3.8.12

Więc idź, pomaluj swój świat

Kolory. Coś, co mnie zawsze cicho fascynowało. Od najmłodszych lat doceniałam ilość odcieni. Jako nastolatka (przez co prawie poszłam do ASP, ale na szczęście z tego zrezygnowałam) godziny spędzałam malując. Szkice, węgiel, ołówki różnej twardości, cieniowanie, owszem, były również ciekawe, ale farby dawały bezmiar możliwości. Zatapiałam się w mieszaniu, tworzeniu kolorów, odcieni. Budowaniu nasycenia. Większość moich obrazów to była abstrakcja, ale tak skrzętnie wypełniona kolorem,  że nauczycielka się dziwiła, że mi się chce tak dopracowywać obraz. Nie patrzyłam na to w ten sposób. Nie było to potoczne dopracowanie. Ja po prostu szukałam jakiegoś odcienia, kontrastu, lubiłam tworzyć wrażenie trójwymiarowości, co wymagało sporo farby. Dla mnie moje obrazy były psychodeliczne wręcz. Patrząc na niektóre odczuwało się niepokój, na inne spokój, właściwie nie wiadomo czemu, bo jak wspomniałam, była to abstrakcja. Moja mam bała się niektórych z nich. Po prostu :-)  Niestety liczne przeprowadzki spowodowały, że je pogubiłam. Nie miałam pieniędzy na teczkę, więc zwijałam je w rulony. Cały karton rulonów z obrazami i szkicami wsiąkł. Jak rozmawiam czasami z mamą, to wspominam, że żałuję, że ich lepiej nie przypilnowałam, bo to co kiedyś wydawało mi się początkiem (bo naprawdę chciałam związać przyszłość z ASP), okazało się końcem bezpośredniej przygody ze sztuką. Życie mnie wciągnęło w innych kierunkach. 

Co mi z tego zostało? Mały fioł na kolory i odcienie. Z reguły rozmawiając z ludźmi nawet nie próbuję doprecyzować, o jakiej czerwieni mówią, bądź o jakim brązie. I tak by nie opisali. Próbowałam parę razy, to wyszłam na czepialską, więc dałam sobie spokój. Widocznie nie wszyscy opiszą odcień. A to jest proste. Każdy kolor główny wystarczy zmieszać z innym kolorem głównym, żeby uzyskać inny kolor. Potem dodając kolejne barwy, albo nasycając już zmieszanymi kolorami, dopracowujemy odcienie. Jak się dobrze przyjrzeć, to samej zieleni są dziesiątki (na ludzkie oko) odcieni, ale widać to po np. tzw. wpadaniu w inny kolor. Tak jak bordo uzyskujemy mieszając czerwony z czarnym (ha, dziś wdałam się w dyskusję z kolegą, który ma lepszą pamięć do fizyki niż ja i przypomniał mi, że czarny z fizycznego punktu widzenia, nie jest kolorem. Czerń jest nicością. Nie odbija światła, dlatego nie ma koloru, kolokwialnie mówiąc). To jest oczywiste do odczucia np. w gorący dzień, albo w gorących krajach, gdzie ludzie ubierają się na biało. Biel odbija światło zupełnie i dzięki temu nie jest nam w jasnych rzeczach tak gorąco jak w ciemnych w te właśnie ciepłe dni. Tak, to wie każdy ;-) 


Wracając do kolorów, o ile specjalnie mnie to nie zajmuje, gdy ludzie nie odróżniają odcieni, bo szkoda mi czasu na mądrzenie się, o tyle dla mnie jest to potwornie ważne. Odczułam to robiąc remont mieszkania. Chciałam złamać zalecenia architektów wnętrz i urządzić mieszkanie na "ciemno" udowodniając, że się da. Chciałam uzyskać efekt przytulności, która będzie jednocześnie "grzać" zimą i "chłodzić" latem. Udało mi się. Mam na ścianach głęboko czekoladowy kolor, w sypialni mam tzw. paprykę chilli. Oczywiście urządzanie, jak to urządzanie jest dla mnie nadal w dalekim lesie, bo same kolory to pikuś w odniesieniu do kosztów dodatków, o tyle główny zarys i większość dodatków mam. Kombinowanie z dostępnych środków, oczekiwanej jakości i efektu było dla mnie akrobacją świata. I strasznie dobrze się przy tym bawiłam. Remont był już 3 lata temu, a mi się dalej podoba moje dzieło. Zrobiłam obraz z mieszkania ;-) 
Swoją drogą, ważne było dla mnie zachowanie ważnej zasady: urządzam mieszkanie, nie pałac. Owszem, to jest moje królestwo, kocham wracać do mieszkania czy to z pracy czy z podróży i przejść się boso, ale to nadal mieszkanie. Ważna była dla mnie optymalizacja wykorzystania powierzchni. Na niektóre rozwiązania mój mąż patrzył z uśmiechem "no ciekawe, co z tego będzie" (ale też raczej ufał mi w tym, bo wie, że wyposażeniem wnętrz interesuję się od zawsze). Od zawsze zbierałam w głowie pomysły, przesiewałam różne zalecenia, odrzucałam rozwiązania i  rady typu co można a co nie, oglądałam aranżacje mieszkań w tysięcznych ilościach. Od zawsze. Kiedyś kupowałam magazyny wnętrzarskie, ale potem przyszedł internet, blogi i magazyny z całego świata, wersje papierowe przestały mnie ciekawić... :-) Wracając do kolorów, moje wybory były takie, że musiałam zaufać własnej intuicji i w pewnym momencie po prostu zdobytej wiedzy, bo takich rozwiązań nie znalazłam nigdzie. I do dziś daje mi to niezmierną satysfakcję, że nawet starsi członkowie rodziny, którzy są konserwatywni w wyposażeniu wnętrz dobrze się u nas czują i podobają się im kolory. Mimo ich głębi i nasycenia nie czują się przytłoczeni. Jak my. 

Odcienie budują dla mnie całokształt, dlatego tak bardzo lubię niebo latem, dlatego nie lubię go zimą, gdy w mieście jest po prostu szare (chociaż szary też jest w końcu piękny), dlatego zauważam wiele razy niedopasowane zestawienia, mimo zmieniającej się mody, niektóre odcienie (bo nie kolory), zawsze będą się ze sobą gryźć. Gdy byłam młoda, jak wiele osób, kochałam czerń, ale jednocześnie musiałabym ją czymś przełamać. Albo bielą, albo czerwienią, potem przyszły połączenia khaki i "brudnej zieleni" z bordo i jasnymi beżami, potem doszły zabawy z bielą i pastelami, potem to wszystko się mieszało i uzupełniało, ale do dziś spokojnie wykorzystuję te zestawów kolorów. Nie wierzę w modę na kolory. Zawsze powinniśmy je dobierać do siebie. Ze ślepym gonieniem za modą na kolory jest jak z markowymi ubraniami czy fasonami. Można zrobić z siebie karykaturę za kilka tysięcy, można wyglądać pięknie, za niewielkie pieniądze, można wszystko zgrabnie połączyć i z tych samych rzeczy, zmieniając jedynie dodatki, tworzyć np. strój na dzień i na wieczór. Niby też wiadomo, ale wiele kobiet ciągle marudzi, że nie ma w co się ubrać, mimo pełnej szafy. Kwestia kombinowania rzeczy (nie neguję faktycznej potrzeby shoppingu, która za tym stoi ;-). 

Inna sprawa, przypominająca nam istotę kolorów w życiu: koloroterapia. Jeśli ktoś w to nie wierzy, to wiele traci. Setki badań na świecie udowodniły, że kolory jakimi się otaczamy mają wpływ na nasz nastrój, ba! myśli, czy nawet zdrowie. 


Nie powiem, żebym miała jakoś zgłębioną wiedzę na ten temat, bo nie mam, ale swego czasu trochę (no dobrze, jak szalona) się tym interesowałam i zapamiętałam najważniejsze rzeczy, głównie dlatego, że ich doświadczam i po prostu są mi znane. Dobrze jest sobie po razy enty uświadomić, że coś, co robimy intuicyjnie, ma swoje poparcie bardziej lub mniej w medycynie, czy to naturalnej czy konwencjonalnej. 

Temat kolorów jest tematem rzeką, tak jak temat odcieni. 
Dziś, gdy siedziałam w pistacjowej bluzeczce, usłyszałam, że ładnie mi w zielonym. Podziękowałam dodając z uśmiechem, że to pistacjowy. Odruchowo. "Poważnie?". "Heh, mhm". To nie zielony, tzn można tak powiedzieć, jak się mówi, że niebo jest "czerwone od zachodzącego słońca", ale jeśli można to sprecyzować, opisać, nazwać, to to zróbmy, w końcu to nasz świat, aż żal tego nie dostrzegać ;-) 

Jeśli ktoś nigdy tematyki kolorów nie zagłębiał, to polecam. Materiałów jest na miesiące czytania, ale zapewniam, że warto. Zupełnie inaczej patrzy się na świat. Ja to zrobiłam jako nastolatka i cóż, po prostu polecam, dla ciekawych tego, czego czasami oko nie koduje, bo potem daje to też niejednokrotnie ciekawy temat do rozmowy, dyskusji, niemniej emocjonującej niż inne tematy ;-)

Czasami wydaje mi się to tak oczywiste, że zapominam, że nie jest. 

Mój mąż całe życie myślał, że jest daltonistą, bo mu tak powiedzieli dawno temu, gdy nie odczytał cyfr z tablic na daltonizm. Ostatnio pokazałam mu z ciekawości kilka tablic, gdy był zajęty jakimś filmem i wiedziałam, że nie zdąży pomyśleć i co? Nie jest daltonistą. Po prostu patrząc na tablicę nie próbował nawet nic zobaczyć, no bo przecież jest daltonistą...
Wystarczyło, że popatrzył. Owszem, nie widzi niektórych odcieni, co jest dość powszechne. Daltonizm w różnych wariantach jest częstszy, niż to się może wydawać, tu kilka informacji z Wiki. Trudno, zdarza się, jednak jeśli nie ma się żadnej z nich i ma się to szczęście, żeby widzieć wszystkie kolory i odcienie, to warto to docenić i przede wszystkim dostrzegać. Zauważać, jak różne kolory o różnych porach dnia ma świat. Gry kolorów bywają niebywałe. Slow. Dać sobie na to czas i się zachwycić.