21.11.12

Jak oceniasz swoje samopoczucie?

Wczoraj miałam magiczną możliwość poddania się badaniu przez lekarza medycyny pracy (przystojny lekarz to jest to ;-)
Odpowiedziawszy NIE na 100 pytań o różnego rodzaju schorzenia i problemy (uśmiechnęłam się bardziej przy pytaniu o choroby psychiczne, bo wg moich norm normalny nikt nie jest, ale ok :-), dotarłam do pytania ostatniego:
- Jak ocenia Pani swoje ogólne samopoczucie?
-  Świetnie - odpowiadam z szelmowskim uśmiechem.
Lekarzowi się to spodobało, ale odpowiadając z równie szelmowskim uśmiechem rzekł - niestety Minister Zdrowia nie przewidział takiego stanu, ma Pani do wyboru od "bardzo dobrze" do "źle"
- Ciekawe, dlaczego Minister Zdrowia nie zakłada, że Polak może czuć się świetnie? ;-) Dobrze, niech będzie, że "bardzo dobrze" 

Tak. Jestem Polką i czuję się ogólnie świetnie

W życiu wiele do tego nie trzeba. Dlaczego? Bo pojawiające się i przemijające kłopoty, trudności, problemy (jak ja nie lubię tych słów), nie wpływają na moje ogólne samopoczucie. Jedna z najcenniejszych umiejętności, jaką nabyłam w życiu i którą ciągle ćwiczę. Odczuwane emocje są elementem życia, ale naszym wyborem jest, co z nimi zrobimy. Na co je przekujemy (o tym napiszę następnym razem). Którymi z nich zarazimy otoczenie i w jaki sposób.

Niezbyt chętnie odpowiadam na pytanie "co u ciebie?", bo Polacy mają tendencje do robienia ze wszystkiego problemu, nawet jeśli ja go nie mam, albo nie widzę w jakiejś sytuacji. Niektórzy są wręcz mistrzami. Nie lubię użalania się, narzekania, skarżenia. Jestem zadaniowcem i jeśli coś wymaga działania, to planuję i działam. Nie siedzę i nie jęczę (jeśli to robię, to znaczy, że mi się system zawiesił i wymagam szybkiego restartu). Nie narzekam na stan rzeczy, który mi nie pasuje, tylko szukam rozwiązań, żeby z niego jak najszybciej wyjść. Permanentne narzekanie, użalanie się nad sobą (dżizas.. ależ ja mam na to też alergię) to strata czasu. Baw się w to, ale nie ze mną. Ze mną nie porozmawia się dla samego bablania o:
  • polityce (interesuje mnie wyłącznie jej praktyczny aspekt czyli ustawy i ich skutki ew. projekty), 
  • politykach (zawód jak każdy inny a pseudopolityczny sitcom medialny "kto komu, co i dlaczego" mnie nie kręci),
  • chorobach (nie jestem lekarzem, nie będę i nie znam się na tym a jeśli nie mogę pomóc, to mogę jedynie przytulić albo zrobić herbaty. Nie lubię wysłuchiwać historii choroby. Owszem, czasami wystarczą domowe sposoby i to jest ten dość oczywisty zakres, ale też nie czuję powodu do słuchania użalania się. Działaj, lecz się i nie jęcz. Godzinne sesje na temat chorób wszystkich w promieniu 50km to dla mnie abstrakcja, szczególnie, że łączy się przeważnie z przemądrzaniem).
  • religii (jest ich tyle + różne formy i mutacje ateizmu, że chętnie rozmawiam o tym poznawczo, a nie z punktu widzenia racji, dla mnie wszyscy mają rację i wiara jest kwestią indywidualną. Ba, dla mnie można wierzyć nawet w UFO i w to, że kogoś porywa co noc na wielogodzinne gwałty. Proszę bardzo.), 
  • kościele (instytucji jest na świecie od groma. Samostanowię o sobie zgodnie z prawem i własnym sumieniem i nie wnikam w opinie innych o tym. Nie wnikam w działanie kościołów a one nie wnikają w moje życie. Pełna symbioza.).
  • dzieciach (dopóki nie mam własnych to z całym szacunkiem... zieeew)
  • pracy (borze, jak ja nie lubię rozmawiać o pracy na jakiś imprezach. Dlaczego? Bo przeważnie jestem tą, która nie narzeka, bo nie ma na co i jest zadowolona z tego co, gdzie, kiedy, za ile i z kim robi. Nuda. Za to inni narzekają pasjami. Zieeew. Jak coś nie pasuje, jeśli się nie da naprawić, to się pracę zmienia. Kropka. Punkt. Nie jęcz człowieku, wstań, zrób coś)
Na wiele tematów wolę rozmawiać z ludźmi, którzy wiedzą o czym mówią, lubię słuchać ludzi, którzy się na czymś znają. O chorobie rozmawiam z lekarzem, bo ewentualna polemika przebiega z kimś, kto wie o czym rozmawia. I tak w wielu sprawach. Jestem egoistką i cenię swój czas. Kiedyś usłyszałam, że to brak empatii. Mhm. Jeśli empatia się tym objawia, to faktycznie wykazuję zero. Pseudomanipulacje emocjami irytują mnie dość szybko. Ha, fajna jest grupa ludzi, którzy próbują mnie przekonać, że moje dobre samopoczucie jest bezczelne w obliczu nieszczęść na Ziemi. Mhm. Jasne. Wyjdź.
Pielęgnowanie takiego podejścia to niepojęty rodzaj masochizmu.

Wolę pójść na salsę, niż mielić językiem. Albo poczytać, obejrzeć film. Jest tyle czynności, które można wykonywać zamiast narzekania. Ogrom. Bezmiar. Bezlik. Narzekanie jest dopuszczalne czasami, ale czasami to czasami. Są ludzie, których numer wywołuje u mnie myśl "Dżizas, co tym razem?".  Kto tego nie zna? Pewnie też każdy. 
Jestem zwolenniczką poprawności politycznej w życiu publicznym. Przez to, że ludzie dają się wciągać w idiotyczne dyskusje nie widzą, że tracą własny czas, który mogliby przeznaczać na samorealizację, rozwój, poznawanie, odpoczynek, spędzanie czasu z odpowiadającymi im ludźmi. Narzekanie jest największym, niekonstruktywnym zjadaczem czasu w tym kraju. Jest rozrywką nieudaczników i malkontentów, którym się wydaje, że tylko oni żyją i napotykają na jakieś sytuacje. Mój ulubiony tekst "jestem po przejściach". Helou! Każdy jest. Każdy. Nie ma wyjątków. Wyjątkowe może być jednak podejście, na które mamy prosty wpływ. W każdej jednej sytuacji. Trzeba się zatrzymać i jej przyjrzeć. Poczuć. Pomyśleć. Wyciągnąć wnioski. Specyficzne jest też to, że każdy uważa swoje przejścia czy przeżycia za niebywale wyjątkowe i szczególne. Kamą. Trochę dystansu i samokrytyki. Empatia też nie zaszkodzi.
Z czego się bierze problem? Właśnie z podejścia. Uwielbiam ludzi, którzy opowiadają co u nich w taki sposób, że można słuchać godzinami. To dar. No cóż. Jestem egoistką i zdecydowanie wolę ludzi z tym darem. Narzekacze i jęczydusze niech szukają kozłów ofiarnych w innych galaktykach. Świat jest piękny i bardziej wyrozumiały niż ja.

Czuję się świetnie i dobrze mi z tym. A teraz idę na salsę. Po tygodniowej przerwie aż mnie roznosi. To się nazywa pozytywne uzależnienie.