15.8.12

Zatrzymać się

Nie ma ludzi niezastąpionych...



Ulubione zdanie chyba tych, którzy nie odwiedzają na cmentarzu grobów osób, po których zostaje obok pustka, chociaż pozostaną na zawsze w sercu. Z tęsknotą można dać sobie radę, ze smutkiem też, to kwestia czasu. Z tą pustką nie. Niedawno nie zdążyłam się nawet pożegnać z kolejną, jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Pożegnałam już dwie. Tą drugą osobą był mężczyzna. O charakterze i wyglądzie mnicha. Trafiłam do niego szczęśliwym trafem, a może tak miało być? Poświęcał mi czas przez ostatnie ponad 3 lata. Pierwszy raz, właśnie ponad 3 lata temu, gdy nie mogłam się pozbierać po utracie tej pierwszej osoby, czyli mojej babci, która trzymała nade mną swego rodzaju parasol bezpieczeństwa. Bez jej parasola, bez jej miłości, czułam się jak rozbita o ścianę. Mimo "dorosłości". 

Pan Wojtek pojawił się w momencie, gdy byłam już zapisana na bardzo poważną operację (która dzięki niemu okazała się niepotrzebna). Podniósł mnie jak małego kota za futro do góry i kopiąc na rozpęd powiedziała "Żyj! Daj spokój umarłym. Nie ściągaj ich ciągłym smutkiem, tęsknotą. Daj im spokój. Weź się za siebie, jesteś strasznie silna, tylko przestań to marnować". Jak strzał w twarz. Obudził we mnie na nowo wolę życia, wolę walki o siebie i swoje zdrowie, wdrażając "program" leczenia. Widywałam się z nim bardzo rzadko, czasami rozmawialiśmy telefonicznie, ale każde spotkanie było tak potężną bombą energii, że wystarczało mi na długo. Jak jego słowa i porady. On również był wyznawcą założenia nieprzywiązywania się. Opierniczał mnie jak nikt na świecie. Pięknie nie pozwalał mi przywiązać się do siebie. Denerwował się, gdy się podłamywałam, zaniedbywałam zdrowie i wracałam do niego po pomoc, "przecież ci mówiłem, czego nie robić, co robić, nie marnuj mojego czasu, wszystko wiesz". Nauczył mnie tak bezcennie wiele. Dzięki niemu stałam się nowym człowiekiem.

Dziś stojąc nad jego grobem żałowałam, że go nie nagrywałam. Właściwie on nauczył mnie w życiu dojrzałości (przy jednoczesnym nie zabijaniu w sobie "dziecka"), konsekwentności, odpowiedzialności za siebie, nie opierania się na innych i nie liczenia ciągle na wsparcie, pokazując, jak wiele zależy ode mnie. Kochałam go. Na swój sposób kochałam go (o czym mu mówiłam czasami, a co go pociesznie bawiło. Był 2x starzy ode mnie). To on pokazał mi, na czym polega wolność, na czym polega odpowiedzialność za siebie i za innych. Nigdy nie uda mi się przekazać tego, co mi mówił, ale bardzo często wracam do jego słów myślami, zawsze wracałam, żeby nie zapomnieć. Od pierwszego spotkania. Był dla mnie jak mistrz, chociaż nie lubił tego określenia. To on mi, jak krowie na rowie, wyjaśnił istotę zdrowego odżywiania. Istotę zdrowia i odporności. To się wszystko niby wie. Nie wie się. To on też mówił, że nie lubi tracić czasu na tłumaczenie tego ludziom, bo i tak wiedzą lepiej, pomagał niewielu wybranym, chociaż sam prowadził niezmiernie aktywne życie. Wkurzał się na to, że ludzie ciągle i ciągle popełniają te same błędy, narzekają, skarżą się, szukają pomocy, a nawet jak ją znajdą, to wracają na starą drogę i znowu wracają po pomoc. No a nie miał racji? Jasne, że tak.

Odporność? Pilnuj tego co jesz (przede wszystkim zero białego cukru i mleka, tak wiem, że to trudne). Odporność nie wynika z czynników zewnętrznych. Jeśli organizm jest odpowiednio odżywiony, silny, to nic go skutecznie nie zaatakuje. Ani od środka, ani z zewnątrz. Silny organizm obroni się sam. Proste? Oczywiste jest, że nie da się jej zbudować w tydzień, miesiąc, jeśli przez większość życia odżywiamy się nieodpowiednio. Niby to wszystko jasne. Przecież babcia też mi to całe życie powtarzała podtykając pożywną zupę, gdy do niej przychodziłam, albo rosół, gdy byłam przeziębiona (mimo jej kochanego "załóż szalik i czapkę, nie przemarzaj"). Ale my i tak często wiemy lepiej. Zależność współdziałania organów (czyli medycyna chińska), no i podstawa: Psychika, która tak naprawdę reaguje również na nasze ciało. Przyczyną chorób cywilizacyjnych nie są czynniki zewnętrzne, ale najkrócej mówiąc, nieodpowiedni styl życia. Ciało się broni. Przed właścicielem. Proste. Wszystko, co mi tłumaczył, było tak oczywiste, a przy tym tak bardzo pełne pozytywnej energii (nie mylić z optymistyczną euforią) i zwykłej mądrości. To on mi podsunął 5 przemian i książki Anny Ciesielskiej. 

Stojąc nad  grobami tak ważnych dla mnie osób, zryczawszy się porządnie, najpierw za to, że mnie zostawili, potem za to, że w ogóle tak myślę, pomyślałam, że nie mogę zmarnować tego, czego mnie oboje uczyli. Chcę sobie udowodnić, że ten czas, który mi dali, godziny opowiadania, wskazówek i tłumaczenia, nie poszły na marne. Tym bardziej, że to wszystko się tak bardzo sprawdza. Przecież niedługo potem trafiłam na slow. Na dziś jestem wdzięczna Bogu, że w ogóle tych ludzi miałam i że dalej inni są obok mnie.
 
Zawsze się uśmiecham, gdy słyszę zdanie "nie ma ludzi niezastąpionych". prawdziwe jedynie, gdy traktujemy ludzi funkcyjnie. Przedmiotowo. Owszem, nie ma dla nas znaczenia, z kim rozmawiamy tu czy tam (jak i jest to obojętne osobie po drugiej stronie). Ludzie się przemieszczają, zmieniają pracę, miejsce zamieszkania. Migamy sobie tu i tam, zapadając lub nie, w pamięć. Ja mam w pamięci kilka osób, z których dwie odeszły i w ich miejscu nie będzie nikogo nowego, bo to ich miejsce, ale wiele osób przecież jeszcze żyje i mam nadzieję, trochę pociągną. Lubię wiedzieć, że są gdzieś tam, albo całkiem blisko. Jedno jest jeszcze ważne: niech wiedzą, że są dla nas ważni, albo byli, nawet czasami dzięki jednej mądrej rozmowie. Jestem człowiekiem, który w przypływie emocji potrafi zadzwonić do kogoś takiego i powiedzieć "dobrze, że jesteś, dzięki". Ponieważ grono takich osób jest wąskie i się bardzo nie zmienia, to już do tego przywykli. To dla mnie straszne ważne. Czasami może być za późno, bo drogi się rozchodzą, kontakt się urywa i potem zwyczajnie nie ma okazji. Bywa różnie, dlatego dziękowanie, gdy to czujemy, dokładnie wtedy, bez względu na powody, jest tak ważne. Dziękujmy. Niech to nie będzie tylko słowo życzliwości, ale przede wszystkim wyraz głębokiej, nieukrywanej wdzięczności. 

PS. Też jedna z lekcji mojego kochanego mistrza (czyli też jedna z mądrości chińskiej medycyny), nie pielęgnować negatywnych emocji, uczuć. Smutku, żalu, (z użalaniem się włącznie) gniewu.  (Agresja nie jest emocją, jest zachowaniem, do tego przeważnie nieadekwatnym do sytuacji). Natomiast negatywne emocje szkodzą nam tak samo, jak złe jedzenie. Należy je przeżywać jak najszybciej i wymiatać. Wiem, nie zawsze jest to łatwe (jako okrutnie emocjonalne zwierzę wiem o tym doskonale), ale to żadne wytłumaczenie. Mamy wybór. Organizm nam za nie podziękuje. Jak ty ciału, tak ono tobie.
Psychologia mówi to samo o emocjach, tylko innym językiem i z innymi argumentami. Jak o wielu rzeczach, które od setek lat są wiadome. Dobrze. Niech będą tłumaczone naukowo, oby do nas docierały i powodowały lepsze życie. Bez ogólnie pojmowanego zdrowia nic nie ma sensu. Doskonale o tym wiem. To podstawa szczęścia. Z nim uda się nam wszystko, co sobie zaplanujemy. Wszystko jest przed nami.Gdy chorujemy wszystko traci sens. Dbajmy o siebie. Mam cichą nadzieję, że kiedyś będę mogła być w części chociaż tak mądra, jak Pan Wojtek, bądź moja babcia i będę mogła przekazać to moim dzieciom i wnukom.
... 

Z miłością i wdzięcznością dla babci i Pana Wojtka L.