11.12.12

Ja i książki cz. 1.

To będzie cholernie długi wstęp...

Popatrzyłam na szafkę przy łóżku, na stos książek, które czytam z przerwami, bo mnie przerasta czasami fabuła, problemy bohaterów, ilość wątków, czasami zanudza. Niektóre zostawiam w połowie i już nigdy do nich nie wracam. Patrząc po swojej kolekcji nieraz przechodziło mi przez głowę, że jestem nienormalna. Na książki wydaję sporo. Najbardziej mi szkoda tych, które pożyczyłam i nigdy do mnie nie wróciły. Nie tracę nadziei, bo problemem jest tylko to, że nie pamiętam komu pożyczyłam. Sama mam kilka książek pożyczonych, ale tu pamiętam jednak dokładnie, od kogo.  Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że są książki, które chłonie się jak woda gąbkę. Czasami się zdarza, że czytam nieprzerwanie prawie kilka dni. Czasami. Ponieważ rzadko się takie książki zdarzają. Są książki, które są dla mnie potwornie ważne, bo albo były ze mną w jakiś momentach życia, albo dostałam je od kogoś bardzo dla mnie ważnego. Są książki, do których wracam co jakiś czas, mimo tej góry przy łóżku. Szczególnie, że ta góra przy łóżku to sporo pozycji okołozawodowych czy poradników różnej maści, z masażami włącznie, czy przewodników (ostatnio siedzę w Hiszpanii). Są tam też biografie, jakieś dialogi, monologii, wszystko, co chcę przeczytać. Nie wspominam nawet o dziesiątkach książek okołkucharskich czy podróżniczych.
Oczywiście też powieści.

I to z nimi miewam czasami problem. Niektórzy autorzy mają dar wciągnięcia nas w swoją opowieść. Naprawdę. Po czubki synaps. Mocno i głęboko. Czy to z erotyką, jak Kosiński, czy Nienacki, czy delikatniej Wiśniewski, czy też bez, jak Marquez. Zależy od fazy w życiu, od nastroju, od przeżyć. Gdy byłam nastolatką zaczytywałam się na zmianę w horrorach, komiksach, romansach, traktatach filozoficznych czy książkach o każdej możliwej religii (które były jak trepanacja czaszki) i dziełach klasyki, na miarę marnych możliwości, w oryginale, jak Manna, ale też lubiłam bajki w wykonaniu Coehlo, ale wcześniej, oczywiście książki np. Musierowicz czy Verne'a albo Lewisa (mało kto wie, przyjaźnił się z Tolkienem i mocno wpływali na siebie) i mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale nie w tym rzecz. Miałam i mam głęboką obojętność na to, co modnie jest czytać. (Sorry Masłowska, nie zakochałam się).  Średnio polubiłam się z Głowackim czy Gretkowską. 

Ja generalnie nie przepadam za piórem kobiet. Chociaż.. Nie, no swego czasu zakochana byłam w Kalicińskiej. Pomogła mi przeżyć miesiące w szpitalach. Jakoś łapałam przy niej dystans do tego, co się działo. Książki. Naprawdę  nie wyobrażam sobie bez nich życia. Szybciej bez netu, może dlatego, że miałam ponad 25 lat, gdy zaczęłam surfować :-)
Ale ja zupełnie nie o tym chciałam. Chociaż mam w mieszkaniu, poza łazienką, wszędzie książki, to ważniejsze jest, że niektóre nie przepływają przez nas jak wiadomości na wallu fejsa. I co mnie samą dziwi, to fakt, że tak łatwo zmieniają mi się przyzwyczajenia...

Co mnie do tego popycha? I co dalej z tymi książkami? Cdn.