23.3.12

Koncertowe oswajanie

Nie wiele jest koncertów, na których chciałabym być, ale koncert Madonny, który poznałam chyba w 2010r., a który nagrany został w Londynie, jest po prostu tak niebywałym show, że mogę pozazdrościć tym, którzy go przeżyli. Bardzo lubię Madonnę i co jakiś czas do niej wracam, ale właśnie w wydaniu koncertowym. Sama choreografia, stroje, scenografia, mistrzostwo. Wg mnie Madonna jest nadal niedoścignioną królową show, przy czym muzykę też ma świetną, jak na swój gatunek. Jak na razie to ciągle ją inni próbują dogonić. Kiedyś to pewnie nastąpi, ale prawdziwe gwiazdy rozbłyskują rzadko.

Po tym kawałku zachciałam konia, mój osobisty nie daje się jednak tak ujarzmić. To ciągle nieoswojone zwierzę, które się wyrywa, gdy je próbuję spętać. Więc dalej się pasie na wolności. Mimo małżeństwa :-)
Więc sobie z przyjemnością oglądam poniższy fragment z koncertu.


20.3.12

Minimalizm u Tiffany'ego

Prostota. Minimalizm. Zawsze kojarzą mi się z najwyższą klasą, która ma jednak swoją cenę -dosłownie. I to taką klasą, której marki, nazwiska, nie są nawet rozpoznawalne na ulicy. Snobizm? Bynajmniej. Docenienie najwyższej jakości? Tak... Mimo posiadania wystarczających środków nie każdemu to jest dane. Jakość kosztuje, bo musi, bo jest rzadkim dobrem, jak dobra naturalne, ale świat handlu wiedząc o tym doskonale podpina pod tę regułę wszystko możliwe. No ale zasady gry w konsumenta, o których pisałam, obowiązują wszystkich. Pomijam i przechodzę do sedna. Dziś nurtuje mnie: Biżuteria.

 Czasami lubię poodwiedzać sklepy i pooglądać i poszukać, żeby sobie o czymś pomarzyć. Na szczęście dla mnie, bardzo bardzo rzadko coś takiego znajduję. Kolczyków  od wieków nie noszę, ponieważ jako dumna okularnica uważam, że oprawki i kolczyki to za dużo. Owszem, nie musi tak być, dla mnie u mnie jest. Rzadko od tego odchodzę. Pierścionków nie noszę od lat. Nawet obrączki. Może dlatego, że zawsze była trochę za duża i bałam się ją zgubić. Nie pamiętam :)  W weekend robiłam przegląd biżuterii. Poza obrączką i pierścionkiem zaręczynowym niewiele zachowałam, np. to, co ma dla mnie wartość sentymentalną. Albo prezenty, albo rękodzieło znajomych. No i pięknie :) Jednak jeśli mogłabym wybierać, bez ograniczenia finansowego, a strasznie czasami mi się marzy mieć coś naprawdę prostego i eleganckiego, to byłyby to dwa sklepy: Tiffany i Pandora. Naprawdę wystarczy kilka drobiazgów :-) Zakochana jestem w Pandorze, ale na takie coś nie zawsze ma się nastrój (to raczej marzenie tej małej dziewczynki we mnie, dorosła "ja" myśli o zupełnie czymś innym)

Od dawna marzy mi się biżuteria Tiffany. Niesamowita prostota, onieśmielająca precyzja wykonania i jakość samych metali. Bez nadęcia. Prosto, minimalistycznie.

 Na tyle delikatny wzór, że mało kto zauważy na materiale grawerkę. Bransoletka tak prosta, że prawie nudna? No cóż, dla mnie definiuje "po prostu idealna". Delikatna ozdoba, ale nie przyciągająca zbytniej uwagi. Jest tym, czym powinna być biżuteria. To samo dotyczy naszyjników i pozostałych ozdób. Mają być dodatkiem, uzupełnieniem. Dopełnieniem. Podobnie jak makijaż. Jakoś nigdy nie przemawiał do mnie osobiście sceniczny przesyt. On jest idealny na scenę. Nie bez powodu ikonami dobrego smaku i klasy są kobiety, które idą linią minimalistycznej prostoty. Bycie ikoną elegancji, a trendsetterką nadal idzie równolegle obok siebie. I się nie zastąpią, chociaż czasami się mijają. Trendy mijają, klasa się wyrabia. Dojrzewa. Ale to na marginesie. Teraz powzdycham w sklepie Tiffany. 

14.3.12

boska salsa

Kocham salsę od kiedy na nią chodzę. Od początku podobało mi się podejście instruktora, ale dziś przeszedł samego siebie :)
tańczymy. po którymś obrocie zaplątały mi się nogi i prawie się przewróciłam
INSTRUKTOR: Wow! Prawie!
JA: Chciałbyś :)
INSTRUKTOR: No nie, coś ty. potrenowałbym ratowanie cię w locie
JA: Jasne :)
INSTRUKTOR: no dobra, ale szoł by był. Nie powiem

***
INSTRUKTOR [tańczy gdzieś obok, bo tak wynikało z układu]: Pewnie zawsze musi być jak ty chcesz? :)
JA: Nie tu, tu ty rządzisz
INSTRUKTOR: Jasne, ehem

No ba. Ale co ja mu będę tłumaczyć ;) Przecież to on mnie uczy, to on jest moim mistrzem ruchu (no nie tylko moim, wiadomo, a przy tym jest mistrzem tytułowanym). Jest w tańcu naprawdę dobry. Udało nam się z nim. Kiedyś go nie było i była dziewczyna na zastępstwie. No zajęcia były fajne, ale nie miały wiele wspólnego z salsą. Były bardziej aerobowe. Też fajnie, ale ja zdecydowanie wolę zajęcia taneczne. Kocham jeszcze zumbę, ale typowe stepy itp nie są dla mnie stworzone. No ja wolę jednak układy, taniec, myk, myk, raz dwa, prawa przód, lewa tył, obrót itp. A układy w wykonaniu grupy są świetnie motywujące i nakręcające. I kompletnie mi nie przeszkadza, że szkolę się pod okiem chłopaka, który mógłby być moim młodszym bratem. Jeśli jest ode mnie lepszy, to z pokorą i przyjemnością podporządkowuję się poleceniom. W tym wypadku uczeń i tak nie prześcignie mistrza. Zero rywalizacji. Czysta przyjemność i brak kompleksów. No w końcu on to robi całe życie. Ja się mogę i to robię jedynie uczyć. Z przyjemnością :) To samo dotyczy rozkosznej instruktorki zumby. No uwielbiam patrzeć na jej wysportowane ciało i sposób kreowania układów. Sama ledwo oddycham ze zmęczenia, ale doskonale mi z tym. Strasznie się niezmiennie cieszę, że zaczęłam kiedyś chodzić na te zajęcia. Dają mi mnóstwo przyjemności i do tego wnoszą coś nowego. No tak powinno być. Ze względu na to, że są tylko raz w tygodniu nie mam szansy na rutynę. No i dobrze. Na razie jestem dalej nowicjuszką. Coraz lepszą, ale jednak ;)



Plusem zajęć z dobrym instruktorem jest jego doświadczenie ogólnie. Potrafi rzucić nam "rozluźnijcie ciało, płyńcie", albo daje wskazówki jak coś wykonywać łatwiej, czym same sobie utrudniamy i jak się tego pozbyć. Naprawdę doświadczenie jest niebywale ważne z takimi amatorkami tańca jak my. Jak ja. I mało co daje taką przyjemność jak przetańczenie całego układu w grupie, bez błędów, lekko, bez walczenia z ciałem. Dokładnie flow. Po takiej godzinie ma się masę energii i endorfin. Nieustannie polecam ;)

13.3.12

Na szczęście prawo do szczęścia jest niezbywalne, chociaż uparcie ograniczane

Kominek idealnie wpasował się w moją opinię. TU jego notka.

Świetnie. Też sobie chciałam o niej popisać, ale bardziej w kontekście, że można się doskonale ubrać za małe pieniądze, bo Kasia ma świetny styl bez wydawania na to tysięcy złotych. Pokazuje, że jak się chce, to można. No ale nic. W każdym razie jeszcze jedno, zamykam uszy i oczy na krytykę Kasi T. Na krytykę każdego, kto ma czelność czuć się szczęśliwym i decydowanie, czy ma prawo, albo pewnie, że jest, bo ma to czy tamto. Jakoś ludzie nie mogą zrozumieć, że szczęśliwymi powinniśmy być po prostu.

Ktoś powie, że miliardy ludzi na świecie cierpią, są biedne, chore i pokrzywdzone. To teraz paradoksalnie: oni też są często szczęśliwi, bo po prostu są, bo potrafią i dopóki ktoś im nie powie, że nie powinni, to sobie będą. Nawet jeśli ktoś odbiera im do tego prawo, albo nawet jeśli mają świadomość tego, że czegoś tam nie mają. Znam sporo ludzi tak różnych, żeby wiedzieć, że poczucie szczęścia nie ma nic wspólnego z posiadaniem. Które jest fajne, ale nie warunkuje poczucia szczęścia. Nawet zdrowie go nie warunkuje. Mówię "nie", każdemu, kto ocenia cudze prawo do poczucia szczęścia i próbuje je ograniczyć i zakazać o nim mówić, każdemu kto jątrzy jad zawiści, odbierania ludziom prawa do zwyczajnego spokoju i cieszenia się swoim szczęściem, kto się będzie chował, żeby nie ściągać na siebie zawiści "sąsiada". No takie rzeczy to naprawdę tylko u nas są możliwe. Wszyscy miewamy gorsze dni, ale jeśli one zamieniają się w gorszą ciągłość... To przykre. Ja nic na to nie poradzę. Niby prawo do krytyki... No ale tam nie ma czego skrytykować. A czepianie się cudzego stylu życia, ocho, no to już lekka może jednak przesada?

Ale cieszę się, że coraz więcej ludzi ma odwagę mówić o szczęściu. Kiedyś ludzie mieli naprawdę dużo mniej powodów do radości na co dzień (z nam współczesnego punktu widzenia, chociażby brak bieżącej wody, prądu, komunikacji i wszystkich wynalazków), a byli  zadowoleni nie mniej niż my możemy lub nie - dziś.  I ja się temu nie mam zamiaru poddać, chociaż też swoje przeżyłam. To mi tylko uświadamia, że naprawdę mam z czego się cieszyć dziś. Myślę, że narzekacze nie zdają sobie sprawy jak czują się ludzie, którzy bywają subiektywnie w gorszej sytuacji niż oni, a potrafią i tak nie narzekać. Być pogodnym i pogodzonym z sobą i swoim życiem. Każdy w każdym może teoretycznie budzić litość, że czegoś nie ma. Narzekacze znajdą problem każdemu. To jedno bez problemu i bezinteresownie. To powinno być karalne :)
Kiedyś psycholodzy przeprowadzili eksperyment. Sprawdzono nastrój ludzi i podzielili ich na dwie grupy: tych, którzy są szczęśliwi i tych którzy zawsze narzekają.
Szczęśliwi okazuje się, nie przestają być szczęśliwymi ludźmi nawet w obliczu np. nagłego kalectwa. Po oswojeniu się z sytuacją po prostu zaczynają robić rzeczy na miarę swoich nowych możliwości i szukają innych sposobów na spełnianie się. Ludzie permanentnie niezadowoleni i narzekający nie zmieniają się nawet po wygranej w totka. Zrobią problem też z tego zamartwiając się o wygrane pieniądze i mnożąc problemy z nimi związane.

Niby można powiedzieć "no to jesteśmy jacy jesteśmy". Jasne. Ale mając świadomość tego, jak to działa można się zawsze zmienić. Wystarczy zmienić patrzenie na siebie i świat. Wystarczy najpierw chcieć.
Ja kiedyś, jako nastolatka, byłam ciągle niezadowolona z siebie. Ze swojego życia. Sprawdzało się powiedzenie o przyciąganiu. Jeśli lubimy narzekać, to wszystko się będzie tak układać, żebyśmy mieli na co narzekać. Jednak jeśli zaczniemy być wdzięczni za swoje życie, jakie jest, właśnie teraz, to zawsze pojawią się kolejne drzwi, żeby było nam lepiej, dobrze. Jeśli będziemy pogodzeni ze sobą, to wszystko będzie się w miarę układać, żebyśmy mieli zawsze możliwość  pomyśleć "ja to mam fajne życie". I ja kiedyś taki punkt osiągnęłam. I wyluzowałam. I zmieniałam podejście. (PMS się nie liczy :)) Generalnie skupiam się na tym, co jest ok, co mnie cieszy, co daje radość, co dziś jest dobre i dobrze, że dziś jest. Może jutro też będzie. No bądźmy dobrej myśli. Przy takim podejściu lepiej się żyje, bo też zgodnie z badaniami (na sobie też :) stres, negatywne podejście ogranicza, percepcję, powoduje zawężenie pola widzenia, wyolbrzymienie sprawy. Każdy jak się dobrze zastanowi, to temu też po sobie przytaknie. No tylko można nad tym pracować. Tylko trzeba chcieć. Stan napięcia jest konieczny, ale obowiązkowo ma być przejściowy. Chwilowy. Do momentu zebrania myśli i przejścia dalej. No podstawy pozytywnego myślenia.

I naprawdę niech dadzą spokój Kasi T., bo to jest przykre, że nasi rodacy mają taki problem z nią  i jej spokojnym blogiem. Dziewczyna po prostu pisze bloga. Prowadzi go ładnie, bez nadęcia, bez plot, obrabiania innych, narzekania, lekko i przyjemnie. Pokazuje że można zawsze znaleźć pozytywną stronę w każdym dniu. W czymkolwiek. No i pięknie. Po to też są blogi.
 
Przecież ona też jest człowiekiem i żyje w tym kraju. I też miewa na pewno sytuacje mniej pozytywne, ale jej blog jest też przykładem na to, że można pisać pozytywnie i na tym się skupić. Po prostu. Bez żadnych ALE. Szukajmy pozytywnych stron życia. One się o to proszą, a ciągle ktoś każe nam patrzeć, że jednak są też te złe. No są. Wiemy o tym. No są. I będą. Ale nie dajmy sobie odebrać prawa do zwykłego zadowolenia ze swojego życia. Jak ktoś chce je oceniać, to jego sprawa, ale nie dawajmy sobie wmawiać, że nie mamy prawa się cieszyć życiem. W końcu jest nasze. Nasze małe, kochane i jedyne. Jak nic innego.

10.3.12

Slow food

Dziwi mnie, że ta idea tak słabo przyjmuje się w Polsce. Ale właściwie, przecież tak modne jest pędzenie i chwalenie się tym, jak bardzo się nie ma czasu i się jest zajętym, zabieganym, w niedoczasie... że nie mam co się dziwić.

No i dlatego kocham styl slow.  Bo z natury jestem w odwrocie do tego ślepego trendu pędu bez zastanowienia. A przy tym, co ważne i tak realizuję się na wszystkich ważnych dla mnie polach. Gdy trzeba, działam szybko, na 3 telefonach na raz, spotkaniach, rozmowach, budowaniu relacji, rozwijaniu kontaktów na prawie całym świecie, realizuję się w każdym zakresie a przy okazji osiągam jakieś zamierzone cele, realizuję wizje. Są jednak sytuacje, gdy nie ma mowy, żebym się śpieszyła. Bez względu na towarzystwo, porę dnia czy okoliczności, mianowicie: tempo jedzenia.

Śmieszy mnie ta sprawa, bo ciągle ktoś ma z tym problem. Nierzadko słyszę "dlaczego ty tak wolno jesz?". I widzę niejednokrotnie poirytowanie. Wolę z takim ludźmi nie jadać, bo mnie to niepotrzebnie stresuje. Ale większość jednak pozostaje na zdziwieniu.

Tak. Jem wolno. Przeżuwam nawet zupę. Przełykam jedynie napoje. Ale też bez pośpiechu. Kiedyś spowodowane to było problemami ze zdrowiem, ale będącymi też skutkiem szybkiego jedzenia, z którym ktoś polecił mi zawalczyć. I udało mi się. Było to tak dawno, że nawet nie pamiętam okoliczności (chociaż moja śp. babcia całe życie powtarzała mi, żebym jadła powoli. No faktycznie! (olśnienie) przecież ona żyła dokładnie slow a ogarniała świat jak mało kto. Dopiero to do mnie dotarło). W każdym razie wolno jem. Naprawdę wolno jem :)
Ma to kilka zasadniczych zalet:
- lepsze trawienie i samopoczucie (szybkie jedzenie powoduje naprawdę wiele dolegliwości. Układ pokarmowy tego nie lubi). Ja generalnie jem dużo, ale często i w małych porcjach
- jem tylko to co jest smaczne. Bylejedzenie nie ma u mnie szans, bo ja po prostu z wyjątkową wrażliwością czuję smaki. Wyczuwam wszystko. Dlatego może nie jadam np. parówek. Mam tak wyczulony smak i zapach, że mdli mnie od nich. Mój mąż je czasami zjada i przeczekuję aż zapach wywietrzeje. Jest dla mnie nieznośny.
- wyczuwam smaki, dlatego warto mnie kulinarnie rozpieszczać ;)
- czasami jednak jem potwornie wolno, bo mi coś strasznie nie smakuje, albo np. mięso jest strasznie twarde, gumowe, suche, tak czy inaczej ciężko zjadliwe. Nie potrafię wtedy (no może i to minus) przełykać jedzenia, żeby się go jak najszybciej pozbyć. Jak już osiągnę nirwanę w asertywności, to po prostu przestanę być "grzeczna" i będę odstawiała coś, co mi nie pasuje, dopóki tego nie robię, to się czasami faktycznie męczę, bo chcę być grzeczna. Chociaż podobno wystarczy powiedzieć, że się jest na diecie, na której tego czy tamtego się nie je. Muszę to zacząć praktykować. Zapominam.
Poprawił mi się jeszcze bardziej zmysł zapachu. Od kiedy przestałam regularnie palić (jednak wróciłam, ale tylko okazyjnie), doceniłam jeszcze bardziej zapachy. Wszystkiego i wszystkie. Od jedzenia, przez rzeczy, po zapach skóry czy perfum. Uwielbiam wwąchiwać się w siebie :) Gdy wychodząc z domu czuję zapach pianki do włosów, lekki zapach pudru i perfum oraz kremu do rąk. Jedynie antyperspiranty kupuję bezzapachowe. Bez przesady.
Ale wracając do jedzenia: idea slow food, która jak wspomniałam bardzo skromnie rozwija się w naszym pędzącym narodzie, jest idealna dla mnie. Od kiedy ją odkryłam zrozumiałam jedynie, jak nazywa się to, co sama stosuję. Dziś odkryłam dokładniej stowarzyszenie "Slow food" działające w Polsce: LINK.
Idealnie rozumiem i doceniam propagowane przez nich idee.
Jedzmy wolno, smakujmy, zróbmy z jedzenia rytuał zawsze, gdy możemy (nie zawsze możemy, bo czasami np. na bankietach podawane jest takie jedzenie, że chce się o nim szybko zapomnieć), ale jednak zawsze gdy mamy na to wpływ wybieramy najlepsze dania, z najlepszych składników. W podróży wybierajmy potrawy regionalne. Po pierwsze to niepowtarzalna okazja do poznawania nowych smaków i połączeń, które możemy potem adaptować w naszej kuchni, a po drugie, mamy dużą pewność, że produkty nie pochodzą z drugiego końca świata, tylko są regionalnym specjałem. Jeśli chodzi o miejsca "fast foodowe" to wybieram je jedynie, gdy mam obok człowieka miejscowego, znającego dane miejsce. Porażki nieznanych miejsc bywają nieprzyjemnym przeżyciem.
Jedzmy wolno. To jedno z podstawowych przesłań idei slow w ogóle.  Jeśli nie masz czasu na tak podstawową czynność, to wszystko inne będzie stratą czasu. Jesteśmy tym co jemy, nie jest przecież dosłownym przesłaniem. Jeśli wybieramy tylko najlepsze produkty, dania, to mamy szanse serwować sobie najlepsze składniki do zdrowego życia. I to powinno być głównym celem całej idei slow. Jeśli będziemy ciągle na coś chorować, co wg mnie słusznie (bo wiem to po wielu latach chorowania, z którego wyszłam dzięki zmiany filozofii), zgodnie z medycyną chińską, jest skutkiem przede wszystkim zaniedbania własnego ciała w każdym zakresie, to wszystko inne będzie przysłonięte. Wie o tym każdy, kto przeleżał chociaż weekend chory na cokolwiek (poza kacem :) Szkoda życia na chorowanie, które sami sobie przeważnie ściągamy na głowę. Przez głupie zaniedbanie i lekceważenie ciała i zdrowia. Tak jak slow  life, slow food, tak też ruch. To trzon. Pewnie, że wielu zdarzeniom nie da się zapobiec, genetyka, wypadki itp. ale tam gdzie to możliwe, nie powinniśmy sobie po prostu szkodzić. Ten pędzący świat robi to idealnie. Wszelkie nerwice, depresje, ludzie niezadowoleni z siebie, z własnego życia, przyczyna nr 1 to pęd bez zastanowienia.
Wyhamować. Dobrze zjeść. Zastanowić się. Poukładać się ze sobą. To akurat nie kosztuje nic, poza tym, co faktycznie dziś jest najcenniejsze: czasem.
Poświęcanie go na ślepe pędzenie zawsze będzie się odbijało na jakiejś zaniedbanej dziedzinie życia. Czy to życiu prywatnym, czy zdrowiu, czy pracy, efektywności, kreatywności. Podstawą szczęścia jest bycie poukładanym ze sobą. Dopiero wtedy można próbować dobrze oddziaływać na świat, na otoczenie. Bez tego ani rusz i jedna "ściema".
Jedzmy wolno. Pomyślmy nad sobą. Nauczmy się własnego tempa życia. I już będziemy szczęśliwsi.

Naprawdę jak mało z czym: wystarczy chcieć. I absolutnie nie demonizuję fast foodów. Mam z nimi tak rzadko do czynienia, że raz na jakiś czas nawet chętnie do nich zaglądam, też po to, żeby długo jednak za tym nie tęsknić. Żaden fast food nie zastąpi naprawdę dobrego jedzenia, ze świeżych składników, doprawionych jedynie przyprawami i po prostu dobrze skomponowanych. Po prostu slow food, to klasa sama w sobie i na wyciągnięcie ręki. To po prostu lepsza strona życia. Jak dla mnie luksusowa, bo ludzie, którzy mają też wielkie majątki (jako ciekawostka) też cenią sobie przede wszystkim dobre jedzenie. Już dawno temu na jakiejś naprawdę ekskluzywnej kolacji, na której miałam zaszczyt być (bodajże w ambasadzie), zauważyłam, że tam nikt się nie spieszy. Kolacja trwała godziny. Bez pośpiechu. Nikt się nie spieszył. Potem obserwowałam to wiele razy. Ludzie sukcesu jedzą slow. I doskonale jest widzieć, że pomimo różnic klasowych to nas łączy. Bardzo naturalnie i po prostu. (Uśmiechnęłam się, bo dopiero teraz to sobie przypomniałam. Ale tak faktycznie jest. Ludzie wielkiego sukcesu i wielkiej klasy po prostu żyją i jedzą slow). To chyba najlepszy dowód, że da się to połączyć z każdym sukcesem życiowym, bez względu na skalę i rodzaj. I ktoś powie "oni mogą sobie na to pozwolić". No i? Wszyscy możemy. To my sami nakręcamy się z tym ciągłym "Szybciej". No moment. To co musi być szybko, to jasne, że będzie, ale jedzenie należy do kategorii czynności, którym powinno się poświęcić czas. No koniec kropka.

PS. Tak ja ja irytuję szybko jedzących, tak oni budzą mój żal. Nie potrafią dać SOBIE czasu. SOBIE. Żałują czas dla siebie. Smutne. Wiem, bo sama kiedyś jadłam szybko, żeby zająć się czymś innym. Od dawna jednak odbieram to jako smutne podejście. Po prostu. Ludzie, którzy nie potrafią delektować się swoim czasem, jedzeniem nie mają kiedy być po prostu być zwyczajnie szczęśliwi. Nie mają na to czasu, bo nie pozwalają sobie żyć tu i teraz. Jak słyszę dumne "nie mam czasu nawet zjeść", to tylko kiwam z politowaniem głową. No to jest naprawdę smutne i nie ma czym się chwalić. Tylko też z reguły jest to kwestia, w której nie porozumiem się z tymi "szybkojedzącymi", bo to jak z różnymi wyznaniami. No nie dogadamy się, bo przeważnie po prostu uważamy swoje podejście za te lepsze. Ale świat się zmienia i na szczęście często zdarza mi się trafiać też na ludzi jedzących powoli. Ja ich zawsze przebiję, ale jednak i tak tacy są i co najważniejsze: nie dziwię ich :)

Kompromisy w życiu bywają trudne. Ale te dotyczące zdrowia, komfortu psychicznego przychodzą mi coraz trudniej. Zmęczyły mnie oczekiwania świata i naginanie się do pędu. Wyszłam z tego dawno temu i dobrze mi. Jestem szczęśliwym człowiekiem, mam szczęście do ludzi, mam szczęście do przypadków i okoliczności. I wolno jem :)

Polecam slow food. Doceniajmy jedzenie, jedzmy to, co jest docenienia warte. To dobra podstawa do poczucia nasyconego szczęścia ;)

8.3.12

Tony Bennett

Slow life może zdefiniować każda dziedzina. Życia, sztuki, nauki. W muzyce będzie to Tony Bennett, a szczególnie jego wystąpienia w duecie z innymi gwiazdami.


Dziś przyjaciółka porwała mnie niespodziewanie do Multikina na materiał pod tytułem "Tony Bennett - Duets II". Materiał dostępny na płycie, którą na pewno muszę dostać, ale dziś jeszcze pozachwycam się tym, co widziałam, co słyszałam. 
Piękna definicja doceniania tu i teraz. Pasja, bez pośpiechu. Doskonałe przeżycie. 
Sposób, w jaki artyści wykonują tam piosenki, muzykę po prostu nie pozostawia wyboru: trzeba się w tym zatracić, zatrzymać. Skupić na dźwiękach, brzmieniu, słowach, głosie. Oni wykonują to z taką niesamowitą dokładnością, wymuskaniem, doskonałością, że po prostu trzeba się w tym zatracić w zachwycie, bo to co się słyszy angażuje zupełnie uwagę. I bardzo dobrze. I taka powinna być sztuka. Taka jest dobra muzyka.

 Miny wykonawców, mimika samego Benetta jest po prostu czarująca. 

Mężczyzna, który kończy 85 lat i ma taki czarujący wyraz twarzy, pełen ciepła i czystego optymizmu, bez cienia tandety, sztuczności, co widać głównie w jego oczach, po prostu epatuje tym w sposób zaraźliwy. Oddziałowuje to też na występujące z nim gwiazdy. A to wszystko razem wzięte na słuchacza i widza. Piękny materiał. Nie sądziłam, że na koncercie odtwarzanym z płyty, w kinie popłyną mi łzy od słuchania i oglądania. Naprawdę warto było to przeżyć. I muszę mieć tę płytę u siebie. Żeby wprowadzać się w dowolnym momencie w ten stan. To jak odkurzenie zakamarków duszy i wspomnienie dawnych czasów, gdy taka muzyka, tacy artyści potrafią doprowadzić do łez wzruszenia. Co mnie zdziwiło: Lady Gaga. Nie sądziłam nigdy, że wzbudzi mój szacunek i podziw. W tym występie z Tonym Benettem pokazała w sobie kobietę z klasą. Lekko zwariowaną, ale w świetny sposób, taki jaki lubię. Nie zostanę jej wierną fanką, ale w tym wystąpieniu naprawdę mnie zauroczyła. Oboje.
Przeurocze:


Tony Bennet i jego twórczość - stał się dla mnie muzycznym symbolem slow life.


I bardzo chciałabym zobaczyć/ posłuchać go na żywo. Dopisuję do drzewa marzeń.

6.3.12

Mitologia nie tylko grecka

Grecja upada. Dali by już spokój z przeżywaniem tego. Ekonomia, gospodarka to jedno, duch narodu to drugie. Przecież ich nie "rozbiorą" za długi? Chyba. Bo niczego innego nie muszą się obawiać. Z mapy świata raczej nie zniknie. Chyba. Nie znam planów. Grecy dadzą sobie radę z UE czy bez niej. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście. Ostatnio oglądałam znowu "300" i wyrocznia rzekła, że Sparta upadnie, że cała Grecja upadnie. Well.

Grecja upadała już kilka razy i to z wysoka. Mitologii do dziś się uczymy i bogów greckich znamy. Na filozofii do dziś się opieramy. Literatura, nauka, architektura do dziś zachwyca. Dorobek nie zginie. Grecja nie Atlantyda.

Czasami tłumaczę nieporadność gospodarczą Polski tym młodym wiekiem w niepodległości i odpowiedzialności. Kiedyś wszyscy przywykli, że jak było źle, to wina "najeźdźców" i innych. W każdym razie nie nasza. Po odzyskaniu niepodległości jest jak wejściem w dorosłość i wyprowadzeniem się "od rodziców". No nie ma mocnych. Trzeba się nauczyć gospodarowania środkami, minimum planowania wydatków, inwestycji. Za błędy odpowiada się przed sobą. W polityce Polski nie podoba mi się jedynie ta filozofia oszczędzania i cięcia kosztów, co się przekłada na jakość. Presja przetargów pod "cenę" a nie jakość (bo rzadko może iść to w parze), miewa okropne konsekwencje. Wszystkie katastrofy i większość wypadków jakie zdarzają się w naszym kraju mają swoje źródło w cięciu kosztów. A teraz planowana budowana elektrowni atomowej... przy tej filozofii najniższych kosztów naprawdę wolę o tym nawet nie myśleć. Nie no nie przy tej filozofii. Na zachodzie jak coś się robi, to w pierwszej kolejności jest bezpieczeństwo, co równa się z najwyższymi standardami jakości wykonania i systemów nadzoru. Nie wiem skąd to się bierze u nich (pomijając, że pewnie z doświadczenia), ale mam nadzieję, że kiedyś (i to niebawem) się to zmieni i u nas. Lepiej niech coś nie będzie robione wcale, niż po najniższych kosztach. Wystarczy popatrzeć na nowo budowane drogi. Cudownie, ale na krótko, bo w ledwo oddanych odcinkach już pojawiają się dziury czy jakieś wyboje. Niepojęte. Ale co tam. Widocznie taka karma. Zapobieganie zamiast "leczeniu" jeszcze widać nie osiągnęło pełnego rozwoju. W świadomości.

Poczułam wiosnę i postanowiłam (już u mnie tradycyjnie) poszukać nowych dróg na trasie praca-dom. Wiedziałam dawno o planach, widziałam że prace się posuwają, ale do wczoraj ich nie sprawdzałam. No i tu miłe zaskoczenie. Okazuje się, że nowa infrastruktura miasta jest niesamowita. Trasa szybkiego ruchu umożliwia mi przemieszczenie się praktycznie poza zakorkowanymi fragmentami miasta. Suuuunęłam z wiatrem po prawie pustej drodze, że aż miło. Zadzwoniłam po drodze do męża i z uśmiechem oświadczyłam, że nie wiem, gdzie jestem i jest mi z tym cudownie. Co prawda te poczucie trwało jakieś 2 min, do zmiany świateł, bo zaraz potem się zorientowałam gdzie jechać dalej, ale to jest to, co lubię. Ten moment niewiedzy :) Kocham to w wiośnie, że zawsze muszę coś pozmieniać, poszukać czegoś nowego. Czasami są to bardzo duże zmiany, czasami ciekawość pcha mnie do np. właśnie szukania nowych rozwiązań, w różnych fragmentach życia. Lubię to. Lubię wyłamywać się ze schematów i szybko zabijać rodzącą się rutynę. We wszystkim. Podobno ludzie z natury bardzo chcą chodzić utartymi szlakami, poruszać się po schematach i nie znoszą wręcz zmian. Ja je kocham. Naprawdę. Jeśli tylko wniosą coś nowego, ciekawego, lepszego, otworzą jakieś nowe drzwi, za którymi nie wiadomo do końca co będzie, bo na początku jest tylko dość mocna wizja... No cudownie. Działamy. A po działaniu można spokojnie legnąć na kanapie z upieczonym udkiem kurczaka i się wyłączyć.

Tak, pieczony kurczak, marynowany w ziołach i czosnku z dobrym chlebem tostowym to jest to. Prawie jako pieczony, świeży łosoś. Życie składa się z drobiazgów. Szczegółów. Chwil. W bardzo dużej mierze zależy od nas, jak je zapamiętamy. Co z nich wyniesiemy. Na których zatrzyma się czas. Slow life uczy wyboru tego co dla nas najlepsze. Nie odrzuca smutku, zadumy, refleksji. Ba, im tym bardziej daje swoje miejsce, gdy jest na nie pora. Ale w głównej mierze slow life to pozytywna strona życia. A tego może nauczyć się każdy. Dostrzegać pozytywy może naprawdę każdy. Bo to nie kwestia statusu czy pieniędzy, tylko samego podchodzenia do tego, co już mamy. Albo po prostu, do tego co JEST. I jednym z moich postanowień wiosennych jest asertywność w selekcji tematów nad którymi myślę, którymi się zajmuję. Jedno jest pewne: skupianie się na negatywach jest ciągnące w dół, zatrzymujące, uwsteczniające. I tego po prostu unikam. Wolę faktycznie pomóc tam gdzie mogę. A jeśli nie mogę akurat nic innego, to kocham zająć się sobą. To często, wbrew pozorom, jest też najlepszym, co mogę zrobić dla świata.
Ostatnio kolega mi powiedział "Marzena, jak się dzieje źle, to najlepszym co możesz czasami zrobić to po prostu i jedynie się uśmiechnąć."
Wiem.

Czasami to najlepsze rozwiązanie. Dalsze działania będą potem. Uśmiech może być najlepszym punktem zwrotnym. W najbardziej napiętej, czy ciężkiej sytuacji. Odpowiedni uśmiech, bo to też kluczowe.
Uśmiecham się do Grecji. Dacie radę. Jeszcze będziecie losowi za to wszystko wdzięczni. Znajdziecie nowe wyjście. Niech was tylko nic nie blokuje. Dacie radę.
Atena was pewnie nie opuszcza. Wbrew pozorom.