17.11.12

Spojrzenie w oczy - Monachium

Rano jem śniadanie w domu, wieczorem kolację w Monachium, przy śniadaniu dosiada się do nas trzech Hiszpanów. Dwóch w wieku średnim, starszych ode mnie i jeden w typie ojca chrzestnego. Nie mam czegoś takiego, jak ulubiony typ mężczyzny. Mam ulubione spojrzenie, rysy, mimikę. Cała reszta staje się nieważna, albo automatycznie pasująca. Fantastyczne oczy i mimika i tak łączą się z fantastycznym facetem, który nie ma w oczach strachu, speszenia (albo raczej zawstydzenia moim lekko świdrującym wzrokiem), niezręczności. Łagodność połączona z bezdyskusyjną stanowczością. Męskie oczy mi wystarczają. Mówią mi wszystko. I pozwalają wszystko dopowiedzieć.

Gdy wieczorem siedziałam w pokoju pracując, miałam otwarte drzwi. Pokój kolegów z firmy był naprzeciwko mojego. Koło północy wrócili Hiszpanie. Ten, który najbardziej wpadł mi w oko zajrzał, zobaczył mnie, spojrzał mi w oczy i powiedział z uśmiechem - Hello madame. Uśmiechnęłam się znad laptopa - Hello senior. Zupełne nic w odniesieniu do wielu powitań z tego dnia. A jednak długo nie mogłam zasnąć. Z wielu powodów.

Lubię mężczyzn, którzy bez skrępowania patrzą w oczy, nie uciekają wzrokiem przy mijaniu. Ostatnio miałam tego kompletną kumulację. Sama lubię patrzeć pewnie, z ciekawością, czasami z czymś więcej, ale zwykle z ciekawością i sympatią, czasami z rozczuleniem, bo w oczach niektórych widać tak potężny brak pewności siebie, że aż proszą się o pogłaskanie na dodanie otuchy. Czasami patrzę bardzo krótko, gdy mnie coś zupełnie nie zaciekawia, albo gdy mężczyzna łapie panikę w oczach. Tryskająca niepewność siebie, miejsca, czasu.
Wsiadam do autobusu na lotnisku. Zatrzymuję wzrok na patrzącym na mnie mężczyźnie. Włoski typ. Mój typ. Spojrzenia się łączą. Uśmiechamy się. Autobus jedzie dość długo. Wchodzę do samolotu. Koledzy pomagają mi się zapakować w luki bagażowe. Siadam. Miejsce zewnętrzne. Idzie Włoch z autokaru. Lekko siwiejące włosy, fajna sylwetka (dopiero teraz to zauważam). Oczy. Padają na numerację, na mnie, na siedzenie pod oknem koło mnie. Uśmiecham się wstając. Siada koło mnie. Stykamy się łokciami na wspólnym podłokietniku. W trakcie lotu myśli krążą mi w najlepsze strefy, czytam magazyn Lufthansy. Reportaż z Afryki. Włoch obok. Proszę stewardessę o herbatę. Przed lądowaniem koledzy siedzący w innych rzędach pokazują mi, żebym spojrzała na zachód słońca. Nachylam się lekko i z dystansem nad sąsiadem pytając: May I? - i z uśmiechem zachwytu patrzę przed okno. Czuję nieznany mi zapach jego perfum.  Czuję na twarzy jego wzrok. Spogląda. Uśmiecham się patrząc mu w oczy, wracam na miejsce. Zamykam oczy. Spada ciśnienie. Przestaję słyszeć. Skupiam myśli na sąsiedzie.  Odpływam. Oddycham głęboko i spokojnie.
Stoimy na lotnisku czekając na bagaże po przeciwnych stronach taśmy. Jeszcze spojrzeliśmy na siebie kilka razy. Bez uśmiechu. Dłużej. Mrużę oczy.  
Jeśli mężczyzna mi się podoba mam sekundowe przymknięcie powiek. Mrużę oczy... bo budzą się fantazje seksualne. Przebłyskują przez myśli. Jak flesze światła. Dotyku. Nieistniejących wspomnień.

Po to są. Wtedy powstają. Niektórym pomagają romanse albo soft porno jak ostatnio modne "50 twarzy Greya". Nie jest to złe, gdy się szuka symulacji na zewnątrz, w literaturze, kinie. Symulacji, albo wytłumaczeń dla własnej potrzeby fantazjowania. Pretekstu. Nie rozumiem hipokryzji wypierania tej sfery. Fantazje mają swoje miejsce w naszym głowach. Powinny mieć. Dodają smaku życiu niemniej niż sama literatura, która w dużej mierze ucieleśnia przecież fantazje autora. Ja lubię kreować własne. Żadna literatura nie da tyle symulacji, bodźców,  co życie. Może nie każdy ma tego świadomość. Może nie każdy odważa się na odbieranie bodźców w życiu. W końcu nie ma ich tak wiele. Nie może być. Nie każdy je pobudzi, obudzi, wywoła. Jeśli się to zdarza, to kocham je przeżywać w niezmienionej formie, w jakiej przeze mnie przebiegają. 
Jestem kobietą z fantazją. To moja sfera. Wyobraźnia to skarb. Mogę wszystko. Robię wszystko, czego bym w rzeczywistości i tak nie zrobiła, bo zaczynam myśleć. W wyobraźni nie muszę. Po prostu przeżywam co chcę. Wszystko, co wybudzają męskie oczy. Niektóre spojrzenia. I dobrze, że są. 

Czy fantazje powinny się spełniać? Po to są, żeby przez nas przepływały. To nie plany do zrealizowania. Chociaż.. oczywiście, niektóre, czasami tak. Ale to co innego. To nie ten rodzaj fantazjowania. Nie lepszy czy gorszy, ale w stylu z Neverendingstory. Istniejący po to, żeby nie zniknęła Fantazja. Jak ci mężczyźni, czasami kobiety przepływający przez nią.
Fantazjowanie jest.. fantastyczne. Pobudza tyle obszarów mózgu, kreatywność, podniecenie, sensualność. Fantazjowanie jest jak czytanie książki, która pisze się w naszej głowie. Książki, którą otwieramy i zamykamy, gdy tego chcemy.
A jak się ma do bycia w związku?  Myśląc o M., wchodząc do domu i patrząc w jego oczy i tak odpływam w zupełny kosmos jego całego. Fantazje zostają na dole, za mną. Przynajmniej te niezwiązane z nim.
Gdy mu czasami o nich, o tych o innych facetach, powierzchownie opowiadam, odpowiada z uśmiechem - napisz o tym książkę. Będzie niezły romans.
Samiec alfa taki ma stosunek do moich fantazji.
Najlepszy z możliwych. Zupełnie jak moje flesze. Mentalna poligamia. Przy M. nie muszę być hipokrytką.