9.11.12

Historia żółtej ciżemki

Rzeczy z duszą. Każdy ma jakieś. Rzeczy z duszą, to inaczej rzeczy z historią. Przeważnie biżuteria, jakieś bilety, kamyki, pamiętniki, książki, ususzone kwiaty, ubrania też. Wszystko, co ma w sobie ładunek emocji. Wspomnień. Nie wszystko się zatrzymuje, nie wszystko przetrzymuje próbę czasu. To są takie oczywiste rzeczy. Z biegiem lat przypominają nam idealnie bardzo konkretne sytuacje i związane z nimi osoby. W tej grupie są jeszcze perfumy. Po wielu latach zapachy kojarzę z osobami. 
Ale dziś jeszcze coś dla mnie wyjątkowego. Niby banał.
Buty.
Dla większości kobiet buty to element garderoby, owszem, je się nawet kocha, ale ja podchodzę do tego inaczej. Buty są dla mnie ważniejsze, niż inne elementy ubrania. Buty budują ze mną historię. Moją. 
Miałam w życiu wiele par butów i z niektórymi rozstawałam się z bólem. Nie dlatego, że to buty, ale wspomnienia. Niektórych czas nie oszczędzał, tak bardzo, że nawet szewc rozkładał ręce. Tak, na szewca wydaję sporo. Często wartość napraw przekracza wartość butów.
Tak, wiem :-)
Ale są jeszcze takie buty, które mam na stopach w ważnych dla mnie momentach. I tym sposobem przechodzą do mojej historii. 


 Moje top 5 (kolejność dowolna):





Dieselki. Dieselki mają kilka lat i gdy je zobaczyłam, to oszalałam. Ten haft z tyłu jest moim małym fetyszem. Dieselki mam na stopach połowę lata. Skojarzenie: wypad do kina z przyjaciółką A. Siedziałyśmy w ostatnim rzędzie i bezczelnie położyłyśmy stopy na fotelach przed nami. Kino było prawie puste. Poczułyśmy flow zrobienia czegoś głupiego i nam wyszło. W nich zawsze coś wymyślę. Buty od kreatywności. Dieselki są fenomenalne. Przetrzymały wiele spacerów i spotkań, co może o sobie powiedzieć niewiel butów na obcasie. Koledzy w pracy widząc mnie w nich żartują, że znowu jadę na dieslu. Te buty miałam na stopach na swojej pierwszej, publicznej prezentacji przed grupą obcych osób. Wzorek dodaje mi otuchy. Moje kochane dieselki.

Wzdycham z bólem. To moje buty do tańca. Są bardzo elastyczne, dzięki czemu mogę dowolnie operować stopami, co w tańcu się przydaje. Wzdycham, bo jak widać, przecierają się. Mam je prawie od początku chodzenia na salsę (zanim je kupiłam męczyłam się z miesiąc w butach do biegania. Czuję różnicę) i teraz dodatkowo dobijam je na latino. Zaczynały ze mną.  No jak je wyrzucić? Trudno. Dopóki się trzymają, będą ze mną. Tak. Te buty kocham.

Znowu wzdycham.  Te buty mają 20 (słownie: dwadzieścia lat). Dostałam je jeszcze w liceum. Jako nastolatka. Te buty były ze mną wszędzie. Każdy wyjazd w miejsca wymagające dużo chodzenia, albo po prostu wygody. Ostatni był wyjazd do Zakopanego. Doniosły mnie nad Morskie Oko, nie dały połamać nóg w Jaskini Mroźnej i na wszystkich kamieniach, którymi chodziłam, parę lat temu weszłam w nich na zamarzięte jezioro, kojarzą mi się z sylwestrem ze znajomymi w Belford parę lat temu. W domku było -10st. Wypad ze znajomymi na grzyby, gdy w lesie weszłam w nich w bagno. Kocham, te buty. One będą ze mną jako jedyne, nawet, gdy się już rozpadną.

Ostatni nabytek. A były ze mną na Blog Forum i w Berlinie i polecą do Monachium. Pierwszy raz mam naprawdę wygode buty na obcasie. I doskonale nadają się do pracy. Są nieznośnie wygodne.  Wpisują się w historię służbową, bo mieć wygodne but na spotkaniach to naprawdę ważne. Wbrew pozorom niewygodne buty potrafią odwracać uwagę.  W tych się chodzi prawie jak w butach do tańca. Kocham je. Niosą mnie przez świat prawie jak nr 3.  tylko na obcasie. Ostatnio: Buddha Bar z Olą. Skromne 6 godzin kawkowania. Niby nowe, a skumulowały mi wspomnieć sporo. Młode ambitne :-)

Szpilki, które miałam na ślubie przyjaciółki. Byłam świadkową. Ona kiedyś była świadkową u mnie. Obiecałyśmy to sobie w liceum, chociaż przyjaźnimy się od podstawówki. Szpilki, które dają mi w kość wysokością, ale to ten klasyczny typ. Wszystkie śluby, spotkania z wyższej półki. Ostatnio rocznica ślubu mojego chrzestnego. Uśmiecham się na te rodzinne wspomnienie. Te szpilki to towarzysze wyniosłych chwil. No dobrze, ostatni clubbing z młodszym pokoleniem familii w Sopocie też przeżyły. Kochane są. I seksowne, gdy muszą.

Czemu buty? Czemu sentyment do butów? Bo mają duży wpływ na samopoczucie. Bo potrafią, źle dobrane, popsuś humor, oderwać od istoty miejsca, sytuacji, towarzystwa. Teraz zabawne: ja butom lubię ufać. Nie chcę niespodzianek, odpadających fleków, pękających zelówek, urywających się zamków, łamiących się obcasów. Dzięki butom (też) czuję się tak jak powinnam, wtedy gdy powinnam. Dzięki temu, mogę się zająć "byciem", drogą, rozmową,  przeżywaniem, widokami, emocjami a nie odciskami czy uwieraniem. 
Dlatego są ważne. Mam do butów zwykły sentyment, ale mocny, bo budzą skojarzenia. Jak zaczynam szukać w pamięci, to buty stanowią taki sam element mapy myśli, sieci skojarzeń, jak pamiątki. Nawet do ubrań takiego sentymentu nie mam. Pamiętam prawie wszystkie buty jakie miałam.

Buty jak ubrania, przeminą. Ale te 5 par będę trzymać możliwie długo i one piszą ze mną historię obecnie i nadal.
Nie ma tu zdjęcia butów ślubnych. One były na raz i są teraz schowane głęboko w kartonie z innymi pamiątkami. Patrzę na przedpokój i do szafy i na buty, których tu nie wrzucę. Chociaż są ok, to.. to tylko buty. Jak adidasy, którę nakładam idąc do sklepu po bułki. Zero emocji. No lubię je.. Czyli jakieś jeszcze 10 par bez historii. Wiele par kupowałam i oddawałam dalej po jednym razie. Chemia chwili zakupu. Dalej mi się takie sporadycznie zdarzają. Niebawem będę się pozbywać kolejnych, które kupiłam wiosną. Nie zaiskrzyło. Pora się rozstać. 
Sentyment do butów pojawia się przy/ po wydarzeniach, w których towarzyszą. Nieświadomie, chociaż czasami przechodzi przez głowę "jak dobrze, że ubrałam te buty". Prawda? No właśnie. Tak jak i spontaniczny spacer nad morzem na obcasach, kończy się skojarzeniem z tymi szpilkami, które niby można po prostu zdjąć i iść na bosaka. Latem rozwiązanie całkiem normalne na spacer nad morzem, bo po prostu idzie się brzegiem. Jednak po to, żeby iść zimnym deptakiem, jesienią i zmarznąć, to niekoniecznie. Niby banał a potrafi zakodować się w pamięci niemniej niż sam spacer. Bez sensu. Dlatego właśnie buty są jednak ważne.  


Za rok tę listę zweryfikuję. Nowe buty? Niekoniecznie (chociaż od lat szukam idealnych czerwonych szpilek, to nie trafiłam jeszcze. Nie ma pośpiechu), chociaż nie mówię "nie", ale wspomnienia dojdą na pewno. Jeśli dożyję. Dlatego nie mam hopla na punkcie butów w sensie pójścia w ilość. Moje stopy same wsuwają się w te, które będą im najlepiej pasować. Do nastroju. Widocznie moje nastroje są jednak proste do zdefiniowania i sentymentalne jak ja. Tak. Mam sentyment do butów :-)



 W domu kocham chodzić boso.