25.8.12

Zakochani w Rzymie, powrót mistrzów



Allen, to Allen. Jest chyba jedynym człowiekiem, który jest tak neurotyczny, tak zrzędliwy, a przy tym słuchając go i tak czuje się miłość, z gatunku "rozczulenie". To pewnie przez jego umysł. Tak, na pewno. 


"Zakochani w Rzymie". Znowu jestem zachwycona talentem Allena do obserwowania ludzi, zachowań, relacji. Wyłapuje tak specyficznie niuanse życia, uniwersalne dla chyba całego cywilizowanego świata a na pewno dla tzw. Zachodu. 

Co mnie urzekło:
  • dialogi, no oczywiście, że dialogi, 
  • muzyka, jak zwykle dobrana idealnie.
  • zdjęcia Rzymu! *Allen powoduje, że zakochuję się podwójnie w każdym mieście, które pokazuje.  

  • Celebryci, uzależnienie od sławy, pożądanie jej. Świetna satyra na telewizje śniadaniowe. Swego rodzaju pokazanie tej podsycanej próżności. To jest ten rodzaj popularności, który pozwala ludziom przyjmować bycie celebrytą z tytułu bycia. Życia. Samego w sobie. Złudna magia mediów i uleganie jej. Kiedyś popularność wynikała z wyjątkowości tego, co się robi. To dzieło wywoływało popularność autora. Wejście celebrytów w nowoczesnym znaczeniu wprowadziło osoby, które pojawiają się i znikają nic po sobie nie zostawiając. I nikt do końca nie wie, po co i dlaczego się pojawiły na ustach. I z nich zniknęły. Allen jest trochę starszy ode mnie, ale mentalnie jesteśmy z tej samej epoki i odczuwamy to podobnie. Bycie starej daty ma cudowną zaletę dystansu do teraźniejszości i obserwowanych zjawisk. 
  •  Tzw. "Świętojebliwość" i stojąca za nią hipokryzja. Ciekawe, ile rzeczy ludzie w życiu nie robią, bo nie wypada, a strasznie by chcieli, a boją się o tym nawet myśleć, bo to nieprzyzwoite. Smutne to trochę. Przy okazji, Penelope jak zwykle przepyszna. Kobieta narkotyk. Ja jestem od niej uzależniona.
  •  Mój ulubiony wątek: dowód na to, że powiedzenie "kobiety zakochują się uszami, a faceci oczami" jest kolejną półprawdą. Oglądanie z boku tego, co ja wiem od podstawówki, było zabawnym przeżyciem. Nie dziwi mnie, że akurat Allen to wychwycił. Dlatego zawsze mnie bawi czytanie czy słuchanie o NLP. Jeśli stosujący te techniki myślą, że tego nie widać, to są cudownie naiwni. One są znane od stuleci. Widać je, tylko nie wszyscy je widzą, nawet stosując je :-) Z drugiej strony, wg mnie manipulacje, uleganie im, tak naprawdę przeważnie wyciągają z człowieka prawdę o nim samym. Chciałaś/eś tego, chciała/eś odpłynąć, zrobiłaś/eś to. Proste. Zrzucanie winy na drugą stronę służy wyłącznie oczyszczeniu własnego sumienia. Takie pitu, pitu dla poprawy samopoczucia. W tym filmie nie ma poczucia winy za decyzje, dlatego tym bardziej mi się spodobał. Uleganie bywa dobre, jeśli uczy końcem końców czegoś nowego i pozwala poznać lepiej siebie. Allen skupił się na tym w uroczy, zabawny oczywiście, sposób. I istota filmu - wątek zakochania,  dania się uwieść nie będąc uwodzonym w "znany" sposób, bez "randek", "poznawania się", "100 pytań o...". Tak naprawdę ten film pokazuje istotę zakochania. To jest właśnie zakochanie. Tak się rodzi. Bardzo, bardzo często. To teatr, najlepszy pod słońcem. Co w tym fajnego? Heh. A co w tym złego? Zapyta ktoś, kto nie był zakochany. Warto się zakochać chociaż raz, ale i setki. B to właśnie zakochanie. To czar, pryśnie, zgaśnie, nie trwa wiecznie. I nie ma trwać, chociaż w idealnym związku ciągle się tli w bliższym lub dalszym tle i wraca co jakiś czas, powodując gonitwy myśli, tęsknoty, pytania, romantyczne przemyślenia, czystą fascynację, ślepotę rozsądku, niecodzienne zachowania... Zakochanie jest motorem życia, jak lekki obłęd stojący za pasją ;-) Chyba pierwszy raz widziałam to tak dobrze ujęte w filmie. Brawo. Szacunek Panie Allen.
  • Talenty, które ludzie potrafią, chcą wydobywać z siebie wyłącznie w czterech ścianach domu. Talenty, którymi świat się nie zachwyci, bo posiadacz nie wie nawet, jak wielki ma dar. To pewne, że takich talentów są setki, jak dzieł pochowanych po szufladach. Nieraz jakieś dzieło widzi światło dzienne dopiero po śmierci autora, albo nigdy. Nieraz ktoś nie ma odwagi czy wiary w siebie, żeby to pokazać, a może też nie zawsze po prostu chce. Już nie raz widziałam piękne obrazy, wiersze, opowiadania, słowa piosenek, zdjęcia, których nie pozna świat, bo dla autora nie są "dość dobre". To jakaś ironia losu, nieprawdaż?
  • Starość. Mój Boże, jak Allen cudnie sobie z nią radzi, jak się przepycha z tematem śmierci, jak pokazuje myśli, które przechodzą przez prawie każdą głowę, wcześniej czy później nieuchronnie... Przy okazji, rola jego żony (psychiatry z zawodu) grana przez Judy Davis jest świetna. No kocham takie relacje w małżeństwie, takie kobiety i taki klimat w związku :-)  

  • Tak na marginesie,  obserwowanie aktorów  i Allena osobiście, w jego filmach jest przeżyciem samym w sobie. Są naprawdę świetni w tym co robią. Jeśli zna się ich z innych ról, to widać, jakie z nich kameleony (jedynie Allen się nie zmienia, ale też dopasowuje role do siebie ;-). I tak powinno być, w końcu na tym polega aktorstwo. Niby oczywiste...
I kilka innych, o których nie będę już pisać. 

Jak dla mnie nie ma w kinematografii takiego drugiego twórcy, jakim jest Allen. Oglądając jego filmy mam poczucie komfortu rozumienia przekazu podanego w niebywale lekkostrawnej formie - pełnej jednak szczególnej głębi - przekazu przeszytego apetycznym humorem i świetną obsadą. Mam nadzieję za rok zobaczyć następny film W. Allena. Może przyjdzie pora na jakieś polskie miasto? Ja go zapraszam myślami oczywiście do Gdańska ;-)