31.5.11

Nachalność w wersji pure

Pracuję skupiona nad kolejną sprawą związaną z "ratowaniem świata i delfinków". Cisza, jedynie radio z muzyką chilli umila mi czas.
Telefon. Dzwoni. Nie odrywam się, dopóki nie skończę zdania. Telefon. Dzwoni. Dalej. Odbieram.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Dzień dobry. Nazywam się (?), dzwonię z (?) i chciałam zapytać, czy  rozmawiam z Panią K?
JA: [poprawiam przekręcone nazwisko]  Słucham Panią.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Czy lubi Pani muzykę poważną?
JA[oho]:  A dlaczego Pani pyta?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Bo chciałabym wysłać Pani wspaniały prezent. Zestaw powitalny, który będzie zawierał… to lubi Pani, tak?
JA: Jaki zestaw powitalny? Dzwoni Pani z jakiegoś klubu? Może Pani powtórzyć nazwę firmy?
KOBIECY GŁOS: (podaje)
a ja sobie szybko poguglałam i słuchałam jej jednym uchem.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Wyślę Pani zestaw powitalny..
JA: a czy mogę z niego zrezygnować?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: będzie mogła Pani w każdej chwili zrezygnować. Nie ma problemu. Jak się Pani nasza kolekcja nie spodoba, to telefoniczne, bądź mejlowo może Pani bez problemu w  ciągu 10 dni od otrzymaniu upominku zrezygnować.
JA: A muszę go odesłać, jak mi się nie spodoba?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Nie, nie. To prezent od nas.
JA: Ale zrezygnować mogę pisemnie?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Nie, nie, nie ma nawet takiej potrzeby. Może być telefonicznie, faxem lub mejlem. Więc lubi Pani muzykę poważną, rozumiem? To może ja Pani opiszę, co zawiera nasz zestaw powitalny, który do Pani wyślę.
JA: Słucham.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Wyślę do Pani zestaw powitalny zawierający dwie płyty z muzyką Szopena i Mozarta, ale dodatkowo z książeczkami opisującymi (nie wiem co, bo się zawiesiłam na czytaniu znalezionych stron) i wspaniałe, duże słuchawki radiowe (??) oraz segregator i pierwszym numerem naszej kolekcji.
JA: Mhm
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Więc wyślę do Pani taki zestaw powitalny, przy odbiorze uiści Pani drobną opłatę 14złotych 99groszy i potem na spokojnie zapozna się Pani z prezentem.
JA: Czyli tylko ta drobna opłata i to wszystko?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Tak właśnie. Chciałabym w tej chwili tylko potwierdzić Pani dane. Czyli Pani K. miejsce zamieszkania ul…, i tylko proszę właściwie podać mi jeszcze Pani numer kodu i…
JA: Ja mam jeszcze takie drobne pytanie, pozwoli Pani. A skąd macie Państwo moje dane?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Z takiej firmy. Wie Pani jak to jest, tu i tam wyrażamy zgodę na przetwarzanie naszych danych osobowych do celów marketingowych i potem właśnie takie firmy jak nasza mogą się z Panią skontaktować.
JA: Aha.  No tak. A jak się nazywa ta firma?
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: (podaje nazwę), ale to jest tylko jedna z wielu.
JA: Aha. I wy kupujecie dane?
A ja sobie znowu googlam.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Dokładnie. Więc teraz proszę mi podać jeszcze Pani kod i wysyłamy do Pani pakiet powitalny i po zapoznaniu się, będzie mogła Pani z niego zrezygnować, ale mamy nadzieję, że kolekcja się Pani spodoba i dołączy Pani do grona naszych zadowolonych klientów
JA: Hm. Dziękuję Pani, ale ja jednak podziękuję.
KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Ale za co? Proszę podać mi swój kod i zakończymy rozmowę, a ja…
JA: Ale ja dziękuję. Nie interesuje mnie oferta, prezent i pakiet powitalny za 14,99zł z możliwością rezygnacji.
KOBIECY GŁOS [mocno podirytowany]: Ale co to znaczy? Już się Pani zgodziła, ja poproszę tylko o Pani numer kodu i..
JA: Nie, proszę Pani, ja się nie zgodziłam na wysyłkę. Ja dopytywałam o szczegóły. I teraz Pani mówię, że nie jestem zainteresowana. Ostatecznie.
KOBIECY GŁOS: Ale dlaczego nie?
JA: Ponieważ Państwa oferta mnie nie interesuje.
KOBIECY GŁOS: Ale..
JA: Dziękuję Pani.
I się pożegnałyśmy czule i z żalem liczę na to, że więcej nie zadzwoni.
Jednak (jak skończyłyśmy rozmowę, zanim poszłam zrobić sobie kawę) przypomniałam sobie perypetie z innym klubem. Wieki temu. Kupiłam od nich jedną książkę. Kolejne przysyłali mi już sami. Według własnego uznania i z fakturą na mnie. Na początku poświęcałam się, czas, pieniądze i im odsyłam. Jednocześnie wysyłałam co rusz pisma (listem poleconym), że „się wypisuję, dziękuję, proszę mnie wykreślić” (w tamtych czasach nie mieli chyba jeszcze strony www i adresu mailowego do kontaktu, ani BOK). Nadal przesyłali mi książki, których już jednak nie odsyłałam. Za którymś razem (chyba trzecim) otrzymałam książki po raz ostatni. Oddałam je potrzebującym. Do dziś pamiętam jednak, jak się irytowałam brakiem możliwości wypisania, chociaż przecież nawet nie chciałam się zapisywać. Po prostu chciałam jedną książkę. Teraz przeżyłam dejavu.
Bardziej mnie zmartwiło, że tak nachalnie wciska się ludziom produkty i to jeszcze wiążące ich z cyklicznością dostaw kolejnych numerów. Ja podeszłam do Pani spokojnie i asertywnie, ale jak sobie przypominam jej głos, to jestem przekonana, że starszy człowiek, albo mniej pewny siebie podałby ten kod i potem pluł sobie w brodę.
Moja mała sugestia, dla tych, którzy mają problem z odmawianiem takim ofertom. Wyjdzie z założenia: nie podawajcie telefonicznie żadnych danych. Jak ktoś zadzwoni z taką ofertą, to powiedzcie, że nie wiecie jak się nazywacie, gdzie mieszkacie i w ogóle nikogo nie ma w domu. Będzie to przynajmniej najbezpieczniejsze i pozwoli unikać uwikłania się w zobowiązania, których wcale nie chcecie, nie chcieliście i chcieć nie będziecie.
I czytanie tekstów pisanych małym druczkiem nie jest mitem. Niestety. A jeśli ktoś taki do nas dzwoni (a dzwoni, bo ma interes), to my mamy pełne prawo wyjaśnić wszelkie wątpliwości, jakie nam się nasuwają. I to właśnie w trakcie tej rozmowy, bo potem może być o tyle za późno, że poświęcimy mnóstwo czasu na wykręcenie się z tego. Absolutnie nie neguję konieczności istnienia takich usług i produktów na rynku, ale neguję marketing wciskany, który kończy się bezkresem wyjaśniania i straconego czasu, który przecież chcemy poświęcać na coś zupełnie innego. Slow life opiera się też na szanowaniu własnego czasu. Przewidywanie konsekwencji decyzji jest jedną z podstaw na nie tracenie go przy późniejszym wykręcaniu się z różnych spraw. A ja nie kocham niczego ponad święty spokój, a jeśli pędzę, to znaczy, że tak chcę :)

28.5.11

E- zakupy przyszłości

Właśnie mi się wymarzył  wirtualny sklep z prawdziwego zdarzenia.
Sklep przypominający grę. Gdzie wchodzę przez wirtualne drzwi, biorę wirtualny wózek i rozpoczynam spacer między regałami. Najeżdżam myszką na półkę, produkt, czytam spokojnie jego skład, sprawdzam daty ważności. Gdzie podjadę do działu pieczywa i wybieram ciepłe jeszcze bułki. A po drodze wybieram potrzebne warzywa i owoce. Gdzie mogę wirtualnej ekspedientce w dziale wędlin napisać ile plasterków, której wędliny poproszę, ile i jakiego mięsa proszę zapakować. Gdzie zaznaczam zgrzewkę wody mineralnej. Gdzie zaglądam na półkę z chemią i wybieram płyn do naczyń i jeszcze zaglądam na półkę z kosmetykami i biorę płyn do kąpieli. Gdzie po drodze podjadę pod lodówki i wrzucam do koszyka ulubione lody. A i jeszcze wracam się po kawę. Po czym podjeżdżam do kasy i płacę kartą, a następnie umawiam się na godzinę dostawy, po czym dostaję już realnie, pod drzwi, wszystko piękne, ładne i ekologicznie zapakowane w papierowe siatki.


Gdyby wizualizacja sklepów była właśnie do tego stopnia urealniona, to bym korzystała z takich sklepów wyłącznie, bo w gruncie rzeczy za dużo czasu tracę na jeżdżenie do sklepów.
Myślę, że kiedyś do tego dojdzie. Kiedyś nie do pomyślenia było wirtualne zwiedzanie muzeum, w każdym miejscu świata, jak TU, więc taka wizja wirtualizacji sklepów wydaje się być też realna. Mam nadzieję, bo jestem typowym wzrokowcem i do mnie by to mocno przemówiło, bo pozwoliłoby mi zastąpić naturalne rytuały zakupowe. Owszem, do dawna istnieją e-sklepy kilku marek, ale TO NIE TO SAMO. Nie trafia do mnie wybieranie produktów bez opisów i tylko na podstawie samych zdjęć (brak informacji o produkcie zawsze mnie zniechęci do zakupu, poza produktami, które znam, ale takich jest niewiele, no i zupełnie odpada możliwość poznania nowości, albo czegoś po prostu innego), bez tego zakupowego klimatu jaki mam chodząc po sklepie. Tak jak nigdy nie będę kupowała w internecie ubrań, bielizny, bo nie mogę ich przymierzyć, tak też nie przekonam się do zakupów spożywczych. A byłoby to bajecznym rozwiązaniem...

UPDATE 19.07.2011.  Po wypróbowaniu zakupów internetowych w "Piotrze i Pawle" muszę pokornie przyznać, że jest to jednak doskonale rozwiązanie już teraz. Niedociągnięciem jest nadal brak podania składników produktów, ale może z czasem to dopracują, a ja mam i tak sprawdzone marki i produkty, które stanowią stały punkt listy zakupów. Raz na jakiś czas wystarczy pojechać i sprawdzić nowości, albo składy interesujących produktów i dalej można dawać się rozpieszczać zakupami przez internet. Cudne rozwiązanie.

27.5.11

Dlaczego slow life cz.4 - wolny ptak

Wszyscy zawsze czekają na weekend, a ja nie. Lubię to co robię i nie czuję się jak niewolnik czekający na parę dni oddechu. Oczywiście, że lubię czas wolny, urlopy, weekendy, ale nie czekam na nie, jak na zbawienie. Gdybym musiała pracować w miejscu, którego nie znoszę, pewnie bym tak miała. Ale nie mam. I to robi ze mnie człowieka podwójnie szczęśliwego, czym tylko irytuję zniewolone otoczenie ;) No cóż. Bywa. Wystarczy nie poddawać się i znaleźć swoje miejsce na Ziemi, ale nie poddawać się, dopóki się go nie znajdzie. Tu nie ma półśrodków. Nasze zadowolenie z życia jest bezcenne i powinno być dla nas jednym z najważniejszych celów. Więc nie narzekać, tylko szukać. Tylko tyle ;)

25.5.11

EHEC

Od kliku dni czytam o rozprzestrzeniającej się w Niemczech (jak na razie na północy kraju) chorobie wywołanej przez bakterie z grupy E.coli tzw. EHEC. 
Bakterie te wywołują chorobę jelit. Obecnie w Niemczech zaczyna się powoli coraz mocniejsza fala ostrzegawcza przed epidemią. Na obecną chwilę odnotowano 600 zachorowań i 2 przypadki śmiertelne. 
Na co zwracają uwagę lekarze? Przede wszystkim na bardzo szczególne zachowanie higieny rąk, krótko mówiąc częste i dokładne mycie. Zakłada się, że choroba może się rozprzestrzeniać na surowych pomidorach, ogórkach i sałacie, dlatego odradzają na razie jedzenie ich, ponieważ istnieje założenie (niepotwierdzone), że bakterie e.coli mogłby dostać się do warzyw poprzez glebę.

26.05. okazuje się, że niemiecki Instytut ds Higieny zidentyfikował nosiciela EHEC: hiszpańskie ogórki sałatkowe. No cóż. Globalizacja ma swoje plusy i minusy. Mnie osobiście cieszy i uspokaja, że jednak są instytucje, które to wykrywają, identyfikują i eliminują. Jestem pewie pewna, że co rusz gdzieś wybucha mikroepidemia, tylko jest tłumiona w zarodku.
Nie reaguję histerycznie na doniesienia o epidemiach. Nie panikuję. Nigdy nie zaprzestałam jedzenia wołowiny, wieprzowiny, czy drobiu, kupowanych z pewnych źródeł, gdy szalała "ptasia" czy "świńska" grypa czy "choroba wściekłych krów". Teraz pewnie nazwie się to "grypą warzywną". (chociaż Hiszpania się już wybroniła, bo się okazało, że przebadali u siebie kilka plantacji i nic nie wykryli).
Nic nie zmienia faktu, że higiena jest podstawą zdrowia. Gdyby nie higiena to nasza populacja za nic nie rozrosła się w takim tempie i do takich rozmiarów, jak ma to miejsce. Co rusz jakaś epidemia wybijałaby spory % ludzkości. Nie dzieje się tak po pierwsze dzięki rozwojowi medycyny i wykrywalności chorób, zanim się rozprzestrzenią a po drugie właśnie dzięki zwiększeniu higieny. I poważnie, trochę mnie to dziwi, że nadal wymaga powtarzania hasło o konieczności mycia rąk, czy warzyw i owoców albo jajek, przez dalszą obróbką. Ale widocznie tak jest. Niby nie średniowiecze, a jakoś skojarzenie nasuwa się samo. Niemniej, nic nie zmieni faktu, że dbanie o higienę po prostu chroni nas przed chorobami. Zjadanie jabłek prosto ze straganu czy picie wody z nieznanych źródeł, albo jedzenie w nieznanych miejscach, w których higiena jest podejrzana może nas narazić na choroby. Mimo wszystko mamy na to bardzo duży wpływ. I podkreślę, że daleka jestem od paniki i histerii. One nigdy nie pomagają w żadnej sytuacji. Ale znajomość przyczyn występowania takich chorób, źródeł chorobotwórczych pozwala nam ich unikać. I to powinno być najważniejsze w profilaktyce.

24.5.11

5 przemian a slow food

Równowaga. Jedna z cech charakteryzujących slow life.

W życiu jak i w kuchni. Ponieważ nie jestem ortodoksyjna w żadnych przekonaniach, zasadach, nurtach, nie ma poglądów, które byłyby dla mnie zaślepiająco jedynie słuszne, szukam nieustannie nowych rzeczy, myśli. Lubię poznawać bliżej spotykane nowości i odkrywane na nowo teorie, które są stare jak świat :)
Jedną z nich jest chińska filozofia 5 przemian, którą stosuję (m.in.) od kilku lat. Filozofia 5 przemian powiązana jest z 5 żywiołami i krążącą pomiędzy nimi energią. Świetne jest to, że nie jest to kwestia wiary a doświadczania i odczuwania skutków jej stosowania. Nie ma w tym niewyjaśnionej magii, chociaż magią staje się gotowanie :)
Głównym założeniem filozofii 5 przemian jest właśnie filozofia równowagi. Przede wszystkim w jedzeniu, co jednak ma się przekładać na zdrowie i samopoczucie. Badania mniej i bardziej poważne w dużej mierze potwierdzają, a na pewno nie wykluczają wpływu jedzenia na zdrowie a za tym samopoczucie. To się wydaje być oczywiste.

Bardzo cenię sobie chińską filozofię, która zakłada, że leczenie powinno polegać na
1. zapobieganiu
2. leczeniu przyczyny a nie skutków
Coś, od czego ucieka mentalnie medycyna konwencjonalna. Jak się dobrze przyjrzeć, to założenia medycyny chińskiej są genialne w swojej prostocie i słuszności. Jako generalnie osoba wyważona i nieortodoksyjna oczywiście bardzo często dopuszczam odstępstwa od kuchni 5 przemian, ponieważ nie zawsze mam czas czy ochotę, czy możliwości i zapał, żeby jeść tylko potrawy przygotowane wg tej kuchni, ale staram się stosować ją jak najczęściej.Po takich potrwach nigdy nie czuję się ciężko, nie miewam problemów z żołądkiem (co zdarza się przy innych potrawach), jedzenie jest smaczne, bo jest świetnie doprawione. I co najważniejsze, zasady 5 przemian można zastosować praktycznie w każdym przepisie i w każdej kuchni. Ważna jest kolejność dodawania składników i ich charakter. Mi tę filozofię polecił parę lat temu pewien człowiek, który ma obecnie ponad 70 lat a sprawności może mu pozazdrościć nie jeden nastolatek. Na ten temat jest mnóstwo publikacji i książkowych i w internecie i co mnie cieszy, pojawia się coraz więcej zwolenników. Sama nie agituję, bo nie lubię namawiać do rzeczy, do których sama nie lubię być namawiana, ale na pewno filozofia ta ma moje rekomendacje. Jak i cała medycyna chińska transponowana na zachód, z jogą, buddyzmem i feng shiu na czele.

 Wewnętrznie zgadzam się z poglądem, że słowo "dieta" jest dziś źle rozumiane i jak wiele innych zdeformowane. Wg mnie (również) "dieta" oznacza świadome odżywianie. Unikanie produktów, które szkodzą (jednorazowo lub długoterminowo), które odbierają energię, zamiast ją dawać (jem, żeby żyć, a nie żyję, żeby jeść). Świadome, o tyle, że dokonuję wyborów nie tylko kierując się smakiem. Jak pisałam, daleko mi do ortodoksyjności, bo po prostu lubię czasami zjeść coś tylko i wyłącznie ze względu na ochotę, ale też wiem (dzięki 5 przemianom), że po tym, czy tamtym, będę się np. gorzej czuła, może mnie boleć głowa czy brzuch. Chociaż często wystarczy wypić herbatę imbirową, która ma niesamowicie łagodzące działanie.


Czemu to dla mnie takie ważne? Bo jeszcze kilka lat temu bardzo to wszystko bagatelizowałam. Byłam typowym pracoholikiem, który żyje cały dzień na kawie, drożdżówkach i papierosach i fast foodach czy mrożonkach i półproduktach po produkty z proszku. Dziś wielu z tych rzeczy nie wzięłabym do ust. Ale dziś też czuję się o niebo lepiej, niż te 3 lata temu. Między innymi dzięki kuchni 5 przemian.
Na pewno mogę polecić książki Anny Ciesielskiej, z którymi rozpoczęłam w ogóle swoją przygodę z gotowaniem. Ona mnie nauczyła przyjemności z gotowania. A przy tym na niebywale prosto i klarownie opisaną filozofię i same przepisy. Urzędując w kuchni z jej książkami czuję się jak czarownica, mieszająca składniki w określonej kolejności. Dzięki niej sama szukam okazji do gotowania.

Temat ten jest tematem rzeką, którą sama ciągle poznaję.

Linki powiązane:

23.5.11

Dlaczego slow life? cz. 3

Dlaczego slow life?
A więc dlatego, że jest to filozofia tego, czego tak bardzo ciągle brakuje w świecie: równowagi.

Slow life jest filozofią w dużej mierze uczącą przede wszystkim asertywności. Niestety żyjemy w takich czasach, że umiejętność powiedzenia NIE jest jedną z dróg do własnego zadowolenia. Jesteśmy zasypywani na nieskonczenie wiele sposobów wszelkiego rodzaju propozycjami, ofertami, okazjami. Umiejętność wybierania tych dobrych dla nas a przy tym odmawiania tym, które nam nie odpowiadają i nie pozwalanie na przekonywanie nas do zmiany zdania, to jedna z cenniejszych dziś umiejętności.
Od wyborów produktów, usług, zdarzeń kulturalnych, po propozycje spotkań, spędzania czasu. Patrząc na osobistą statystykę zauważam, że zdecydowana większość z nich spotyka się z moim "NIE, dziękuję". Tylko tym sposobem mogę wybierać to, co naprawdę mi odpowiada.

20.5.11

Koniec świata - przewodnik

Amerykanie są narodem zapobiegliwym. Oczywiście przywykliśmy już, że potrafią się znaleźć w każdej sytuacji, jednak teraz, idąc z duchem czasu postanowili szybko stworzyć poradnik, jak się zachować w przypadku końca świata, który jak wiemy, ma znowu nastąpić, tym razem dnia 21.05.2011.
Na wszelki wypadek warto się przygotować: poradnik po angielsku.



Wg doniesienia, które rozeszło się po świecie, w tym w Niemczech, organ wydający poradnik zapewnia, że nie ma sytuacji, w której nie potrafiłby się znaleźć, w tym np. ataku zombie.

Mnie to naprawdę uspokoiło ;)

Swoją drogą zastanawiające jest, jak się czują ludzie, którzy w te "przepowiednie" naprawdę i poważnie wierzą, gdy okazuje się, że koniec świata jednak nie nastąpił. Niestety nie znam ani jednej osoby, która brałaby to na poważnie, dlatego nie mogę tego zweryfikować.
I można stwarzać dziesiątki scenariuszy, można się przygotowywać na to na wiele sposobów, można. Wszystko można. Tylko dla mnie pozostanie niepojęte, po co ludzie wymyślają takie rzeczy i dlaczego z taką pasją nakręcają własny i cudzy strach. Naprawdę w każdej sekundzie świat się dla kogoś kończy i nie widzę większego sensu w nakręcaniu się, żeby spektakularnie dołączyć do grona tych ludzi. Z resztą, czy każdy z nas nie przeżył już przynajmniej raz własnego końca świata? Czy do tego potrzebne jest zmiecenie całej ludzkości w dziwnych okolicznościach? Widocznie tak. Tylko takie "przepowiednie" nie mają na to większego wpływu. Ludzkość jako gatunek od samego początku istnienia doszukuje się dobrych momentów na zakończenie istnienia Ziemi. Tak. Jesteśmy najbardziej poryranym gatunkiem na Ziemi. Pocieszne.
Ja niezmiennie będę wolała żyć "tu i teraz". Katastrof na świecie i tak nie brakuje. Mogę się tylko cieszyć, że jak do dziś wszystkie dzieją się "gdzieś indziej". A w razie ataku zombie i tak pewnie błyskawicznie zemdleję na widok pierwszego z nich. Bardziej boję się pająków, które potrafią zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie i spaść na rękę z sufitu. To jest dopiero szok. A ten żaden zombie ;)

Dlaczego slow life - cz. 2

Rozpisanie listy czynności, wstępnie bez żadnego uporządkowania, pokazuje nam na co poświęcamy czas. Jak nim zarządzamy w odniesieniu do siebie, ale też ważne - w odniesieniu do innych.
Zgodnie z zasadami zarządzania czasem, wykonanie takiej listy pozwala dokonać podziału czynności w kilku grupach. 
1. Ważność zadań - ustalanie priorytetów.
2. Czas, jaki jest potrzebny na dane czynności. Tu są dwie szkoły podziału czasu na czynności, ale o tym następnym razem.
3. Delegowanie zadań. To jeden z moich ulubionych podziałów :)
Na czym polega delegowanie zadań? (Służbowo oczywiście na przydzielaniu zadań pracownikom), ale prywatnie? Dokładnie na tym samym. Na umiejętności NIE WYKONYWANIA wszystkiego samodzielnie. Mistrzowie fachu posuwają się do wyręczania, wykorzystywania innych stosując przeróżne metody manipulacji, ale można to robić też bez stosowania "nieuczciwych" praktyk. Czasami wystarczy poprosić. Najważniejsze w tym (chyba) jest wiedzieć do kogo z czym się zwrócić, żeby nie robić mu kłopotu. Jak się dobrze przyjrzymy, to sami też jesteśmy na co dzień proszeni o różne drobiazgi, ale są one dla nas tak nieinwazyjne, albo mało problematyczne, że nie zauważamy nawet, że właśnie pomogliśmy komuś, kto oddelegował na nas swoje zadanie. Jeśli wszystko odbywa się na uczciwych zasadach, to taka siatka powiązań pomoże nam na generowanie czasu na inne rzeczy.
Bardzo ważne: nigdy nie zapominać o prostych słowach jak "proszę" i "dziękuję". Ich brak może zamknąć pomoc przy kolejnych okazjach.
Mało co jest tak prawdziwe, jak słowa "Proście, a będzie Wam dane" ;) I nie potrzebne jest sięganie po manipulacje, tajemne sztuki NLP, magia i inne techniki. Jest to jednak z najprostszych i najskuteczniejszych prawd: po prostu poprosić, tylko wiedzieć kogo, kiedy i o co, żeby nie usłyszeć krótkiego NIE.

11.5.11

E khm

Krótka i dobra uniwersalna zasada mówi, żeby sprawdzać listę składników wszystkich produktów spożywczych (i nie tylko, ale teraz zajmę się spożywczymi). Oczywiście w każdej grupie produktów ważne będą inne czynniki, ale chyba nie ma grupy, w której nie występowałyby dodatki chemiczne z tzw. "listy E". Dokładny wykaz znajduje się TU.


Nie da się nie zauważyć, że lista ta jest długa i same E są pogrupowane. Zakładam, że wszystkie z nich można dodatkowo podzielić na mniej i bardziej szkodliwe i tak naprawdę interesuje mnie tylko ten podział. Jest to o tyle istotne, że są dodatki, które mogą wywoływać choroby, alergie, a nawet raka. Wiedząc, które z dodatków należą do faktycznie szkodliwych, można chociaż profilaktycznie zmniejszać ich spożywanie. Nie unikniemy ich zupełnie, bo paradoksalnie wiele z nich właście chroni nas przed chorobami i zatruciami. Żywność bez konserwantów błyskawicznie by się psuła. Biorąc pod uwagę fakt, że większość produktów nie jest dla nas dostępna prosto u źródła, musimy podejść do sprawy rozsądnie. Czas transportu, magazynowanie, czas jaki produkty spędzają w sklepie (nie oszukujmy się, ale słowo "świeże" jest dziś mocno nadużywane) wymuszają przedłużenie trwałości produktów. Założyć jednak należy, że nie są dopuszczone do użytku dodatki szkodliwe w małych ilościach i o to dbają odpowiednie organy z UE włącznie.
Więc do czego sprowadza się czujność? Do minimalnego spożywania dodatków, które mogą być szkodliwe po spożyciu w ilości przekraczającej normę na dany okres czasu. Według Polskiej Federacji Producentów Żywności są to substancje dodatkowe o limitowanym dopuszczalnym dziennym spożyciu (tematu już niestety nie rozwija). Analizując ustawę i podane normy niestety zdałam sobie sprawę, jako przeciętny konsument, jak bardzo bym nie chciała się uświadamiać, nie jestem w stanie weryfikować spożywanych ilości poszczególnych dodatków, jeśli miałabym to robić wg tabel. Szkoda życia, czasu na taką weryfikację, jeśli nie jesteśmy alergikami, wrażliwcami, nie mamy schorzeń, które mogą się nasilać po nadmiernym spożyciu niektórych dodatków. Więc po prostu postępując drogą eliminacji, skupiłam się na tych, które są wymieniane jako warunkowe. Wsparłam się w tym miejscu też opinią dietetyka i chemików. Tworząc listę uspakajał mnie fakt, że lista ta jest stosunkowo niedługa. W dzienniku ustaw moją uwagę, końcem końców, zwróciły dodatki dozwolone warunkowo. Bo wzbudziły moją nieufność, przez tę warunkowość ;)
ŚCIĄGA
Dziennik Ustaw nr 94 poz 933 załącznik 2
§ 27. Warunkowo dozwolone konserwanty i przeciwutleniacze:
Numer wg systemu oznaczeń Unii Europejskiej
Nazwa
Skrót
1) E 200 Kwas sorbowy
E 202 Sorbinian potasu Sa
E 203 Sorbinian wapnia
2) E 210 Kwas benzoesowy
E 211 Benzoesan sodu Ba(1)
E 212 Benzoesan potasu
E 213 Benzoesan wapnia
3) E 214 Ester etylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego
E 215
Ester etylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego
- sól sodowa
E 216 Ester propylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego PHB
E 217
Ester propylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego
- sól sodowa
E 218 Ester metylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego
E 219
Ester metylowy kwasu para-hydroksybenzoesowego
- sól sodowa
(1)  Kwas benzoesowy może być obecny w niektórych produktach fermentowanych, co jest rezultatem procesów fermentacji wynikających z dobrej praktyki produkcyjnej.
Szkodliwe KONSERWANTY wg chemika:
azotan sodu E-251 i potasu E-252, oraz azotyn sodu E-250
(mogą stanowić źródło potencjalnie rakotwórczych N-nitrozoamin, co powoduje, że coraz mniej chętnie stosowane są w produktach spożywczych)

 Lista dodatków najbardziej szkodliwych wg dietetyka:
Konserwanty:
E-210-do E-219-rakotwórczy (syntetyczny dodatek do napojów gazowanych, konserw).
E-220- niszczy wit.B12, występuje w sokach owocowych i koncentratach, winie).
E-221 do E-227-zakłuca czynności jelit.
E-230 do E-233-powoduje zaburzenia funkcji skóry.
E-239-rakotwórczy
E-249 do E-252- dodawany do serów żółtych i topionych.
BARWNIKI:
E-124 jest używany do barwienia cukierków owocowych, budyniów. Wywołuje reakcje alergiczne.
E-151 Wywołuje reakcje alergiczne. 
Przeciwutleniacze:
E-280- dodawany do chleba i wyrobów ciastkarskich. Powoduje raka żołądka.
E-220, dodawany do ciasta biszkoptowego, kostkach rosołowych i tłuszczów cukierniczych. Powoduje zaburzenia pracy wątroby, przyśpiesza wytwarzanie enzymów trawiennych.
E-321, występuje w gumie do żucia, powoduje uczulenia.
Zagęszczacze:
E-413, wywołuje podrażnienia, wysypki i zapalenie skóry.
E-414, guma arabska-powoduje uczulenia.
E-524, środek żrący-znajduje się w słonych paluszkach.

 Najbardziej niebezpieczne substancje chemiczne dodawane do żywności to: benzoesan sodu, kwas sorbowy, dwutlenek siarki, tortrazyna, glutaminian sodu oraz azotyny ich pochodne. Substancje te mogą spowodować powstanie alergii, pokrzywkę, obrzęki naczyniowe, astmę, zapalenie błony śluzowej nosa.
źródło: http://www.bbedukacja.pl/zdrowe_dziecko/zywienie/uwaga_konserwanty.html
http://www.abc.com.pl/serwis/du/2004/0933.htm
Okazuje się, że bardzo szkodliwe mogą być dodatki, których nazwy brzmią niewinnie, a te o nazwach czysto chemicznych nie są niczym, co może nam zaszkodzić.
Oczywiście problematyka jest o tyle skomplikowana, że wokół tych dodatków powstaje wiele mitów. Ciężko, nie będąc chemikiem bądź lekarzem, połapać się w racjach i spekulacjach, więc najbezpieczniej będzie pokierować się zdrowym rozsądkiem. Ja praktykuję metodę "im krótsza lista składników, tym lepiej", chociaż tu też trzeba uważać, czy krótka lista nie jest po prostu "niedopatrzeniem" czy efektem niestaranności producenta. Lekcje są dość mozolne, ale na pewno warto je przyswoić. Nawet, żeby wiedzieć, które składniki mogą nasilać u nas skłonności alergiczne, które mogą być szkodliwe w większych ilościach. Pewnie, można wyjść z założenia, że i tak się od tego nie ucieknie, że co my tam wiemy o jedzeniu i dodatkach, że i tak jemy masę chemii. Owszem. Wszystko prawda. Tylko dlaczego nie zrobić sobie dobrze i nie minimalizować tych dodatków? No właśnie :)
Pocieszające jest to, że jedząc jak najmniej przetworzonych chemicznie (w rozumieniu dodatków) produktów, gotując w domu, można sięgać po większość sładników naturalnych i zdrowych, bo jeszcze nie silnie zakonserwowanych, bez polepszaczy smaku i zapachu, bez dodatków "o smaku identycznym z..." Żadna kupna zupa nie będzie smakowała jak zrobiona na rosole, w domu.
Dodatkowo, przy okazji konserwacji, przechowywania,  zup i potraw własnej roboty. Nie, nie jestem fanką spędzania w kuchni dni i nocy, bo mimo przyjemności z gotowania lubię spędzać czas na innych zajęciach. Niemniej jak już gotuję, to gotuję i wiem, że jednak bardzo dobrą praktyką jest mrożenie. Ugotowanie np. dwóch różnych zup i zamrożenie ich w pojemniczkach. Tak samo można potraktować gulasz (oby był jeszcze nie zagęszczony). No i podstawa, to pomrożone mięsa i warzywa (pokrojone zamrożone pieczarki są zbawieniem przy domowej roboty pizzy, albo poporcjowane już mięso, które tylko marynujemy, zaprawiamy itp).
I tak naprawdę lista E jest na pewno ważna, dla ludzi, którzy mają problemy zdrowotne. Uważam za nieuczciwe bagatelizowanie informacji, że niektóre dodatki i ulepszacze mogą powodować nasilenie schorzeń, albo je wywoływać. Negowanie tego jest mydleniem oczu konsumentów. Owszem, nie każdy zareaguje na jakiś składnik, ale to tak samo jak ze wszystkimi alergenami. I jeśli ktoś wie, że unikając jakiegoś dodatku po prostu nie będzie powodował wystąpienia/ nasilenia objawów jakiejś choroby (jak chociażby alergii) to powinien mieć wiedzę i prawo do unikania tych dodatków, jak np. każdy alergik, który wie, co jest jego alergenem. Moja ściąga jest bardzo ogólna i na pewno nie wyczerpuje tematu, ale zachęcałabym każdego, kto miewa problemy zdrowotne do stworzenia takiej listy pod własne potrzeby i wymagania. I żaden specjalista nie powinien w tym miejscu reagować komentarzem, że to przesada. Dla każdego alergika na pewno przesadą to nie będzie, a śledząc materiały dostępne w internecie i w czasopismach przekonałam się, że dodatki mogą być problematyczne. Jako konsumenci mamy prawo do wiedzy o nich i tym bardziej do unikania tych, które nam nie służą. Gdyby ta wiedza była dostępna i propagowana w normalny i czytelny sposób przez uprawnione do tego instytucje, to na pewno nie byłoby tyle mitów i niepotrzebnych przerysowań oraz w drugą stronę - bagatelizacji tematu.

10.5.11

LINKI, KSIĄŻKI = wokół SLOW LIFE

http://www.spaeden.pl/pl/news/items/slow-life-zycie-ze-smakiem
Wywiad z psycholożką Malwiną Puchalską
http://zwierciadlo.pl
Jeden z moich ulubionych wywiadów z Marzeną Chełminiak
http://kobieta.gazeta.pl/
Przybliżenie stylu slow life

Wywiad z psycholożką na "Gazecie"
http://www.udziewczyn.pl/6,4285,Artykul,Slow_Life_na_Discovery_Channel.aspx
Żałuję, że nie widziałam materiału na Discovery...
https://alumni.indiana.edu/magazine/issues/200511/slowlife.shtml
Notka z londyńskiego portalu dla Polaków:
 http://elondyn.co.uk/newsy,wpis,9031

KSIĄŻKI W TEMACIE SLOW...
  • „Slow Food – Prawo do smaku” C. Petrini
  • „Zatrzymaj się” W. Eichelberger w rozmowach z R. Dziurdzikowską
  • „Jedz, módl się, kochaj” E. Gilbert
  • „Zakochaj się w życiu” E. Foley

Zwolnij

Jedną z głównych idei slow life jest hasło "mniej znaczy więcej". Co to znaczy? Znaczy to tyle, że bierzemy z życia wszystko co najważniejsze dla nas, a nie "co los przyniesie". Nie szarpiemy się sami ze sobą próbując złapać wiele srok za ogon, dokonujemy świadomych wyborów. Idea slow life ma na celu, najkrócej mówiąc, nauczyć nas żyć zgodnie z naszymi marzeniami, możliwościami i przede wszystkich bez frustracji.
Komu nie zdarza się mieć wrażenia czasu przelatującego przez palce? Kto nie jest w stanie wymienić, co robił w ciągu dnia, albo wczoraj? Kto nie wie co jadł na śniadanie i JAK to smakowało? Kto nie pamięta dokładnie o czym rozmawiał wczoraj z przyjaciółką? O czym myślał przed zaśnięciem? Co poczuł po przebudzeniu? Jaka dziś była pogoda? Gdy się przyjrzeć mechaniczności naszego życia, powierzchowności, to się można przestraszyć :)

Żyje się za bardzo od-do i z potwornymi przeskokami, licząc na to, że to się samo zmieni. Praca, dom, jakieś zajęcia, wszystko dzieje się jak w zaprogramowanej grze, ale często mimo wszystko w niedoczasie. Przelatujące dni oparte o rozmowy na temat zakupów, planów, kredytów, kafelek, projektu domu, rozmowie z doradcą podatkowym, naprawa samochodu, wybór przedszkola dla dziecka, miejsce spędzenia wakacji, praca, praca, praca, może czasami odrobina rozrywki. Spotkania towarzyskie oparte o rozmowy o interesach, cenie paliwa, zmianach w branży i u wspólnych znajomych. Czasami się zastanawiam, skąd w ludziach tyle frustracji dopiero slow life to tłumaczy (nie całkowicie, ale w dużej mierze). Ludzie często nie znoszą swojego życia. Zapychają je sprawami do załatwienia. Błogosławione "nie mam czasu", "kiedy ja to załatwię". Życie to ciągłe załatwianie. Aż człowiek padał wykończony do łóżka i równie zmęczony się budzi. Ale to można zmienić.
...

Parę lat temu powiedziałam sama sobie "zwolnij". Powiedział mi to organizm na wiele sposobów, w tym przez mięśnie spięte od stresu i niekończące się pasmo chorób, które jak się okazuje są często po prostu sygnałem, że już dawno przekroczyliśmy granice własnych możliwości. Życie w pośpiechu, byle jakie jedzenie, brak czasu dla siebie i swojego organizmu. Poszarpany czas, milionem spraw.
Zwolnij. Człowieku wyluzuj. Co z tego masz? Dla siebie? Nie jeden powie "Satysfakcję. Realizacja celów jest ważna i daje zadowolenie". Jasne. Tylko co to za cele? Co z tego masz dla siebie? SIEBIE. Nie materialnie. Nie dla wszystkich innych. Nie dla ego. Dla siebie. Dlaczego skoro daje Ci to satysfakcję, to ciągle lecisz do przodu podpierając się brodą? Połóż się. Odpocznij. Nie masz czasu? Jasne. Trzeba jeszcze tyle zrobić. Załatwić. Dziś te słowo kojarzy mi się często z załatwieniem, samej siebie. Gdy realizuję resztkami sił, bez cienia ochoty kolejną rzecz.
Czy przestało mi na czymkolwiek zależeć? Czy przestałam mieć plany? Marzenia? Ambicje? Czy to emocjonalna emerytura?
Absolutnie nie. Po prostu uczę się bardzo, bardzo świadomie dokonywać wyborów, co i kiedy robię. I pytam samą siebie często, co się stanie jak tego nie zrobię, a zamiast tego wybiorę coś innego? Często  okazuje się, że zmiana była dobrą decyzją. Przekonałam się niejednokrotnie, że rzeczy, sprawy, lubią się same załatwiać. Trzeba dać im szansę :) Perfekcjonizm? Wcale się nie wyklucza z ideą slow life. Ba, staje się jeszcze bardziej precyzyjny, bo możemy więcej czasu i dokładniej poświęcić jednej sprawie.

Slow life, oznacza też "tu i teraz". Bardzo, ale to bardzo cenię sobie tę zasadę i przyznaję, że z nią miewam najwięcej problemów. Ciężko jest się wybić z myślenia o tym co będzie za chwilę, jutro, potem, co było wcześniej. Oczywiście ta filozofia nie jest nowością. W ogóle nic w slow life nie jest tak naprawdę nowością, ale jest to za to doskonała kompilacja tego co najlepsze w różnych stylach. Slow life nic nie wyklucza. Pomaga wszystko uporządkować dodając temu jeszcze fajną filozofię. I to co w nim cenię, to też właśnie celebrowanie chwili, co mi bardzo pasuje, bo od dawien dawna np. wolno (w porównaniu z innymi) jem. Nie potrafię już łykać nieprzegryzionego jedzenia. Doskonale wyczuwam smaki, co ma swoje plusy i minusy, ale np. bardzo wielu dań nie zjem, bo po prostu stają mi na języku zabijając kubki smakowe. Od dawien dawna tak mam, ale od kiedy jem wolno, to potrafię sama sobie powiedzieć jak co smakuje. Największym plusem tego jest np. moja miłość do gotowania, która narodziła się dopiero, gdy zmieniłam sposób jedzenia. Gdy zaczęłam przykładać uwagę do tego, co jem. Pokochałam gotowanie, pokochałam czuć smak (a nie przełykać w pośpiechu). Pokochałam alchemię gotowania. Polubiłam prace domowe. Przestałam myśleć, że to stracony czas. Zrozumiałam, że nic nie sprawia mi takiej przyjemności w codzienności, jak spędzanie czasu w domu, który jest domem. Zadbanym, zamieszkanym, w którym czuje się fajną energię. I nie chodzi też o przesiadywanie całego czasu w domu, ale o to, że gdy już w nim jesteśmy, aby było nam naprawdę dobrze. Żeby się do niego chętnie wracało.
Młodość często to ignoruje. Zaniedbuje, uważając za nieważne. Wiem, bo też taka byłam. Z czasem, ze slow life, zrozumiałam, jak błędne jest to podejście. Bo to właśnie z domu wynosi się to co najlepsze. Z samodzielnie stworzonego tak samo, jak z tego rodzinnego. To jak żyjemy w swoich czterech ścianach przekłada się na wszystko inne. Slow life jest filozofią pozytywnie i zrównoważenie mądrego życia. Jeśli miałabym czegokolwiek żałować z okresu młodości, to jedynie braku tej świadomości. Bardzo młodo sama zdecydowałam o samodzielnym życiu i zamieszkałam sama (pomijając kwestie związków czy małżeństwa), ale gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to chciałabym zdecydowanie mieć tę wiedzę, którą mam dziś. Nic to. Wszystko dalej jest przede mną ;)
 http://excluzive.pl/it/rower-to-jest-swiat/12065

Wiele osób widzi slow life jako filozofię nudną. Pozbawioną życia, działania, werwy. A nawet jeśli już się nad nią pochylą, to często przytakną, pokiwają głową i biegną dalej, bo nie mają czasu na zwolnienie.
Błąd. Albo raczej: ich wybór ;)

Można wszystko naprawdę doskonale połączyć. Slow life nie polega na zamianie we flegmatycznego niedojdę :) Właśnie potęguje potrzebę działania, tylko otwiera na nie inne możliwości. Slow life jest tym bardziej dla ludzi, którym się chce. Przede wszystkim mieć więcej radości, satysfakcji z życia. Z frustracją i niespełnieniem można dać sobie radę w najprzyjemniejszy sposób: po prostu nauczyć się brać z życia, to co najlepsze dla nas. Świat też na tym skorzysta. 

4.5.11

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Lubię fazowość dnia. Powolne wybudzenie. Spokój śniadania. Przygotowania do dnia. Potem czas na robienie 4 rzeczy na raz, dziesiątki kontaktów, telefonów, rozmów. W między czasie przerwy na herbatę. Chwila na internet, fb, wiadomości, moment na plotki, żarty. Wrzucenie się całą "głową" w zadania. I potem znowu wyhamowanie. Dobrze jest wiedzieć, jakie się ma alternatywy. Dobrze jest wiedzieć kiedy z czego i na jak długo zrezygnować. A z czego w żadnym wypadku.

Sport. Ruch. Ważny element dnia. Chociaż 10-20min. Niech to będzie bieg, niech to będzie chociaż steper, albo najlepiej rower. Albo chwila jogi. Świadome rozruszanie ciała. Rozluźnienie spiętych mięśni. Dotlenienie. Czas dla siebie.
Żyję bez zegarka na ręku. Od lat. Nie traktuję telefonu jak smyczy. Żadnego urządzenia. To mój wybór. I mimo początkowych obaw, jak przy wielu zmianach, okazuje się, że doskonale da się z tym żyć. Wszystkie urządzenia są dla mnie. Nie ja dla nich. Im bardziej w to wierzę, tym bardziej się to sprawdza. I świat się od tego nie wali.

Wypracowanie sobie swojego własnego rytmu.

Co ciekawe, wiele materiałów od zarządzania czasem zaleca rozpisanie dni, tygodni, miesięcy. Co do godziny. Dokładny plan dnia. W godzinach od-do. To jest fajne, bez planowania wiele się nie osiągnie, ale rozpisywanie sobie tak życia jest prostą drogą do frustracji (jedną z wielu). Oczywiście, że wiele spraw kręci się w pewnych ramach czasowych, ale zapychanie kalendarza od chwili gdy otwieramy oczy, do momentu gdy je zamykamy jest jakimś koszmarem. To prawie jak samotresura.
Nie ma czegoś takiego jak stały rytm. Wiele zależy od dnia, nastroju, samopoczucia, pogody, wielu okoliczności niezależnych od nas. Slow life pozwala elastycznie i bezboleśnie dostosowywać się do możliwości. Bez bólu i dramatyzmu konieczności wprowadzenia korekty. Planowanie dnia zostawia duże widełki czasu niezaplanowanego, który sami decydujemy czy wykorzystamy kreatywnie czy na czysty i niesplamiony produktywnością relaks.
Slow life pozwala znajdować złoty środek pomiędzy planowaniem a zupełnym luzem i swobodą.