5.12.12

Grająca kasa

Są ludzie, którzy uparcie twierdzą, że pieniądze nie mają dla nich znaczenia, są drugoplanowe, właściwie to są nieważne i all you need is love. Ja to sobie tłumaczę tak, że to ich mechanizm obronny, żeby nie zejść ze zgryzoty z braku tychże pieniędzy. Mamony. Kasy. Taka lekka obłuda. Nie lepsza od skrajnego skąpstwa, które powoduje, że ludzie bardzo bogaci chodzą w cerowanych skarpetkach i jedzą jedzenie z Biedronki, bo im szkoda pieniędzy.
Nie rozumiem tych skrajności. Robienie z pieniądza czegoś więcej, niż jest. A pieniądz jest środkiem płatniczym, głównie jest efektem ubocznym naszej pracy, czasami wynikiem przypadku (lotek, kasyno, poker ;-) Po prostu. Ważne jest jeszcze, jak do nas dociera. Za co. Jak się z tym czujemy.

Czasami, jak większość ludzi, lubię sobie pogdybać i pomarzyć o wielkiej kasie. Czasami przypomina mi się to przy liście marzeń (tak, są marzenia, które w prosty sposób realizuję mając czasami pieniądze i ta lista potrafi się kurczyć i rozrastać w nieskończoność), albo w okolicach świąt czy urodzin, gdy pada magiczne "co byś chciała dostać". Poważnie? Mam wymienić jedną rzecz? Kamą. Dla mnie serio liczy się pamięć :-)

Co do prezentów, to lubię robić je sobie sama. Głównie w nagrodę. Na pocieszenie nie, gdyż mój mózg ma za zadanie szukać okazji do nagrody, a nie do pocieszania. Na pocieszenie dostaję przytulenie. Reszta rzeczy, przedmiotów jest nagrodą. Za każdym razem, gdy jestem z siebie z jakiegoś powodu zadowolona, to coś extra sobie kupuję. Lubię dawać sobie sama powód. (OK, "bo takiego jeszcze nie mam" też czasami jest powodem, ale bez przesady).

Czy pieniądze zmieniają ludzi? Myślę, że nie. Po prostu wyciągają z nich różne cechy, które brak pieniędzy skrywa. Jeśli ktoś dochodzi o większych pieniędzy i "nagle" zmienia się w buraka, snoba, zmienia środowisko (przyjaciele jacyś tacy biedni), rodzinę (żonę na lepszy model), itp. to znaczy, że taki był, zawsze chciał to zmienić.

Pieniądze same w sobie nic nie zmieniają. Jakoś zauważyłam, że kobiety z pieniędzmi pielęgnują wolność i jakieś wartości mniej materialne, faceci z pieniędzmi lubią pielęgnować przychylność kobiet. Gdy miałam 18-25 lat odczuwałam to najmocniej. Potem na szczęście czas mnie posunął i wyszłam za mąż. Odsapnęłam od rozmów, ile to mogę w życiu dostać od faceta z kasą. Przykre było to, że takich facetów przyciągałam. "Kocie, kupić ci mieszkanie? A może nowe perfumy? Mów czego chcesz". Jakby świat kręcił się wokół pieniędzy. Jakby moje i ich ego i relacja kręciły się wokół tego. Jakby musieli sobie kupować czas ze mną. Zawsze byłam dziwna w tym względzie. Nie chciałam tego wszystkiego dostawać tak po prostu. Takie to jakieś słabe. I nie cieszy na dłuższą metę. Bez sensu. Handel atencją jest taki... tani. Mężczyzno, daj kobiecie zakochać się w sobie, a nie w prezentach. Rób niespodzianki, które dowodzą kreatywności, a nie kasy (co się czasami nie wyklucza, ale nie w tym rzecz). Zależy oczywiście czego kto szuka w życiu, bo nie jedna kobieta krzyknie "Oszalałaś?! Niech kupuje!". OK. Ludzie powinni się dobierać. To jasne.

Facet jako trampolina do lepszego finansowo życia? Nie. Dziękuję. To nudne. Wolę sobie powoli i swoimi sposobami dochodzić dokąd chcę, a nie gdzie by mnie ktoś widział, oczywiście, że często stoją za tym jacyś faceci, jak ja stoję za sukcesami ich, ale to coś innego. Szczególnie jeśli to jego "rezydencja" i kobieta w roli maskotki. Na tym polu nie widziałam siebie nigdy. To nie mój styl życia. Życie z jego karty kredytowej. Nie, nie. Widziałam. Dziękuję. Oddałam wieki temu pole innym. Myślę, że wszyscy na tym lepiej wyszli. Poczucie wolności bardzo dziwnie rozumiane mam od zawsze. Wiem o tym.

Szanuję siebie i innych. To co osiągnę, to co osiągam i osiągałam lubię wiedzieć, że jest moją zasługą, że sobie to wypracowałam. Nie mówię, że potem i krwią, bo to głupia metoda, ale sama. Sama szukam w życiu rozwiązań, decyduję z kim, i kiedy współpracować, i dlaczego, i za ile. Mam ciągle niezachwiane poczucie wolności i nieuzależnienia od ludzi, których np. nie lubię, nie szanuję, nie cenię. Nie kręci mnie podtrzymywanie znajomości dla potencjalnych interesów, jeśli miałabym musieć brak głęboki oddech przed wybraniem numeru. Lubię robić interesy z ludźmi, którzy są nastawieni na wspólne cele. Zysk jest jednym z efektów. Nie celem w samym sobie. Podejście do zysku jako jednorazowego efektu jest cofające. Cele mają się uzupełniać, rozwijać, rozrastać.

Dokąd w życiu dojdę, dotąd dojdę. Oczywiście, że nie sama w sensie społecznych, bo jestem ziarenkiem w sieci powiązań i różnych zależności, ale nie ma jednego ogniwa, przy którymi wiedziałabym, że nie szanuję kogoś z kim współpracuję, od kogo współzależę, albo kto współzależy ode mnie. Tak. Poczucie niezależności, wolności, duma z siebie samej są bezcenne. I uwielbiam pracować z ludźmi, których dodatkowo podziwiam. Mały fetysz.



Jeśli będę miała już takie pieniądze, dzięki którym będę mogła spełniać własne marzenia, pomagać innym, bliskim i nie, które pomogą mi zmieniać świat nie tylko jak dotychczas... to cudownie. Jestem gotowa ;-)

I na pewno nie dam sobie też odebrać korzystania z wszystkich możliwości, jakie dają pieniądze od szycia ubrań na miarę, poprzez korzystanie z wszelkich dobrodziejstw świata, po wspieranie. Ja nie kocham kasy, ja ją szanuję, szczególnie gdy jest właśnie efektem szczęścia i pracy nad czymś. Dlatego idę do niej powoli. Mierząc kroki. Robiąc je coraz dłuższe. Sprawniejsze. Czasami radośnie, czasami ostrożnie, czasami odmawiając, bo wolę mieć spokój, niż przez moment kilka więcej zer na koncie. Te zera i tak przyjdą, jeśli będę dalej taka, jaka jestem. Po prostu to wiem.

Za każdym razem, jak wpada mi jakaś mocno konkretna kwota, z którą można coś więcej zrobić, to w pierwszej kolejności dzielę się z rodziną, zabieram którąś przyjaciółkę na kolację, na co się niby się wkurzają, bo powinnam zainwestować, odłożyć itp. Nie umiem cieszyć się sama. Pewnie, że tym sposobem nie odkładam, nie zbieram, nie oszczędzam, ale jak naprawdę potrzebuję, to zawsze się znajduje jakieś rozwiązanie. Nie widzę zbytniego sensu inwestowania kwot mniejszych niż jednorazowo kilkadziesiąt tysięcy. Polisa jest. Ubezpieczenie jest. Reszta przyjdzie. A w międzyczasie wolę sprawiać radość bliskim i sobie. Gdy mogę. Chociaż jednorazowo co jakiś czas. To wraca.

Oszczędzanie jako takie jest w ogóle dla mnie przereklamowane. Odmawianie sobie normalnego życia "dziś". Wiem, to podobno nierozsądne. Jednak myśląc o przyszłości, wolę dojść do niej szczęśliwa. Każdego dnia. Ciułaniem nie zbiorę milionów, nie rozwinę kreatywności, nie wybudzę nowych pomysłów, odmawiając sobie wszystkiego nie uratuję świata ani swojego samopoczucia. Pieniądze są po to, żeby być w ruchu. Im większe kwoty, tym większy ruch. Przecież najbogatsi też nie trzymają wszystkiego na kontach, tylko inwestują i pomnażają. Jak będę wiedziała, że przyszedł moment pomnażania, to go wykorzystam. Proste.

Jakoś ciągle świat dzieli się na takich, którzy pierwsze wielkie pieniądze zarabiają albo w bardzo wczesnej młodości, albo ok 40tki. Ta reguła dość mocno się sprawdza. W między czasie bywa bardzo różnie. Ja jednak wcale nie przejmuję się zbliżaniem do 40-tki, bo krystalizuje mi się wiele spraw, które wymagały czasu. Coś przemija, coś przychodzi. Przychodzi coraz lepsze. Niedawno założyłam się z M., że osiągnę pewną rzecz do 40tki. Heh. Zobaczymy. Lubię motywujące zakłady. Oczywiście, że nie myślę o tym na co dzień, ale mam to na liście "to do w życiu" ;-)

Ludzie, którzy się boją pieniędzy, albo gardzą nimi, nie dochodzą do nich nigdy. Pieniądze się na siłę przecież nie będą pchały.  
Czy one są nam potrzebne?  Ważne, żeby nie kupować nim tego, co bezcenne: miłości, wdzięczności, lojalności, przyjaźni, bliskości. Zdrowia i tak się nie da, ale można na pewno lepiej o nie zadbać. Zresztą samo ich posiadanie (prawie bez względu na kwotę, bo granice satysfakcji są różne) już wpływa na samopoczucie. Wiadomo.

Cała reszta, wszystkie pomysły w życiu, tylko na nie czekają i każdy człowiek ma coś, na co by je wydał, oddał, podarował. Nieważne. To normalne. Nie rozumiem jedynie pozornej pogardy, podkreślania braku przywiązywania uwagi do pieniędzy, albo przesadnego chwalenia się nimi. Nie bez powodu wielu naprawdę bogatych ludzi nie chce się wcale ujawniać w różnych rankingach. Pieniądze są dobre i potrzebne.

To ludzie przy nich i z powodu ich braku wariują, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę głupieją z powodu niezaspokojonych potrzeb i rozbuchanych oczekiwań. Ludzie słysząc o kasie nie potrafią wyluzować. Podniecenie zalewa mózg. No cóż. To jest fajne, to prawda, ale nie przesadzajmy :-)

Kiedyś przeprowadzono eksperyment na optymizm i pesymizm i wpływ pieniędzy na nastrój. Optymistom i pesymistom pozwolono wygrać w jakieś ustawionej loterii duże kwoty i obserwowano zmiany. Jakie były wnioski po dłuższym czasie? (Oczywiście, że na początku cieszyli się wszyscy). Optymiści pozostali optymistami i korzystali z wygranej, wycieczki, imprezki, przyjemności, prezenty dla innych, jakieś inwestycje. Pesymistom pieniądze przyniosły masę zmartwień, dylematów, problemów, jak się zabezpieczyć, żeby nie stracić, w co zainwestować, a może nie wydawać...  

Szczerze?  Powiem krótko: Pieniądze nie zmieniają ludzi. Pokazują ich naturalne,czyste oblicze.  

Chociaż rzadko je widzę, bo sporadycznie korzystam z gotówki, to i tak je lubię. Kasa jest fajna i nie ma co się jej bać czy tym bardziej brzydzić. To bez sensu ;-)

Na święta nie powinno się myśleć o tym, czego się nie ma. To nie pora na to. Cieszmy się tym, co mamy, bo zawsze coś takiego jest.