31.8.12

gladiatorzy na arenie, czyli o marketingu

Wojna Apple - Samsung.  WAR!!! tak zwany. Mhm.

A teraz drogie dzieci, Pani Marzena wytłumaczy Wam, o co chodzi.

Dawno dawno temu... marketingowcy zrozumieli, że jedną z najlepszych metod zdobycia zainteresowania jest "problem", który podzieli konsumentów na grupy. Pozwoli im czuć, że mają swoje zdanie, że mają fajniejszy produkt, a na pewno bardziej pożądany albo zwalczany przez konkurencję. Każdy z tych argumentów ma w sobie wabik.

Wojna między Apple a Samsungiem jest pięknym mechanizmem manipulacji. Przyznam, że jestem pełna podziwu. Z jednej strony podróżujący po świecie prawnicy obu koncernów, z drugiej rozbieżne wyroki sądów w poszczególnych państwach, z trzeciej śledzący to na poważnie i analizujący "eksperci" z branży.
Hehe. A z drugiej strony doskonale ze sobą współpracują w zakresie dostawy komponentów. Oni doskonale wiedzą, że nie walczą na patenty, tylko tak naprawdę podbijają się wizerunkowo.

Nie, no dobrze.


Zapewniam jednak, że na świecie jest wiele rodzajów telefonów, tabletów, producentów krocie i wielu o niebo lepszych niż nasi główni gladiatorzy. Nie przeczytamy o nich jednak w żadnym niusie. Tablety jako takie nie są zupełnie żadną nowością. Funkcjonują w innej formie, w przemyśle, w grafice, od ponad 10 lat. Trzeba było spowodować ich większą użyteczność dla przeciętnego człowieka i jeszcze sprawić, aby ten człowiek chciał to mieć. Miniaturyzacja była w tym niezmiernie pomocna. Sama jestem jej miłośniczką. Tak to jest, że niektóre rzeczy są piękne, gdy są duże, niektóre, gdy są małe. I to się ciągle zmienia i faluje w przestrzeni razem z gustami ;-)



Ja akurat mam Samsunga, bo ludzie, którzy się znają naprawdę świetnie na elektronice, powiedzieli mi, że on jest technologicznie trochę lepszy. Jakbym naprawdę chciała sobie zrobić dobrze, tak orgazmicznie, to bym wybrała i tak zupełnie inny tablet i z zupełnie innej półki niż nasi "potentaci". Ale to tylko tablet. To za szybko ewoluuje, żeby inwestować jakieś większe pieniądze, jeśli pozostaje zabawką a nie narzędziem pracy, które ma służyć latami. Podobnie jest z każdym sprzętem. Nie kieruję się marketingiem, reklamami, wizerunkiem. Po prostu przez lata sprawdziłam wiele sprzętów, sprawdzili znajomi i rodzina i zdanie wyrabiam sobie na tej podstawie. Przeznaczenie, zastosowanie, wytrzymałość, jakość. Tablety to tego typu elektronika, która jest na "chwilę", jak komputer czy laptop. To nie są sprzęty na lata. Jak również telefon. Po roku jestem znudzona i chcę nowy.

Wojna na patenty w tym wypadku, tak nagłaśniana, jest doskonałym chwytem marketingowym. Przywiązuje klientów do marki, do produktu. Budują emocje, w które wchodzi tak wielu, komentując to żywiołowo. To jak reality show, serio serio. Faworyci, złę charaktery, słabsi, mocniejsi, pitu pitu ;-)

Tym sposobem obie firmy mają to na czym im zależy: zainteresowanie, sprzedaż, ruch, coś się dzieje.  Jeah.
Obserwowanie działań światowych graczy jest świetne jako case, ale nie do oceny "racji". To nie taka rozgrywka. Ocenianie, kto jest dobry, a kto zły, kto lepszy a kto gorszy, jest działaniem zgodnym z założeniem reżysera. Ja to wolę oglądać zupełnie z boku. Mam więcej zabawy. Dla mnie to taki sam film akcji, jak każdy inny. Popcorn, nogi na stół, tablet w dłoń i sprawdzam nowe doniesienia. I uśmieszek ;-) 

I patrzę, jak w oddali jedni hejtują Appla, drudzy Samsunga, słychać odgłosy poszczególnych "bitewek" między fanami każdej z marek. I czasami tu okrzyki zwycięstwa, tam przegranej, tam jeszcze się przeszeregowują, a wieczorem idą na wspólnego drinka ;-) No mistrzowie marketingu za tym stoją. Serio, serio.

PS. Ostatnio niemiecki BILD albo STERN zamieścił podobno artykuł, z którego wynikało, że nieużywanie facebooka może świadczyć o odchyleniu psychicznym. Heh. Powiedział mi o tym ktoś, kto fejsa nie używa zupełnie. Tak. Na pewno jest psychopatą, albo rokuje. Tylko mnie zastanowiło, kto stoi za takimi tekstami. To jest coś, co powinno faktycznie niepokoić. Budowanie "normalności" na takich narzędziach jak społecznościówki, korzystanie z netu, komunikatorów, może być już niebezpieczne. Jeśli przeczyta to ktoś, kto wierzy ślepo opiniom "ekspertów", to może sobie nieźle wykrzywić świat. Takie niby oczywiste zalecenie, ale czytając jakiekolwiek opinie wstrzymujmy się mocno z budowaniem na nich własnego zdania. Zawsze. Nigdy nie mamy pewności, co taką opinię powoduje, kreuje, motywuje. 

Zdrowy rozsądek zalecam niezmiennie. Zbierajmy informacje, ale zdanie budujmy mając dopiero możliwie najszerszy zakres możliwy do pozyskania w danym momencie. Lepiej nie mieć zdania wcale, niż powielać coś, co za 5 lat spowoduje, że się mocno zaczerwienimy swoją łatwowiernością/ naiwnością. Wątpliwość to piękne słowo. Przynajmniej w wielu kwestiach sprawdza się doskonale. I nie musimy mieć zdania i potem go zmieniać, co jest komfortem samym w sobie. "A nie wiem", jak to łatwo powiedzieć :-)
Najlepszy pozostaje po prostu zdrowy dystans.

Lepiej móc się pośmiać, uśmiechnąć, niż przejmować, jeśli  to i tak jest zupełnie i kompletnie poza nami.  Dystans. Chill. i Copacabana ;-)