekam na czasy, gdy będę sobie rozmawiać o tym z osobami, które z pełną świadomością też będą mówić "też żyję wg slowlife",bo na razie jakoś nie przechodzi to przez usta. Na dziś cieszy mnie, że samo hasło przestaje brzmieć abstrakcyjnie, że dużo się dzieje wokół slow food, ale jest to jeszcze strasznie rozproszone. Nic nie szkodzi.*

Gdy dziś przeczytałam miniwywiad TU: MojaTrawa (buziaki Ola) z Segrittą (z którą przyjaźnimy się już ładnych kilka lat) strasznie się ucieszyłam, że Seg wspomniała o mnie w kontekście slowlife a MojaTrawa o to zapytała :-)
Wywiad polecam, bo dziewczyny poruszają kilka tematów, które są bliskie mojemu sercu ze względu na filozofię. Ekologia, jak slow life, nigdy nie będzie tematem pop, zawsze będzie niszowa. Dziś jest faktycznie modna, jak zauważa Segritta, ale w końcu jako lifstylowa blogerka wie, co jest na topie i sama nieraz kreuje trendy w różnych kierunkach.

Podoba mi się natomiast, że wchodzi do blogosfery świeża krew. To jest dobre w każdym środowisku. Zawsze i wszędzie. O ile ta krew jest tak zdrowa jak MojejTrawy :-)

Przy okazji polecam delikatnie nowiutkiego bloga - kosmesferę i bardzo świeżą blogerkę - Olgę, która jest z wykształcenia i zawodu kosmetologiem i ma hopla na punkcie pielęgnacji, zabiegów i jest w tym wszystkim mocno obeznana. Zawsze się do niej zwracam, gdy mam jakieś wątpliwości odnośnie kosmetyków. Założyła bloga i jest na samym początku, ale jeśli ktoś szuka rzetelnych informacji o kosmetykach, może ją spokojnie pytać. Na pewno chętnie odpowie.


*chyba, że jak pisałam, kiedyś się dorobię tych bilionów i będę mogła stworzyć program wsparcia i rozwoju ekofarm i ekoferm, tak, żeby takie produkty przestały być "drogie". Zrobiłabym porządek z obiegiem informacji o źródłach, targach, miejscach ekoprzyjaznych, stworzyłabym jakiś dobry program lojalnościowy dla hodowców i klientów... Ale to kiedyś. 
Na dziś robię co mogę. Piszę dalej o slow life.

A teraz pora na kakao.

Ptasie radio

Wiele osób dokarmia różne zwierzęta, wspiera schroniska, dokarmia bezpańskie psy i koty. Moją słabością są ptaki. Siłą rzeczy na moim osiedlu poza wróblami, srokami i gołębiami są też mewy. Przy dobrych wiatrach docierają też rybitwy. 
Kiedyś miałam karmnik i kupowałam im mieszanki ziaren, ale to, co robiły z balkonem pozbawiło mnie zapału. Muszę pomyśleć nad innym miejscem dla karmnika. Tymczasem oddaję im resztki chleba. Wiem, że to dla nich tak mało wartościowe odżywczo, jak dla mnie, ale w zimne dni lepsze to niż nic. Wyrzucam na trawnik pod balkonem kawałki i podniecam się obserwowaniem ptaków. Genialne jest samo ich zachowanie. Gdy jeden wyczuwa, że jest tego chleba więcej, to lata i nawołuje. W kilka minut robi się gęsto od ptaków. Różnych. Kocham na to patrzeć. Zlatują się z nie wiadomo skąd. 
Nawoływanie jest też ciekawostką, bo nie ma w nich egoizmu. W końcu mogłyby zakosić jedzenie dla siebie i nie informować nikogo o źródle. A jednak.


 Mewy i wróble łapią kawałek i odlatują.










Gołębie są bardziej leniwe i skubią na miejscu. Są też bardziej oswojone. To jasne. Ale mewy na wysokości twarzy zachwycają mnie swoją wielkością jak sroki ubarwieniem czy wróble maleńkością. Gołębie są też najbardziej towarzyskie. Już przywykłam, że wychodząc na papierosa zaraz będę mieć towarzystwo. Gołębice podlatują bez skrępowania i siadają koło mnie na wyciągnięcie ręki na barierce balkonu. I patrzymy na siebie. Czasami pogadamy, ale z reguły stoimy razem w milczeniu. 

 Kocham te momenty ożywienia, gdy się zlatują. Stoję na balkonie z zaciekawionym kotem i cieszę się jak dziecko.
Jak się wykuruję, to wybiorę się nad morze. Łabędzie tak pięknie czekają i lepiej dla nich, żeby czekały na nas tam, niż narażały życie w poszukiwaniu jedzenia zapuszczają się do miasta.
Dokarmiajmy zwierzęta na zimę szczególnie. Bez nich miasta byłyby betonowo puste, a w końcu niewiele z nich nie odlatuje na zimę. Ja bym odlatywała, ale nie mam tyle urlopu :-)


3.11.12

Facet jak milion dolarów

M. po 10 latach postanowił wprowadzić w życie odrobinę eleganckiej klasyki. Głównie dlatego, że przez ostatni rok schudł ponad 20kg i może się w tej klasyce zaprezentować. Nie oszukujmy się, jedyne, czego nie lubi klasyka, to nadwaga.

Szukaliśmy dla niego płaszcza i butów. Lubię, gdy idący obok mnie mężczyzna wygląd jak milion dolarów.  Większość życia spędziłam z Bondami poprzedniej epoki, czyli klasycznie eleganckimi. Potem... M. nie był mocnym fanem klasyki bez okazji. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo klasyczny strój to nie mundur i nie widzę sensu zmuszania kogoś do niego. Tego trzeba chcieć. Klasyki nie można wymusić w obyciu, ale z tym nie miał nigdy problemu. Facet kameleon znajdzie się w każdych warunkach i do nich się dopasuje. On to umie i umiał od kiedy go znam. Jednak daleki był od klasyki na co dzień.
Czekałam :-)
I się doczekałam. Z założenia szukał kurtki, na co mocno kręciłam nosem. Zdecydował się na klasyczny, skrajnie minimalistyczny płaszcz. Przynajmniej najpierw przymierzyć. Prosty fason, bez żadnych guzików, zamków, ściągaczy, miśków, futerek, miliona kieszeni, które psują prawie każdy dostępny płaszcz. Nie wiem po co, ale nie muszę. To miał być płaszcz. Nie klasycznie długi (M. jest do tego za niski i tu się z nim zgadzam), ale też nie krótka kurtka. Płaszcz 3/4. Co ważne, z fajnego materiału (nie miał być flausz ani wełna). Tak idealny, jak tylko można sobie wymarzyć. Co było dla mnie  miłym zaskoczeniem - wybrany płaszcz jest polskiego producenta, firmy Ewtex
Oczywiście, że jakość była dla mnie na równi ważna z fasonem. I tu przyznaję z zaskoczeniem, że inne, szczególnie zagraniczne marki ze średniej półki mogą się uczyć. Okazuje się, że polscy producenci, przynajmniej ta firma postawiła sobie wysoko poprzeczkę. I jakościowo i cenowo. Przy czym gdyby lepiej lokowali swoje punkty sprzedaży, to mogliby jeszcze lepiej się przebić do świadomości. No ale cóż, budowanie wizerunku nie jest najmocniejszą stroną wielu polskich firm. Uwielbiam niszowość, ale bardziej w stylu magazynu SLOW i promowania produktów takimi kanałami. Z dbałością o szczegóły.


Płaszcz jest idealny i kosztował 400zł, niewiele jak na męski płaszcz, bo generalnie byłam zdesperowana i znając realia liczyłam się z wydatkiem ponad dwukrotnie większym. Takie są realia dobrej jakości. Do płaszcza dobrany został szalik. (M i szalik. Świat się zmienia... ) Od razu dobrane zostały też półbuty - klasyczny a i tak nowoczesny, bardzo prosty fason i doskonała skórka.
Och, jak  mi z tym, z nim w tym płaszczu dobrze. Fason pasuje i do koszuli i do t-shirtu. Odpinana podpinkę i może nosić go od jesieni do wiosny.

I jeszcze koszula... w niej zakochałam się jak w płaszczu. Szaro-białe drobne prążki, grubsza bawełna od innego polskiego producenta. Znalezienie  takiego materiału i wykonania uważałam za możliwe jedynie np. u Bossa (płaszcza zresztą również końcem końców, po 4 godzinach chodzenia po innych sklepach). Miły akcent na koniec - rabat jak dla stałych klientów. Mogę pogratulować firmie doboru pracowników do sklepu. Kocham taki typ kobiet, jak ta, która nas obsłużyła. Nienachalny, niewmuszający, nieprzekonujący na siłę sposób sprzedaży, oczywiście sugerujący, ale w ujmujący sposób. Z tego co widziałam po komentarzach na stronie producenta, zwracają uwagę do dobór personelu w swoich sklepach i najwidoczniej skutecznie. Kobiety są czarująco profesjonalne i w pewien sposób ciepłe, co wcale nie jest oczywiste a bardzo na miejscu.
To się nazywa doradca, gdy wychodzisz z 4 torbami. 

Przyznaję, że rzadko lubię wspierać się pomocą sprzedawców, bo nie jestem fanką nachalności a już zupełnie fałszywego wciskania na siłę. Marki, które odwiedzam jako kobieta cechuje też automatycznie profesjonalna obsługa. To wartość dodana do chyba każdego dobrego miejsca. Niby oczywiste, a wcale niekoniecznie. Oceniając to zawsze, siłą rzeczy z punktu widzenia psychologii sprzedaży, wiem, że bywa różnie. Pani z Ewtexu była wyjątkowo w moim typie. M. nawet się nie puszył (jedyne "nie", padło na propozycję bordowej koszuli), gdy ustalała ze mną szczegóły i wszystko grzecznie przymierzał. 
Potwierdza się tylko, że koło 40-tki (czyli 35+) facet zaczyna sam z siebie odczuwać potrzebę elegancji na co dzień i potrzebuje klasyki równie jak bluzy i dżinsów. Dobrze. Ja jestem przeszczęśliwa, bo się wyrównaliśmy w podejściu. 




Widać? Oczywiście, że nie, nie jestem blogerką modową i wrzucam zdjęcia z telefonu ;-)

Sama nie przegapiłam pobytu w outlecie. Rok temu ogarnęła mnie zupełna fobia na tuniki. Genialnie się w nich czuję i sprawdzają się jako strój do pracy (w czasie wolnym też wolę luźno się nosić, to oczywiste). Połączenie nowoczesnego fasonu i wygody a lekkiej elegancji też im nie odbiorę.  Szczególnie, że mam już 3  i każdą w innym zupełnie innym fasonie i kolorze.
Po fioletowej i szarej przyszła kolej turkus (zdjęcie go nie oddaje) z firmy Queen. Warto wejść do nich właśnie po tuniki. Właściwie ujęły mnie tylko one.

Sezon na tuniki uważam za otwarty:




Nowa tunika nazywa się "sweter nietoperz" :-)



I na koniec dobra wiadomość. Pojawiły się pierwsze rogale świętomarcińskie. Ponieważ tych oryginalnych, poznańskich jeszcze nie jadłam (czekają na pierwszy raz), uważam nasze za najlepsze mi znane :-) 


Na koniec dnia carbonara. Zatęskniłam za włoskim klimatem i smakiem.

O ile nie jestem fanką chodzenia po sklepach, to dziś się nawet nie zmęczyłam. Jak się wie, czego się szuka, to samo szukanie jest przyjemniejsze. Przy zakupach też się to sprawdza.

Potwierdziło mi się jednak, że wiele zachodnich marek leci na dawnym wizerunku, pozostawiając jakość... konkurencji. Fajnie, że polskiej. Szkoda, że te polskie firmy nie mają tak świadomego marketingu jak zagraniczne. Lokowanie punktów w odpowiednich, jeszcze ważniejsze jest logo, które Ewtex ma wybitnie niezachęcające, do tego kilka stylizacji na stronie też zniechęca, wszystko to detale, ale spokojnie do poprawy. Jakość i tak trzeba umieć rozpoznać i docenić. Nic się nie zmieniło.

Jakość płaszczy, które dziś widziałam w punktach wiodących, rozpoznawalnych marek pozostawiła wiele do życzenia. Fasony jeszcze więcej. Bez zmian. Tandeta za znanym logo jest standardem. Ewtex, Bytom (bo tam też mi się jeden spodobał) są jednak markami, którym warto się przyjrzeć szukając płaszcza świetniej jakości, w przystępnej cenie.

PS. Garniturów nie oglądałam, więc nie ocenię. Płaszczyk jest genialny. 

2.11.12

Spełnianie się

Dzięki Mediafun trafiłam na stronę Spelniona.pl 

Kiedyś tam się zgłoszę ;-)
Na razie jeszcze ciągle się spełniam w czasie niedokonanym.

Stronę i tak polecam. Dobrze się to wszystko czyta. Miejsce bez narzekania jest cenne samo w sobie.


1.11.12

01.11. - pokonać śmierć radością wspomień


Rok temu 01.11.2011 był zimniejszy niż dziś, mniej więcej o tej porze, wyszłam ze mszy na cmentarzu w Pruszczu Gd. i poszłam ogrzać się w samochodzie. Włączyłam radio. Trwała relacja z lądowania samolotu pilotowanego przez kapitana Wronę. Gdy zaczęłam słuchać to był początek. Wiadomo było, że podwozie się nie otwiera. Siedziałam i myślałam, co czuje ekipa, co czuje ok 200 pasażerów. To musiały być straszne chwile. Bezradność i czekanie. Ciężko mi sobie wyobrazić poziom strachu, jaki musi towarzyszyć człowiekowi w takim momencie. Wcale nie krótkim. Czekanie. Na cud albo na śmierć. 



Siedziałam, słuchałam i czekałam. Jak wielu ludzi. Akurat tego dnia połączyło mnie z innymi te czekanie. Nie klimat dnia, odwiedzania grobów, tłumów na cmentarzach. Właśnie te czekanie na finał lądowania.



Pomyślałam sobie, że to by było naprawdę nie fair, gdyby akurat takiego dnia rozbił się kolejny samolot, gdyby znowu zginęło tylu ludzi. To by było nie fair, bo Polska naprawdę zasługuje na coś dobrego w końcu. Na coś dającego nadzieję, budującego wiarę w to, że może być dobrze, że cuda się zdarzają. Tak bardzo czekałam...

I stało się. Boże, jak ja krzyczałam z radości. Jak bardzo bardzo spadł mi kamień z serca. Jak cudownie był słuchać, że się udało. Poziom radości był dla mnie nie do opisania. Pamiętam lekką konsternację ludzi, bo mój uśmiech i radość w takim miejscu i dniu były niestosowne. Rzekomo. Nie zgodzę się z tym nigdy. Nikt mnie do tego nie przekona. 

Owszem, doskonale wiem czym jest utrata bliskich, doskonale wiem, co to znaczy stracić ludzi kochanych, znam poziom bólu i rozpaczy, bo przeżyłam to już dwa razy, chociaż śmierć mojej babci zabrała ze sobą jaką cząstkę mnie, śmierć Pana Wojtka, który mnie z traumy wyciągnął, jeszcze mocniej kazała mi wziąć do serca jego słowa. Wiem, że te dwie bliskie mi osoby bardzo chciały, żebym żyła dalej nie skupiając się na smutku. Nigdy nie przestanę ich kochać i za nimi tęsknić, nigdy o nich nie zapomnę i nie potrzebuję żadnej narzuconej okazji, żeby o nich myśleć. Smutek, nostalgia nie chcą widzów. To nie wstyd. To potrzeba pobycia samemu ze wspomnieniami i własnymi myślami i łzami, dlatego 01.11. nie ma dla mnie tego, co zwyczajowo powinien mieć. To uczucia, których nie dotykam na siłę. Jednak szanuję tradycję i odwiedzam groby też tego dnia. 

W obliczu wydarzenia z ubiegłego roku nie potrafię ukrywać radości z tej rocznicy. Dla mnie to był znak, że życie jest tak cudowne, że trzeba o nie walczyć do końca, bo można wygrać. Kapitan Wrona jest tego przykładem i dał dowód akurat w dniu Wszystkich Świętych, jakby kosmos chciał powiedzieć: żyjcie. Ci którzy odeszli też tego chcą. Radujcie się. Żyjecie dalej. 
Nie chcę brzmieć jak Chrystus, ale akurat dziś odczuwam przez wspomnienie tego lądowania bardziej atmosferę Wielkanocy.
Ogarnia mnie cicha radość.

Ci, którzy odeszli, kochali mnie w tym stanie.







Kocham symbole. Ten jest największym, jaki widziałam.

Salsa solo - zanim zaczniesz


Salsa solo, kilka słów do początkujących



 I do tych, którzy nie uprawiali sportu nigdy, bądź bardzo długo.

 Od ponad roku chodzę na zajęcia salsy solo. Kiedyś może przybliżę postać instruktora, bo jest tego wart. Nie dziś.Kocham te zajęcia za energię, muzykę, to jak poprawia się moja kondycja, elastyczność ciała, jak dobrze działa skok endorfin. Salsa solo jest akurat opcją dla mnie idealną i jak widzę po naszej grupie - nie tylko dla mnie.
Dodatkowo w podobnym składzie spotykamy się jeszcze na latino dzień później, ale latino to już zupełnie inna historia. I instruktor.

Dziś muszę napisać o zjawisku, które obserwuję prawie co tydzień.


Gdy nie zostanie już nic - o ekologii

Przemijanie. To to, z czym pogodziłam się już dawno, częściowo dzięki De Mello, którego wieki temu przywołał Kominek. Doskonała filozofia, dzięki której bez problemu od lat przyjmuję fakt przemijania. Oczekuję go wręcz. Czekam na koniec, który oznacza początek nowego. Kocham się zakochiwać, żeby zaraz mi przechodziło w następne. Niby zawsze tak miałam, ale De Mello pokazał mi, że to normalne. Nie przywiązuję się. Nie odpycham, nie przyciągam. Przemijanie daje mi zupełny luz w podejściu do życia. Właściwie zawsze kształtowały mnie książki, do których mam niemniejsze szczęście niż do ludzi.
Przemijanie. Właściwie ma to ten plus, że tym mocniej biorę to, co jest. Nawet słowa przysięgi małżeńskiej są dla mnie obarczone kilkoma *małym drukiem. Wszystko co wieczne ma swoje wyjątki. Ale u mnie to jest swego rodzaju pokora wobec życia. Jako takiego. Przemijanie ma to też do siebie, że nie pomyślę, nie poczuję "to, to do końca życia i jeden dzień dłużej". 
Na ile będzie, na tyle dobrze. 

Przemijanie.  Najbardziej jest jednak przykre, gdy dotyczy otaczającego nas świata naturalnego. Już dawno przestałam mieć łzy w oczach widząc znikające budynki mojego dzieciństwa, jak np. budynek fabryki słodyczy "Bałtyk", na którego miejscu powstała Galeria Bałtycka. Albo hangary nieistniejącego lotniska na Zaspie, w których bawiliśmy się w dzieciństwie, a w miejscu których powstało centrum "Etc". Jest mnóstwo takich miejsc. Czasami mijając, gdy mam pmsa i włącza mi się przewrażliwienie, to cicho wzdycham. Tak samo czuję się jeżdżąc na Kaszuby. Jeszcze kilka lat temu miałam wiele ulubionych, wyludnionych miejsc. Potrafiłam wybrać się tam tylko po to, żeby popatrzeć na taflę cichego jeziora, wsłuchać się w szum lasu, szelest drzew, cichy pomruk wody. Teraz jest to niemożliwe, miejsca te zostały odkryte przez turystów. Wycofuję się. Rozumiem, że miejscowi muszą z czegoś żyć i turystyka jest podstawą. Lista moich miejsc się zmienia, kurczy i rozszerza w innych kierunkach. Przemijanie. 
Moja Trawa poruszyła kolejną kwestię z tym związaną. Cywilizacja ogarnia Ziemię jak Nicość z "Niekończącej się opowieści". Możemy przed nią uciekać, możemy się jej poddać. Niewiele z tego miejsca możemy zrobić, żeby skierować ją w innych kierunkach, żeby uszanować to, co jeszcze się uchowało jako naturalne. 
Chciałabym być bogata. Ale tak naprawdę bogata, żeby móc na to wpływać. Pomijając bogactwo jako otwarcie na możliwość pomagania innym (co mnie gniecie bardziej, niż brak środków na przykładowo podróż marzeń),  to inwestowałabym na pewno w projekty, które mają chronić środowisko. Wolałabym wydać pieniądze na źródła energii odnawialnej, które nie są ekonomiczne, jako inwestycja, ale są lepsze dla środowiska. Nie będę krytykować decydentów, są tylko ludźmi, szkoda, że nie chcą pomyśleć przyszłościowo nie tylko w kontekście potencjalnych zysków, ale też strat. Często nieodwracalnych. Przemijanie. Gotowość do zmian, tylko za jaką cenę?


Marzy mi się własny dom. Z wielkim, naprawdę wielkim ogrodem.  Nasłuchałam się jednak opowieści znajomych, których znajomi też mieli takie marzenie i sobie taki dom sprawili. Kredyt na wiele lat, wyrzeczenia ogromne, bo poddanie życia budynkowi jest wg mnie wyrzeczeniem. I po jakimś czasie okazało się, że pod oknami ich cudnego domu na odludziu, albo przez działkę, na której ten dom stoi, przebiegać będzie obwodnica albo autostrada. Cudne prawda? 

Widok z okna biura, w którym pracuję. Niebawem będzie tędy biegła kolej Metropolitalna, co jest dobre. Dziś jednak jeszcze mam możliwość patrzeć na sarny kładące się czasami pod oknami, albo przebiegające jelonki czy zające. 


Pomijam to wszystko, co się z tym dalej wiąże. Dla mnie istotny był fakt, że budując dom na obrzeżach miasta nie można mieć pewności, że nie zmienią się plany zagospodarowania terenu i nasz ogród na brzegu lasu nie będzie za chwilę graniczył z ekranami przeciwdźwiękowymi autostrady. W tym lepszym przypadku. Nie, nie jestem gotowa na takie historie. Właśnie przez to nie decyduję się na myślenie o domu. Jeszcze. Między innymi, bo nie chciałabym podporządkować życia kredytowi na dom. Jak kupować to tak, żeby było na niego stać. Od razu. I od razu na pomoc do jego prowadzenia, sprzątania itp. Bo tak. Szkoda by mi było na to czasu. Podobno to snobizm. Jedno z nadużywanych słów.

Jednak jeśli, jeśli będę bogata, to naprawdę wiele środków oddam na projekty, które chronić będą faktycznie środowisko. Faktycznie, a nie w postaci mało skutecznych akcji czy pseudo projektów ochrony środowiska. Nie denerwuję się na to, bo to jest bez sensu, nie potępiam, bo to równie bez sensu.

 Marzy mi się zdobycie w życiu środków, które pozwalałyby na faktyczne przeciwdziałania szkodliwości. Ekologią i naturą szasta się teraz, bo to modne jak buty emu. Tylko te bezmyślne ekoszastanie jest taką wydmuszką strzelającą ładnymi ekoświatełkami. Takie pitupitu. No fajnie, można się uśmiechnąć. Ekologia nie jest w siatkach czy samochodach na prąd, albo jeżdżeniu autobusami zamiast samochodami.

 Ekologia zaczyna się tam, gdzie można chronić środowisko naturalne, stosując droższe, ale lepsze rozwiązania, gdzie można odbudowywać zniszczone ekosystemy, gdzie można oddać naturze teren, który ludzie bezmyślnie zagospodarują. Ekologia jest w ekofarmach, fermach, uprawach, chodowlach, które paradoskalnie są droższe od "nowoczesnych". To mnie naprawdę nie przestaje zadziwiać, chociaż znam mechanizmy i przyczyny wyższych kosztów. Ba, może tym bardziej dlatego. Ale jak już będę bogata, to stworzę program finansowania ekohodowli. No ale niecne plany na bok...

Natura jest jak my - wystarczy jej nie przeszkadzać. Ona da sobie radę. Ba, będzie z nami współpracować, co widzimy na drogich, a fenomenalnych źródłach energii odnawialnej. Panele słoneczne, systemy minielektowni wodnych, itp. Wiele świetnych rozwiązań. Kosztownych, ale wartych inwestycji, wsparcia wdrażania ich.
Może kiedyś będę mogła przejść do konkretów i bez histerii będę mogła wpływać na kierunek rozwoju. Bieg wydarzeń na szeroką skalę. Marzyć jest tak przyjemnie. Marzenia dają nadzieję.

 Eh, przemijanie. Marzy mi się rozsądne podejście do przyszłości.



Patrząc za siebie fajnie jest nie żałować.