20.8.12

Siła głosu

Głos. Jak ważny jest, wie każdy aktor, prezenter oraz każdy, kto nim pracuje świadomie. Większość ludzi raczy nie wiedzieć, czym czasami sprawia fizyczny ból. To, że ludzie ignorują dykcję, akcent, można przeboleć (chociaż też bywa uciążliwe), ale niekontrolowanie głosu jest nadużywaniem broni, której się nie jest świadomym.



Kobiety niestety nadużywają jej na wysokich rejestrach, piszcząc, śmiejąc się hałaśliwie, marudząc, narzekając, krzycząc. I nie, żeby celem było ranienie uszu, chodzi przecież o ekspresję. Dobrze, sama to rozumiem, ale w 90% wypadków wystarczy warknąć. Krzyczeć też można w sposób, który nie zabija bębenków, tylko skupia uwagę na emocjach a przede wszystkim na przekazie. Można naprawdę pięknie się złościć, wściekać. Mistrzynią w tym jest Penelope Cruz w filmie Woodego Allena "Vicky, Cristina, Barcelona" (Boże, jak ja kocham ten film, między innymi za nią i jej hiszpański, przy okazji włoski i hiszpański są stworzone do awantur. Naprawdę. Jak już się nauczę włoskiego, to będę robiła sceny, w które wsłuchiwać się będzie pół osiedla ;-)




Ludzie, którzy nie kontrolują głosu pokazują przez to dokładnie nie to, co chcą. Drąca się kobieta, swoim jazgotem powoduje, że słuchacz po prostu się zamyka i myśli tylko o tym, żeby ktoś wyłączył ten przeraźliwy dźwięk. Kobieta dramatycznie szlochająca, której głos żalu pełza po podłodze, powoduje odruch ucieczki. Nad głosem da się pracować w każdej sytuacji. W każdej. Nie ma sytuacji, w której nie można kontrolować dźwięku, jaki się z siebie wydaje. Nie ważne, czy się kłócimy, czy wołamy, czy się śmiejemy, czy szepczemy, czy rozmawiamy i z kim.
Dla mnie to oczywiste. Pracuję głosem, mam tego mocną świadomość. Każdy kontakt z ludźmi, nieważne czy telefonicznie czy osobiście, wiąże się z wydawaniem z siebie głosu. Mowa ciała też jest ważna, miny, oczy!, ale głos to podstawa. Przynajmniej, jeśli mamy być wysłuchani. 

Przypomniałam sobie o tym siedząc wczoraj nad stawem. Było cudnie. Cisza, spokój, niedaleko jacyś wędkarze, prawie żadnych ludzi (pewnie większość siedziała nad morzem). Mam takie swoje miejsce, które na szczęście nie zostało jeszcze docenione przez mieszkańców okolicy, chociaż mam do niego może 5 min. spacerem. W każdym razie, siedzę, słońce grzeje, czytam SLOW (naprawdę czysta rozkosz), aż tu nagle przyszła grupka ludzi. Może koło 40-tki, może starszych. Z psem. I jedna z kobiet wpadła w mantryczny pisk do psa:

"Łap kaczuszki, no łap, łap, no łap kaczuszki, łap, no łap". To było gorsze niż znana scena z pociągu, z naszego rodzimego "Dnia świra". Jazgot był nieznośny. Te mantrycznie powtarzane słowa, szczekający do nich pies, skaczący wokół kobiety. Zrobiło mi się słabo. Spakowałam magazyn, męża z kocem i poszłam. Ujadanie obojga słychać było jeszcze spory kawałek. Traumatyczne przeżycie. Tak samo mam alergię na kilka kobiet w jednym miejscu. Właściwie dwie to dla mnie dużo. Bardzo rzadko można mnie spotkać na babskich wieczorkach. Może raz na rok się daję namówić. Nie chodzi mi bynajmniej o tematykę takich spotkać, ale właśnie o kobiety głos. O! Dźwięk rozmawiających kobiet. Ja nie mogę, no nie daję rady. Mnie to osłabia jak podanie trucizny. Przeważnie na większych imprezach spędzam i spędzałam czas z facetami. Ich tematy rozmów bywają równie nieintrygujące jak kobiece, ale to nieważne, chodzi o dźwięki. Ważne, że ich się inaczej słucha. Po prostu. Piszczący faceci zdarzają się jednak rzadko. Ba! I tu się pojawia dość ważny szczegół: tak naprawdę nie jest ważny temat rozmowy. Wciągnąć można się w dyskusję o wyższością energii słonecznej nad wodną, ważne jest z kim, ale to też nie dlatego, że to "ktoś", ale właśnie dlatego, że są ludzie, którzy potrafią pracować głosem.

Siła głosu. O ile wykorzystywany do manipulowania (bądź nieudolnych prób w przypadku tzw. darcia się), o tyle jest przecież niebywałym narzędziem, nad którym pracować można zawsze. Nie każdy musi śpiewać, ale kontrolować wydawane dźwięki powinien każdy. Ba! Tak naprawdę można nigdy nie usłyszeć, że się marudzi, zrzędzi, narzeka. Naprawdę odpowiednio pracując głosem, każda wyrażona myśl będzie miodem na serce, albo raczej uszy. I to bez względu na płeć.

Oczywiście, łatwiej i częściej głos jest wykorzystywany w tonie prosząco błagalnym (chociaż tu też może być jęczeniem i łatwo przesadzić, a co innego zmusić faceta do zrobienia czegoś, bo chce mieć spokój, a co innego poprosić tak, że zrobi to z przyjemnością, ba, będzie chciał, żeby prosić go jeszcze ;-) 
Oczywiście szept, oczywiście ściszony głos, oczywiście wszelkie sytuacje mniej lub bardziej intymne. Tu łatwiej się głosem posługujemy. No ale to za mało. Większość życia wszyscy coś gdzieś do kogoś mówimy. 

Mówmy przyjemnie dla ucha.


Świadomość tego zawdzięczam mojej kochanej ś.p. babci, która od najmłodszych lat mych mówiła mi "nie piszcz", "mów wolniej, wyraźniej, akcentuj, głośniej/ ciszej", "nie podnoś głosu". Ona mi wskazała kierunek. Tak, można się wściekać, można robić awantury, ale róbmy to mistrzowsko, artystycznie. Każda jedna awantura to tak naprawdę teatr, czego by nie dotyczyła. Grajmy więc. A urzekniemy każdego widza, ba, niektórzy dadzą się w to wciągnąć, a jak wiadomo, wciągnąć faceta w zaciekłą awanturę nie jest prosto, bo oni nie znoszą tego jazgotu. Zrozumiałe. 
Ja też wolę jak facet na mnie ryknie jak lew, wtedy mogę wypuścić z siebie lwicę, by za chwilę powrócić do kotki. Jeśli chodzi o świat zwierząt, to te dwa gatunki są mi najbliższe, właśnie za swoją naturę. Ale też nie bez powodu, mówi się o nich, że są władcami dżungli. Lew nie piszczy, nie jazgocze. 

Świat dźwięków w świecie zwierząt jest adekwatny trochę do naszego. Niektórzy są jak małpy, niektórzy jak myszy, niektórzy jak papugi, niektórzy jak skowronki czy słowiki, nieważne. Nadmiar dźwięku, notoryczny mnie męczy... W mojej dżungli jazgotliwe zwierzęta są po drugiej stronie rzeki. Przeważnie z dala ode mnie.  Ja wolę te, które nie wchodzą w niektóre rejestry.

Pomrukuję patrząc na to z pewnej odległości.

Hmmm. Kotowate są slow, bo wiedzą doskonale, kiedy jakiego dźwięku użyć, a kiedy milczeć. Kotowate w 100% są slow, bardziej niż będący symbolem slow ślimak, który jest po prostu powolny, no ale cóż, znowu podkreślam, że modyfikuję ideę slow pod siebie i swój świat, biorąc z niej co mi pasuje i dokładając swoje 3 grosze ;-)


I bez jazgotu proszę. Tu się odpoczywa. Można mruczeć.