1.11.12

01.11. - pokonać śmierć radością wspomień


Rok temu 01.11.2011 był zimniejszy niż dziś, mniej więcej o tej porze, wyszłam ze mszy na cmentarzu w Pruszczu Gd. i poszłam ogrzać się w samochodzie. Włączyłam radio. Trwała relacja z lądowania samolotu pilotowanego przez kapitana Wronę. Gdy zaczęłam słuchać to był początek. Wiadomo było, że podwozie się nie otwiera. Siedziałam i myślałam, co czuje ekipa, co czuje ok 200 pasażerów. To musiały być straszne chwile. Bezradność i czekanie. Ciężko mi sobie wyobrazić poziom strachu, jaki musi towarzyszyć człowiekowi w takim momencie. Wcale nie krótkim. Czekanie. Na cud albo na śmierć. 



Siedziałam, słuchałam i czekałam. Jak wielu ludzi. Akurat tego dnia połączyło mnie z innymi te czekanie. Nie klimat dnia, odwiedzania grobów, tłumów na cmentarzach. Właśnie te czekanie na finał lądowania.



Pomyślałam sobie, że to by było naprawdę nie fair, gdyby akurat takiego dnia rozbił się kolejny samolot, gdyby znowu zginęło tylu ludzi. To by było nie fair, bo Polska naprawdę zasługuje na coś dobrego w końcu. Na coś dającego nadzieję, budującego wiarę w to, że może być dobrze, że cuda się zdarzają. Tak bardzo czekałam...

I stało się. Boże, jak ja krzyczałam z radości. Jak bardzo bardzo spadł mi kamień z serca. Jak cudownie był słuchać, że się udało. Poziom radości był dla mnie nie do opisania. Pamiętam lekką konsternację ludzi, bo mój uśmiech i radość w takim miejscu i dniu były niestosowne. Rzekomo. Nie zgodzę się z tym nigdy. Nikt mnie do tego nie przekona. 

Owszem, doskonale wiem czym jest utrata bliskich, doskonale wiem, co to znaczy stracić ludzi kochanych, znam poziom bólu i rozpaczy, bo przeżyłam to już dwa razy, chociaż śmierć mojej babci zabrała ze sobą jaką cząstkę mnie, śmierć Pana Wojtka, który mnie z traumy wyciągnął, jeszcze mocniej kazała mi wziąć do serca jego słowa. Wiem, że te dwie bliskie mi osoby bardzo chciały, żebym żyła dalej nie skupiając się na smutku. Nigdy nie przestanę ich kochać i za nimi tęsknić, nigdy o nich nie zapomnę i nie potrzebuję żadnej narzuconej okazji, żeby o nich myśleć. Smutek, nostalgia nie chcą widzów. To nie wstyd. To potrzeba pobycia samemu ze wspomnieniami i własnymi myślami i łzami, dlatego 01.11. nie ma dla mnie tego, co zwyczajowo powinien mieć. To uczucia, których nie dotykam na siłę. Jednak szanuję tradycję i odwiedzam groby też tego dnia. 

W obliczu wydarzenia z ubiegłego roku nie potrafię ukrywać radości z tej rocznicy. Dla mnie to był znak, że życie jest tak cudowne, że trzeba o nie walczyć do końca, bo można wygrać. Kapitan Wrona jest tego przykładem i dał dowód akurat w dniu Wszystkich Świętych, jakby kosmos chciał powiedzieć: żyjcie. Ci którzy odeszli też tego chcą. Radujcie się. Żyjecie dalej. 
Nie chcę brzmieć jak Chrystus, ale akurat dziś odczuwam przez wspomnienie tego lądowania bardziej atmosferę Wielkanocy.
Ogarnia mnie cicha radość.

Ci, którzy odeszli, kochali mnie w tym stanie.







Kocham symbole. Ten jest największym, jaki widziałam.