30.10.11

Slow time, czyli dodatkowa godzina.

Od lat wykorzystuję zmianę czasu z letniego na zimowy, na własną korzyść.

Nie przestawiam budzika (jako jedynego zegarka). Przez jakiś czas, codziennie mogę sobie z błogością pomyśleć "mam jeszcze godzinę" i pozwalam sobie na dobudzanie przez ten czas. Albo możemy poświęcić ten czas na "mizianie" z partnerem, albo cokolwiek innego, co spowoduje, że wybudzanie będzie przyjemnością, chociażby na dłuższe śniadanie. Zatrzymajmy tę godzinę dla siebie, najdłużej jak się da.
Po jakimś czasie, gdy mój organizm sam się do tej godzinnej zmiany przystosowuje i przestaje widzieć i czuć różnicę, przestawiam budzik na właściwą godzinę. Można, ale nie trzeba. Po prostu organizm nie da się długo oszukiwać i odczuwać przyjemność z pozyskanego czasu.
Poczucie "mam jeszcze godzinę" jest bezcenne i przebija zdecydowanie z założenia zestresowane "jeszcze 5min." :)
Polecam. Naprawdę sprawdza mi się od lat.

Na marginesie: Tylko Rosja nie przeszła na czas zimowy (o czym doniosła większość mediów). Prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział, że zmiana czasu ma więcej skutków ubocznych niż korzyści. Swoją drogą, znając historię wprowadzenia czasu zimowo-letniego można się z nim zgodzić, zwłaszcza na strefy czasowe, które i tak powodują rozbieżności w stosunku do Europy, to ciekawa jestem, jakie będą odczucia samych Rosjan i ludzi/firm współpracujących z Rosją i czy faktycznie nie będzie miało wpływu na gospodarkę i export/import. Czas pokaże. Zawsze wszystko jest kwestią podejścia i nie wątpię, że w takiej rozbieżności można znaleźć dobre skutki. W końcu już dziś doskonale da się współpracować z krajami z innych stref czasowych (wiem po swoich doświadczeniach) i tak naprawdę CZAS ma rzadko diametralne znaczenie. Chociaż wydawałoby się, że jest inaczej, to wystarczy nie pozwalać na takie podejście i blokowanie działań wydumaną teorią ;)
A ja i tak będę celebrować swoją zyskaną, poranną godzinę :)

26.10.11

Ro(zdanie), zmień zdanie

"Znowu zmieniasz zdanie..." czasami słyszę z wyrzutem.

Ależ oczywiście. To jest podejście fair do sprawy. Moje zdanie oparte jest o najnowsze dla mnie informacje. Jeśli informacje się zmieniają, rozszerza zakres, zmienia charakter, okoliczności, dochodzą nowe fakty, to oczywiście, że dostosowuję do tego swoje zdanie. Musiałabym być okrutnie tępa, żeby tkwić przy zdaniu, mimo zmieniających się okoliczności.

To tak, jakbym żyła w epoce, gdy wierzono, że Ziemia jest płaska. Ok, wierzymy w to wszyscy. Dochodzą jednak sprawdzone informacje, że Ziemia jednak jest okrągła. Informacje, które potwierdza i nauka i obserwacje. A ja miałabym tkwić nadal w przekonaniu, że Ziemia jest płaska? Dokładnie tak jest ze zmianą zdania.

Jeśli masz powody, żeby zmienić zdanie, zrób to. Nie powtarzajmy tego frazesu, że niezmienność zdania jest dowodem bycia słownym, wiarygodnym i bógwiejak rzetelnym. I nie pozwalajmy innym odbierać nam prawa do zmiany zdania, jeśli mamy do tego konkretne powody, poza "bo tak", do którego swoją drogą też mamy prawo :)

23.10.11

Lofty - zakamarki marzeń

Od zawsze jestem zafascynowana loftami. Gdybym miała możliwości wyboru nowego lokum w mieście, wybrałabym na pewno którąś z ofert loftów. W Polsce przyjęły się dość niszowo i stanowią niewielki % obiektów pożądania przeciętnego Polaka, co mnie jednak niezmiernie dziwi, ponieważ lofty są piękne. Napatrzyłam się na zachodnie aranżacje dawno temu i czekałam na wejście tego do Polski. Weszło. Jest.
Lofty, jak wszystkie duże powierzchnie mają dla mnie jeden, niebagatelny minus - stanowią wielką powierzchnię do sprzątania. Może to i przyziemne, ale dopóki nie byłoby mnie stać na kogoś do sprzątania, nie chciałabym mieć nawet 100m2. Nie mówiąc o lofcie czy domu. Niemniej, nie przeszkadza mi to w byciu zakochaną w loftach. W tej wielkiej powierzchni, na której dosłownie można jeździć rowerem, albo przemieszczać się na wrotkach. Gdzie jest dość miejsca i żeby potańczyć i poćwiczyć i po prostu poleżeć na podłodze (a raczej na poduchach na niej porozrzucanych). Plusy i minusy.
Zaznaczam, że lofty jedynie w odniesieniu do życia miejskiego, ponieważ mając możliwość zakupu domu na pewno bym się na taki zdecydowała, tyle że poza miastem. Dom musi mieć dla mnie wielki ogród, z sadem, dużym tarasem, tu powierzchnia moich oczekiwań jest jeszcze większa, niż w przypadku loftów.
Duża, otwarta przestrzeń jest cudowna, jeśli chodzi o samo poczucie otwartości i beztroski oraz nieskończoną ilość możliwych aranżacji. Wyobraźnia może porzucić ograniczenia i po prostu spełnić nasze marzenia i oczekiwania.


Materiały powiązane:
http://www.sztuka-architektury.pl/index.php?ID_PAGE=3569
http://lofty.gazetadom.pl/Lofty/56,114675,10502597,Unikalny_loft__ktory_laczy_budynki.html
Piękne. Architektonicznie po prostu piękne i nie dziwi mnie, że tak doceniane też na zachodzie, w szczególności w USA. Widok z loftu np. na Nowy York, szczególnie z 10 piętra musi być zapierający dech w piersiach.
Jednak gdybym mogła wybierać, to wybrałabym dom na obrzeżach miasta. Z wielkim ogrodem, świeżym powietrzem, zielenią, naturą i dużym kominkiem w salonie. Mimo, że mam mieszkanie urządzone zupełnie nietrendowo (przynajmniej wg zaleceń architektów wnętrz), czyli po swojemu i ze sporą dawką kolorów ziemi, zamiast polecanych kolorów śródziemnomorskich, to kocham je bardzo, za przytulność i klimat, jaki udało nam się w nim stworzyć, chociaż.. to podobno ludzie nadają klimat a nie urządzenie :)
Lofty są piękne i dobrze urządzone (bo o to już niestety trudniej, przynajmniej wg mojego gustu) są warte podziwu. Już sam pomysł aranżacji pomieszczeń pofabrycznych był doskonały. Szkoda, że nie udało się go wdrożyć w Gdańskiej Stoczni, ale nic nie wiadomo, w końcu jej obszary też są wielkie i może kiedyś pojawi się pomysł i inwestor, który zdoła to fajnie zagospodarować.

20.10.11

Kawowe wariacje

Pewnej pięknej niedzieli, a dokładnie przedostatniej wybraliśmy się z mężem na festiwal kawy organizowany w Gdyńskim Gemini. Festiwal jest kolejnym młodym tworem i na dziś mnie rozczulił swoją bardzo, bardzo skromną formułą, ale też dał możliwość poznania czegoś nowego. A to jest już bezcenne.
Od kiedy mamy ciśnieniowy ekspres do kawy ciągle szukamy smaków dla siebie. Oczywiście podchodzimy do tego niezmiernie na luzie i nie wiemy do końca, jakie rodzaje kawy wybieramy, bo nie chce nam się tego uczyć na pamięć (łącznie z opisami), więc nasze eksperymenty sprowadzają się do kupowania niedużych ilości różnych kaw, z różnych regionów świata, od różnych producentów i różnych palarni.
Za największą ściemę uważam kawy w tzw. kawiarniach, gdzie stoją słoje z kawami z całego świata w cenie ok. 200zł/kg. Kupiłam kawę jeden 1. Nie dużo, bo do testów. Dwa rodzaje. Sorry memory, ale nigdy więcej. Kawa była zwietrzała i bez smaku. Bez niczego. Nawet kolor miała żaden. Jeśli już, to lepiej kupować kawy pakowane, ale ważne, żeby na opakowaniu był wentylek. Kawa musi oddychać. Chociaż to wszystko i tak nic...



ponieważ (wracając do festiwalu kawy) dowiedziałam się w trakcie rozmowy z szefem palarni kawy, że palona kawa bardzo szybko traci swoje właściwości. Owszem, różne sposoby przechowywania mają lekkie właściwości podtrzymujące, ale no właśnie, tylko podtrzymujące. Najlepiej kawa smakuje do kilku dni po paleniu.
"Co to oznacza?" Zapytałam roztropnie.
"Wąchała Pani kiedyś świeżo paloną kawę?" zapytał mój rozmówca sięgając do podajnika.

Oczywiście nie wąchałam, bo jakoś nie miałam okazji. I dostałam do powąchania i później do wypicia kawę paloną poprzedniego dnia. I się zakochałam, bo zrozumiałam, że nie znałam do tego dnia zapachu świeżo palonej kawy. Mój mąż powiedział krótko "nigdy więcej nie chcę żadnej innej kawy w domu". I się z nim zgadzam. Co zaskakujące, kawy świeżo palone nie są wcale droższe, niż kawy ze średniej półki w delikatesach. A jakość, zapach, smak są naprawdę niebywałe. Okazało się, że w okolicy mamy jakieś 3 palarnie i w każdej z nich można nabyć kawę w niedużych ilościach. Oczywiście podstawą jest też późniejsze przechowywanie w lodówce itp itd, ale starając się kupować kawę na ok. tydzień udaje się zachować te właściwości, które są kwintesencją kawy. Świeżozmielonej, świeżozaparzonej. Po prostu niebo dla podniebienia. I owszem,  czasami sięga się po inne kawy, zwłaszcza poza domem, ale darowanemu koniowi.... Nie, no nie marudzę. Poza domem pokornie poddaję się teorii "kawa to kawa". Jednak jak z wieloma rzeczami, gdy się już raz spróbuje czegoś naprawdę, naprawdę dobrego, to się widzi różnicę i zawsze będzie widziało. Cieszę się, że udało mi się poznać nowe smaki i właściwości czegoś tak codziennego jak kawa.

Dodatkowo kocham co jakiś czas urozmaicić kawę dodatkami typu mleczko (robiąc różne wariacje na temat cappucino, latte, machiatto), dodając syropy smakowe lub kardamon i karmel. Wariacji jest naprawdę mnóstwo i każdą można dowolnie modyfikować każdego dnia. Jednak dobra, czarna kawa pozostanie niezastąpiona. Gorąco polecam :)

18.10.11

Blog Forum Gdańsk 2011 - Gdańsk lubi wolność, Gdańsk lubi blogerów

Jakość zawsze będzie szła przed ilością. Chociaż ta druga jest miła, to tę pierwszą się zapamiętuje. Wg mnie nie zapamiętuje się pierwszych razów jako takich, tylko pierwsze razy, które były dla nas idealne. Wszystko zależy od kontekstu, to jasne, jednak to jak z eksperymentami. Cieszy i pamięta się ten pierwszy, ale udany.
Ale to na marginesie. Istotne jest, być przy powstawaniu czegoś. Czegoś, co później poznaje spore grono ludzi, czasami setki, czasami tysiące, czasami miliony. Działanie w jakimkolwiek charakterze w czymś, co wiemy, że kiedyś (wcześniej lub później) będzie miało znaczenie dla innych. Nie ważne, czy dotyczy to technologii, czy sztuki, czy jakiejkolwiek dziedziny lub przedsięwzięcia Obserwowanie powstawania jest fascynujące. Jak i sama obecność obok autora, nie mówiąc o faktycznym udziale w tym. Zdarza mi się to co jakiś czas i patrzę z boku i z perspektywy czasu szczęśliwa, że byłam obok, gdy to się tworzyło, że byłam tam, gdy to się działo, że brałam w czymś czynny udział, nawet jako "muza" czy po prostu przyjazna dusza. 
Tak jak udział w pierwszych razach nowych projektów, które po latach będą miały renomę, znaczenie, szeroki wydźwięk, a my przy ich narodzinach wiemy, że uczestniczymy w czymś, co będzie kiedyś wielkie. Jestem kolekcjonerką takich przeżyć i wspomnień. Ostatnio znowu miałam szansę w czymś takim uczestniczyć, dzięki komuś, kogo znam od wieków, chociaż tylko "z boku". Kogoś, kto sam jest dla mnie przykładem wyjątkowego człowieka, robiącego niebanalne projekty, a co najważniejsze, mającego niesamowitą filozofię życia. Slow life mogłoby się wywodzić od niego i jego podejścia. Człowiek, którego nie da się nie kochać, obok którego nie przechodzi się obojętnie, bo ma po prostu charyzmę. Chociaż nieudolnie udaje, że nie ;)
Wiem, że jestem niesamowitą szczęściarą, bo zdarza mi się trafiać na bardzo, ale to bardzo nietuzinkowych ludzi z pasją, z mądrością, z talentem, które potrafią przekuć w sukces, ale co ważne - z sukcesu tego czerpią też inni.  Wszystkich łączy jedno: mieli odwagę i wolę robienia tego, co sami uważają za słuszne, mimo, że czasami spotykało się to z początkową krytyką osób, które wydają się być najważniejszymi wyroczniami w danym okresie. Najtrudniej chyba jest robić coś, co się bardzo, ale to bardzo chce robić, a najbliższe otoczenie to wyśmiewa, bagatelizuje, krytykuje. Owszem, to wyrabia skórę, umacnia charakter, wszystko to jest jasne, ale na pewno łatwiej jest robić coś, przy poparciu najbliższych. Nie ma jednak sensu mieć od nich pretensji: nowatorskość prawie nigdy nie spotyka się ze zrozumieniem ludzi żyjących w bezpiecznych ramach.

Kolejny młody projekt, który jest przykładem czegoś, co bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć za kilka lat: Blog Forum Gdańsk, które uważam za fenomenalny pomysł i inicjatywę z ukłonem w stronę blogerów, a co ważne, pomysł, który mimo drugiej edycji dopiero się rozwija i jak tocząca się kula śnieżna z każdym rokiem ma szanse pozostawiać coraz więcej wątków, tematów, pomysłów, które będą kontynuowane, omawiane, rozwijane przez kolejny rok, do kolejnej edycji. Projekt, który naprawdę może spowodować, że blogosfera będzie bardziej i lepiej rozpoznawalna, ludzie nieinteresujący się blogami, będą mogli do nich sięgnąć i docenić ich poziom i jakość oraz właśnie wartość jako źródła wiedzy, miejsce wymiany opinii. Blogi lifestylowe mają ten plus, że są źródłem pozytywnej energii, której w naszym kraju bardzo, ale to bardzo brakuje, dlatego takie uważam za nie mniej ważne, niż wszystkie inne, specjalistyczne czy branżowe.
Kiedyś blogom można było zarzucić amatorstwo i rolę pamiętniczków, jednak z czasem stają się one nie mniej profesjonalne niż tradycyjne media, działy dużych portali czy magazyny branżowe. Zadziwiające, bo jeszcze 5 lat temu sama bym tak nie pomyślała. Sama bym nie wpadła na to, że blogi mogą się tak fantastycznie rozwinąć. Dziś, jeśli ktoś mi mówi, że nie wie co to są blogi i po co miałby się nimi interesować, mogę spokojnie odpowiedzieć, że jeśli się nie zainteresował, to może wiele tracić, a przede wszystkim źródło informacji, komentarzy, wyczerpujących opisów, recenzji, nie obarczonych ciężarem jakiejkolwiek cenzury (w domyśle "poprawności politycznej" narzuconej przez kogoś odgórnie, a przy tym nie tracących na jakości merytorycznej). Przy tak szerokiej różnorodności blogów, nie można dziś powiedzieć, że są byle jakie, bo się wystawia świadectwo sobie, jako człowiekowi niezorientowanemu, który ew. zniechęcił się kilkoma nietrafionymi próbami znalezienia blogów dla siebie.

Blogowanie stało się poważną konkurencją dla tradycyjnych mediów, które trzymać się będą jednak dzięki też takim jak ja osobom, które po prostu cenią sobie materiał wyczytany z zadrukowanej gazety/magazynu nie ważne czy typowo life-stylowego czy branżowego. Dla mnie się to wszystko uzupełnia. Jednak mam też świadomość, że blogami mogę wiele uzupełnić, poszerzyć wiedzę, znajdować inspiracje. Blog Forum Gdańsk jest doskonałym przykładem na to, że warto się zainteresować blogami, bo ignorowanie ich będzie niedługo jak ignorowanie komputera, jako takiego. Nie interesowanie się nimi, będzie po prostu świadczyło o jakimś zacofaniu i nierozwojowym podejściu. Niby można, ale po co? Lepiej się jednak zainteresować. A już szczególnie znaleźć sobie takie, które doskonale trafiają w nasze zainteresowania. Tak stare jak i nowoobudzone.

I dodatkowo cieszę się, że inicjatywa wychodzi z Gdańska. Miasta Wolnego, które pielęgnuje tę wartość bardzo priorytetowo. My Gdańszczanie mamy ją we krwi i czujemy się po prostu wolni z natury. 
Polecam materiały z Blog Forum Gdańsk 2011, dostępne na http://www.blogforumgdansk.pl/

Polecam zarówno blogerom jak i nie. I śledzenie sreamów też powinno być wpisane w kalendarz roku, ponieważ wystąpienia zapraszanych gości są bardzo dobre i dla wielu na pewno były źródłem ciekawych informacji, wymianą komentarzy, opinii, dobrego dowcipu. Każdemu blogerowi mogę życzyć, żeby słysząc o Blog Forum Gdańsk mógł powiedzieć jak Szyc w reklamie Canal+ "BYŁEM!". 
Albo chociaż "widziałem"
;)

14.10.11

Joga we mnie

W sklepie. Oglądam się przed wielkim lustrem.

JA: ależ ja jestem fantastyczna. W tych spodniach też. Salsa robi swoje :)
EKSPEDIENTKA: w końcu ktoś z normalnym podejściem. Fajnie to usłyszeć przy ciągłym narzekaniu "jestem za gruba, jestem za chuda". Kobiety strasznie się nie lubią i próbują to zmienić ubraniem.   

Zdałam sobie sprawę, że bycie ekspedientką to ciężki kawałek chleba. Słuchanie tych zakompleksionych komentarzy i przekonywanie, że w czymś komuś dobrze/żeby wybrał coś innego (ale nie urażając go) musi być potwornie nużące. Właściwie dobre ekspedientki są perłami. W wielu sklepach widać po ich oczach, że robią to za karę. Szkoda mi ich, ale cóż, ich wybór poniekąd. Nie dziwne przez to, że większość "karier" kończy się na układaniu rzeczy na półkach. Żadna praca nie hańbi, ale do większości zawodów podchodzi się "dopóki wykonuje ją ktoś inny".

Przy okazji ostatnio na targach, w restauracji trafiłam na kelnera z powołania. Młody chłopak ale z takim urokiem i "gadką", że znowu poczułam, że on robi to co lubi. Już samo to, że zapadł mi w pamięć dobrze świadczy o nim i o miejscu.



Dziś też wróciłam z pierwszej jogi (nie ćwiczonej amatorsko w domu). W końcu!! W końcu ją wprowadzili w centrum koło mnie, bo dojeżdżanie do innych dzielnic miasta nie wchodziło dla mnie w rachubę. Za leniwa jestem i czekam aż góra przyjdzie do Mahometa. No i się doczekałam. Było dobrze. Będzie jeszcze lepiej. Plan na jesień i zimę? Joga, salsa + jakieś inne ćwiczenia. Nawet nie zauważę kiedy znowu przyjdzie wiosna ;-)

7.10.11

Marzenia

Marzenia.. pochodzą dla mnie od mojego imienia. Mama mi zawsze mówi, że dała mi tak na imię, bo byłam spełnieniem jej marzeń. Lubię, gdy tak mówi, lubię jej sposób bycia dumną ze mnie. Często się nie zgadzamy, ale wiemy obie, że kochamy się bezgranicznie i rozbieżność w poglądach nie ma na to wpływu. Niesamowicie liberalna i specyficzna przyjacielska relacja, bo przy wszystkim wiemy, że w razie problemów możemy na siebie liczyć, mimo dzielącej nas odległości.
Czasami mama przysyła mi smsa, bo ma przypływ czułości.. lubię to. To takie dowody myślenia o mnie wyrywające mnie w ciągu dnia.

Marzenia. Wiele, wiele razy przekonałam się, że trzeba i warto je mieć. Od kilku lat prowadzę listę marzeń, na którą wrzucam zarówno rzeczy realne, jak i te nierealne (w dniu zapisu i z mojego punktu widzenia). I co się okazuje z perspektywy lat? Marzenia się spełniają. Nawet jeśli są niedoprecyzowane, jeśli wiem tylko w chwili zapisu, że chcę doznawać jakiegoś odczucia, to czasami po paru latach się to sprawdza. Spełnia. Marzenia się spełniają. WIEM o tym, bo wiele moich się spełniło, chociaż w momencie zapisywania wydawało mi się to niemożliwe jak wygrana w totka. Spełnianie marzeń, życzeń jest trochę jak mechanizm opisany w książce "Sekret", którą przeczytałam dawno temu. I w której założenia w niektórych punktach uwierzyłam. Przykładowo: jeśli ktoś lubi narzekać, to życie podsuwa mu do tego powodu. W końcu priorytetowym życzeniem są powody do narzekania, a kosmos spełnia nasze oczekiwania.... (co wykorzystał też Coehlo w wyśmiewanym niesłusznie "Alchemiku". Niesłusznie, bo dla mnie jest to fantastyczna baśń dla dorosłych z odrobiną psychologicznej prawdy, że nie dostrzegamy, iż to co najważniejsze mamy często na wyciągnięcie ręki, tylko tego nie widzimy. Truizm, banał, a jednak bagatelizowany jak mało co innego). Wiem znowu i po raz enty - trzeba i warto mieć marzenia i co najważniejsze, czasami da się połączyć niemożliwe. Po prostu to wiem, bo tego doświadczam. Jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia. Dobrze, że rzeczywistość potrafi ją przeskoczyć.

6.10.11

Podróże w stylu slow

Podróże. O ile nie jestem globtroterką i nie chciałabym być (nie każdy jest do tego stworzony :), to uwielbiam raz na jakiś czas gdzieś pojechać. Nie ważne, czy prywatnie czy służbowo. Zapakować walizkę (albo 2) i wyjechać. Wrócić stęsknioną za mężem, własnym łóżkiem, kotem, kuchnią, balkonem i łazienką. I pościelą pachnącą domem. Ale jak już wyjeżdżam, to chłonę ten czas całą sobą. Od momentu, gdy wsiadam do samochodu zmieniam się w wielkie chłonięcie. Potem płynę na fali, spotkań, ludzi, miejsc, widoków, krajobrazów. Podobno ludzie dzielą się na takich, którzy podróżując czekają na dotarcie do celu nie zwracając uwagi na otoczenie (bez względu na środek lokomocji) i na takich, do których ja należę: sama droga do celu jest fascynującym etapem, któremu poświęcam 100% uwagi, zapominając na chwilę o celu samym w sobie.

Tym razem miałam niesamowite szczęście (piszę to siedząc w hotelu w Warszawie). Przejeżdżając przez wschodnią Polskę zakochałam się w niej w zupełności. Krajobraz jest przecudowny. Lubelszczyzna leżąca na lekko górzystym terenie (którego nie mam za bardzo nad morzem) urzekła mnie. Małe miasta i miasteczka stanowiące zupełne przeciwieństwo dużych miast. Prawdziwa złota, polska jesień rysująca wszystkimi kolorami lasy, tworząca fantastyczne krajobrazy. Niesamowity klimat warszawskiego centrum od strony biznesowej. Mieszanka kulturowa i narodowościowa, mieszanka języków, jaką znałam z życia zagranicą, a przy tym wszystko naznaczone bardzo dobrym, wysokim poziomem. Co ciekawe, poziom ten zauważyłam w każdym miejscu i u każdej spotkanej w ostatnich dniach osoby.

Niespotykana różnorodność. I tak samo różnorodni ludzie, ale wszędzie mili, otwarci, rozmowni. Gdyby mi ktoś powiedział, że Polacy są tacy, jakich siebie sami znamy od środka, to bym w to nie uwierzyła nigdy. Z punktu widzenia turysty (bez względu znowu czy prywatnie, czy służbowo) Polacy pokazują się jako naprawdę niesamowicie otwarci i fajni ludzie. Pełni fantazji, pozytywnego nastawienia (mimo różnych trudności). Zakochałam się w naszym kraju jak nastolatka. Bardzo chcę, żeby to mi zostało jak najdłużej. Piękne uczucie.

Myślę, że jesteśmy też tacy, jakimi siebie widzimy i pokazujemy. I bardzo zmienia się jednak mentalność. Na wiele spotkanych osób nie narzekała żadna. Kiedyś było to nagminne. Przejście rozmów z tematów biznesowych schodziło na narzekanie. Teraz schodzi na pochwały, plany, pozytywne myślenie przebija się przez słowa.

Pogląd o Polakach jest zapewne uzależniony od tego, na jakich ludzi trafia ktoś z zagranicy. Mam nadzieję, że coraz więcej osób trafia na ludzi takiego pokroju, jakich ja mam szczęście poznawać.
Kolejna uchwycona chwila. Autentycznie zakochałam się jakąś nową miłością w naszym kraju i ludziach. Ja wierzę w cuda, a teraz się czuję, jakbym kolejnego doświadczała. Fenomenalne odczucie.
I patrząc na panoramę Warszawy z hotelowego okna jestem po prostu wzruszona.

Nie mogę sobie tylko wybaczyć, że nie wzięłam aparatu fotograficznego. Widoki jakie miałam szczęście uchwycić wzrokiem długo pozostaną w mojej pamięci, która niestety jest słaba. Szkoda, że nie będę miała zdjęć. Dobrze jednak, że inni ciągle je gdzieś umieszczają i będę mogła dzięki nim powspominać te miejsca i chwile.

I co jest zupełnie niebywałe: ta piękna pogoda. Przez cały tydzień przemieszczała się za nami jak by chciała mi doprawić wisienką na torcie ten wyjazd. Ale ja tak właściwie mam. Podróżnicze szczęście daje mi znać o sobie na różne sposoby. Za co cicho i codziennie dziękuję losowi. On chyba wie, że to bardzo, bardzo doceniam ;)

1.10.11