30.12.12

W wigilię Sylwestra

- Co robisz w Sylwestra?

Święte pytanie, prawda? :-)

Opowiem bajkę:
Dawno, dawno temu, mniej więcej do 30-tki, czyli jakieś 15 lat licząc od pierwszego razu, prawie co roku królewna bywała na mniejszej bądź większej imprezie. Standardowa procedura protokołu dyplomatycznego zakładała: szukanie sukienki, wymyślanie dodatków, fryzura, makijaż itp. itd. Na początku czekała na ten wyjątkowy wieczór i noc. Nawet bardzo i z podnieceniem.
Królewna zostawała zabierana na bal karocą koło godz. 20:00 przez jakiegoś królewicza. O północy euforia. Życzenia wszystkim wszystkiego. Obcym, swoim, obsłudze imprezy. Koło 2-3ej powrót do domu. Następny dzień przespany z bólem głowy. Czar pryskał ze spojrzeniem w lustro na twarz z niezmytym makijażem.
Z każdym rokiem stawało się to coraz bardziej rutynowe. Królewna nie chciała już chodzić na bale. Bycie królewną stało się nudne. Wszystko wydawało się takie samo, może jedynie zmieniali się królewicze.
Ale przecież to też w końcu przestało się zmieniać i jeden królewicz zamienił się w żabę. Albo króla. Już nie pamiętam.


28.12.12

Kto tu rządzi, czyli o kompetencjach

Kompetencje. To takie magiczne słowo, które rzadko pojawia się w słowniku przeciętnego Polaka. A szkoda. Gdyby zaistniało częściej, to ludzie od razu zwracaliby się do odpowiednich osób, załatwiając cokolwiek, nie traciliby czasu na szukanie odpowiedzi, albo nie dawaliby się spławić. 

Polska ma pewną skazę mentalną, która przeciąga się jeszcze z czasów PRL. Mianowicie nie odróżnia się donosicielstwa, skarżenia od precyzyjnego załatwiania spraw i rozwiązywania problemów. 

Kto z nas od dzieciństwa wolał przecierpieć jakąś nieprawidłowość, niż zrobić komuś problem? Kto z nas przynajmniej raz nie poszedł z problemem do odpowiedniej osoby, bo nie chciał robić przykrości komuś podległemu?


27.12.12

Applaus*, to "Miłość i inne dysonanse"

- Kobiety kochają wręcz być nieszczęśliwie zakochane - Powiedział mi ostatnio kolega, gdy rozmawialiśmy przy kawie.
- Ty tak poważnie?
- No sama popatrz.
- No nie wiem, ja akurat uciekałam z zakochania, z miłości, które przestawały dawać to, co powinny. Nam obojgu. Wolałam być sama, niż czekać na kogoś lepszego, albo pozwalając, żeby ktoś czekał na kogoś lepszego ze mną, kontemplując swoje obecne osamotnienie w związku. Wolałam romantyzm relacji z określonym czasem trwania. Z założenia. Małżeństwo też dla mnie takie jest. Nie ważne czy śmierć, czy osoba trzecia, czy rutyna, czy cokolwiek innego. Coś kiedyś nas rozłączy. Nie czekam na to, bo po co? Ale to jest z założenia smutne. A może nie jest smutne? Może nam się tak wydaje?
- Czyli jesteś nieszczęśliwie zakochana i uważasz, że jesteś szczęśliwa. No o tym mówię.
- Nie jestem nieszczęśliwie zakochana, nie utożsamiaj tego z miłością, której zakochanie jest maluteńką i ulotną namiastką. Dlaczego świadomość przemijania ma budzić we mnie poczucie nieszczęścia? Owszem, powtórzę, to jest smutne. Jak każdy koniec czegoś fajnego. Ale poczucie nieszczęścia? Nie. Nawet koniec miłości jest po prostu smutny, ale nie unieszczęśliwiający. Jak dla mnie to właśnie jedynie śmierć powoduje nieszczęście. Szczególnie, gdy wkrada się w udany związek, gdy rozsypuje w pył normalne szczęście.
- Miałaś złamane serce?
- Sama sobie złamałam. Uciekając. Od pierwszej miłości, gdy najpierw z gorączką rodzi się sama miłość, a potem nadchodzą narodziny przemijania. One były niewyobrażalnie bolesne. Niektórzy mają dość po pierwszym razie. Pierwszą miłość, którą porzuciłam w wieku 17 lat pamiętam do dziś. To nie był facet dla mnie. Twierdzę tak nadal. Każdą kolejną też, aż tyle ich nie było. Moje serce jest jak nos boksera. Potem, to już nawet tak nie boli. Daje żyć. Wiesz, że przestanie boleć, więc z okładami sobie czekasz. Poczucie przemijania wcale nie wpływa na to, czy znowu pokochamy, czy się zakochamy. Po prostu wiemy, że to się może, albo ma, albo powinno w którymś momencie skończyć. Nie, nie sztuką jest nie wchodzić na ring takiej relacji, bo się i tak skończy. Trzeba wejść, gdy i tak nas pcha adrenalina z każdej strony. Kwestia doboru techniki, taktyki, wagi, ochraniaczy. Dopingu. Treningu. Jeśli weźmie się zbyt silnego partnera, to nokautuje bez opamiętania aż tracimy przytomność, jeśli weźmiemy za słabego, to schodzi z płaczem po pierwszym pęknięciu łuku brwiowego. Czasami jednak się zdarza, że bierzemy do walki kogoś, kto nie powinien z nami walczyć, kto powinien walczyć z kimś innym. Cóż. To właśnie związki tzw. zakazane. Pogruchotani wychodzą przeważnie oboje, bo na ironię dobrze do siebie pasują, ich ciosy są celne, runda nie kończy się nokautem, tylko fantastycznym seksem. Tylko tak się nie da na dłuższą metę. To wysysa. Dobrze jest tak powalczyć, ale nie za często.  Dlatego związki z określonym czasem są jak walki na ringu. Dopóki chcesz walczyć z tą samą osobą i nic nie wskazuje na to, że już dość, to walczysz. Dopóki czekasz do kolejnej rundy, dopóki kończy się ona na różne sposoby, dopóki coś się dzieje, to wchodzisz na ring. Jeśli się potraficie dobrać, to robiąc przerwy można wychodzić razem na ten ring długo. Albo relatywnie długo. A potem wzajemnie robić okłady. Porównanie jak każde inne. 
- Miłość jako walka na ringu. Co ty bierzesz? :-) 
- Boli? A to tylko gra słów i skojarzeń. Czasami słowa, zachowania, reakcje są jak cios na ringu. Nic więcej. Życie nie polega na ciągłym głaskaniu i mizianiu się. Na szczęście. Nie nakręcaj się ;-)

No tak. Powinnam odnieść się do szukania się dwóch dusz, połówek jabłka, pomarańczy i obłoków tańczących na niebie. No ale przecież to oczywiste, że ludzie chcą widzieć miłość jak taniec dwóch cherubinów. Za dużo miękkości jest mdłe jak zbyt gruba warstwa kremu w torcie, który nie zostaje przełamany niczym mocniejszym. To musi być. Jak szczypta soli w każdym przepisie. Szczypta.

Czasami śnią mi się mężczyźni, których kochałam. Nie, w których byłam zakochana, bo tych było bezwstydnie wielu, ale ci, których kochałam. Których gdzieś tam na dnie serca będę miała zawsze. Naprawdę miłość to czasami za mało. Ona nie da rady unieść wszystkiego, jak jest zbyt niedoświadczona, to wypada na zakręcie i nie potrafi wrócić, tułając się chwilę w oszołomieniu poszukując drogi powrotnej. Czasami jej nie ma. Cofanie pokazuje tylko, dlaczego i kiedy źle weszła w zakręt. Im dalej, tym sprawniej wchodzi w zakręty. Nie zawsze w tym samym bolidzie.

Nie  takiego porównania użyłby Wiśniewski:



Okres przed i świąteczny. W nocy, gdy już wszyscy szli spać zatapiałam się w nowej książce Wiśniewskiego i Wownenko. Kocham u Wiśniewskiego dbałość o szczegóły. Mieszanie fikcji z faktami, z miejscami, nazwiskami. "Miłość i inne dysonanse" jest przepełniona muzyką. I to jeszcze klasyczną. Kilkakrotnie przewija się mój ukochany Czajkowski. Pięknie pokazana Moskwa, ciekawie pokazany Berlin. Ale też nieźle Sankt Petersburg, czy słynny, cysterski klasztor Eberbach. Albo opisy muzyki, wiele zdań, które znowu na długo zapadną mi w pamięć. Wiśniewski to do siebie ma. Dbałość o szczegóły, ale też fantastyczne myśli, które zamknięte w książce nabierają swojej swojej mocy. Nie każda książka Wiśniewskiego przemawia do mnie z tą samą siłą, chociaż z jakąś jednak każda (moją perłą pozostaje bezapelacyjnie "Bikini"), ale i tak jest to jeden ze współczesnych autorów, których najbardziej cenię. Myślę, że za 20-50 lat jego książki będą jeszcze inaczej oddziaływały i będą w dużej mierze ciekawym obrazem naszych czasów.

Struna, główny bohater "Miłości..."jest krytykiem. Anna, główna bohaterka jest niestety głównie nieszczęśliwą żoną, uciekającą przed nieudaną relacją z mężem w chorobę i własne myśli. Klasyczna i smutna postać. Naprawdę, to co mnie tak w Wiśniewskim czasami irytuje, to lokowanie kobiet w roli osamotnionych żon czekających na jakiś szczęśliwy traf i bardziej rozumiejącego mężczyznę. Irytuje mnie, że one nie mogą po prostu odejść od tych niekochających ich mężów i zacząć swojego życia. Byłoby mi lepiej, gdyby Wiśniewski pokazywał kobiety jako bardziej samodzielne a nie zawieszone na cienkim, delikatnym łańcuszku czekania i bezradności.
Mężczyźni u Wiśniewskiego odchodzą, bo to potrafią, bo wiedzą, że to jedyne, co mogą i powinni zrobić. Nieudane związki, błędy pozostawiają za sobą. Nie jest to łatwe. Wiśniewski jednak fantastycznie pokazuje też męskie emocje, rozpacz (gdy związek rozbija właśnie śmierć), słabość, ale też lawiruje po tęsknotach większości kobiet i mężczyzn. Mężczyźni u niego nie są nigdy bezrefleksyjni, ale są tacy, że nawet nie chce się ich osądzać, bo nie ma za co (nawet gdy postępują w etycznie dyskusyjny sposób). Bardzo mi się podoba, że jego główni bohaterowie szanują kobiety. Nawet, gdy... ale to pozostawię do przeczytania. 
Szanują kobiety w takim starym, znanym mi stylu. Szybciej skłamią lub przemilczą, niż skrzywdzą. Niedługo, patrząc na świat, kobiety będą znały takie traktowanie wyłącznie z książek.
Świat i uczucia u Wiśniewskiego dotykają tak, jak powinny, tak, jak ja to rozumiem. Bez infantylnej dziecinady cechującej wiele romansów. Ci ludzie są dojrzali, bardzo. Potrafią czerpać z seksu, z bliskości, bez zbędnych pretensji i oczekiwań. To chyba lubię w nich najbardziej. Tak jak głębię rozmów bohaterów.

Podoba mi się, że tę książkę napisali wspólnie z Wownenko (której wcześniej nie znałam, ale zainteresuję się nią bliżej). Kiedyś zaczytałam się w "188 dniach i nocach", które napisane są z Domagalik. Takie męsko-damskie rozmowy zasysają mnie. Kiedyś czytałam blog pisany przez dwoje ludzi. Nie byli parą, ale wiele ich łączyło. Na pewno podobna sensualność. To było kilka lat temu, a pamiętam ciągle tamten klimat. Głęboka intymność.
Może postać Anny z "Miłości..." jest taka, jaka powinna być. Może kobiety żyją w takich układach, w roli idealnej żony u boku nieobecnego myślami, męża biznesmena. Może takich niespełnionych Ann, które pogrzebały własne marzenia i cicho pielęgnują swoje pasje w cieniu pobłażania i tak zdradzającego męża, jest wiele? Retoryczne dla niektórych pewnie pytanie. Ale... Dlaczego nie uciekają? A może to w takim układzie niemożliwe? Przecież generalnie te kobiety nie są słabe, absolutnie, są różne, jak każda z postaci w książce. Ba, w nich nie ma przerysowania. 
A może takie książki są potrzebne ludziom szukającym nadziei? Może wszystko toczy się własnym torem i we własnym tempie i właśnie tak powinno być? 
Końcem końców każdy musi to wiedzieć sam dla siebie. Ja tym razem się nie wzruszyłam przy książce, ale wciągnęłam. Bardzo. Co ważne, sposób, w jaki książka przedstawia różne relacje, różne związki, różne odcienie miłości, bliskości, erotyki - majstersztyk.

Kocham wrażliwość Wiśniewskiego. Cieszę się, że książka stała się bestsellerem w Rosji. Jest tego warta. Szczególnie naszym czasom, gdy niechęć i uprzedzenia odbijają się szerokim echem. Na końcu tego wszystkiego jest człowiek i chemia. Bez niej nie byłoby nic. I to jest w tym dość ważne.


Dziękuję autorowi i autorce za "Miłość i inne dysonanse". Dała mi dużo do myślenia, jak właściwie każda z jego książek, chociaż nie trafiłam u niego jeszcze na postać, z którą mogłabym się utożsamić z własnego punktu odniesienia, to jednak perfekcyjnie utożsamiam się jako czytelnik. Zupełnie inna percepcja.

UPDATE 28.12.2012: wywiad z autorami - TU
Po odsłuchaniu wywiadu, im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że pisanie książki w taki sposób, budowanie fabuły, postaci, sytuacji, przez dwie osoby, musiało być fantastyczną przygodą.


*Applaus - po niemiecku, jak się można domyśleć. 



Pożyczmy sobie i innym

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/  morze zimą
Spacer nad morzem jest dla mnie tradycją bożonarodzeniową niezmiennie. W tym roku aura była niesamowita. Bardziej wiosenna niż zimowa, co nadało całości specyficznego klimatu.  Woda w morzu jest zimą tak niebywale czysta. Idąc lasem czuło się w powietrzu zapach grzybów. Mój brat, z którym rozmawiałam w święta powiedział - u nas jest 17st ciepła. Wyobrażasz to sobie? Ciężko poczuć, że są święta. 
Tak, odwilż w Wigilię była zabawnym zjawiskiem. Jakby pogoda powiedziała - odpuśćcie i wyluzujcie, jak ja  ;-)


http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/ Gdańsk
Spacer po samym Starym Mieście w Gdańsku to druga część mojej tradycji. Długa, jak Długa, ale Ogarna, jest dla mnie wyjątkowa. Mało kto wie, że znajduje się na niej kamieniczka, w której urodził się Fahrenheit. Na Ogarnej jest też Pałac Młodzieży, do którego bardzo długo zabierali mnie dziadkowie na wszelkiego rodzaju zajęcia: plastyczne, taneczne, śpiewu. Do dziś pamiętam młodzieżowy zespół muzyczny, w którymi wykonywaliśmy przeboje Fasolek, albo zajęcia z tańca klasycznego, po których ćwiczyłam cza-czę w łazience szkolnej, albo zajęcia na ostatnim piętrze, pod samym dachem, gdzie robiło się m.in. gobeliny. Na Ogarnej znajduje się też biblioteka Uniwersytetu Gdańskiego. Słońce odbijające się w oknach stwarzało wrażenie rozognienia. Wśród tych czerwonym cegieł było to zjawiskowe.
Od czasu rewitalizacji, do ulubionych miejsc spacerów dołączyła Szafarnia. I pomyśleć, że mieszkając tam ma się widok na prawie cały kościół Mariacki. To musi być fenomenalne.. dopóki się nie opatrzy ;-)


To, co jest ważne dla Świąt Bożego Narodzenia zostało spełnione. Rozmowy rodzinne są w naszych rodzinach akurat naprawdę pozytywnym przeżyciem (też te przez skype ;-). Wspomnienia, opowieści, rodzinnie, to rodzinnie. A w tle lecą kolędy. I czasami ktoś zanuci, ktoś się przyłączy, inni nie, bez zmuszania. Wszystkim ma być dobrze. I jest.

Pomijając wszystko: najważniejsze są życzenia. Zawsze przyjmie się dobre słowo, a już ze wzruszeniem, którego nie da żaden prezent, życzenia ułożone specjalnie dla odbiorcy, pod jego marzenia i pragnienia. Nietrafione życzenia mogą być zupełnie, jak nietrafiony prezent.
Zauważam przy tym, że o wiele trudniej jest ułożyć piękne życzenia, naprawdę indywidualne, niż kupić prezent. Do życzeń naprawdę trzeba się przyłożyć, bo dobrze ułożone będą brzmieć w głowie odbiorcy jeszcze długo. 

Dlatego też sama nie wysyłam kartek, a już zupełnie smsów z serii "wyślij do wszystkich".

Jak ktoś jest dla mnie naprawdę ważny, to piszę, albo najchętniej dzwonię. Chociaż za życzenia i tak zawsze dziękuję. Nawet za te seryjne (ok, nie mam na myśli zupełnego spamu od firm wszelkiej maści, albo od nieznanego numeru, gdyż jeśli nie mam kogoś w książce, to w święta się to z okazji seryjnych życzeń nie zmieni).

Nad życzeniami noworocznymi za to bardzo lubię pomyśleć i tym się zajmę do końca roku, razem z życzeniami, dla siebie tj, aktualizacją listy marzeń, którą prowadzę od 2006r. (z założeniami na 2007r.).
Z biegiem lat niezmienną przyjemnością samą w sobie jest skreślanie spełnionych i dopisywanie  nowych marzeń. Niektóre ciągle po prostu są i czekają. Z każdym rokiem aktualizacja tej listy, to właściwie coraz większa przyjemność.

Listę marzeń można stworzyć w każdym momencie roku. Końcówka roku jest dobra, jak każda inna pora. Aktualizację też dobrze jest robić co kilka miesięcy, szczególnie, jeśli coś się spełnia. Ba, dobrze jest też wykasować niepotrzebne kaprysy, gdy przestajemy tego chcieć, bo kaprysy też nieraz podszywają się pod marzenia. Więc jeszcze raz przypominam o liście marzeń. Kto jeszcze nie ma - do dzieła, a kto ma, to niezła pora na aktualizację ;-) 

Postarajmy się wysłać życzenia na Nowy Rok jak najbardziej spersonalizowane. 
(albo wcale, bo naprawdę nic się nie stanie, nie wypłynie to na relację, jeśli nie wyślemy, bądź nie dostaniemy "wszystkiego najlepszego".)

23.12.12

Przytulanie

Święta są dla mnie do przytulania. Nie jedzenie czy prezenty. Ten cały świąteczny klimat służy do tego, żeby jeszcze bardziej się zbliżyć. Albo w ogóle. Dlatego w tym czasie tak bardzo chciałabym mieć wszystkich bliskich mi ludzi blisko. Tylko po to, żeby ich przytulić. Zawsze tak miałam i dla mnie przytulanie jest najlepszym sposobem okazywania miłości. Sygnalizowania bliskości. 

Pewnie dlatego nie przytulę każdego pozostając przy serdecznym uścisku ręki i ew. przedramienia, może też cmok w policzek. Jak przytula mnie ktoś, wobec kogo nie czuję bliskości, jakiejkolwiek, to jest mi... obojętnie. To nie ten gest dla obcych sobie, chociaż nawet życzliwych ludzi. Przytulenie to już inny poziom relacji. Dla mnie. Dla psychologii też. W końcu to naruszenie strefy prywatności. Niby oczywiste, ale co kraj, to obyczaj. Gesty są jednak ważne, chociaż z reguły poruszamy się wśród ludzi operujących tą samą mową ciała. Przytulenie to emocje. Wszelkie. 

Uwielbiam natomiast przytulać się do ludzi dla mnie szczególnych. To nie ma podtekstu. To znaczy może mieć, oczywiście, ale absolutnie nie musi. Gdy przytulamy ludzi dla nas ważnych, to czujemy ciepło, którego nie wyrażą słowa. To czysta magia. Moja babcia się ze mnie śmiała, że jestem niedopieszczona, bo zawsze jak ją odwiedzałam, to lubiłam usiąść koło niej, położyć głowę na jej kolanach i tak trwać. Albo po prostu długo trzymać jej małą sylwetkę w ramionach. Była taka krucha a taka wielka sercem...

Kocham przytulać moich braci, co traktują jak wariactwo, ale dzielnie to znoszą i odwzajmniają, kocham przytulać się do mamy. To również zupełnie szczególne. Kocham tulić moją małą siostrzenicę, która rokuje wyrosnąć na podobną do mnie, bo przybiega się przytulić równie spontanicznie, jak ja. Kocham przytulić się do mojego dziadka, który tak słodko niezręcznie się wtedy czuje. Tak samo mam z teściową, która jest wyjątkową kobietą. Do M. to przytulam się setki razy dziennie. I nie tylko. Ale do niego to już w różnych tonacjach. Kocham przytulać przyjaciółki. Przytulanie to prosty sygnał "jak dobrze, że jesteś".

Święta są do przytulania. Ten czas ma zbliżać. Może być bez słowa. Przytulenie mówi samo za siebie. Szczególnie, gdy spotykamy się z bliskimi, których dość rzadko widujemy. Wyprzytulajmy ich za wszystkie czasy i na zapas.
Miałam w tym roku spędzić święta z braćmi i mamą, ale wybrałam dziadka. Pewnie jak co roku dzwoniąc przekażę, że mocno ich przytulam. Poczują to. Tu na miejscu jestem bardziej potrzebna.
Na święta ludzie powinni się przytulać. Mocno. Może i bez słów. To bez znaczenia.
Magia świątecznego przytulania, tej chwili, tych dni naprawdę działa.



20.12.12

Bez promocji - PMS, czyli poczuj magię świąt rulez

To był fajny dzień, drogi pamiętniczku. Ciężki, ale pozytywny. W pierwszej kolejności przeżyłam swój pierwszy w życiu audyt ISO, w którym jestem odpowiedzialna za milion procedur, ba, okazało się, że lata doświadczenia nie poszły na marne i audytor powiedział, że już dawno nie widział kogoś tak dobrego w tym jak ja. No cóż, pisanie na blogu o organizacji i zarządzaniu czasem nie jest pustosłowiem. Po prostu zdradzam po trochu arkana, jak być świetnym w pracy a przy tym mieć czas na wszystko inne. Inna sprawa, że ta praca spełnia warunek nr 1. robię to co kocham i spełnia warunek nr 2. oraz 3. czyli z fantastycznymi ludźmi, w ogólnie świetnym środowisku i na fajnych warunkach. Jestem kompletnym zaprzeczeniem teorii, że nie ma pracy idealnej. To 14. firma, w której jestem i naprawdę wiedziałam, czego szukam. Jak na razie znalazłam. Swoim podejściem, nie zarzekam się na przyszłość, ale właśnie mija jakieś półtora roku. Jest dobrze. Tendencja wzrostowa, fajne perspektywy, może być :-)



Dziś opiję czerwonym, wytrawnym ten mały kolejny sukces.
Tak na marginesie, o ile nie znoszę biurokracji i uważam, że powoduje spowolnienie rozwoju świata ogłupiając ludzi, o tyle doceniam ISO, ponieważ to jak wspólny język w wieży Babel, szczególnie, gdy się pracuje w międzynarodowych standardach. Poważnie, jednolitość pewnych procedur, sposobów postępowania ułatwia nam wszystkim życie. I nie ma znaczenia, czy kontaktuję się z Europą, czy Dalekim Wschodem, firmy pracujące wg ISO myślą podobnymi schematami, co w takich sytuacjach jest dobre. Nie musimy się sobie tłumaczyć, że "tak się robi". My to wiemy i przechodzimy do konkretów. Oczywiście niektórzy popadają w skrajności, ale to już ich wewnętrzna sprawa. W kontaktach zewnętrznych normy są podobne. I amen.

Wczoraj spędziłam dzień na odbijaniu nadchodzącej grypy. Przeleżałam go na kanapie, w zupełnej ciszy, ze śpiącym kotem obok i z nowym numerem FOCUSa w ręku. Sięgnęłam po ten numer przez okładkę. I to był dobry ruch. Artykuł na temat minimalizmu jest strzałem w dziesiątkę w tym przedświątecznym okresie. Mnie ten szał zupełnie nie rusza, bo jak coś chcę, to sobie kupuję, albo dostaję nieustannie, a jeśli czegoś mieć nie mogę, to święta czy urodziny tego nie zmienią. Serio. Jestem wybredna i nie lubię obarczać najbliższych moimi zachciankami. Inna sprawa, że w tym roku zmieniałam plany świąteczne dwa razy, stawiając rodzinę zagranicą na nogi, że przyjedziemy, po czym to odwołałam. Oni mnie kiedyś zlinczują za te zmiany planów :-) Mój dziadek ledwo żyje i wolę pobyć z nim. Z resztą pogoda mnie zupełnie wyleczyła z wyjazdu. Co się odwlecze... To wolimy zrealizować inny niecny plan, na lato, że się pakujemy, spotykamy i jedziemy na 3 auta na tournee po Włoszech. O to mi się podoba. Może kiedyś się w końcu zgramy :-) Dobra, minimalizm.





Kto grał w simsy, to wie, że gra jest fajna, gdy mamy magiczny kod do kasy i dopóki tworzymy. Dopóki budujemy, urządzamy, organizujemy jakoś czas naszej postaci, romansujemy na 10.ciu frontach, bzykamy się z kim popadnie, topimy w basenach, gdy ktoś się nudzi, zakładamy rodzinę, męcząc się z wirtualnym dzieckiem, czasami z nudów wyślemy postać do pracy, ale po jakimś czasie, nie chce nam się budować kolejnego domu, urządzać go, robić imprezy dla bablających ludzi, zakładać rodziny czy romansować. Powtarzalność i przewidywalność są nudne. Podobnie jest np. z Mafią na fb, w którą grałam wieki temu. Dopóki się wspinałam po szczeblach mafiokariery, dopóki każda ukradzona moneta dawała radochę, każdy kupiony budynek czy broń cieszyły, było ok. Po jakimś czasie osiągamy jednak kapitał miliardów mafiodolarów i możemy robić i kupować pewne określone, najdroższe rzeczy. Nuuuuda.

Uwielbiam gry strategiczne, zadaniowe. Do czasu. Gdy osiągam maksimum zaczynam się nudzić. I szukam kolejnej, opartej przecież na tym samym szablonie, ale nowej, z nowymi celami, gadżetami, z nową scenografią. I znowu nuda. Itd.
Co jakiś czas trafiam na materiał na jednym z kanałów (nie pamiętam teraz którym), o ukraińskich miliarderach. Dżizas, jak ci ludzie nie wiedzą już, co robić z kasą. Są na ostatnim levelu simsów z kasą. Wymyślają jak mogą. Kawior za 15k usd, obiad w najdroższej restauracji w Londynie, który kończy się siermiężną awanturą o niedopolerowany kieliszek, wszystko naj, naj, naj. Najdroższe. Tylko czemu ja nie czuję "też tak chcę"? Bo nie chcę. Owszem, chcę mieć więcej kasy, ale wiem też, że to czasami wymaga wyrzeczeń, albo decyzji, na które się nie zgodzę. Więc szukam innych metod, ale nie ma we mnie determinacji, która odbierałaby umiejętność doceniania tego, co mam dziś. To pewnie jeszcze potrwa, albo i nie, ale wiem, że ciągle daleko mi do znudzenia przesytem.

Mam wiele marzeń, które mogą pomóc spełnić pieniądze i ok. Ale mam też wewnętrzne przekonanie, że mieć wszystko pozostawia jakąś granicę za nami, granicę, która mówi: to już było. Może dlatego materializm mam na dalszym planie, zaraz za idealistycznym i nieznośnie romantycznym życiem tu i teraz. Mimo pełnej gotowości na zmiany. Mimo generowania ich. Mimo posuwania tych swoich klocków do przodu. Kiedyś przyjęłam z maksymę, żeby zacząć zmianę świata od siebie. To działa i promienieje. To dużo. Mniej znaczy więcej. Mniej oczekiwań daje poczucie bezcennego spokoju. A to co przychodzi cieszy. Po prostu. Od pierwszych zarobionych samodzielnie pieniędzy, po ogrzewanie siedzenia w samochodzie.
Co będzie następne? Ha. I to jest właśnie fajne. Bezmiar możliwości. Posiadanie pociąga, ale wiem na pewno: nudzi. Od rzeczy, po związek. Ja wolę doceniać, że wszystko płynie. I zmienia się z perspektywy czasu na lepsze.

 Polecam nowego FOCUSa. Ten artykuł bardzo uspokoi. Bohaterowie są skrajnymi minimalistami, wręcz ortodoksyjnymi, ale to nie ujmuje im spokoju. I to o czymś świadczy.

Fajnego wyciszenia w Święta życzę oraz poczucia istoty sprawy,  żeby nie zagłuszać tego, co najlepsze :-)


 PS. Tak, uważam branie kredytu na święta za przerost formy nad treścią, jak i wydawania oszczędności życia z tej okazji, bo nie o to w świętach chodzi, jak i nie o to, żeby mieć nowy telewizor na koniec świata. Mhm, niektóre reklamy są dla idiotów.

17.12.12

My slow life, zwolnij ze mną

 
O mnie: Żyję slow, bo jestem tego warta. Żona, przyjaciółka, kumpela, partnerka, manager, córka, matka chrzestna, siostra, dama, wiecznie zakochana idealistka, cyniczna i wredna zołza. Artystyczna dusza. Gdańszczanka. Między wieloma pasjami, sukcesami i porażkami spełniam marzenia i motywuję innych do szukania własnego tempa oraz równowagi w życiu. Nie walczę z czasem, a on nie walczy ze mną. Slow&smart. Życie mnie nauczyło, że jestem skazana na sukces. 







Dzień dobry, dobry wieczór, albo może witaj o świcie, bądź w środku nocy. 


Dlaczego ten blog? 
Ten blog jest jednym z pierwszych, o ile nie pierwszym, jaki powstał w tematyce slow life. 

Żyję slow od lat. Od 2011r . pokazuję na tym blogu, co to według mnie znaczy, ale też często podsuwam praktyczne porady, sprawdzone rozwiązania, szczyptę wiedzy, jak ułatwiać sobie życie i być slow, jak znaleźć równowagę w życiu i czuć się po prostu szczęśliwym.



Na tym blogu istotne są tematy i pokazane podejście. Mam nadzieję, że będą pomocne i inspirujące. Niejednokrotnie trafisz tu (mam nadzieję) na niespotykany nigdzie indziej wcześniej punkt widzenia. Zdecydowanie i znacznie wyprzedzam czasy, więc niejednokrotnie przeczytasz u mnie o tym, co będzie trendy za dłuższy czas. Enjoy ;-)



Zatrzymaj się na chwilę. Polub to. 


Poszukaj ze mną równowagi w życiu. 

W każdej dziedzinie. 


Poczuj wagę wysokiej jakości, minimalizmu, czerpania przyjemności z życia, mimo trudności, jakie nas wszystkich spotykają, doceniania równowagi pomiędzy wszystkimi dziedzinami: pracy, zdrowia, miłości, relacji, chwil ze sztuką, magii technologii. Ja żyję slow, ale nowocześnie. 

Jak? O tym jest ten blog. 



http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/2012/12/co-to-za-blog.html

-

Slow life. Z czym to się je? Ze wszystkim. Jak życie. 


Jeśli chcesz:


  • chodzić spać ze spokojem,  
  • budzić się z radością na nadchodzący dzień,
  • mieć pracę, która będzie twoją pasją, 
  • myśleć z optymizmem o jakiejkolwiek dziedzinie swojego życia, 
  • pielęgnować wartościowe relacje, 

to bądź slow. 
Uporządkuj swoje życie, priorytety, podejście. Wyrzuć co szkodzi, co niepotrzebne, skup się na tym, co cenne. Przeżywaj życie ze wszystkimi jego odcieniami.

Slow to nie religia, czy moda. To podejście do życia. Ukierunkowane, dopasowane bardzo, bardzo indywidualnie, bo można i należy je tak traktować. 

Nie musisz rzucać wszystkiego i postawić domu na wsi, po czym zająć się pasaniem kóz (możesz, ale nie musisz). Możesz mieć fajne życie. Po prostu. W slow możesz wszystko. Tak jak Ty chcesz.

 Jest jeden cel: mieć życie, które się docenia, cieszyć się nim, a żeby tak było, trzeba je po prostu takim realizować, krok po kroku. Bez pośpiechu. 

Jak mówi jedna z moich ulubionych maksym "czas i tak upłynie". Przeżywać życie bez uciekania, gonienia i pędu. 

 Nigdy nie jest za późno, ani za wcześnie, żeby zacząć wypełniać życie tym, czym chcemy.

Gdy trafiłam na slow wiedziałam, że to to, czego chcę, co znam od zawsze. 
Trafienie na slow było właściwie spełnieniem jednego z marzeń. 
Szukałam czegoś, co pozwoli mi poukładać się ze światem. Potem poszło jak domino. Ludzie, okoliczności, tematy. wszystko uzupełnia się jak puzzle. I stwierdzam to po kilku latach. Czyli co? Da się.

Poczucie samorealizacji, spełniania się, szczęścia jest w naszych czasach luksusem, który osiągam dzięki slow. 

- Ten blog jest stroną prywatną, osoby prywatnej (gdyby się komuś wydawało, że może tu wyrażać opinie dowolnie, to wyprowadzam z błędu). Taka jest stara zasada blogowania, wg której ja dorastałam w blogosferze czyli od 2003r. 
Wszystkie teksty są mojego autorstwa (z wyjątkiem oznaczonych cytatów). Oznaczam również swoje zdjęcia. 

Ten blog to rozwinięcie wielu, różnych tematów, ale z moim akcentem. Cieszy mnie za każdym razem, gdy dostaję sygnał, że do czegoś inspiruję, zaciekawiam tematem, albo po prostu uspokajam. Dobrze. Tak ma być. Dziękuję za każdego maila i komentarz. 

- Komentarze:  Cenię estetykę myśli i opinii (if You know, what I mean)


Fantastyczne logo zawdzięczam spontanicznemu gestowi Oli Mokwy i Pawła Opydo. Ale szablony to moja słabość. Zmieniam jak rękawiczki. Logo zostaje.


Moje motto: Szukam równowagi między skrajnościami.


Interesuje mnie wszystko, co mnie zainteresuje, dopóki nie zainteresuje mnie coś innego. Szeptem dodam, że kolekcjonuję momenty, chwile i lubię słowo "pięknie". Zawsze znajdę czas na moją kolejną pasję: salsę a wieczorem na kubek kakao.

Czuj się tu dobrze. 


WSPÓŁPRACA 

16.12.12

Tytani blogosfery i marketingu

Rzadko w blogosferze zdarzają się afery, które warto komentować. Nikongate wywołany przez wpis Segritty, do którego nawiązałam z zupełnie innej okazji, jest jednak szczególny, bo mocno potrząsnął blogosferą i światem marketingu. Wg mnie, bardzo dobrze, że tak się stało.
Pomijam najazd laików, którzy ani nie mieli bloga, ani w życiu nie mieli do czynienia z propozycjami reklamy czy współpracy (nieważne, z której strony), pewnie nie tylko blogowo, ale nigdy w życiu.
Ta sprawa pokazała tylko (po raz kolejny), że przez facebooka głupota nie znika, tylko przestaje być anonimowa.

Co mnie cieszy w tej sprawie? Ano to, że cenię sobie akcje, którymi krytykuje się zachowania nie fair, gdy szkala się dżentelmeńskie umowy, gdy robi się w konia klienta. Takie praktyki powinno się tępić, a nie chylić pokornie głowę. Dlaczego? Dlatego, że one wszędzie niszczą biznes. Konieczność pisemnego potwierdzenia? Jasne, w przypadku umów handlowych, bez względu na charakter. Błędy, nieporozumienia zdarzają się jak sytuacje losowe, ale człowiek biznesu, z honorem, będzie umiał przeprosić za błąd i zadośćuczynić. Na czas. Daleka jestem od popierania praktyk pt "pochwal się, jak zrobić klienta w konia". Takie praktyki zdarzają się coraz częściej, co jest jakąś katastrofą. Kryzys, nie kryzys, jeśli będzie przyzwolenie na niesłowność i nierzetelność, to świat biznesu padnie w kryzysie szybciej niż by się mogło wydawać.
W całej tej sprawie uderzyły mnie dwie sprawy: strach. Blogerów, żyjących ze współpracy z firmami i marketingowców. I reakcje w obu środowiskach.

Sprawa jest prosta: dobrzy marketerzy, dobre agencje doskonale widzą błąd i dla nich nie będzie dyskusji odnośnie celowości współpracy z blogerami, ale też wiedzą nie od dziś, że dobry, wartościowy bloger wymaga szacunku. Taki bloger nie zrobi też nic, co by mogło zaszkodzić reklamowanej marce (rzetelna opinia o produkcie, z krytyką włącznie zawsze będzie więcej warta niż przesłodzony wpis sponsorowany), bo z marką, której bloger sam nie ufa, nie nawiąże nawet współpracy. Ten mechanizm odsiewa automatycznie ludzi naciągaczy, którzy mają lekceważący stosunek do blogera, a do tego przeważnie kiepski produkt. Mam swoje doświadczenia w tym zakresie też, z czasów, gdy zaczynała się komercyjna współpraca z blogerami i doskonale wiem, jak bezczelnie beznadziejne ofery dostają blogerzy. Nie zmienia to faktu, że wielu się na to godzi, przez co jednak, po tylu latach można spokojnie przeprowadzić pewną segmentację samych blogerów, jak i propozycji, jakie są im składane. Poziom reklam, akcji, wpisów też bywa różny i dowodzi amatorszczyzny obu stron - marketingowca i blogera.
Nikongate, mam nadzieję, pomoże przeprowadzić tę segmentację jeszcze wyraźniej.*


Należy sobie jasno powiedzieć: blogerzy są różni, reprezentują różny poziom doświadczenia, wiedzy, umiejętności, które nie są im przecież potrzebne do prowadzenia bloga, ale są potrzebne do współpracy z firmami, agencjami itp. Tak samo jak marketingowcy, którzy też reprezentują różny poziom wiedzy i doświadczenia. W końcu nikt nie może znać się na wszystkim.
Właściwe umiejscowienie siebie samego ale też siebie wzajemnie też pomoże zapobiec błędom i zoptymalizować wyniki. Nie każdy bloger udźwignie większą kampanię, nie każda firma może sobie na coś większego pozwolić. Sama nie będę się bawić w segmentację blogerów i reklamodawców, bo to będzie dość czasochłonne, ale nie wątpię, że ktoś się na to zdecyduje i będzie to jedno z ważniejszych działań dla blogosfery. Szczególnie, że będzie to weryfikacja wymagająca okresowej aktualizacji. Jedni i drudzy będą się przecież rozwijać, bądź np. znikać z rynku, chociaż domeną blogera z marką jest stabilność. Nie krytykuję tym wpisem ludzi bez doświadczenia, tylko niepoprawne praktyki. Każdy ma prawo działać na miarę możliwości Chodzi mi tu o tych, którzy mierzą jednak najwyżej.  
To jak w dobrze działające firmie, która zatrudnia specjalistów, którym nie trzeba patrzeć na ręce, bo wiadomo, że każdy zrobi swoje i to na najwyższym poziomie, to jak outsourcing do najlepszej firmy w danej dziedzinie.  Z innymi może bywać różnie i faktycznie mogą wymagać kontroli i narzuconego planu, bo się mają prawo nie znać i trzeba ich pokierować. Kwestia odpowiedniego rozeznania i doboru sposobu współpracy.*


Wnioski po obserwacji fanpage'y firm, ich niski poziom i bezsensowność (ilość lajków nadal jest dla mnie bezwartościowym miernikiem), nasuwają mi wniosek, że to jednak blogosfera będzie kiedyś dla firm najbardziej wartościowym kanałem budowania wizerunku. Na równi z tradycyjnymi mediami i product placementem w filmach i serialach. I tymi metodami, które docierają do odbiorców, konsumentów a nie bezwartościowych lajków.
Liczę też na to, że ta akcja usztywni bardziej kręgosłup samych blogerów (obecnych i wzrastających), bo niezmiennie najcenniejszą wartością jest ich subiektywizm, z którego wielu rezygnuje ulegając potulnie warunkom umów, przez co w dłuższej perspektywie stracą wiarygodność. A tym samym przestaną być wartościowi dla cennych graczy i odbiorców.
Blogosferę opartą o wiarygodny marketing zawsze będą tworzyć przede wszystkim ci, którzy nie godzą się ślepo na wszystko, potrafią negocjować warunki i przede wszystkim, narzucają wzajemny szacunek we współpracy i pewne zaufanie w doświadczenie (dla mnie sztandarowa była akcja Kominka z Peugeot, gdzie wziął do współpracy też Segritty i Fashionelkę). Nie śledziłam za bardzo akcji, ale bardzo mi się spodobała swobodą, jaką dał Peugeot i pomysł, jaki zrealizowali wyjeżdżają bodajże do Chorwacji, na zasadzie "dokąd dojedziemy". Zabrakło mi tylko podsumowania z obu stron, ale to już zboczenie zawodowe. Sama akcja przeprowadzona koncertowo. I takie przykłady można mnożyć. Budowanie wizerunku marki i samych blogerów bywa profesjonalne. I o to chodzi przy tych najlepszych, po obu stronach. Wielu blogerów ma tak udane akcje za i przed sobą. I to nadal będzie się rozwijać, bo dla młodszych pokoleń blogi są normalnym elementem internetu.
Reszta będzie się pluskać w bannerkach za grosze, ale umówmy się, im to może wystarczyć.

Jako marketingowiec i prawie 10-cio letni bloger, od dawna zupełnie postronny, bo działam poza tym obszarem zawodowo i poruszam się po innych kanałach, obserwuję to wszystko i czasami nadal się dziwię, że ludzie z branży obawiają się wyjścia poza szablonowe myślenie i oczekiwane opinie. No tak to się będzie jeszcze 100 lat rozwijać.

Ja jestem slow, ale ta branża mogłaby zacząć gonić USA. Toż szlaki przetarte są dawno.
Ospałe to nadal.

Dojadam mandarynki i wracam do filmu. Jutro wracam do własnej strategii marketingowej 2013 i przy niej mam więcej do przemyślenia. Ta sprawa z Nikongate jest dla mnie oczywista. Blogosferę i współpracę komercyjną popychać do przodu będą najmocniejsi. Po obu stronach rytm narzucają profesjonaliści. A jest ich nadal niewielu. Poprzeczka się podnosi. Dobrze. 2013 ma szanse być ciekawy.
A do tych laików, którzy skrytykowali Segrittę, czy jakiegokolwiek blogera, który opisuje nieuczciwe praktyki, tylko jedno: załóżcie bloga i stwórzcie markę. Wtedy się wypowiadajcie. Do tego czasu po prostu obserwujcie i się uczcie, ew. zadając niegłupie pytania tym najlepszym a nie krytykując ich. Brak przemyślenia w krytyce jest smutnym dowodem głupoty. Odkąd świat światem.

Sobotnia noc bez gorączki

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/
wyjazd za Gdańsk. pozornie, bo to tylko jakiś nowy kawałek obwodnicy

Wątek 1. 

Kocham jeździć bez większego celu. Chociaż co jakiś czas. I kocham jeździć bez celu z M. Jako pasażer. Moja dominacja lubi chodzić sobie w cholerę i oddać mnie w ręce faceta. I daję się rozpieszczać, dopieszczać i po prostu kochać. Jako pasażer śpiewam i tańczę z radiem, komentuję jak głupia wydarzenia na drodze. Totalna blondynka. Dziś moim hitem był gość w maluchu, który bokiem przedriftował przez skrzyżowanie w Gdańsku. Inny przejechał na maksa przez czerwone światła. Po tym jak pruł, byłam prawie pewna, że leciał na letnich oponach. On hamował pewnie już dwa skrzyżowania wcześniej, tylko mu nie wychodziło. Pod Pruszczem inny wtoczył samochód prawie do samej Raduni. No zima jak ta lala. Strażacy narobią się za wszystkie czasy i to niekoniecznie ściągając kotki z drzew.
Dżizas, to są chwile, gdy niemożliwie kocham to miasto. Tu mieszka niemało ludzi z taką fajną, pokręconą wyobraźnią. Gdańszczanie zdają mi się być najbardziej wyluzowanymi mieszkańcami tego kraju. Mimo tego mrozu od morza, mimo wiatru i śniegu. Co jakiś czas każdemu odpala palma i nikt nie robi z tego halo. Po prostu mamy radochę. 

Czasami rozmawiam z kolegami i sobie planujemy odcięcie Gdańska od reszty kraju, uwolnienie miasta i przesunięcie go jeszcze trochę na południe, żeby cieplej było. Takie tam rozmowy przy kawie. Patrząc na historię kraju, to niejedna rewolucja wyszła stąd. Już dawno żadnej nie było i zaczyna nas nosić ;-)

Jako pasażer lubię się też droczyć, drażnić, podkręcać. Wychodzi ze mnie cała wredność niezajęta drogą i kierowaniem. Jak na złość - M. to lubi. Słuchacze, jeśli się zdarzają, mają ochotę wyskakiwać oknem. Kompletnie nie wiedzieć czemu. Pół drogi potrafimy się kłócić o takie pierdoły, że czapka mi się filcuje. Matko, jak ja to kocham.

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/
pasażer Nostromo
Wątek 2. 

Takie jeżdżenie, w ogóle samo w sobie, fantastycznie przeczyszcza mózg. I myśli. I wszystko staje się takie totalnie nieważne. Dziś okazją było fenomenalne na skalę ludzkości odkrycie nowego fragmentu południowej obwodnicy Gdańska. To też jedna ze spraw, za którą kocham Gdańsk. My mamy najlepsze drogi w kraju i długo nas nikt nie dogoni, co mi jest obojętne, bo mogę takich dróg innym miastom życzyć. Jak się tak leci z jednego fragmentu na drugi, z jakąś fajną prędkością, bez korków, mimo śniegu usypiającego jak waleriana, to od razu człowiek czuje się królem świata i z tego zajebistego dystansu patrzy na resztę z lekkim politowaniem. Nic nie poradzę, my mamy po prostu dobrze. 
I tak sobie pojeździć bez sensu. Genialne. Mieć na wszystko wywalone. I sobie śpiewać jakieś durne kawałki z serii "Moves like Jagger". Mrau.


15.12.12

Wędzenie, moja ulubiona obróbka

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/
polędwica. dopiero co wędzona. smak nie do opisania.

A na dobranoc coś pysznego. Tylko żeby zachować pamiątkę tego smaku. Oczywiście, że na co dzień kupuję wędliny z regionalnych masarni, wędzone naturalnie, w dymie, które nie mają w sobie nic, poza przyprawami z marynaty, ale ta ze zdjęcia, to rarytas. Pan T. z mojej firmy wychodząc rzucił niedawno - nie będzie mnie 4 dni. Jadę do domku na wieś wędzić mięso.
- Poważnie? A wędzi Pan też na sprzedaż? To ja się piszę.
Popatrzył na mnie i wyszedł.
Wczoraj przychodzi i mi pokazuje cudo ze zdjęcia. Powąchałam. Zapach dymu olchowo-bukowego (Nie mam pojęcia jaki faktycznie, chociaż mogłam zapytać, ale ten mi ładnie pasuje), ale też mięsko polędwicy i lekko przebijający czosnek i przyprawy. Oczywiście, że wzięłam i teraz zajadam drugą noc odkrawając sobie po cienkim plasterku. Bez pieczywa. 

I takich smaków nam trzeba. Niech wracają pełną parą produkty regionalne, pyszne, ze smakiem i zapachem, jaki pamiętamy z dzieciństwa. 

Tak bardzo cenię slow food...  Mruczę wciągając kolejny plasterek i słuchając Chilli Zet.

 Uwaga, zaznaczam jednak, że wędzenie nie jest akurat najzdrowsze, ze względu na dym, który wnika w mięso czy rybę, ale jeśli się nie przesadza i sięga po wędzone czasami, to czysta rozkosz. Po prostu nie jadajmy tego zbyt często.

Slow by Bartosiewicz


Doskonale. Idę śpiewając z nią.
I jeszcze tańcząc przy tym.
Bo tak.

Noname

Dzisiejszy dzień powitał mnie dobrą wiadomością. USA i dobry postulat.
Ba, autorem tej dobrej wiadomości są same media.

O co chodzi? O niewymienianie nazwisk sprawców masowych strzelanin. Przecież to było wiadome od dawna, że bardzo często pobudką, jedną z kilku, jest chęć bycia znanym. Jakąż nagrodą dla takich osób jest świadomość, że ich nazwisko jest na ustach milionów ludzi. A kontekst? Nie bądźmy naiwni. Im to bez różnicy. Równie dobrze, mogli wyjść na ulicę, bo przesolili jajecznicę.

Bycie szalonym miewa różne oblicza. Żeby być znanym, trzeba przeważnie dokonać czegoś ważnego, ciekawego, szczególnego, ba, trzeba się liczyć z tym, że przeciętny człowiek, niejednokrotnie użytkownik, odbiorca tego, co się stworzyło, nie będzie miał pojęcia o nazwisku autora. Przecież ludzie są (wszyscy jesteśmy, chociaż w różnych kategoriach) totalnym ignorantami. To nie czasy, to cecha. Więc co robią niektórzy? Odstawią masakrę i już o nich głośno. W historii mamy takich przypadków wiele. Przy czym, ci najlepsi w sztuce przekonują jeszcze innych do swoich racji i pozwalają im działać za siebie, wróć, za sprawę. To ten sam mechanizm. Popaść w niepamięć jest dla nich nieznośną myślą.


A USA mówi "nie". Przynajmniej niektóre z mediów (na ile wynika z artykułu). Co by jednak nie było, mamy światełko w tunelu i w końcu na coś przydały się wyniki badań psychologów. W końcu ktoś ich posłuchał i poszedł po rozum do głowy. Gloryfikowanie psychopatów poprzez nagłaśnianie ich nazwiska, umieszczanie go w gazetach i książkach do historii jest skutkiem i przyczyną powieleń. Zarzuca się szkodliwość grom komputerowym, a to jest o wiele gorsze i trwa od tysiącleci. Ile razy ktoś słyszał, że człowiek wychodził na ulicę i zabijał 30 osób, bo mu postać w grze nie przeszła levelu, albo poległa w walce ze smokiem? Gry mają dokładnie odwrotne działanie. To biografie tyranów, psychopatów itp. mają czasami o wiele gorszy wpływ, bo ta realna postać staje się autorytetem. Ale to inna sprawa.

Krytyka zachowania, a nie osoby jest uniwersalnym zachowaniem. I od wieków najlepszym. Nie ważne, czy chodzi o psychopatów, czy relacje między ludźmi. Nic nowego, chociaż w szkołach tego oczywiście nie uczą. 

Dopijam kawę. To naprawdę dobra wiadomość. Brawo USA.

14.12.12

Wiara w ludzi

Profesjonalizm, to jest słowo wytrych. Osobiście mam duży dystans, ponieważ jest niesamowicie nadużywane w opisach firm i osób. Przeważnie jednak mam z nim do czynienia w 100% zakresie. Ostatnio miałam problem (który trwał właściwie 2 dni), ponieważ okazało się, że splajtowała firma, która wynajmowała obiekt sportowy na moim osiedlu. Konflikt między firmą a spółdzielnią nie wyszedł na jaw praktycznie do samego końca. W ubiegłym tygodniu na salsie koleżanka powiedziała mi o petycji, żeby nie zamykać obiektu, bo w piątek ma być ostatni dzień. Aż stanęłam. 
- No ale jak zamykają?
- No zamykają. 
- Ale dziś jest środa
- No widzisz

Potańczyłam, ale zupełnie mi nie szło. Właściwie jak wszystkim. Wyszłam przed końcem. Porozmawiałam z ludźmi, z trenerem M., z dziewczynami w recepcji, które są też instruktorkami. Oni też byli w szoku. Podpisałam petycję i wyszłam. Idąc do samochodu płakałam. Z żalu. Nie chciałam żegnać się z instruktorem, bo wyszłam z założenia, że to się tak nie może skończyć. 
W piątek rozmawiam z koleżanką. Faktycznie obiekt został zamknięty. Najemca nie płacił czynszu. M. ruszył kontakty i się dowiedział jeszcze więcej. Śledziłam temat z każdej strony - spółdzielnia wydawała lakoniczne oświadczenia, najemca zapewniał, że szuka współpracy z innymi klubami, żeby ci, którzy mają karnety nie byli stratni. W gruncie rzeczy było mi to obojętne. W końcu nic nie zastąpi mi mojej salsy i latino. Instruktorów i grupy. Tak, bywam dramatycznie sentymentalna. Skumulowało mi się w środę i czwartek, gdy czułam, że nie jestem na zajęciach. Przejrzałam oczywiście oferty innych klubów, ale nic do mnie nie przemówiło. Musiałam odczekać. 

Daleko mi do pieniacza, nie lubię robić afery na zapas i z niczego. Daję ludziom czas na działanie, zanim zacznę reagować. 

A poza tym i tak nie byłam w nastroju do szybkiego klinowania.
Dziś wchodzę na fb i widzę komunikat. Firma znalazła obiekt do współpracy. Zadzwoniłam. 
- Dzień dobry. Marzena L. właśnie przeczytałam informację, że u Państwa mogę zrealizować karnet... 
- A tak, dzień dobry Pani Marzenko, super, że tak szybko Pani dzwoni, proszę sobie wybrać jakieś zajęcia i zapisujemy 
- Rozumiem, że macie Państwo jakiś rejestr osób z karnetami i niewykorzystanymi wejściami? 
- Tak, tak, wszystko mamy. Zapraszam 

Dziewczyna była przemiła. 

Znowu muszę ochłonąć. Przeglądam grafik i widzę "Zumba - Marzena L."
To znak ;-) 

Ale co lepsze, w tym klubie jest też squash. Kiedyś grałam namiętnie w tenisa. Dzwonię do M. 
- partyjka squasha? 
- koniecznie
No i oprócz niego mam jeszcze dwóch kandydatów do wykończenia się ze mną przy ścianie ;-)


Tak. Nie tracę do końca wiary w ludzi. Przeważnie, w 99% dobrze na tym wychodzę. I tak dalej będę trzymać. 

Taka dobra rada na koniec: nie uskuteczniajcie pieniactwa, nie siejcie agresji, złości, nie atakujcie wszystkich jak wściekłe psy przy byle okazji. Nie oczerniajmy z założenia i narodowej złośliwości. To nic nie zmieni. I najważniejsze - dajmy ludziom czas naprawić błędy. Przeważnie chcą. Przeważnie każdy chce, bo mało kto jest nieprofesjonalistą bez honoru, żeby chować głowę w piasek, albo po popełnieniu błędu uciekać. Takie jednostki nie powinny wpływać na większość. Nigdy. Magia tłumu powinna być poza nami. Ona doprowadza do różnych rzeczy. Przeważnie lepiej chodzić za głosem rozsądku niż pełnych agresji emocji. Bo to jest po prostu skuteczniejsze. Zanim zareagujemy - pomyślmy. Niech nasze ruchy mają uzasadnienie rzeczowe a nie głośne. Mi się to sprawdza. A jeśli ktoś przegina, to się mu to pokazuje. Też bez agresji. Tak naprawdę, gdyby firma CS Południe nie zrobiła nic, to ja też miałabym związane ręce, bo karnet nie był wart nawet wizyty u prawnika. Poza tym, to żadna szkodliwość społeczna. Firmy plajtują pozostawiając dziesiątki wierzycieli bez pieniędzy i to niestety nic nowego. Na dobrą sprawę i tak bym nic z tym nie robiła, bo bardziej było mi szkoda kadry, która pozostała przed świętami bez zajęć w tym klubie, ale mam nadzieję, że z niektórymi spotkam się w innym miejscu i że im firma też pomoże. Dobra, bez żartów, bardziej mam nadzieję, że nowy najemca odtworzy poprzednią kadrę, bo większość instruktorów jest faktycznymi mistrzami z tytułami, w swoich dziedzinach. I to widać.

Warto dawać ludziom szansę, bo można być fajnie zaskoczonym.

No to piłka pójdzie w ruch... rakietą do tenisa, ale cóż ;-)

A nad salsą pomyślę. Tu też się coś wymyśli. Slowly. I bez agresji.

I pełen szacunek dla firmy CS Południe. Mimo własnych problemów nie zostawili ludzi na lodzie.

Spółdzielnia szuka nowego najemcy. Zobaczymy, co będzie dalej. Ale to już inna, zupełnie inna sprawa. Ja, nie znając prawdy, tego, co się działo między stronami nie oceniam tego, ale jestem szczęśliwa, że nadal nie brakuje ludzi z honorem. 

13.12.12

Man's World

Jak mawiała moja babcia, lepiej być rozwódką, niż starą panną, chociaż nie wypowiadała się na temat bycia mężatką.  Status związku zawsze  będzie pozostawiał coś do powiedzenia ;-)

Powiem jedno: nieważne, po której jego stronie się stoi,  bo ze związkiem jest jak z okresem z rozregulowanym cyklem - jesteśmy albo przed, albo po, albo w trakcie. Jak któryś stan się przeciąga, to się rzuca na mózg.

Dawno temu opisałam typy kobiet.

Dziś przedstawię typy facetów i zawrę podprogowo, w bardzo utajony sposób, odpowiedź na pytanie "dlaczego tak wielu z nich pozostaje singlami."

Kilka typów facetów, którzy są z reguły singlami, przechodzącymi z rąk do rąk, bo żadna ich nie chce na zawsze:

Free Willy - charakter postaci doskonale oddaje jeden z cytatów filmu "Mój rower" 
- dlaczego do niej nie zadzwonisz? 
- bo tak jest łatwiej 

Podrywanie kobiet, na których im nie zależy, to sport dla sportu, bo coś w życiu trzeba robić, ale do tych, na których mogłoby im zależeć nie będą się zbliżać, bo jeszcze się zakochają, a po co. Ew. za obiekt wybierają kobiety kompletnie poza ich zasięgiem i są z tego powodu nawet zadowoleni. I nie ma co się złościć. Free Willy przeważnie ma za sobą już jakąś wielką miłość, której nie jest w stanie dorównać żadna śmiertelniczka. Dziewice chętne do przekonania go, że to jednak one są miłością jego życia, rozbijają się jak fale o skały. Też fajny sport z ich strony. Pocieszające dla kobiet może być to, że prawdziwi Free Willy to rzadkie przypadki.  

Bezkręgowiec - znany też jako pantoflarz, bo on się po prostu rzuca w ramiona kobiety jak mały kociak prężąc się do głaskania po brzuszku. Właściwie do niego brakuje tylko pilota. Zrobi dokładnie to, co chcesz, dokładnie wtedy kiedy chcesz i wszystko co powiesz i pokażesz palcem. Z własnej inicjatywy nie zrobi nic. Czasami go poniesie, ale zanim coś zrobi, zapyta czy może, czy się zgadzasz, co ci to pasuje, czy na pewno ci się to podoba, czy dobrze to robi, czy ci wygodnie, a może chcesz koc, a może pomasować ci stopy, a może chciałabyś... Uciec? Tak. 

dostałam od MojejTrawy. Tak. Wiem :-)


Zanim cię weźmie za dłoń, to 3 razy dostanie zawału, przed pocałunkiem zapyta 4 razy czy na pewno może. Nie wiem, co się dalej dzieje z takimi facetami, skoro osłabia ich pierwsze "nie". Oni szanują kobiety inaczej.

Takowiec - "Tak, kochanie", "Jak chcesz kochanie" - inna odmiana bezkręgowca.
- ale "tak" co?
- jak uważasz
Naprawdę, faceci bez własnego zdania i inwencji jakiejkolwiek, są bardziej mdli niż filet śledzia bez przypraw. To nie to samo, co optymizm, pozytywne podejście do życia. Przychylanie kobiecie nieba i spełnianie każdej zachcianki nie do końca tak wygląda. Oni i tak tego nie zrozumieją, bo uważają, że kochający facet właśnie taki jest. Nic się nie poradzi.

Cowboy - myśląc o nim widzisz jeźdźca na koniu oddalającego się na horyzoncie. Nie pytaj co robi, gdzie idzie, kiedy będzie, kiedy wróci, kiedy się spotkacie, czy zapłacił rachunki, albo czy pojedziecie nad jezioro ze znajomymi, którzy was zapraszają. Każdym pytaniem ograniczasz jego przestrzeń i wolność. Nie pytaj o nic. Jak będzie chciał, to sam powie. Po prostu go kochaj. Nie zakłócaj jego przestrzeni nadmiarem słów. Ewentualnie możesz mu opowiadać o tym, jaki jest wspaniały i wyjątkowy. Nawet nie dopuszczaj myśli, żeby powiedzieć, żeby wyniósł śmieci.  I żadnych, ale to żadnych wyrzutów i uwag, zrozumiano? Jak nie, to przemyśl to w milczeniu.

Tatusiek - kupi ci perfumy, bieliznę, ubrania, zabierze do fryzjera, kosmetyczki, na kolację, do lekarza, na wycieczkę, zawiąże szaliczek na zmarzniętej szyjce, dopnie płaszczyk, zapłaci za szkołę i pogłaszcze po głowie mówiąc "moja mała dziewczynka". Jak będziesz niegrzeczna dostaniesz klapsa. Wszystko co powiesz skwituje "Dzidzia, jaka ty jesteś pocieszna, chodź, usiądź mi na kolanach a ja ci wszystko wyjaśnię". 

Kumpel - w życiu nie da ci kwiatów, nie zrobi nic, co mogłoby się wydawać romantyczne, szalone i po czym mogłabyś się zorientować, że się w tobie buja, jak dmuchawiec na wietrze. Kumpel zauważa, że fajna dziewczyna z ciebie, ale nie myśl sobie za dużo. I weźmie cię na piwo. Przytuli cię wzruszony, gdy właśnie wygra jego drużyna w piłce nożnej.


Mąż (boss)- szuka żony, matki rodzicielki jego dzieci, bez owijania w bawełnę. Na pierwszej randce zada ci 100 pytań kontrolnych, upewni się, że umiesz gotować, sprzątać, prasować, myć podłogę, prać, rodzić dzieci i je wychować. I podasz obiad na czas oraz odwiedzisz z radością teściową. 4 razy w tygodniu. Życie rodzinne to dla niego świętość. Święć razem z nim.


Killer - cecha, która się czasami aktywuje, gdy odkrywasz którąś z powyższych i chcesz uciekać. Słyszysz - zabiję się, jak mnie zostawisz. Nie możesz mi tego zrobić. Obiecałaś. Miałaś mnie kochać. Kochaaaam cię, nie zostawiaj mnie !!!!!1111!.  Dramat. 

Dlaczego jednak tak naprawdę faceci są singlami?
Dlatego: 



Bo kobiety chcą tylko, żeby faceci mieli wszystkie te cechy w idealnych proporcjach, w idealnych momentach. To takie banalnie proste.


PS. Te memy są tak brzydkie, że aż mi palce mrowieją, ale teksty w nich są najlepszymi rozbawiaczami, a jakimi miewamy do czynienia. 

12.12.12

Kup sobie problem, z przyjemnością

Marketing ma to do siebie, że ma nas kupić. Ma kupić naszą uwagę, pożądanie, chęć posiadania. Ma nas zauroczyć i zwrócić uwagę na markę, produkt. I ok. Od całej reszty mamy potem biura obsługi klienta, działy sprzedaży, osoby od kontaktu z klientem, ale przede wszystkim nazwijmy to "działy reklamacji". Od nich, od osób mających kontakt z "klientem z problemem". To od tych osób w dużej mierze zależy, czy klient wróci i jaką będzie miał o nas opinię. Oczywiście ideałem jest mieć taki produkt, dzięki któremu na pytanie o rozpatrywanie reklamacji produktu możemy odpowiedzieć "nie wiem, bo nigdy mi się nie popsuło", ale umówmy się, nie zawsze tak jest. Gdy już jest, to firma ma stanąć na głowie dowodząc tego, co kiedyś nazywało się dyplomacją - czyli zrobić klientowi tak dobrze, żeby ten był wdzięczny, że mu się popsuło. 
Proces sprzedaży nie kończy się w momencie zakupu i wie to każdy raczkujący marketingowiec czy sprzedawca. Marketingowcy bardzo często przejmują komunikację z klientem właśnie dlatego, że mają świadomość wagi przebiegu procesu reklamacji. 

Oczywiście ostatnimi czasy coraz więcej osób, zaczyna rozumieć, że czasy się zmieniły i produkt nastawiony jest na działanie w okresie trwania gwarancji. Potem masz kupić nowe, bo nie opłaca się naprawiać. Te zjawisko działa już od bardzo dawna, ta filozofia funkcjonuje już od naprawdę wielu lat i między innymi właściwie pod nią wprowadzane jest coś takiego jak "nowa wersja". Tak tylko uświadamiam, bo te drobne liftingi mają swój punkt wyjścia w jakimś tam produkcie wersji alfa. Kupujemy ciągle nowe wersje, bo stare i tak się zaczynają psuć a marketing nam uświadamia, że i tak chcemy już mieć nowe. To, że mam tego świadomość, nie zmienia faktu, że to po prostu działa. Nie zawsze, ale zdarza się. 
Wracając natomiast do reklamacji. Gdy jest to reklamacja w ramach gwarancji to sprawa powinna być prosta i ja wybieram zawsze produkty takich marek, do których mam zaufanie. Wymieniając na bezdechu - Sony (krótko po zakupie coś siadło w telewizorze. Przyjechał serwisant, odebrał telewizor z domu, przywiózł naprawiony po kilku dniach), Bosch (w trakcie transportu uszkodził się uchwyt w lodówce. Przyjechał serwisant, wymienił uchwyt na nowy), Nokia (dostałam kiedyś jakiś felerny egzemplarz. Odesłałam i dostałam nowy). Albo gdy kupiliśmy nowiutkiego Peugeota. Pękła szyba przednia, poszła skrzynia biegów. Przeprosili za kłopot i wymienili na nowe. O! Ostatnio przerzuciliśmy się na e-papierosy. Coś mi przestało działać. W punkcie sprzedaży dostałam nową część. Po prostu. Pani powiedziała tylko "tak, to się zdarza. Proszę, dam dwie zapasowe". I tego się spodziewałam. Ubezpieczenia - Allianz rządzi. Rozwaliłam sobie bok samochodu. Koszt naprawy ponad 8 tyś. Oddałam do warsztatu, odebrałam naprawione auto (wymiana boku, jeszcze część ściągali z Kolonii), pojeździłam autem zastępczym. I tego oczekuję. Jak otwarcia drzwi przede mną. 

Gdy płacę, to nie wymagam wchodzenia mi za przeproszeniem "w tyłek", tylko grzecznego kontaktu, naprawy, sprawności, reakcji, działania. Nie chcę czekać tygodniami, miesiącami. I jakoś doświadczeniem przeważnie wiem, czym się kierować, żeby na takie firmy się decydować.
Krechę ma u mnie np. Zelmer (kupiłam maszynkę do mielenia, po pierwszym użyciu okazało się, że rdzewieją łopatki do mielenia, takie małe dingsy. Napisałam maila do serwisu i spodziewałam się wymiany na nowe. Dostałam odpowiedź, że mogę sobie kupić. Nawet przez internet). No to sobie nie kupiłam i sprzedałam urządzenie dalej.

Czasami blogerzy, których czytam wrzucają opis swoich perypetii z produktami. Niedawno MojaTrawa pisała o Applu (też niesamowita historia).  Jej to nie powinno spotkać. Po prostu. Nie jest to  właściwie istotne, czy ktoś występuje jako bloger czy klient z ulicy zawieszony na infolinii czy mailu, bo to właściwie to samo. Bloger napisze na blogu i opowie znajomym, niebloger opowie znajomym. Dziś przeczytałam z zawodowym absmakiem opowieść o  awarii wizerunku Nicona u Segritty. (polecam spojrzeć też na jej fanpage, gdzie jest ciag dalszy).
 (PS. przeróbka foty jej i Kominka, który się zsolidaryzował, jest bezbłędna)

Co mnie zdziwiło*, to przebieg sprawy. Po takiej marce (nie obchodzi mnie, kto ją reprezentuje, bo to ich sprawa, żeby zatrudniać ludzi, którzy potrafią dbać o PR i wizerunek) spodziewałam się czegoś więcej.

Nie chcę czegoś, jeśli mogę być zignorowana jako klient z problemem. Nieważne czy w trakcie reklamacji czy po, bo model stanie się "stary". Ten argument, że to stary model rozbawił mnie zupełnie. No proszę. A ja naiwnie myślałam, że Nikon to marka, która robi aparaty na lata. Nikon byłby dla mnie jedną z marek z tradycją.

Niezmiennie mnie ciągle jednak dziwi, że tak duże koncerny, dla których załatwienie takich spraw jest wręcz żadnym kosztem, gdzie powinni wiedzieć, że jeden niezadowolony klient to iluś tam straconych, gdzie powinni wiedzieć, że samym marketingiem świat nie stoi i konkurencja nie śpi (śmiać mi się chce, że to w ogóle piszę), ale nie mogę uwierzyć, że to się ciągle dzieje naprawdę, że nadal popełniane są takie byki. Jak w przedszkolu. 

No i tylko mała rada na koniec - kierując się wyborem produktu pamiętajmy, żeby zwrócić uwagę na obsługę posprzedażową. Internet jest w tej chwili bezcennym źródłem, żeby sprawdzić opinie właśnie o tym aspekcie. 
Nie łudźmy się, że masowo produkowane produkty będą żyły wiecznie. To nie manufaktura. Jeśli decydujemy się za coś ileś zapłacić, gdy założymy już, że nie jest to tylko jakość, to zwracajmy uwagę na sposób kontaktu z klientem w razie problemów. Wliczajmy to w cenę. 

I najważniejsze: nie wstydźcie się wymagać od producenta, sprzedawcy, najwyższej jakości i obsługi posprzedażnej. To wcale nie jest wartość dodana i dowód niesamowitego zajebizmu. To kupujemy wraz z marką i jej renomą (dlatego nie sięgam po noname czy podróbki).  

Oczywiście, że nie ma żadnego powodu być chamskim, bezczelnym (odradzam, bo to po prostu daje dowód braku elementarnej kultury), ale po prostu grzecznie i z uśmiechem asertywnym.  Tylko, że właśnie naprawdę dobra marka, dobra firma nie zmusza nas do niczego, poza zgłoszeniem problemu. Zajmą się wszystkim. Zawsze.
Właśnie po to, żebyśmy byli zadowoleni, że musieliśmy zgłosić jakąś uwagę. 


Jak ci młodzi marketingowcy czasami nic nie rozumieją...

*(nie to, że też mam Nikona i już wiem, że na serwis to sobie mogę liczyć, trudno, pewne i tak szybciej go sprzedam, co planuję od pół roku, bo mam model po prostu za duży i chcę znowu coś małego do torebki, a dodatkowo po historii przed dwóch lat, jednej z moich koleżanek, która miała już do czynienia z ich serwisem przy naprawie gwarancyjnej i czekała 3 m-ce na naprawę, przedtem musiała jeszcze udowodnić, że to nie jej wina). 

  1. Naprawdę dobre marki dbają o klienta do totalnej śmierci produktu trzymając go za rękę. Wtedy jest szansa, że kupi nowy znowu ich marki. I tylko wtedy.

Kodeks zołzy

Nr. 3


Bądź taką kobietą, dzięki której mężczyzna będzie miał najbardziej niezapomniane i wyjątkowe wspomnienia. 


12.12.12
Marzena L.

11.12.12

Ja i książki cz. 2

Książki to ja czytam tylko na papierze. Tak grzmiałam do niedawna jeszcze. I grzmiałabym dalej, gdybym nie musiała przeczytać e-booka. Właściwie ten moment przyszedł przez Tomka Tomczyka i jego BLOGERA, którego zrecenzowałam niezwłocznie po przeczytaniu wersji papierowej. Najpierw jednak miałam e-booka, którego odebrałam na urlopie w Zakopanem. Gdy wróciłam z gór i zobaczyłam link w skrzynce mailowej od razu ją pobrałam. Powiedziałam sobie, że jednak nie po to wyjechałam na urlop z M., żeby czytać książkę. Przeczytałam pierwsze strony, jedną z nich wrzucam: 

BLOGER Tomek Tomczyk 
Dobrze, że to był jeden z ostatnich dni urlopu. Włączyłam cierpliwość. Po powrocie do domu miałam nadzieję znaleźć w skrzynce wersję papierową. Nie było. Pozostało mi przeczytać e-booka. Wtedy też się okazało, że wersja nie ma dla mnie znaczenia. Spędziłam nad "Blogerem" całą noc i dzień. Po przeczytaniu i nieprzespanej nocy czułam się pijana treścią. Nie, nie chodzi o poradnik. W końcu od tej strony ta książka nie mogła mnie zaskoczyć. Chodzi o zawartą w niej historię i co najważniejsze styl, zdania. Czytając książkę raz, albo szybko, często umykają nam smaczki. 

Do "Blogera" wróciłam jeszcze raz, po otrzymaniu wersji papierowej, przeczytawszy ją na podobnej korbie (książkę oddałam w chwili wzruszenia jeden dziewczynie, która ma wg mnie wielki potencjał na blogera, chociaż pracy przed nią też sporo, to dałam jej ten rok, może dwa, chyba że się podda). 

Dziś wróciłam do e-booka. I wiem jedno: nienawidzę jej autora :-) Znacie te uczucie, gdy czytacie coś i jakieś pojedyncze zwroty, zdania, trafiają w sam środek świadomości? Gdy jakieś pozornie banalne stwierdzenie rozdziera jakoś dziwnie od środka? Gdy się zastanawiacie, dlaczego on pisze o rzeczach, które nosicie w sobie od zawsze? Jakim cholernym trafem pisze o czymś, co mam w sobie? Uwielbiam czytać takie zdania po kilka razy.
To niby poradnik, a za każdym razem, gdy otwieram tę książkę (no proszę, otwieram e-booka), to te zwroty są jak wyrwane z moich myśli. Znowu. Strasznie mnie to irytuje, bo o ile jestem czytelniczką Kominka od chyba początku i mimo to, nie dam odebrać sobie dystansu, o ile przeszłam wiele przy jego tekstach i obserwując jego czytelników, gdzie miałam najlepsze pole do obserwacji zachowań ludzi, gdzie widziałam rzeczy, jakie ciężko zobaczyć na jakimkolwiek innym blogu (jak to wspominam, to mi się wydaje, że mi się to śniło, bo takie rzeczy nie dzieją się naprawdę), gdy wiele razy się z nim nie zgadzałam (bożesztymój, jak jego teksty potrafiły i potrafią mnie zdrażnić), to pamiętajmy, że blog jest miejscem autora, zawsze!, gdzie wiele razy się niezmiernie wzruszyłam (Requiem dla Ani, albo Kobieta idealna), albo po prostu bardzo uśmiałam, czy zadumałam. A to niby tylko blog.

Jednak zawsze, co by nie było, blog Kominka był miejscem, gdzie doceniałam przede wszystkim kunszt autora, który polegał na tym, że mógł on pisać o nodze stołu a to i tak by było jakieś. To był pierwszy blog, na którym nigdy do końca nie było wiadomo co jest prawdą (z resztą, co to znaczy "prawdą") a co fikcją literacką (no dobrze, mój też taki dla mnie był, ale to było co innego i inna skala). I to było fantastyczne. Naprawdę. Taki paroletni epizod z życia ówczesnej trzydziestki (Bogowie, jak on pięknie czepiał się trzydziestek). Jeśli ktoś zna bloga na takim poziomie żonglowania emocjami i słowami, to czekam na linki (na priv). 

Jednak zawsze wiedziałam jedno i właściwie zaczytywałam się w nim, bo Tomczyk jest pisarzem i ja wręcz oczekuję od niego szarpania moich emocji. Łzy też będą wskazane (mi się pojawiły przy epilogu  książki. Tak po prostu). Kominek tego nie ukrywał, że chce pisać książki (pamiętam pierwszy rozdział książki, która jednak nie wyszła. A szkoda), tylko do diabła, niech to robi. 
Dobrze, umówmy się, prawie każdy przechodzi w życiu przez etap: napiszę książkę. "Będę pisarzem" jest popularnym hasłem jak "będę milionerem". Jednak z nim jest ta różnica, że on nim jest. Od dawna. Teraz modne jest wydawanie książek i wydają je wszyscy w różnych formach i o różnej tematyce. Po tę warto sięgnąć, żeby poszukać swoich myśli. Można też po to, żeby zostać blogerem ;-)

Już kiedyś pisałam, że uważam, że artystom wolno więcej, to oni mają przekraczać granice i wyobraźni i poglądów. Kominek dalej jest blogerem i pewnie jeszcze długo będzie (kto określa blogerów mianem artystów i ilu warto? No właśnie), jednak dla mnie Tomczyk jest pisarzem i mam nadzieję, że za kilka, kilkanaście lat, będę miała na półce kolekcję jego książek. W czytniku też. Już nie powiem, że któraś wersja jest lepsza. One się zaczęły mocno uzupełniać. Ważna jest treść książki a nie forma jako taka. I okazuje się, że same książki na to wpłyną. 

Tak, czasy się zmieniają, a ja z nimi. Nieustannie. Będę dalej wypatrywać nowości technologicznych, jeżyć się na nie i pewnie nabywać, bo to jest w końcu mocno związane z moim zawodem, ale z pokorą przyznaję, że poza książkami papierowymi mam w międzyczasie pełną bibliotekę e-booków. Dopiero od niedawna sięgam do niej częściej. Teraz wrócę do dokończenia "Grywalizacji", która swoją drogą na dobry patent: zakup książki wiąże się z jej elektronicznym podpisem - na każdej stronie jest nasz adres mailowy.

Nawołując do ochrony lasów kiedyś będzie można może zdecydować, czy jakąś książka powinna pojawić się w naszych rękach na papierze.
Dla mnie liczy się jednak mieć na stałe i swoje egzemplarze takich książek, do których chce się wracać. Do których się wraca co jakiś czas. Do "Blogera" wracam, bo nie rozumiem do końca, jak to działa, bo w końcu przecież tam nie ma nie wiadomo czego. Historia jak historia, chłopak jak chłopak, bloger jak bloger. Więc o co chodzi?

Jeśli przeczytałam tę książkę na tablecie i czytam drugi raz i dokupię znowu wersję papierową, bo mi się okrutnie podoba okładka, to znaczy, że coś się dzieje. Tomek jest jeszcze młody. Wszystko przed nim. A co najlepsze, bez praktycznie żadnej zewnętrznej reklamy jego książka rozchodzi się jak ciepłe bułki.
Strasznie mocno trzymam za niego kciuki. Niech kiedyś siedzi sobie w tym Nowym Jorku i pisze dalej.
To kolejna postać z naszego polskiego podwórka, osoba z  pasją i piekielnym talentem, i w końcu pisarzem, którego książki chcę mieć na półce obok Kosińskiego i osobą, którą jak mało kogo od lat po prostu podziwiam.

Bardziej niż siebie ;-)

Ja i książki cz. 1.

To będzie cholernie długi wstęp...

Popatrzyłam na szafkę przy łóżku, na stos książek, które czytam z przerwami, bo mnie przerasta czasami fabuła, problemy bohaterów, ilość wątków, czasami zanudza. Niektóre zostawiam w połowie i już nigdy do nich nie wracam. Patrząc po swojej kolekcji nieraz przechodziło mi przez głowę, że jestem nienormalna. Na książki wydaję sporo. Najbardziej mi szkoda tych, które pożyczyłam i nigdy do mnie nie wróciły. Nie tracę nadziei, bo problemem jest tylko to, że nie pamiętam komu pożyczyłam. Sama mam kilka książek pożyczonych, ale tu pamiętam jednak dokładnie, od kogo.  Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że są książki, które chłonie się jak woda gąbkę. Czasami się zdarza, że czytam nieprzerwanie prawie kilka dni. Czasami. Ponieważ rzadko się takie książki zdarzają. Są książki, które są dla mnie potwornie ważne, bo albo były ze mną w jakiś momentach życia, albo dostałam je od kogoś bardzo dla mnie ważnego. Są książki, do których wracam co jakiś czas, mimo tej góry przy łóżku. Szczególnie, że ta góra przy łóżku to sporo pozycji okołozawodowych czy poradników różnej maści, z masażami włącznie, czy przewodników (ostatnio siedzę w Hiszpanii). Są tam też biografie, jakieś dialogi, monologii, wszystko, co chcę przeczytać. Nie wspominam nawet o dziesiątkach książek okołkucharskich czy podróżniczych.
Oczywiście też powieści.

I to z nimi miewam czasami problem. Niektórzy autorzy mają dar wciągnięcia nas w swoją opowieść. Naprawdę. Po czubki synaps. Mocno i głęboko. Czy to z erotyką, jak Kosiński, czy Nienacki, czy delikatniej Wiśniewski, czy też bez, jak Marquez. Zależy od fazy w życiu, od nastroju, od przeżyć. Gdy byłam nastolatką zaczytywałam się na zmianę w horrorach, komiksach, romansach, traktatach filozoficznych czy książkach o każdej możliwej religii (które były jak trepanacja czaszki) i dziełach klasyki, na miarę marnych możliwości, w oryginale, jak Manna, ale też lubiłam bajki w wykonaniu Coehlo, ale wcześniej, oczywiście książki np. Musierowicz czy Verne'a albo Lewisa (mało kto wie, przyjaźnił się z Tolkienem i mocno wpływali na siebie) i mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale nie w tym rzecz. Miałam i mam głęboką obojętność na to, co modnie jest czytać. (Sorry Masłowska, nie zakochałam się).  Średnio polubiłam się z Głowackim czy Gretkowską. 

Ja generalnie nie przepadam za piórem kobiet. Chociaż.. Nie, no swego czasu zakochana byłam w Kalicińskiej. Pomogła mi przeżyć miesiące w szpitalach. Jakoś łapałam przy niej dystans do tego, co się działo. Książki. Naprawdę  nie wyobrażam sobie bez nich życia. Szybciej bez netu, może dlatego, że miałam ponad 25 lat, gdy zaczęłam surfować :-)
Ale ja zupełnie nie o tym chciałam. Chociaż mam w mieszkaniu, poza łazienką, wszędzie książki, to ważniejsze jest, że niektóre nie przepływają przez nas jak wiadomości na wallu fejsa. I co mnie samą dziwi, to fakt, że tak łatwo zmieniają mi się przyzwyczajenia...

Co mnie do tego popycha? I co dalej z tymi książkami? Cdn.