14.8.12

Kopniak na rozpęd

Lubimy się przywiązywać, lubimy czuć powtarzalność, magiczną rytualność czynności, zachowań. Lubimy. Lubimy robić określone czynności, w określony sposób, w określonym czasie. Lubimy przyzwyczajenia jak mało co innego. 

Przeważnie.

Do czasu.



Ja mam 3 stany, które mi wystarczą do szukania, kreowania, wprowadzania zmian:

1. Ciekawość nowego 
2. Wnerwienie, a tak naprawdę to tzw. wqrw, a ten ostatniego stopnia staram się dopuszczać do siebie jak najrzadziej, bo to jest stan najwyższej bezradności.
3. Znudzenie 

Ja kocham święty spokój i te 3 punkty mi go zaburzają. 

Wyżej wymienione bodźce występują u mnie samodzielnie lub w różnych kombinacjach.

I o ile lubię pewne rytuały, to hm, no przejadają mi się. To jakby jeść ciągle tę samą potrawę. Oglądać na okrągło jeden ulubiony film, czytać jedną książkę, chodzić/ jeździć ciągle tymi samymi trasami, jeździć ciągle w te same miejsce na urlop, słuchać całe życie jednej płyty. No nie. Taka powtarzalność mnie nie interesuje. Za dużo innych, nieznanych mi jeszcze przeżyć, smaków, miejsc, wrażeń, książek, filmów i muzyki na mnie czeka. Czasami fajnie wrócić do czegoś już znanego, czasami na dłużej się w czymś zatrzymać, wszystko dobrze, ale czasami jednak lepiej będzie to zostawić i sięgnąć po inne. Albo po nic. Popatrzeć w niebo i poczuć w sobie samo miejsce na nowe. Przyjdzie w swoim czasie ;-)

Slow life to dla mnie nie jest stagnacja. Jeśli żyję slow, to nie znaczy, że do końca życia mam jeść TYLKO wg 5 przemian, zdrowo i tak samo, wg tych samych przepisów, nie znaczy, że skoro mam spokój, to będzie mi go dawało zawsze to samo. Slow life jest czerpaniem z życia. W pełnym wymiarze.

Czerpanie z życia oznacza dla mnie przede wszystkim nietracenie czasu na coś, co mnie nudzi czy denerwuje. Ja to po prostu zostawiam za sobą, albo na zupełnym marginesie (na wypadek, gdyby mi się za tym zatęskniło, jak mam np. z haftowaniem, do którego wracam do parę lat. Haftuję, aż się znudzę, odkładam i tak od lat co parę lat spotykam się z kanwą). Czasami zdarza mi się za takimi rzeczami zatęsknić, no ale zawsze mogę wrócić. Widocznie za dużo ciągle mam "nowego", żeby wracać do starego. 

Kilka filozofii i religii opiera się na nieprzywiązywaniu się. Ja się z tym zupełnie zgadzam. To podstawowy punkt bycia szczęśliwym. Nie wszystko da się naprawić, nie wszystko należy naprawiać, niczego nie należy "trzymać". Zostawianie, odpuszczanie, wypuszczanie. Umiejętność zrobienia "pa", jest w życiu bardzo ważna. Dzięki niej nie gromadzimy czegoś, co nas męczy, uciska, unieszczęśliwia, co się zużyło, co się skończyło, przeminęło. Umiejętność odpuszczania sobie i innym jest naprawdę ważna. Właściwie przewija się przez całą filozofię slow life.

Więc, jeśli człowiek chce być szczęśliwy, to w pierwszej kolejności powinien sobie wypisać na kartce (to taka moja osobista rada, bo znając się na zarządzaniu sobą w czasie, wiem co mówię ;-), wszystko, co nas denerwuje, nudzi oraz to, co nas ciekawi. Popatrzenie na to z boku pozwala uruchomić procesy myślowe. Naprawdę ;-)

Czemu to jest ważne? Bo ciekawość nowego, czegokolwiek, najprościej kieruje nas do zmian. I to dotyczy każdej dziedziny życia. W połączeniu ze znudzeniem bądź/ i poczuciem denerwowania się na coś, wskazuje nam prościutką drogę do tego "co dalej". I nie trzeba robić nic więcej, niż to... zrobić.

Jeśli wiemy, co to jest, jeśli to zobaczymy, zrozumiemy, łatwiej nam zdecydować "co dalej?" i nie musimy bić się z myślami, bo w pewnym momencie wiemy, po prostu wiemy, że to ten czas na zmiany. I w tym momencie można też zaufać intuicji. Ona nam potrzebę tych zmian wskazuje dużo wcześniej, zanim mamy jej pewność. 

Kocham zmiany, gdy już nadchodzi ich pora. 

Dobrze, że istnieją czynniki, które wypisałam. Bez nich ciężko czasami byłoby znaleźć inną motywację. Oczywiście, jeśli już osiągniemy etap decydowania o własnym  życiu, ale ten jest jeszcze przed etapem wprowadzania zmian...

PS. Najlepiej też wiedzieć, co nas może wnerwiać i to po prostu omijać, co bywa tak trudne dla niektórych jak wprowadzanie zmian.

PS 2. Piszę, bo mnie właśnie po raz pierwszy wnerwił facebook. Jakimś cudem pojawił się mój lajk przy czymś, czego wcześniej nie widziałam (i nic nie straciłam) a czego tym bardziej bym nie zalajkowała. Gdyby nie informacja w moim dzienniku, to bym dalej o tym nie wiedziała. Wszystko fajnie, lubię facebooka, ale nadal jest dla mnie tylko narzędziem. Zdecydowana większość moich znajomych nie ma tam nawet konta i żyją. Jeśli ktoś decyduje o mnie za mnie i beze mnie, w tak banalnej sprawie, a mi szkoda czasu na wnikanie i szukanie rozwiązań problemów, których sobie sama nie tworzę, to bez fb da się żyć jak bez nk czy gg. Świat się będzie kręcił dalej, znajomi i rodzina nie znikną. Fb ma u mnie jeszcze 2 szanse do wnerwienia w tak drażniący sposób. Piszę to, żeby zapamiętać, że dziś jedną wykorzystał. Narzędzia są dla nas, a nie my dla nich. Szaleństwo social media ma swoje granice tam, gdzie zaczyna się działanie w moim imieniu bez mojej zgody.