16.11.12

What a wonderful world

Monachium. Restauracja grecka. Łosoś po... grecku. Pieczony na oliwie, suszonych pomidorach i cytrynie. Porcja taka, że nie brałam nic więcej. Smak genialny. Na pewno poszukam czegoś takiego do podrobienia w domu.

3 miejsca i 3 zupełnie inne klimaty:  Seul, knajpka w stylu amerykańskim z lat 60-tych, stara winiarnia na Starym Mieście, pod ratuszem, w której dostałam łososia atlantyckiego, przy którym ciekawostką był sposób podania cytryny - w kawałku materiału, dzięki czemu przy wyciskaniu nie wypadały pestki. PS. świetny krem dyniowy, ale zakochałam się w miseczce, w jakiej  był podany. Czyż to nie wygląda fenomenalnie? Restauracja ta słynie z golonki, ale nie jestem jej fanką.

Lotniska. Gdańsk - Monachium. Monachijskie lotnisko jest monumentalne. Jest naprawdę wielkie. Nie bez powodu jest drugim, największym lotniskiem w Niemczech. Byłam tam już wcześniej, ale nadal mnie zachwyca. To miasto przy mieście. Pomimo wielkości organizacja monachijskiego lotniska jest tak dobra, że nie można czuć się zagubionych wśród ilości hal i poziomów. Jesteśmy prawie prowadzeni za rękę wszelkimi możliwymi wskazówkami. Oczywiście można dostać oczopląsu i trzeba się mocno trzymać za kartę kredytową w strefie duty free, ale to akurat na każdym lotnisku przeżywam. Nawet na gdańskim (z którego i tak jestem dumna, bo jest takie nasze i dziś przywitało mnie fantastycznym zachodem słońca).
 Oglądać zachód słońca znad chmur i za chwilę z Ziemi... Warto przemęczyć się z zatkanymi uszami ;-)

Metro. My love. Wielki sentyment, bo mieszkając w Kolonii poruszałam się nim z fetyszystyczną prawie przyjemnością. Różne poziomy pod ziemią, przejścia w siatce wymagającej prawie marynarskiej orientacji. Prędkość przemieszczania. Kocham to. Różnorodność ludzi również. Większość z laptopami, iphonami, słuchawkami na uszach, czasami ktoś z książką. Nic się nie zmieniło, tylko ja w moich czasach jeździłam ze słuchawkami walkmana czy potem dyskmana. Trzeba być turystą albo blogerem, albo mną, czyli łączącą wszystko + pracę zawodową, żeby zwracać na to uwagę i w ogóle kodować ;-) 

Typowo bawarska restauracja i kuchnia. Zupa dyniowa najlepsza jaką jadłam. Apfelstrudel również pyszny. Czuć było, że robiony na miejscu. Kotlet wołowy z kluskami w sosie serowym.. Tak. To typowo bawarska kuchnia. Chociaż mogłam pozostać przy pierwszym wyborze: pieczonej kaczce. 
I wszędzie wyborne czerwone, wytrawne wina i włoskie i greckie i niemieckie. Wytrawne mają świetne wszyscy.
Czy to jest slow? Oczywiście. Wszystko jest w swoim czasie i na swoim miejscu. Mam do tego szczęście, ale nie bez powodu jestem mistrzynią organizacji czasu, gdy dzień spędzam na spotkaniach i rozmowach z klientami i dostawcami, żeby wieczorem przełączyć się na tryb "chłoń bardziej". Chociaż służbowo też to robię. Skaner w głowie pracuje. Z przyjemnością, na innych częstotliwościach. 

Kocham Monachium za naprawdę bardzo, bardzo międzynarodowy klimat. Ludzi. Tematykę. Targi poza okazjami do planowanych spotkań są okazją do chłonięcia atmosfery z całego świata. Dosłownie z całego świata. Od Nowego Yorku po Shenzen. Rozmowy we wszystkich językach świata. Uwielbiam to. Szczerze. 

Dzięki takim miejscom, miastom, okazjom, temu, że sama mieszkałam kilka lat na zachodzie, ciągle widzę absurdalność tematów związanych z tolerancją. Tam, gdzie nie ma tolerancji nie powinno się po prostu najlepiej przebywać. Przynajmniej dla mnie to strata czasu. Wolę wykluczać z bliskich kręgów tych, którzy wykluczają innych ze względów rasistowskich, politycznych, religijnych, homofobicznych i wszelkich swoich obsesji. Ja ich wykluczam, bo nie znajdziemy wspólnego języka. Wyrzucam na margines nawiasu brak akceptacji różnorodności. Nie pozwalam, żeby to ona wykluczała pojedyncze osoby. Wybieram miejsca, towarzystwo, w których nie ma czegoś takiego, jak nietolerancja a ocenianie kogoś z w/w względów jest oznaką zaściankowej małostkowości (żarty to inna sprawa). Ja jestem częścią tej wielkiej, międzynarodowej mieszanki, bez względu na to gdzie mieszkam, przebywam. 

Dobra wiadomość, którą po dziesiątkach lat trzymania dla siebie podaję w świat: Tak naprawdę tolerancja, zwykła akceptacja różnorodności jest o wiele silniejsza i oczywista niż zakres mniejszości nietolerancyjnych. Na świecie jest tak pięknie i silnie różnorodnie. Kocham tę świadomość. Nietolerancja, jak hejtowanie, jest promilem wśród populacji. Można odetchnąć. Świat jest fantastycznie różnorodny i to jest normą. Właśnie to.


Jak ktoś mi się przyznaje do nietolerancji, wyśmiewa się z innych od siebie, to spotyka się z moim spojrzeniem mówiącym "kiedyś usłyszysz o cywilizacji i się zdziwisz. Najpierw na nią traf ;-)", czego życzę wszystkim, którzy zapowietrzają się widząc kogoś innego od siebie i mają z tym jakiś problem. 
Ileż można się zatrzymywać przy fakcie, że ludzie są różni? Widocznie dopóki się tego nie zrozumie.  Proste.
Dystans, jaki pozwalają uzyskać podróże jest bezcenny. To zawsze jak łyk świeżego powietrza.

Czyż świat nie jest cudowny? W końcu, tak zupełnym końcem końców każdy z nas jest cudownie inny. To nas łączy i nie ma sensu od tego uciekać. To trzeba chłonąć z zachwytem ;-)