29.12.14

Dokowanie w kosmosie, czyli budowanie perspektywy

Animacja sceny dokowania z filmu "Interstellar"*. Scena, która pozwala zrozumieć, jakim banałem jest parkowanie tyłem, które jest moją słabością.

To, co nas bardzo osłabia i odciąga od istoty sprawy oraz rozwiązań to wyolbrzymianie. Tak samo błędem jest bagatelizowanie. W dużej mierze sztuka życia opiera się na równowadze między oceną sytuacji emocjami a rozsądkiem. Przesada miewa konsekwencje, które niepotrzebnie trzeba prostować. 

Nauka jazdy jest tu dobrym przykładem. Ja zdałam prawko dopiero za szóstym razem i w sumie chyba po 2 latach!, bo się strasznie stresowałam. Wiedziałam jednak jedno: nie chcę zdać, dopóki nie panuję nad sobą za kierownicą. Wiesz, błędy na drodze, wykroczenia, zdarzają się najlepszym, ale wypadki są z reguły skutkiem braku wyobraźni, czy umiejętności. Mój M. jest np. doskonałym kierowcą i do dziś widzę różnice. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że gdy zdarza mi się dziwna sytuacja na drodze, a zdarza się chyba każdemu kierowcy, to muszę umieć odpowiednio zareagować a nie panikować czy "zastygnąć". Oblewając prawko za pierwszymi razami, właśnie tak reagowałam. Pustka w głowie. Kierowca nie może mieć pustki. Serio. Dlatego lepiej czasami oblać ten egzamin i zdać będąc lepszym. 

Gdy już jednak poprawiłam umiejętności i znajomość przepisów, a dalej oblewałam, co mi pomogło zdać egzamin? Złapać dystans? Myśl, która mi uświadomiła, że egzamin to jest banał w porównaniu z samodzielnym wyjazdem. Na egzaminie jest obok egzaminator i w razie czego reaguje. Gdy wyjadę na miasto sama, samiutka, to naprawdę będę miała się czym stresować (i pierwsze miesiące faktycznie były zabawne, bo jeździłam hiper ostrożnie, ale w końcu się przełamałam i wyluzowałam ;-). Właściwie to był jedyny egzamin, który mnie tak bardzo stresował. 
Ani matura, ani egzaminy na studiach, ani jakieś weryfikacje w pracy, czy oceny wyników czegokolwiek, nie budziły we mnie jakiegoś stresu, który np. kazałby mi się napić (opić efekty to już co innego). 

Złapanie odpowiedniej perspektywy pozwala nam wyrównać proporcje sytuacji. 
Każdej. Dobrze jest złapać tę perspektywę możliwie szybko i optymalną. 

28.12.14

Rzecz o liście marzeń, już pora

Kalendarzowo jeszcze 4 dni, do Nowego Roku 2015, dlatego najwyższa pora zaktualizować listę marzeń.

[Pisałam o tym więcej tu: LINK]

Dziś większość dnia spędziłam właśnie na tym. Na weryfikacji listy z roku 2014, powykreślaniu punktów, które się spełniły, ale głównie dodaniu nowych i przeredagowaniu treści.

Jak wspominam w przytoczonej notce, swoją listę prowadzę od 2007r. i weryfikacja jej sprawia mi wielką przyjemność. Doskonale jest wiedzieć, czego się chce i sprawdzać, na ile się do tego zbliżamy.
Dziś opowiem więcej o tym, jak zbudowana jest moja lista.

Zapraszam.



23.12.14

Opowieść przedwigilijna, czyli szczęście gotowca



Święta Bożego Narodzenia to dla mnie specyficzny czas. Mam rodzinę (i moją i M.) tak rozsianą po Europie, że pełne spotkania członków z mojej strony zdarzają się tylko przy okazji ślubów i pogrzebów. Święta są zbyt często.

Na miejscu mam dziadka i jego córkę, czyli siostrę mojej mamy, czyli moją chrzestną i jej dzieci oraz sporo krewnych dalszych, których widuję jedynie na ślubach i pogrzebach, albo spotykamy się gdzieś przypadkiem, albo znowu w mniejszych grupach, ale nie w Święta, więc i mało i dużo nas. Połowa Gdańska to moja rodzina, ale jakoś tak się mijamy raczej na szybko ;-) Wigilijną kolację w części pierwszej spędzamy w tym małym gronie pierwszej linii, a potem każdy jedzie w swoją stronę, bo przecież zobaczymy się znowu za około tydzień, gdyż rodzinnie widujemy się dość często. No przecież.  Co jednak ważne, nasze relacje są zdrowe, normalne i bliskie cały rok, więc jakby Święta tego nie zmieniają nijak. I dobrze. Zaraz powiem jednak, czemu nowoczesność jest ważna i potrzebna akurat tu i teraz.
W Święta Bożego Narodzenia.


21.12.14

Ida, zmienia optykę

"Ida" pretenduje do Oskara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.*

"Ida" pokazuje jak głęboko wpływa na ludzi podział narodowościowy, czy wyznaniowy. Formuła filmu jest skrajnie minimalistyczna. Nie pamiętam, żeby jakiś film tak ubogi w słowa, tak wiele wyrażał.

Przeszłość jest strasznie poraniona i poharatana historycznie. Ludzki strach i izolowanie, gruba linia braku akceptacji dla odmienności, agresja, przemoc psychiczna czy fizyczna, odbijają się szerokim echem jeszcze ciągle. Czy coraz słabiej? Inaczej?






16.12.14

Adwent, czyli spokojnie

Wiecie, co zabija magię świąt? Ten niemożliwy falstart. Gdyby atmosfera świąt narastała stopniowo, powoli, a iluminacjami i ozdobami najwcześniej np. tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia, to naprawdę można by poczuć magię już w te szczególne dni,* ale tak POCZUĆ.

A tak? Zmieniam stację w radiu, bo nie chcę jeszcze słuchać kawałków okołoświątecznych. Wyłączam percepcję na wszystko, co jest związane ze świętami. Pierogi pomagam lepić dopiero za tydzień. I tak nieźle. 

Serio. Nie rozumiem tego. Ja nie umiem być podekscytowana przez miesiąc (jeśli wiem, co będzie). Wy umiecie? Serio? Dla mnie magia Świąt podpalona już na koniec listopada jest jakimś nieporozumieniem. Ten falstart jest bezlitosny.

Zapewne przyczyna jest też w moim dzieciństwie, gdy normalnie i uczciwie przechodziło się w grudniu Adwent. I prawie co roku każde z dzieci dostawało u nas w rodzinie swój kalendarz adwentowy z czekoladkami, jak ten:


Adwent był okresem przygotowania. Ale faktycznie przygotowania.    
Codziennie otwierało się jedno okienko. 
To było fajne. 
Niektórzy oczywiście zjadali wszystkie naraz, ale potem z żalem patrzyli na innych, którzy codziennie otwierali kolejne jedno okienko. To były poważne dylematy, czy zjeść, czy czekać, można było też oderwać tył i oglądać czekoladki, bo same kształty w plastikowym wlewie były już ciekawe. Lekcje życia (serio, serio) przy przygotowaniu na narodziny Jezusa. 

14.12.14

Wojowniczka we mnie


Niedawno wspomniałam w komentarzu, że chodzę do psychologa, terapeuty.
Dziś więcej  o tym opowiem, bo mam za sobą już kilka sesji i jakieś wnioski i wyniki.
Ale od początku.


11.12.14

Alfa i Omega, ole.je.my

Dawno, nawet bardzo dawno pisałam  jedzeniu pod względem zdrowotnym. Poprawiam się na chwilę. Dziś weźmiemy pod lupę tłuszcze, ale tak na chwilę, bo materiałów na ten temat jest pół i 3 setne internetu.


Będzie tłusto.
Bo lubię.

HEMP moje nowe ulubione źródło tłuszczu**


6.12.14

O braku granic, czyli kontrowersje dziecięce

Dzieci zawsze lubiły bawić się w dorosłych. Dziewczynki zawsze lubiły się przebierać. To reklamy i media zdeformowały czas, zmieniając twarze dorosłych ludzi w twarze kilkuletnich dzieci.

Kristina Pimenova kreowana jest na najpiękniejszą dziewczynkę na świecie.
Kristina jest w tej chwili 9-cio letnią dziewczynką i jest faktycznie śliczna. Nie ma o czym dyskutować.

Zdjęcie z profilu na  FB

O takich fotografiach może marzyć każda matka dla swojej córki, o udziale w kampaniach reklamowych też. Bo czemu nie?
Czemu o tym piszę? Bo na Pudelku pojawiła się wiadomość, że głośne są oskarżenia internautów oraz obrońców praw dziecka, że zdjęcia Kristiny, stylizowanej na dorosłą, mogą być pożywką dla pedofili.

Hola, hola.


5.12.14

zimowa cisza

#szron  #slow life o poranku # we mgle

100% lifestyle

Czysto  weekendowo, trochę kobiecych fanaberii:
  
Od tego roku są ze mną kozaczki ECCO i doszły czółenka S.Oliver (te drugie - wielkie dzięki za błyskawiczną realizację zamówienia Zalando. Bardzo potrzebowałam tych butów w listopadzie na wyjazd i zdążyliście. To był mój pierwszy raz, jeśli chodzi o zakup butów w sieci. Zupełnie najpierwszy. Nie wiem, kiedy będzie następny, ale pewnie będzie właśnie znowu w Zalando). Zauważyłam, że wróciła mi ochota na kratkę, więc wyciągnęłam z szafy jakieś stare ubrania. Sukienka we wzory to prezent od mamy. Sprawiła mi przyjemność na Mikołaja. Nie powiem.  Czerń, bordo, brązy, beże, mahoniowa zieleń moje ulubione kolory na ten szczególny czas*. Szczerze? Lubię te kolory całe życie. Kolory ziemi + ja = WNM

Ale dość o ubraniach. Przejdźmy do jedzenia: 
Słowem wstępu - gdy ostatnio byłam w Kolonii, a właściwie w Duesseldorfie, to w restauracji zamówiłam francuską zupę cebulową, gdyż mogę wyznać, że zupa cebulowa to moja wielka słabość, na którą rzadko jednak trafiam. Dotychczas myślałam, że jej wykonanie jest nieznośnie czasochłonne. Ale po tym ostatnim ekscesie, gdy zupa była pyszna, nie dawała mi spokoju. Musiałam zrobić ją sama. 
Spontanicznie trafiłam na przepis Michela Moran. TU i zaszalałam.
[moja modyfikacja: 1l bulionu + ząbek czosnku do cebuli]
W efekcie w mojej kuchni zapachniało 
zupą cebulową na białym winie, zapiekaną z grzankami z bagietki pod serem gruyere 




Przyznam, że już dawno nie byłam tak dumna z siebie. Wyszła idealnie. Fenomenalnie (co potwierdził M., żartując, że naprawdę zabrałam go do restauracji). Co tu wiele mówić. Polecam tę zupę i przepis.

PS. Wstydliwe wyznanie - sięgnęłam po kostki wołowe, bo na pierwszy raz wolałam nie ryzykować zmarnowania zapasu zamrożonego bulionu (zawsze mam jakiś zapas na bazy, albo po prostu na okazję "mam ochotę na rosół"). I tak wyszło fenomenalnie.

Na zimę, na zimno, na wieczór, po prostu genialne danie.


*Przytyk do pewnej absurdalnej afery. Kto wie, ten się uśmiechnie, a mnie się tego nawet nie chce komentować ;-)

4.12.14

W mojej magicznej skrzynce, czyli jak ogarnąć pocztę i nie zwariować

Jeśli jesteś człowiekiem, który nie potrafi (jeszcze!) poradzić sobie z organizacją służbowej skrzynki mailowej, to jest to notka dla Ciebie.

Postanowiłam czasami podzielić się swoimi trikami na nietracenie czasu i eliminowanie pożeraczy tegoż. W końcu jakimś cudem żyję slow.
(Wcześniej o tym pisywałam w działce o rozwoju osobistym, ale czasami podrzucę coś z praktyki. Jeśli masz jakiś problem w tym zakresie i mogłabym Ci pomóc, to pisz w komentarzach albo na maila. Zobaczymy, co mogę podpowiedzieć :-).



Od kilku lat jestem tzw. sales managerem i marketingowcem w świetnej firmie, w chyba jednej z najbardziej męskich branż świata, ale ciebie produkcja i procesy pewnie specjalnie nie interesują, więc przejdźmy dalej. Ogarniam sieć kontaktów i spraw dość rozbudowaną pomiędzy przeróżnymi ludźmi i w przeróżnych kierunkach, do tego z całego praktycznie świata. Uwielbiam swoją pracę, cenię, lubię i szanuję współpracowników (na każdym szczeblu - bo tylko razem stanowimy tak zgrany team) i klientów oraz dostawców (ale pewnie dlatego, że to po prostu bardzo inteligentni ludzie i pewnie też dlatego, że ja generalnie lubię ludzi). Moim konikiem jest budowanie relacji i psychologia sprzedaży oraz kreowanie wizerunku firmy. Rzetelność i profesjonalizm są przy tym niezbędnymi cechami (nie mylić z perfekcjonizmem). Na tym blogu czasami wbijam rekreacyjnie szpilę w praktyki, które mnie w jakiś sposób rażą, ale też doceniam te, które mnie zachwycają (to kategoria technologia&marketing). Niektóre dziedziny są po prostu pożywką do oceny. Unikam oczywiście dużym łukiem własnej branży. Mam zasady.

Wracając do meritum. Chciałabym dziś opowiedzieć, jak ogarniać pocztę mailową, ponieważ szkoły są różne i ja opiszę tę, którą sama stosuję w pracy. Wypracowaną dość precyzyjnie, bo metodą prób i błędów. Dlaczego podkreślam, że w pracy? Bo w prywatnych, czy blogowych skrzynkach zupełnie nie mam żadnej filozofii. Za mało dostaję sensownych maili, żeby to jakoś wielce ogarniać. Wiem, nie ma się czym chwalić, ale to taka synergia ze światem i chyba rodzaj równowagi. Prywatnie funkcjonują u mnie inne kanały i piszę maile bardzo rzadko. Natomiast służbowo, mail to jeden z głównych kanałów komunikacji i długo tak będzie, ponieważ istotą jest sama forma pisemna.
To co? Ruszamy: