27.12.12

Applaus*, to "Miłość i inne dysonanse"

- Kobiety kochają wręcz być nieszczęśliwie zakochane - Powiedział mi ostatnio kolega, gdy rozmawialiśmy przy kawie.
- Ty tak poważnie?
- No sama popatrz.
- No nie wiem, ja akurat uciekałam z zakochania, z miłości, które przestawały dawać to, co powinny. Nam obojgu. Wolałam być sama, niż czekać na kogoś lepszego, albo pozwalając, żeby ktoś czekał na kogoś lepszego ze mną, kontemplując swoje obecne osamotnienie w związku. Wolałam romantyzm relacji z określonym czasem trwania. Z założenia. Małżeństwo też dla mnie takie jest. Nie ważne czy śmierć, czy osoba trzecia, czy rutyna, czy cokolwiek innego. Coś kiedyś nas rozłączy. Nie czekam na to, bo po co? Ale to jest z założenia smutne. A może nie jest smutne? Może nam się tak wydaje?
- Czyli jesteś nieszczęśliwie zakochana i uważasz, że jesteś szczęśliwa. No o tym mówię.
- Nie jestem nieszczęśliwie zakochana, nie utożsamiaj tego z miłością, której zakochanie jest maluteńką i ulotną namiastką. Dlaczego świadomość przemijania ma budzić we mnie poczucie nieszczęścia? Owszem, powtórzę, to jest smutne. Jak każdy koniec czegoś fajnego. Ale poczucie nieszczęścia? Nie. Nawet koniec miłości jest po prostu smutny, ale nie unieszczęśliwiający. Jak dla mnie to właśnie jedynie śmierć powoduje nieszczęście. Szczególnie, gdy wkrada się w udany związek, gdy rozsypuje w pył normalne szczęście.
- Miałaś złamane serce?
- Sama sobie złamałam. Uciekając. Od pierwszej miłości, gdy najpierw z gorączką rodzi się sama miłość, a potem nadchodzą narodziny przemijania. One były niewyobrażalnie bolesne. Niektórzy mają dość po pierwszym razie. Pierwszą miłość, którą porzuciłam w wieku 17 lat pamiętam do dziś. To nie był facet dla mnie. Twierdzę tak nadal. Każdą kolejną też, aż tyle ich nie było. Moje serce jest jak nos boksera. Potem, to już nawet tak nie boli. Daje żyć. Wiesz, że przestanie boleć, więc z okładami sobie czekasz. Poczucie przemijania wcale nie wpływa na to, czy znowu pokochamy, czy się zakochamy. Po prostu wiemy, że to się może, albo ma, albo powinno w którymś momencie skończyć. Nie, nie sztuką jest nie wchodzić na ring takiej relacji, bo się i tak skończy. Trzeba wejść, gdy i tak nas pcha adrenalina z każdej strony. Kwestia doboru techniki, taktyki, wagi, ochraniaczy. Dopingu. Treningu. Jeśli weźmie się zbyt silnego partnera, to nokautuje bez opamiętania aż tracimy przytomność, jeśli weźmiemy za słabego, to schodzi z płaczem po pierwszym pęknięciu łuku brwiowego. Czasami jednak się zdarza, że bierzemy do walki kogoś, kto nie powinien z nami walczyć, kto powinien walczyć z kimś innym. Cóż. To właśnie związki tzw. zakazane. Pogruchotani wychodzą przeważnie oboje, bo na ironię dobrze do siebie pasują, ich ciosy są celne, runda nie kończy się nokautem, tylko fantastycznym seksem. Tylko tak się nie da na dłuższą metę. To wysysa. Dobrze jest tak powalczyć, ale nie za często.  Dlatego związki z określonym czasem są jak walki na ringu. Dopóki chcesz walczyć z tą samą osobą i nic nie wskazuje na to, że już dość, to walczysz. Dopóki czekasz do kolejnej rundy, dopóki kończy się ona na różne sposoby, dopóki coś się dzieje, to wchodzisz na ring. Jeśli się potraficie dobrać, to robiąc przerwy można wychodzić razem na ten ring długo. Albo relatywnie długo. A potem wzajemnie robić okłady. Porównanie jak każde inne. 
- Miłość jako walka na ringu. Co ty bierzesz? :-) 
- Boli? A to tylko gra słów i skojarzeń. Czasami słowa, zachowania, reakcje są jak cios na ringu. Nic więcej. Życie nie polega na ciągłym głaskaniu i mizianiu się. Na szczęście. Nie nakręcaj się ;-)

No tak. Powinnam odnieść się do szukania się dwóch dusz, połówek jabłka, pomarańczy i obłoków tańczących na niebie. No ale przecież to oczywiste, że ludzie chcą widzieć miłość jak taniec dwóch cherubinów. Za dużo miękkości jest mdłe jak zbyt gruba warstwa kremu w torcie, który nie zostaje przełamany niczym mocniejszym. To musi być. Jak szczypta soli w każdym przepisie. Szczypta.

Czasami śnią mi się mężczyźni, których kochałam. Nie, w których byłam zakochana, bo tych było bezwstydnie wielu, ale ci, których kochałam. Których gdzieś tam na dnie serca będę miała zawsze. Naprawdę miłość to czasami za mało. Ona nie da rady unieść wszystkiego, jak jest zbyt niedoświadczona, to wypada na zakręcie i nie potrafi wrócić, tułając się chwilę w oszołomieniu poszukując drogi powrotnej. Czasami jej nie ma. Cofanie pokazuje tylko, dlaczego i kiedy źle weszła w zakręt. Im dalej, tym sprawniej wchodzi w zakręty. Nie zawsze w tym samym bolidzie.

Nie  takiego porównania użyłby Wiśniewski:



Okres przed i świąteczny. W nocy, gdy już wszyscy szli spać zatapiałam się w nowej książce Wiśniewskiego i Wownenko. Kocham u Wiśniewskiego dbałość o szczegóły. Mieszanie fikcji z faktami, z miejscami, nazwiskami. "Miłość i inne dysonanse" jest przepełniona muzyką. I to jeszcze klasyczną. Kilkakrotnie przewija się mój ukochany Czajkowski. Pięknie pokazana Moskwa, ciekawie pokazany Berlin. Ale też nieźle Sankt Petersburg, czy słynny, cysterski klasztor Eberbach. Albo opisy muzyki, wiele zdań, które znowu na długo zapadną mi w pamięć. Wiśniewski to do siebie ma. Dbałość o szczegóły, ale też fantastyczne myśli, które zamknięte w książce nabierają swojej swojej mocy. Nie każda książka Wiśniewskiego przemawia do mnie z tą samą siłą, chociaż z jakąś jednak każda (moją perłą pozostaje bezapelacyjnie "Bikini"), ale i tak jest to jeden ze współczesnych autorów, których najbardziej cenię. Myślę, że za 20-50 lat jego książki będą jeszcze inaczej oddziaływały i będą w dużej mierze ciekawym obrazem naszych czasów.

Struna, główny bohater "Miłości..."jest krytykiem. Anna, główna bohaterka jest niestety głównie nieszczęśliwą żoną, uciekającą przed nieudaną relacją z mężem w chorobę i własne myśli. Klasyczna i smutna postać. Naprawdę, to co mnie tak w Wiśniewskim czasami irytuje, to lokowanie kobiet w roli osamotnionych żon czekających na jakiś szczęśliwy traf i bardziej rozumiejącego mężczyznę. Irytuje mnie, że one nie mogą po prostu odejść od tych niekochających ich mężów i zacząć swojego życia. Byłoby mi lepiej, gdyby Wiśniewski pokazywał kobiety jako bardziej samodzielne a nie zawieszone na cienkim, delikatnym łańcuszku czekania i bezradności.
Mężczyźni u Wiśniewskiego odchodzą, bo to potrafią, bo wiedzą, że to jedyne, co mogą i powinni zrobić. Nieudane związki, błędy pozostawiają za sobą. Nie jest to łatwe. Wiśniewski jednak fantastycznie pokazuje też męskie emocje, rozpacz (gdy związek rozbija właśnie śmierć), słabość, ale też lawiruje po tęsknotach większości kobiet i mężczyzn. Mężczyźni u niego nie są nigdy bezrefleksyjni, ale są tacy, że nawet nie chce się ich osądzać, bo nie ma za co (nawet gdy postępują w etycznie dyskusyjny sposób). Bardzo mi się podoba, że jego główni bohaterowie szanują kobiety. Nawet, gdy... ale to pozostawię do przeczytania. 
Szanują kobiety w takim starym, znanym mi stylu. Szybciej skłamią lub przemilczą, niż skrzywdzą. Niedługo, patrząc na świat, kobiety będą znały takie traktowanie wyłącznie z książek.
Świat i uczucia u Wiśniewskiego dotykają tak, jak powinny, tak, jak ja to rozumiem. Bez infantylnej dziecinady cechującej wiele romansów. Ci ludzie są dojrzali, bardzo. Potrafią czerpać z seksu, z bliskości, bez zbędnych pretensji i oczekiwań. To chyba lubię w nich najbardziej. Tak jak głębię rozmów bohaterów.

Podoba mi się, że tę książkę napisali wspólnie z Wownenko (której wcześniej nie znałam, ale zainteresuję się nią bliżej). Kiedyś zaczytałam się w "188 dniach i nocach", które napisane są z Domagalik. Takie męsko-damskie rozmowy zasysają mnie. Kiedyś czytałam blog pisany przez dwoje ludzi. Nie byli parą, ale wiele ich łączyło. Na pewno podobna sensualność. To było kilka lat temu, a pamiętam ciągle tamten klimat. Głęboka intymność.
Może postać Anny z "Miłości..." jest taka, jaka powinna być. Może kobiety żyją w takich układach, w roli idealnej żony u boku nieobecnego myślami, męża biznesmena. Może takich niespełnionych Ann, które pogrzebały własne marzenia i cicho pielęgnują swoje pasje w cieniu pobłażania i tak zdradzającego męża, jest wiele? Retoryczne dla niektórych pewnie pytanie. Ale... Dlaczego nie uciekają? A może to w takim układzie niemożliwe? Przecież generalnie te kobiety nie są słabe, absolutnie, są różne, jak każda z postaci w książce. Ba, w nich nie ma przerysowania. 
A może takie książki są potrzebne ludziom szukającym nadziei? Może wszystko toczy się własnym torem i we własnym tempie i właśnie tak powinno być? 
Końcem końców każdy musi to wiedzieć sam dla siebie. Ja tym razem się nie wzruszyłam przy książce, ale wciągnęłam. Bardzo. Co ważne, sposób, w jaki książka przedstawia różne relacje, różne związki, różne odcienie miłości, bliskości, erotyki - majstersztyk.

Kocham wrażliwość Wiśniewskiego. Cieszę się, że książka stała się bestsellerem w Rosji. Jest tego warta. Szczególnie naszym czasom, gdy niechęć i uprzedzenia odbijają się szerokim echem. Na końcu tego wszystkiego jest człowiek i chemia. Bez niej nie byłoby nic. I to jest w tym dość ważne.


Dziękuję autorowi i autorce za "Miłość i inne dysonanse". Dała mi dużo do myślenia, jak właściwie każda z jego książek, chociaż nie trafiłam u niego jeszcze na postać, z którą mogłabym się utożsamić z własnego punktu odniesienia, to jednak perfekcyjnie utożsamiam się jako czytelnik. Zupełnie inna percepcja.

UPDATE 28.12.2012: wywiad z autorami - TU
Po odsłuchaniu wywiadu, im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że pisanie książki w taki sposób, budowanie fabuły, postaci, sytuacji, przez dwie osoby, musiało być fantastyczną przygodą.


*Applaus - po niemiecku, jak się można domyśleć.