31.8.12

gladiatorzy na arenie, czyli o marketingu

Wojna Apple - Samsung.  WAR!!! tak zwany. Mhm.

A teraz drogie dzieci, Pani Marzena wytłumaczy Wam, o co chodzi.

Dawno dawno temu... marketingowcy zrozumieli, że jedną z najlepszych metod zdobycia zainteresowania jest "problem", który podzieli konsumentów na grupy. Pozwoli im czuć, że mają swoje zdanie, że mają fajniejszy produkt, a na pewno bardziej pożądany albo zwalczany przez konkurencję. Każdy z tych argumentów ma w sobie wabik.

Wojna między Apple a Samsungiem jest pięknym mechanizmem manipulacji. Przyznam, że jestem pełna podziwu. Z jednej strony podróżujący po świecie prawnicy obu koncernów, z drugiej rozbieżne wyroki sądów w poszczególnych państwach, z trzeciej śledzący to na poważnie i analizujący "eksperci" z branży.
Hehe. A z drugiej strony doskonale ze sobą współpracują w zakresie dostawy komponentów. Oni doskonale wiedzą, że nie walczą na patenty, tylko tak naprawdę podbijają się wizerunkowo.

Nie, no dobrze.

30.8.12

Anna Maria Jopek



Bo ja wolno myślę, rzekł Einstein

Tak wygląda dobrze rozwinięty zmysł łączenia* i stojące za nim moje ulubione zdania "Jeśli czegoś się nie da zrobić, daj to komuś, kto o tym nie wie a on to zrobi", albo zdanie Einsteina, że "Istotne problemy naszego życia nie mogą być rozwiązywane na tym samym poziomie myślenia, na jakim byliśmy, kiedy je tworzyliśmy." Ktoś kto nie znał problemu w momencie jego powstawania, nie jest. Dlatego takim osobom poniekąd z "zewnątrz" jest łatwiej. Ale to się sprawdza nie tylko w nauce. W biznesie, w firmach, gdy się wpuszcza "świeżą krew". Ten sam mechanizm. No jednak bez wiedzy jako takiej i tak się nie obejdzie. Nie ma co się łudzić.

No i o to właśnie chodzi. O to, to, to właśnie to. 
Dlatego wolę nie wiedzieć, niż wiedzieć, że się nie da ;-) 



Zmysł łączenia.  Już fizycy używają tego określenia, co mnie u nich nie dziwi. U chemików też nie :-) 
To jest to, co mnie podnieca i co rozwijam z lekką pasją, całe życie, ale coraz skuteczniej, bo bardzo samodzielnie i na własne potrzeby w różnych dziedzinach życia (prywatnie i zawodowo). Ja kocham widzieć, słyszeć "tak się nie robi, tak się nie powinno". To dla mnie dowód, że jeszcze czegoś nie wiadomo. I to jest to, co się liczy.  

Oczywiście nie mówię o realizowaniu zachowań zagrażających życiu czy zdrowiu, nie chodzi mi o tego typu kwestie, hmmm... chyba że, można wymyślić coś, co spowoduje, że coś PRZESTANIE zagrażać życiu lub zdrowiu, tak tak. To jest właśnie ten sposób myślenia.  

Albo: "wszyscy robią tak, bo TAK SIĘ ROBI". Moja odpowiedź często brzmi: "Oj tam, oj tam. To zrobimy inaczej." 

Przecież nowe rozwiązania rodzą się poprzez łamanie dotychczasowych zasad, naginanie ich, omijanie, łączenie, przeskakiwanie nad nimi. Od przepisu kulinarnego, poprzez każdą jedną nową myśl, urządzenie mieszkania, rozwijanie nowej technologii, po lot w kosmos i dalej. To jest wszędzie. Wszędzie. Wszędzie. Chociaż przeważnie ludzie się po prostu kopiują, kradną/ podbierają sobie wzajemnie myśli, pomysły, rozwiązania, (co byłoby ok, ale najgorsze jest, że często biorą jak własne). Wszystkim nam się zdarza, chociaż nadużywanie słowa "inspiracja" jest plagą naszych czasów. Wszyscy się inspirują.

To jednak najważniejsze wg mnie jest stworzenie czegoś własnego (pewnie to dobra motywacja, żeby mieć dzieci.. ;-) Ale czegoś, myśli, rzeczy, która nie zaginie w kolejnej rev. 

Gadanie. Wiele razy słuchałam gadania, tylko po to, żeby mówcy było miło. Głupie prawda? Jak widzę, że człowiek ma potrzebę wygadania się, to proszę. Mów, opowiadaj, dziel się. Nie mówisz z reguły nic nowego (nawet twoje przeżycia są już znane historii, rozterki, zachwyty i wątpliwości również, bo są dość normalne na twój wiek, albo już nie, bo normalnie ma się je 15 lat wcześniej ale nie są niczym nowym, moje też nie, ale o moich nie usłyszysz), ale OK, cieszę się, że poznajesz świat, jak dziecko, też tak miewam w końcu, mów... Mów, już przestań się krygować. Mów. Tak, nie jestem ulubienicą zawracaczy głowy i opowiadaczy ;-)

Rzadko się na takie słowotoki  zgadzam. Zbyt często jest tak, że ludzie szukają wolnego słuchacza. Niech szukają i znajdują. Nie we mnie. Ja nie mam czasu na takie coś. Nieraz zdarza mi się wstać i wyjść, gdy mnie coś nudzi. No przepraszam. Szkoda mi czasu. Szanujmy się.

Ha, najlepsze, gdy ktoś mi opowiada o czymś godzinami, bo uważa to za odkrywcze. Mi się włącza moduł "matka-kwoka", wysłucham, bo fajnie, że ktoś się cieszy, że odkrył w życiu istnienie czegoś. I że wie i no... wie. No pięknie. I co się wtedy dzieje? Co mnie osłabia? Gdy ta osoba myśli, że oświeciła mnie. Serio. Jak do mnie dotarło, że słuchanie jest dla większości odbierane z poznawaniem, to zrobiło mi się dziwnie. Przecież miliony razy słucha się, czyta się o czymś,  o czym się wie, ale jest to powiedziane, napisane w ciekawy sposób, więc sobie posłuchamy, poczytamy. Ale to jedyny powód. Bez momentu olśnienia i "wow".
Jeśli jest moment "wow", to przecież słuchamy inaczej. Przecież to widać, przecież cała mowa ciała pokazuje, że się zachwyciliśmy i poznajemy. Proces poznawczy kipi. Jest efekt "wow". 

A jak nie ma, no to też przecież to widać. 

Te wszystkie wymiany zdań 
- "Nudzę cię?"
- "Nie skąd, zmęczona jestem"
Zapewniam, jeśli ci się wydaje, że kogoś nudzisz, męczysz, dręczy cię twoja obecność, to prawie na pewno masz rację. 

Nie lubię tracić czasu na zbyt wnikliwe odświeżanie wiedzy. I tak zapomnę większość detali. Znowu. Zwyczajnie zapomnę. Nie używam, to zapomnę, a jak gdzieś o tym przeczytam/ usłyszę, to i tak myślę "wiem". Wystarczy.

"Wiem, że nic nie wiem" (heh, pamiętam, jak się dowiedziałam, że Sokrates tego wcale nie powiedział, to przeżyłam traumę), bardzo mi się kiedyś wbiło w świadomość i im więcej wiedziałam, widziałam, tym było gorzej. Jakoś wiedzieć niewiele jest błogostanem. W każdej dziedzinie. Im się bardziej drąży, tym bardziej zasysa. Im bardziej Kubuś zagląda do dzbanka, tym bardziej nie ma tam miodku. Straszne. Wszyscy czegoś nie wiemy. Niby to pocieszające, ale w gruncie rzeczy, raczej bezużyteczne. Mamy potężne zasoby wiedzy bezużytecznej. HA! No właśnie nie. 

Tu wkracza moja osobista teoria, niecny plan, żeby szukać. Szukać prostych rozwiązań, nieistniejących, niewidocznych jeszcze, nieznanych, w tym wszystkim, co mamy. Zauważyć dwie, trzy, cztery cechy (albo więcej), właściwości, COŚ, połączyć to i stworzyć inne, genialne. Potrzebne. Co nie będzie wymagało miliardów na marketing, bo będzie się samo rozprzestrzeniać. I o czym każdy będzie myślał "Przecież sam/a mogłem/am na to wpaść". Mhm. Znamy to, bo czujemy przy prawie każdym nowym prostym rozwiązaniu. 

To takie proste. Dlatego słuchanie ciągle o tych samych rzeczach nie przybliża do niczego. Ba, głupio, bo powoduje, że mówca myśli (ma prawo), że nas oświeca. Czuje się jak Yoda. W 99% nie jest. Ja się niestety takim osobom daję "wygadać"...
To powoduje straszne nieporozumienie, ale wszyscy to znamy, z chociażby nudnych wykładów na studiach. Prawda? Nie, nie. To jest zły przykład, bo to wina wykładowcy, a nie tematu. W przypadku większości ludzi chodzi jednak o temat. Nuda. Wiem. Wiem. Nuda. Stare. Czasami się zastanawiam, czy naprawdę wszyscy myślą o tym samym? A gdzie są ci, którzy myślą o czymś innym?

Zawsze pozostaje ten durny cień nadziei, że słuchając, czytając o czymś, co wiem, nagle połączy się to w jakąś błyskotliwą, genialną myśl, połączy się z czymś, czego dowiedzieliśmy się niedawno, zanim wiedzieliśmy tamto o czym nam ktoś przypomina i dzięki temu nastąpi mały Wielki Wybuch w naszej głowie, w naszych myślach. Zajdzie reakcja chemiczna, spięcie, zwarcie i BUM!. To będzie to. 

Pewnie dzieje się tak dziesiątki razy, ale błyskawicznie nam to ucieka, bo nasz mózg nie potrafi ocenić, że to będzie potrzebne, ważne. Nie pomyśli nam "Zakoduj, zapamiętaj tę myśl. Właśnie tę. Wiem, że jest głupia, ale zapisz to. Przyda Ci się. Nie dyskutuj, zostaw ten kubek i weź to zapisz".
Nie. Mózg tak nie robi. 

Dlatego bardzo rzadko decyduję się na bycie "wolnym słuchaczem". Nie chce mi się słuchać o rzeczach, o których wiem od wieków, po to żeby komuś było miło. No jest pula spraw, do których nie chcę wracać, bo mnie już nudzą. Ile można? No ile można? Tak wiem. Można. 

A ja wolę sobie oglądać świat, słuchać, patrzeć, uwalniać myśli. I co jakiś czas przychodzi ta, że spełni się moje marzenie i zobaczę te połączenie, które będzie dla mnie najważniejsze. Które da mi coś, co będzie przydatne światu. 

Mhm. To jest marzenie nr. 1 z tych na liście "bezcenne".

I jak ktoś ma wrażenie, że siedzę obok, niby słucham, ale tak się tylko grzecznie uśmiecham i przytakuję, bo się cieszę, że odkrywa świat, to sama w tym czasie orbituję myślami w swoim świecie. Mów, proszę. Większość ludzi ma potrzebę paplania, mówienia, mówienia i mówienia. Dla mówienia. Dla uwagi. Proszę. Mów, ja mam o czym myśleć. To jest pewnie syndrom męża ;-)
Jedna z wielu rzeczy, które robię naprawdę rzadko - bycie wolnym słuchaczem. Często przed tym uciekam. Ludzie mówią. Dużo. Na dziesiątki bezwartościowych tematów potrafią rozmawiać godzinami.  Naprawdę. Proszę bardzo. 

Bywam outsiderem, gdy główna rozmowa toczy się nad wyższością serialu A nad serialem B i dlaczego aktorki X i Y nie zrobiły czegoś, albo co tam u sąsiadki spod 3 i co u jej dzieci, krewnych i znajomych, albo że ktoś sobie kupił dom, samochód, jacht, konia, ktoś kogo na oczy nie widziałam, to przyjmuję minę "Mhm, no proszę" i odpływam. I siedzę układając w myślach nowe scenariusze na coś, albo po prostu podziwiam widok za oknem, przed sobą. Ludzie mówią.  Mówią i mówią. Po się spotykamy, prawda? Żeby mówić.
Mówić. Opowiadać.

A mi się z reguły nie chce.
Ale cieszę się, że spędzamy razem czas. To też jest ważne.

Kocham swoją pracę, kontakt z ludźmi z firmy, z Klientami, z ludźmi z całego praktycznie świata. Kocham ten kontakt (nie ważne w jakiej postaci) przez cały dzień, multikulturowość i wielojęzyczność są dla mnie bezcenne (od zawsze), ale po całym dniu, tygodniu ustaleń, szukań rozwiązań, pomysłów, rozmów, chcę i lubię mieć spokój. Nie chce mi się mówić, dlatego tak pewnie pokochałam salsę, bo uwalnia we mnie dzikość, bez gadania :-) 
Dlatego lubię czytać, oglądać filmy, pograć, cokolwiek, przy czym nie muszę mówić. Mało kto to rozumie. No rozumiem ich, bo może są niewygadani przez cały czas i dlatego szukają wolnego słuchacza. Ja nie szukam. Nie potrzebuję. Tam gdzie mam być wysłuchana, to jestem. Kogo chcę wysłuchać, wysłuchuję ze 120% skupieniem, ale jak tylko zaczyna mi się mądrzyć, to się wyłączam. Mam za dużą wiedzę, żeby słuchać mądrzenia się. I mam tego świadomość. A jeśli czegoś i tak nie chcę wiedzieć, to nie będę słuchać. Grzecznie, acz no cóż. 
Do wielu spraw mam bloga, gdzie jestem prawie jak w Narnii, która jest przecież moją jakąś rzeczywistością, częścią tej dużej rzeczywistości, uzupełniają się, chociaż nie zastępują. To jest to, co kocham w blogowaniu i co chyba jeszcze chwilę będę kochać. 

Kurcze, ja lubię ludzi, naprawdę. Po prostu czasami zastanawia mnie ta potrzeba paplania. Usta się nie zamykają... Ciężko się przy tym myśli, analizuje, słucha. Jeśli ktoś papla, to wg mnie wcale nie chce być wysłuchany. Chce się wygadać. Serio. Takie to trochę smutne, dlatego czasami na to pozwalam.

A cisza jest taka piękna. Wystarczy dać jej szansę zaistnieć. Ja lubię. Bardzo. Och jak bardzo. 


Pomilczmy, pomyślmy, wsłuchajmy się w świat, w otoczenie, w dźwięki, ptaki, powietrze, drzewa, pomilczmy.... to jest piękne. Razem też. Nie musimy ciągle mówić.
Mało z kim da się fajnie pomilczeć.

Pisząc ten tekst szukałam słów Einsteina (na początku notki jest cytat). I właśnie mam dysonans, bo się okazuje, że Einstein powiedział to, co uważałam za własną myśl, że nauczyć się może każdy głupi, ważne jest zrozumieć.  Przecież ja to ciągle powtarzam i wiem, bo to jest źródło, z którego ciągle słyszałam "przestań dociekać, po co ci to wiedzieć, po co ty chcesz rozumieć, naucz się po prostu". Nie. Bez sensu. Po co mi taka wiedza? To podejście takich nauczycieli, którzy sami nie potrafią wyjaśnić, takich ludzi w ogóle. Czasami idzie za tym zwykłe niezrozumienie i to obrona. Inna sprawa, że rozumiem argument "Znajdź sobie, poczytaj, poszukaj", bo sama go na ludziach stosuję i sama się nim kieruję. Wiedza... Niewykorzystana jest potwornie bezużyteczna. 
No ale się ją MA, powiedzą niektórzy. To sobie miej. Proszę. Po co ci? Jeszcze nie wiem.

No i co? Nic.

Z kimś takim jak Einstein mogłabym rozmawiać, słuchać go, o każdej porze dnia i nocy. Wystarczy kilka cytatów na rozgrzewkę. 

Drogi świecie, ja jestem tak strasznie ciekawa, co będzie dalej. 
Żyję slow, żeby żyć uważniej, czuć to, myśleć wolniej, bo chcę mieć do tego prawo, myśląc czasami szybko przepuszczamy to co ważne, filtr nie działa, stój, nie daj się gonić, popędzać, jak komuś nie pasuje, to niech idzie dalej i da ci spokojnie pomyśleć we własnym tempie. Nie daj się gonić, bądź jak Einstein. Myśl na swój sposób powoli.

Wtedy masz szansę coś wymyślić ;-)

Takie skakanie po tematach jest znane nam wszystkim. Mogłam zrobić z tego 3 osobne notki, ale po co. Są powiązane. Milczenie z mówieniem, mówienie z myśleniem, myślenie z szukaniem pomysłów.
A teraz slow down. Tylko dobra muzyka, wino i relaks. Reszta przyjdzie.

Trochę ciszy... I muzyki.


* właśnie wymyśliłam.

25.8.12

Zakochani w Rzymie, powrót mistrzów



Allen, to Allen. Jest chyba jedynym człowiekiem, który jest tak neurotyczny, tak zrzędliwy, a przy tym słuchając go i tak czuje się miłość, z gatunku "rozczulenie". To pewnie przez jego umysł. Tak, na pewno. 

22.8.12

Biżu(ma)teria

Biżuteria i jakość. Właściwie nie ma tu kompromisów. Jeśli coś ma być naprawdę piękne, to musi być wykonane z najlepszych materiałów (dotyczy to nie tylko biżuterii, ale jej szczególnie).
Wzór może być naprawdę urzekający, pracochłonny, ale jeśli jest na nieszlachetnym materiale, to ja go nie założę. Ba, nawet jeśli mi się podoba, to nie jest rodzaj "podobania", przez które chcę to mieć i zakładać.

20.8.12

Siła głosu

Głos. Jak ważny jest, wie każdy aktor, prezenter oraz każdy, kto nim pracuje świadomie. Większość ludzi raczy nie wiedzieć, czym czasami sprawia fizyczny ból. To, że ludzie ignorują dykcję, akcent, można przeboleć (chociaż też bywa uciążliwe), ale niekontrolowanie głosu jest nadużywaniem broni, której się nie jest świadomym.

18.8.12

Naiwność, odpowiedzialność i wielkie pieniądze

W szumie informacyjnym lubię sobie czasami znaleźć wyspę samotności, żeby się oczyścić z tego całego szlamu. Człowiek przesiąka tym wszystkim, aż robi się ciężko, jak w zabłoconym przeciwdeszczowcu. Chcąc nie chcąc po prostu dociera do nas taka ilość informacji, że nie da się od tego odciąć. Nasz biedny mózg próbuje zakodować i przeanalizować błyskawicznie wszystko, filtrując i chcąc pozostawić to co "ważne". Przeważnie nic z tego co dostaje nie jest mu potrzebne. 



Wracam na moją "wyspę myśli". Oczyszczam się. Niewiedza, naiwność, bezmyślność, bezkrytyczność, opinie silne, chociaż bezwartościowe, manipulacje, programowanie, przekonywanie. Wszystko out. Wymieść. I stworzyć własne zdanie w ciszy i spokoju. 

17.8.12

W mojej magicznej jadalni


W tle chilli Zet.


Idzie weekend. Zanim pomyślę co będziemy jeść, pochwalę dziś prostotę prostego jedzenia. Jestem fanką dań na szybko, bo bardzo rzadko mam flow na stanie po kilka godzin w kuchni, jak np. przy pierogach, zrazach, bigosie. To dobre na zimowe wieczory. 

16.8.12

Zaklinacze czasu

Kiedyś już pisałam o zarządzaniu czasem, ale wyszłam z bardzo zaawansowanego punktu tj delegowanie zadań. Delegowanie zadań jest czymś z czym ludzie chyba mają największy problem. Nie potrafią tego, nie potrafią rozpoznawać komu co powierzyć, więc albo rozdzielają zadania nieodpowiednio, albo nie robią tego wcale - przez co zamęczają się robiąc wszystko samodzielnie, albo też ciągle sprawdzają to, co robią inni. I jak. I ich poprawiają, co się mija z celem, bo najwidoczniej zadanie dostała niewłaściwa osoba, albo osoba zlecająca ma problem ze sobą. Co właściwie nie ma znaczenia. To jest też bolączka większości polskich menadżerów. Nie potrafią delegować zadań, określać kompetencji pracowników, wykorzystywać kwalifikacji, rozwijać ich. Wiele materiałów o tym powstało, ale niewiele osób tak naprawdę się tym interesuje. Przeciętny polski "kierownik" wie lepiej. Lekką kpiną jest nazywanie ich menadżerami, ale to inna sprawa. Menadżer z prawdziwego zdarzenia buduje zespół z ludzi z kompetencjami, wiedzą i cechami, które umożliwiają realizację zadań, osiąganie wyznaczonych celów, menadżer nie jest przedszkolanką. Zbudowanie takiego zespołu też nie jest proste, a to kolejna rzecz, której nie uczą na uczelniach, więc wygląda to jak wygląda. Ja miałam szczęście w końcu trafić do firmy, w której jest to oczywiste i nikt nikomu nie patrzy na ręce. Plusem tego jest też świetna atmosfera, brak plotkowania, intryg itp. Ale doskonale wiem, że jest to struktura niespotykana w naszej kulturze. 

Wracając do zarządzania czasem.

12.8.12

Meksyk i malina

Robimy babski wieczór. Spacer nad morze. Zimno, nie zimno, bez znaczenia. Idziemy nadmorskim deptakiem a z naprzeciwka idzie dwóch facetów. Wyglądają fantastycznie. Zaczepiam ich, bo chcę fotkę, koniecznie.
"No muszę mieć z wami zdjęcie! Jesteście zajebiści!" śmieję się z daleka
"Haha!" śmieje się jeden do drugiego "Słyszałeś ją? Ona to czuje, normalnie to czuje!"
Goście są bajeczni, jak ich kapelusze.
"Studenci?" pytam
"A gdzie studenci. Popatrz (mówi jeden podnosząc okulary), jesteśmy po trzydziestce"

"No cudnie. Zakochałam się za ten fakt podwójnie" zaśmiałam się 
I opowiada dalej "W zeszłym tygodniu byliśmy na Mazurach, teraz Gdańsk, nie wiem, gdzie będziemy za tydzień". Porozmawiałam z nimi chwilę (przyjaciółka P. patrzyła na to wszystko z rozbawieniem :-), a po chwili wokół nich zrobił się tłumek i wszyscy chcieli robi sobie z nimi foty. Zaczęli uciekać, jak my.

Obiecaliśmy sobie, że się na pewno spotkamy na jakiejś imprezie i poszłyśmy ze śmiechem dalej.
Chcę więcej takich ludzi! :-)

To nie wiek, to charakter. Szkoda, że niektórzy z tego "wyrastają" zupełnie i poprzestają na niekończących się wspomnieniach w koło tego samego, zamiast kolekcjonować takie chwile ciągle świeże. Jak widać, dużo nie trzeba.

8.8.12

Życzliwość

Życzliwość jest ważniejsza niż wszelkie sztuczne układy i układziki. Czasami jedna przeszkoda potrafi być bardziej uciążliwa niż kamień u nogi, dlatego życzliwości są po prostu bezcenne. Dzięki nim nasze życie jest płynniejsze. Dzięki niej nie blokujemy się na upierdliwościach, procedurach, kłodach. Prawie wszystkie z nich można omijać dzięki ludzkiej życzliwości. To działa we wszystkich możliwych kierunkach.

Moje ulubione, chociażby w wykonaniu pracowników różnych miejsc.

5.8.12

Po naszemu, czyli o grillowaniu

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/

Mamy dobrych znajomych, z którymi rzadko się widujemy, ale zawsze bardzo chętnie. Kilka lat temu, gdy szukaliśmy pomysłu na miejsce na grilla (przeważnie grillowaliśmy z nimi gdzieś na dziko, bo brak ogrodu pobudza kreatywność), kolega rzucił żartem (z braku pomysłu poniekąd), żebyśmy rozbili się na jakimś przydrożnym parkingu. Popatrzyłam na niego wzrokiem "Bóg  cię opuścił, ja i parking??", ale czas pokazał, że zakochałam się w tym rozwiązaniu. Od tamtej pory, co roku przynajmniej raz jedziemy gdzieś na grilla, wybierając jakiś parking na Kaszubach. Z tego co widzę, dla ludzi to dość normalne i jak się nie ma szczęścia, to nie ma się miejsca :-) 

Dziś był dzień grillowania parkingowego. Już 2 lata temu (w ubiegłym roku był przestój, bo córeczka znajomych była za mała na takie ekstrema) przypasował nam jeden obszerny parking pod Wieżycą na Kaszubach. Duży obszar, kilka zadaszonych stołów z ławami i kilka ław bez zadaszenia, ale wszystko w odpowiednich odległościach. Jest i miejsce na grilla i na ognisko i jest gdzie np. pograć w badmintona. 

Lubię te rozwiązanie, bo jest totalnie abstrakcyjne, proste i wygodne. Na wyjazd przygotowałam piersi z kurczaka w marynacie, która okazała się rewelacyjna i dobra też do pieczenia piersi w piekarniku. Przepis jest TU , chociaż całego nigdy nie czytałam, bo i tak najważniejsze są składniki (co z nimi zrobić, to chyba każdy wie i zawija to do samego pieczenia/ grillowania w sreberko, no a nie? :-) 

"2 sztuki piersi z kurczaka
4 łyżki oliwy
4 łyżki sosu sojowego
1 Łyżka musztardy
2 łyżeczki miodu
5 sztuk ząbków czosnku
1 Łyżka przyprawy chili
1 Łyżka majeranku
1 Łyżka oregano
1 Łyżeczka soli"

I dodatkowo, osobno, trochę przyprawionych warzyw typu cukinia, papryka, do przegryzania. Znajomi wzięli szaszłyki. Oczywiście była też tradycyjna kiełbasa, za którą ja jednak nie przepadam, wolę pierś i warzywa. Polecam powyższy przepis, bo jest prosty (jak to marynaty), a mięso jest bardzo aromatyczne, ostre i lekko słodkawe od miodu (dałam spadziowy, ale pewnie nadaje się każdy, oby prawdziwy!).  Żeby nie oszaleć z tego zdrowia opiłam się colą ;-) 

Lubię takie wypady, bo mogę połączyć wszystko, co sprawia mi przyjemność, pobiegać po lesie, poćwiczyć salsę na łące (dzicz i mnóstwo miejsca), porozciągać się, poleżeć na kocu i popatrzeć na świat z perspektywy trawy, wyłączyć myślenie, zupełnie się wyluzować i robić nic. W pewnym momencie znajoma zapytała o czym  myślę, odpowiedziałam z uśmiechem "Właśnie o niczym". 

W między czasie zaczął padać deszcz, co przy zajętej przez nas zadaszonej ławie ze stołem, było również odprężające. Idealny sposób na relaks. Siedzimy na parkingu, nie ma lansu, nie ma ściemniania, nie ma napinania. Jest luz i dobre jedzenie. Gaworzenie 2 letniej Zuzy, doskonale do tego pasowało. 

Idealna niedziela.   

4.8.12

Dla siebie


Dziś rozmawialiśmy w moim ulubionym gronie do 5-tej rano. Trwałoby to pewnie dalej, ale panowie padli, więc jeszcze mogłam poczytać książkę.

Wracając do rozmowy, mimo że spłakałam się ze śmiechu kilka razy, ponieważ tematyka była typowo damsko-męska, było to też ożywcze. Lubię słuchać opinii facetów, zawsze lubiłam i je konfrontować z moimi, bo są często z dwóch różnych krańców kosmosu ;-) 

Przykładowo temat "rewiru" w związku, kobiety, faceta jako własności. Słyszało nas chyba całe śpiące osiedle. Podejście samiec, samica i rewir. Pierwotne odruchy, reakcje, zachowania. Mimo naszego żywiołowego dyskutowania i bądź co bądź błahego podejścia, wiem doskonale, że mnóstwo ludzi ma z tym problem. Ba, sama kiedyś kończyłam m.in. przez to, związki, bo o ile fajnie, gdy mogę liczyć na obronę, o tyle nie znoszę, gdy mężczyzna mi się wtrąca i próbuje decydować o moich relacjach z innymi. Albo mi ufa, albo nie. Krótka piłka. Niektóre choroby się leczy. Poczucie własności wobec człowieka również.

3.8.12

Więc idź, pomaluj swój świat

Kolory. Coś, co mnie zawsze cicho fascynowało. Od najmłodszych lat doceniałam ilość odcieni. Jako nastolatka (przez co prawie poszłam do ASP, ale na szczęście z tego zrezygnowałam) godziny spędzałam malując. Szkice, węgiel, ołówki różnej twardości, cieniowanie, owszem, były również ciekawe, ale farby dawały bezmiar możliwości. Zatapiałam się w mieszaniu, tworzeniu kolorów, odcieni. Budowaniu nasycenia. Większość moich obrazów to była abstrakcja, ale tak skrzętnie wypełniona kolorem,  że nauczycielka się dziwiła, że mi się chce tak dopracowywać obraz. Nie patrzyłam na to w ten sposób. Nie było to potoczne dopracowanie. Ja po prostu szukałam jakiegoś odcienia, kontrastu, lubiłam tworzyć wrażenie trójwymiarowości, co wymagało sporo farby. Dla mnie moje obrazy były psychodeliczne wręcz. Patrząc na niektóre odczuwało się niepokój, na inne spokój, właściwie nie wiadomo czemu, bo jak wspomniałam, była to abstrakcja. Moja mam bała się niektórych z nich. Po prostu :-)  Niestety liczne przeprowadzki spowodowały, że je pogubiłam. Nie miałam pieniędzy na teczkę, więc zwijałam je w rulony. Cały karton rulonów z obrazami i szkicami wsiąkł. Jak rozmawiam czasami z mamą, to wspominam, że żałuję, że ich lepiej nie przypilnowałam, bo to co kiedyś wydawało mi się początkiem (bo naprawdę chciałam związać przyszłość z ASP), okazało się końcem bezpośredniej przygody ze sztuką. Życie mnie wciągnęło w innych kierunkach. 

Co mi z tego zostało? Mały fioł na kolory i odcienie. Z reguły rozmawiając z ludźmi nawet nie próbuję doprecyzować, o jakiej czerwieni mówią, bądź o jakim brązie. I tak by nie opisali. Próbowałam parę razy, to wyszłam na czepialską, więc dałam sobie spokój. Widocznie nie wszyscy opiszą odcień. A to jest proste. Każdy kolor główny wystarczy zmieszać z innym kolorem głównym, żeby uzyskać inny kolor. Potem dodając kolejne barwy, albo nasycając już zmieszanymi kolorami, dopracowujemy odcienie. Jak się dobrze przyjrzeć, to samej zieleni są dziesiątki (na ludzkie oko) odcieni, ale widać to po np. tzw. wpadaniu w inny kolor. Tak jak bordo uzyskujemy mieszając czerwony z czarnym (ha, dziś wdałam się w dyskusję z kolegą, który ma lepszą pamięć do fizyki niż ja i przypomniał mi, że czarny z fizycznego punktu widzenia, nie jest kolorem. Czerń jest nicością. Nie odbija światła, dlatego nie ma koloru, kolokwialnie mówiąc). To jest oczywiste do odczucia np. w gorący dzień, albo w gorących krajach, gdzie ludzie ubierają się na biało. Biel odbija światło zupełnie i dzięki temu nie jest nam w jasnych rzeczach tak gorąco jak w ciemnych w te właśnie ciepłe dni. Tak, to wie każdy ;-) 


Wracając do kolorów, o ile specjalnie mnie to nie zajmuje, gdy ludzie nie odróżniają odcieni, bo szkoda mi czasu na mądrzenie się, o tyle dla mnie jest to potwornie ważne. Odczułam to robiąc remont mieszkania. Chciałam złamać zalecenia architektów wnętrz i urządzić mieszkanie na "ciemno" udowodniając, że się da. Chciałam uzyskać efekt przytulności, która będzie jednocześnie "grzać" zimą i "chłodzić" latem. Udało mi się. Mam na ścianach głęboko czekoladowy kolor, w sypialni mam tzw. paprykę chilli. Oczywiście urządzanie, jak to urządzanie jest dla mnie nadal w dalekim lesie, bo same kolory to pikuś w odniesieniu do kosztów dodatków, o tyle główny zarys i większość dodatków mam. Kombinowanie z dostępnych środków, oczekiwanej jakości i efektu było dla mnie akrobacją świata. I strasznie dobrze się przy tym bawiłam. Remont był już 3 lata temu, a mi się dalej podoba moje dzieło. Zrobiłam obraz z mieszkania ;-) 
Swoją drogą, ważne było dla mnie zachowanie ważnej zasady: urządzam mieszkanie, nie pałac. Owszem, to jest moje królestwo, kocham wracać do mieszkania czy to z pracy czy z podróży i przejść się boso, ale to nadal mieszkanie. Ważna była dla mnie optymalizacja wykorzystania powierzchni. Na niektóre rozwiązania mój mąż patrzył z uśmiechem "no ciekawe, co z tego będzie" (ale też raczej ufał mi w tym, bo wie, że wyposażeniem wnętrz interesuję się od zawsze). Od zawsze zbierałam w głowie pomysły, przesiewałam różne zalecenia, odrzucałam rozwiązania i  rady typu co można a co nie, oglądałam aranżacje mieszkań w tysięcznych ilościach. Od zawsze. Kiedyś kupowałam magazyny wnętrzarskie, ale potem przyszedł internet, blogi i magazyny z całego świata, wersje papierowe przestały mnie ciekawić... :-) Wracając do kolorów, moje wybory były takie, że musiałam zaufać własnej intuicji i w pewnym momencie po prostu zdobytej wiedzy, bo takich rozwiązań nie znalazłam nigdzie. I do dziś daje mi to niezmierną satysfakcję, że nawet starsi członkowie rodziny, którzy są konserwatywni w wyposażeniu wnętrz dobrze się u nas czują i podobają się im kolory. Mimo ich głębi i nasycenia nie czują się przytłoczeni. Jak my. 

Odcienie budują dla mnie całokształt, dlatego tak bardzo lubię niebo latem, dlatego nie lubię go zimą, gdy w mieście jest po prostu szare (chociaż szary też jest w końcu piękny), dlatego zauważam wiele razy niedopasowane zestawienia, mimo zmieniającej się mody, niektóre odcienie (bo nie kolory), zawsze będą się ze sobą gryźć. Gdy byłam młoda, jak wiele osób, kochałam czerń, ale jednocześnie musiałabym ją czymś przełamać. Albo bielą, albo czerwienią, potem przyszły połączenia khaki i "brudnej zieleni" z bordo i jasnymi beżami, potem doszły zabawy z bielą i pastelami, potem to wszystko się mieszało i uzupełniało, ale do dziś spokojnie wykorzystuję te zestawów kolorów. Nie wierzę w modę na kolory. Zawsze powinniśmy je dobierać do siebie. Ze ślepym gonieniem za modą na kolory jest jak z markowymi ubraniami czy fasonami. Można zrobić z siebie karykaturę za kilka tysięcy, można wyglądać pięknie, za niewielkie pieniądze, można wszystko zgrabnie połączyć i z tych samych rzeczy, zmieniając jedynie dodatki, tworzyć np. strój na dzień i na wieczór. Niby też wiadomo, ale wiele kobiet ciągle marudzi, że nie ma w co się ubrać, mimo pełnej szafy. Kwestia kombinowania rzeczy (nie neguję faktycznej potrzeby shoppingu, która za tym stoi ;-). 

Inna sprawa, przypominająca nam istotę kolorów w życiu: koloroterapia. Jeśli ktoś w to nie wierzy, to wiele traci. Setki badań na świecie udowodniły, że kolory jakimi się otaczamy mają wpływ na nasz nastrój, ba! myśli, czy nawet zdrowie. 


Nie powiem, żebym miała jakoś zgłębioną wiedzę na ten temat, bo nie mam, ale swego czasu trochę (no dobrze, jak szalona) się tym interesowałam i zapamiętałam najważniejsze rzeczy, głównie dlatego, że ich doświadczam i po prostu są mi znane. Dobrze jest sobie po razy enty uświadomić, że coś, co robimy intuicyjnie, ma swoje poparcie bardziej lub mniej w medycynie, czy to naturalnej czy konwencjonalnej. 

Temat kolorów jest tematem rzeką, tak jak temat odcieni. 
Dziś, gdy siedziałam w pistacjowej bluzeczce, usłyszałam, że ładnie mi w zielonym. Podziękowałam dodając z uśmiechem, że to pistacjowy. Odruchowo. "Poważnie?". "Heh, mhm". To nie zielony, tzn można tak powiedzieć, jak się mówi, że niebo jest "czerwone od zachodzącego słońca", ale jeśli można to sprecyzować, opisać, nazwać, to to zróbmy, w końcu to nasz świat, aż żal tego nie dostrzegać ;-) 

Jeśli ktoś nigdy tematyki kolorów nie zagłębiał, to polecam. Materiałów jest na miesiące czytania, ale zapewniam, że warto. Zupełnie inaczej patrzy się na świat. Ja to zrobiłam jako nastolatka i cóż, po prostu polecam, dla ciekawych tego, czego czasami oko nie koduje, bo potem daje to też niejednokrotnie ciekawy temat do rozmowy, dyskusji, niemniej emocjonującej niż inne tematy ;-)

Czasami wydaje mi się to tak oczywiste, że zapominam, że nie jest. 

Mój mąż całe życie myślał, że jest daltonistą, bo mu tak powiedzieli dawno temu, gdy nie odczytał cyfr z tablic na daltonizm. Ostatnio pokazałam mu z ciekawości kilka tablic, gdy był zajęty jakimś filmem i wiedziałam, że nie zdąży pomyśleć i co? Nie jest daltonistą. Po prostu patrząc na tablicę nie próbował nawet nic zobaczyć, no bo przecież jest daltonistą...
Wystarczyło, że popatrzył. Owszem, nie widzi niektórych odcieni, co jest dość powszechne. Daltonizm w różnych wariantach jest częstszy, niż to się może wydawać, tu kilka informacji z Wiki. Trudno, zdarza się, jednak jeśli nie ma się żadnej z nich i ma się to szczęście, żeby widzieć wszystkie kolory i odcienie, to warto to docenić i przede wszystkim dostrzegać. Zauważać, jak różne kolory o różnych porach dnia ma świat. Gry kolorów bywają niebywałe. Slow. Dać sobie na to czas i się zachwycić.