27.2.13

Przemyśl to

Podstawa negocjacji. Podstawa skuteczności. Podstawa rozwoju. Podstawa pewności.

Czas. 

Nikt nie podpisuje żadnej poważnej umowy "od ręki". Żaden kontrakt nie poczuje chłodu stalówki pióra zanim nie zostanie dokładnie przeczytany, przeanalizowany, zweryfikowany. Pod kątem wszelkich skutków. 
Nie wyślę ani pół dokumentu, bez pewności konsekwencji. 

Pośpiech jest największym przyjacielem ludzi, którzy boją się podejmować odpowiedzialność za własne decyzje. Zawsze można zwalić na niego winę. Zawsze można wtedy na coś, bądź kogoś zrzucić konsekwencje decyzji.  
- A bo on/ona mi kazała zadecydować natychmiast - nieraz słyszymy utyskiwania. Prawda?
- Nie miałam czasu pomyśleć
Także się zdarza.
No nieprawda. 



Działanie w emocjach? Konsekwencje i tak ponosi działający. Z reguły. Bo czasami jeszcze inni.
Czym są wpadki? Czym są pochopne decyzje? Czym jest hasło "raz się żyje"? 
Ilu ludzi do dziś żałuje swoich decyzji, działań, słów, podpisów, tylko dlatego, że działali pochopnie?


25.2.13

Za to można kochać Japonię

Japonia jest na mojej liście «chcę tam» od lat, ale dziś o niej napiszę. Mam przyjaciółkę Agatę, która spędziła tam pewien okres za studenckich czasów, zna japoński i przeokrutnie mi tym imponuje i właściwie rozmowy z nią uświadomiły mi, że jestem zakochana w Japonii tylko dlatego, że jej dobrze nie znam i strasznie ją sobie idealizuję ;-)

Ale skupię się na tym, w czym jestem zakochana.

Pomijając oczywiście samą kulturę, za minimalizm, który tak pięknie inspiruje dziś Europę, za rozwój technologiczny, który wyprzedza praktycznie prawie cały, cywilizowany świat, pojawiają się takie oczywiste symbole jak samuraje (oglądany jeszcze w dzieciństwie "Shogun" z boskim Chamberlainem), gejsze (ze wzruszeniem czytałam ""Wyznania gejszy"), zachwycam się japońską architekturą (chciałam bardzo urządzić łazienkę w japońskim stylu, ale zabrakło mi determinacji, zrobię to kiedyś w domu ;-) będącą kwintesencją minimalizmu, zachwyca mnie bonsai (polecam stronę o bonsai, gdzie wchodzę, po  tym jak sama wykończyłam jedno drzewko), oczywiście lubię czasami zjeść sushi (którego historia jest niesamowita, patrząc na początki a jego pozycję dziś i poziom mistrzostwa, jaki się osiąga), ujmuje mnie origami, (które raczej nie stanie się moją pasją, bo brakuje mi do niego nauczyciela albo determinacji do samodzielnej nauki albo jednego i drugiego, a Agata jest za daleko).


Ale nawiązując do tego ostatniego, dostałam niedawno od Agaty laleczkę:


Agata zgodziła się o tym trochę opowiedzieć odpowiadając na moje mailowe pytania: 

Bio i eko? Uważam że

Dobry materiał o uprawach/hodowlach ekologicznych o i tym, że wcale nie są zdrowsze. Ani lepsze. Więc o co chodzi?

No zależy na czym komu zależy. Ja już jakiś czas temu wspomniałam, że w Niemczech swego czasu wybuchła afera, bo mięso z upraw ekologicznych okazało się być skażone jakąś groźną bakterią. No nic dziwnego, skoro zwierząt się nie leczy. Ostatnio też trafiłam na kolejne doniesienia, że na wielu kurzych fermach (w tym BIO) łamane są podstawowe zasady, czyli trzyma się kury w przeładowanych klatkach itp. itd. Pazerność. No czysta pazerność. Bio jest modne, to wyciśniemy z tego maxa. Nieważne, że idea stojąca za tym na początku była zupełnie inna. I jest nadal. Nie do końca najlepiej interpretowana. 

Osobiście jestem za metodą środka. Bez przesady w żadną stronę. Od zawsze promuję ją na tym blogu, bo skrajności są oślepiające i ogłupiające.  Trzeba myśleć analitycznie i krytycznie, a przy tym być elastycznym i korygować zdanie w miarę nabierania nowej wiedzy.

Właściwie dopiero jak przeczytałam dokładniej, na czym polega hodowla ekologiczna, to mi się obrócił punkt widzenia i dlatego jestem za metodą środka. Nie ufam 100% chemii i lekom, ale też nie ufam 100% naturalnym metodom. Jak już pisałam przy GMO, wszystko jest względne. Ani stosowanie leków i "chemii" ani jej niestosowanie nie są z założenia dobre czy złe. 


Od tego mamy rządy i odpowiednie organy, żeby się zajmowały takimi sprawami. Po to je mamy, żeby dbały o obywateli. Tak. Wiem. Idealistka ze mnie, ale też z drugiej strony nie będę pilnowała takich spraw, bo to nie moja działka.  Jestem od czego innego. Ja stojąc przed półką sklepową chcę mieć pewność, że ten produkt jest zgodny z prawem, z normami, że producent jest rzetelny. Od tego mamy wszelkie instytucje i media, żeby o to dbały. Jeśli mi zakomunikują, że ktoś łamie prawo, zasady itp. to dziękuję. O to chodzi. Od tego są, żeby poprzez tzw. "afery" informować mnie, że ktoś coś i żebym uważała. Im w takich sprawach chcę wierzyć rzetelnemu dziennikarstwu i instytucjom. Ja nie jestem od tego, żeby śledzić życie kury, którą zjem. Nie jestem od tego, żeby sprawdzać zgodność procedur u producentów. Pozostaję i tak względnie krytyczna, ale bez paranoi. W życiu jest wiele fajniejszych i ciekawszych rzeczy do robienia. W tamtych kwestiach chcę móc wierzyć elementarnym zapewnieniom producentów i hodowców.

24.2.13

Moda na slow life

Ostatnio coraz częściej trafiam na hasło, że slow life to moda.
No to jestem ciekawa, co osoby to wypowiadające, rozumieją pod tym hasłem?



Moda, to znaczy co? Bo moda to coś co przemija. Sezonowość. Chociaż olej w głowie podsyca świadomość, żeby jednak wybierać to, co mi pasuje a nie co modne. Jeśli to co mi pasuje, bywa modne, to co innego.


Zapachniało potem

Coś mnie tknęło, żeby poruszyć dość drażliwy temat - pocenie.

Polscy mają dość specyficzne podejście do tematu potliwości i ciężko się o tym rozmawia. Jak mało o czym. O perfumach oczywiście, o wszystkim innym, ale pocenie to temat tabu. Szybciej porozmawiają o biegunce czy zaparciu. Dziwne. 

Wnikliwe badanie pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na dość nurtujące mnie pytanie - czy antyperspiranty mogą szkodzić? Używam ich od lat, bo prawie nic nie powoduje takiego dyskomfortu jak bycie spoconą.
Podstawowa sprawa - pot jest bezzapachowy. Jednak szybkie działanie bakterii zmienia ten stan dość błyskawicznie. A dzień wolę spędzić bez niespodzianek. A nie wiem, kto ma możliwość odświeżać się kilka razy dziennie. 

Odpowiedź jest jedna: raczej unikać produktów zawierających glin czyli aluminium. Odsyłam chociażby do wiki pod hasło «glin». Najważniejsze jest, że odkłada się on w organizmie. Skutki? Za chwilę podam ciekawy link. 

http://slowlife-by-marzena.blogspot.com/
Właśnie lecą do kosza 4 produkty z mojej półki. 



23.2.13

A wszystko przez mężczyzn

Jako młoda dziewczyna zaczytywałam się we wszystkim. Nie miałam czegoś takiego jak "ulubiona książka". I dalej nie mam. Za dużo jest ciekawych książek. Za dużo książek powinno się przeczytać. Za dużo jest dziedzin. Za dużo beletrystyki, żeby się w czymś zamykać. Z biegiem lat czasami dobrze do czegoś wrócić, bo przecież zmienia się postrzeganie świata i ciekawie patrzy się na coś z nowej perspektywy. 

Nie unika(ła)m niczego. Dziś już bardziej wybiórczo, ale jednak. Uważałam i uważam, że nie ma czegoś takiego jak "zakazane książki". Nie zgadzam się, że książka może kogoś "zepsuć". Wpływać? Owszem. Jednak ja tu wyznaję zasadę, że każdy powinien wyrabiać sobie kręgosłup nie poprzez unikanie a właśnie poznawanie. Poznawanie do bezgranic możliwości. To jak w życiu. Odporności nie nabiera się przez niewiedzę. Dobrze, że nigdy nikt mi nie zabraniał niczego czytać. Z powszechnie "zakazanymi" tytułami włącznie. Zawsze ważniejsze jest, co się z książki wynosi i czy się coś wynosi czy jedynie dochodzi się do krytycznych wniosków. Literatura jest bezcenna. Nie wiem, jak ludzie budują światopogląd, nie czytając książek, jak pobudzają wyobraźnię, jak uczą się krytycznego podejścia, dlatego uważam, że czytać powinno się wszystko. Bez "ale". Tak jak powinno się pobyć w każdym możliwym środowisku (co też w życiu uskuteczniałam i uskuteczniam). Dla budowania odporności na wpływowość. Ryzykowne? Pozornie. Ale nie o tym dziś.

Dziś mam apetyt na wspomnienie literatury przesyconej erotyką, w której zaczytywałam się po nocach. Na czym dorastałam. Przez co, albo dzięki czemu, nie mogę być normalna, a może właśnie dlatego jestem ;-)



22.2.13

Słońca!



Już mam dość zimy. Naprawdę szczerze i na maxa dość. Postanowiłam, że w przyszłym roku, co by się nie działo, w środku zimy pojadę gdzieś, gdzie jest jasno i ciepło. Ten brak słońca, światła wyczerpuje mnie za bardzo. Już mam dość. Kochałam zimę, ale co za dużo, to nie zdrowo. W tym roku ciągnie się to przepotwornie.  Żeby było więcej słonecznych dni, to byłoby pół biedy, ale chmury tak gęsto spowijają niebo, że naprawdę mam tego powyżej kokard. 

Z tego co widzę, to klarują mi się już plany urlopowe. Jeśli wypalą w takim kształcie, jaki jest możliwy, to cudnie (nawet nie będę zapeszać, bo perspektywa jest dla mnie zbyt niesamowita. Pożyjemy, zobaczymy). 
Jeśli nie wypalą w tym kształcie, to będę mocno wierzyć, że wypalą w innym. Nie biorę urlopu latem, bo nie widzę sensu (mieszkając nad morzem i tak po pracy spędzam czas na powietrzu), więc dla mnie i tak optymalna jest ucieczka przed szarugą. Góry mogą być we wrześniu, ale zimę chcę spędzić chociaż częściowo w cieple i świetlne słońca. 

Baterie mi siadają. Już za bardzo. O ile daleka jestem od depresji, bo za bardzo potrafię to kontrolować, o tyle nie mogę już fizycznie. I strasznie mnie to zaczyna irytować. Dlatego, żeby nie jęczeć i nie narzekać dziś, to sobie zapisuję: za rok zimę chociaż częściowo chcę spędzić na słońcu. Załadować baterie. Dopełnić energię. No po prostu koniecznie. Ko-nie-cznie. Szkoda, że w tym roku to przegapiłam i nie założyłam jeszcze na początku ubiegłego roku. Nie męczyłabym głowy tą zimą.

Niech się spełni. No proszę (patrzę w niebo).

I oby jeszcze wytrzymać do wiosny.

PS. Już samo wyobrażenie tego robi dobrze.
I jak sobie myślę o słońcu na twarzy i na skórze i świecącym w oczy, to robi mi się błogo.
Tak. Koniecznie.


Kolega właśnie mi powiedział, że na dziś to można się wybrać do Dworu Oliwskiego  i skorzystać ze "słonecznej plaży" czyli doświetlania. Chyba się skuszę. Muszę sobie jakoś pomóc :-)

I refren! :-)

21.2.13

Rozpisałam się jak szalona -10 lat

 Właśnie jakoś mija mi 10 lat blogowania w ogóle. Zadumałam się nad trzema skasowanymi blogami. Ech te moje narwane emocje. Kiedyś wyrzuciłam pamiętnik z liceum. 3 lata pisania przez czas pobytu w Niemczech poszły do kosza. Ja się odcinam na całego. Tak mam, gdy kończę jakiś etap. To co ma zostać, zostaje w głowie. I serduchu. No od jakiegoś czasu już tak nie odcinam się po całości, ale z reguły tak. No nieważne.

 Idealistka ze mnie i w pewne wartości chcę wierzyć mimo braku realnych powodów.
Np. w lojalność i solidarność.

Internet wyciąga czasami z ludzi jakieś najbardziej piękne i czasami najbardziej parszywe cechy i zachowania.
Milczenie jest złotem. No nie w necie.


20.2.13

Być jak elektrownia atomowa

Emocje górą.

Sporą część energii i czasu wkładam w poznawanie emocji i kontrolowanie ich. Przeczytałam w życiu stosy książek o tej tematyce. Dlaczego? Bo jestem urodzonym neurotykiem i kiedyś strasznie utrudniało mi to życie. Nawet nie innymi. Mi samej. Wybuch złości, wybuch euforii, wybuch płaczu, albo zachwyt. Dół, by za chwilę kochać życie. Wahania nastrojów trzymają mnie od zawsze na huśtawce. 
Dzięki mądrzejszym ode mnie zaczęłam poznawać i zagłębiać temat. By w końcu się uczyć kontrolowania skutków emocji.

Nie zgadzam się bowiem, że można kontrolować emocje czy uczucia. To czcze gadanie. Jeśli w danej chwili czuję to co czuję, to to czuję. Można natomiast nauczyć się kierować skutkami odczuwanych emocji. 


19.2.13

Granice miło(ści)

Jeden z fajniejszych blogów około psychologicznych i notka Nie bądź miła. Lubię tu czasami zajrzeć.

Bycie zołzą ma to wpisane w charakter. To ta część natury, która powoduje, że się kogoś drapie. Boleśnie. 
Bo zasłużył i doskonale o tym wie.

Faceci, kobiety, generalnie ludzie z tzw. trudnym charakterem robią to mistrzowsko. Jak drapną, to podrapany długo to pamięta. A przede wszystkim pamięta, żeby nie zachodzić za skórę. Oczywiście niektórzy lubią być drapani i tym trzeba dawkować przyjemność. No przynajmniej ja dawkuję. 




Ludzie wiecznie mili.
Wiecznie grzeczni. Rzeczowi i uprzejmi.
Jak to się teraz mówi - można rzygać tęczą.


18.2.13

Zjeść konia z kopytami

Konie są piękne. Dodają uroku sztuce, każdy obraz, fotografia, film z dzikimi końmi robią wrażenie.
Konie najmniej kojarzą mi się z mięsem i jedzeniem. Jak psy czy koty.





16.2.13

Slow life i minimalizm

Podniecają cię promocje z serii "zaoszczędź"?
Patrzysz na ceny i szukasz zniżek?
Pędzisz do sklepu na wyprzedaż?
Kręcą cię okazje?
Jest nieskończona lista rzeczy, które chcesz mieć, które dałyby ci szczęście? Ułatwią życie? Spełnią potrzeby?

To powiem krótko: tak ci zostanie do końca życia. I będzie tylko gorzej. Minimalizm sprowadza się do odpowiedniego zarządzania środkami, czyli: Stać mnie na to, ale tego nie potrzebuję. 



Odjazd z Tomorrowland

Lubię każdy rodzaj muzyki. Dosłownie. Może śpiew małego Koreańczyka, puszczany ostatnio w tv, trochę mnie przerósł, ale poza tym nie mam granic. Zasłuchuję się w każdym klimacie, odpłynę przy wszystkim. Odlecę, albo osiągnę zen czy też stan najwyższego skupienia. Niemniej kocham też ciszę. Idealną.
Wszystko zależy od chwili, nastroju, klimatu, towarzystwa. Koncert kameralny jest dla mnie tak samo ważny jak dobra impreza masowa.

Bardziej nie rozumiem zamykania się na jeden rodzaj muzyki. To nudne. Ale ok. Co kto lubi.
Dziś jednak pełen odpał i czuję w sobie szaloną wolność. Wolność ekspresji to pełna korba, szaleństwo, luz, krzyk radości, wyskoki, uśmiech, wygłupy, i pełne yeeeeeaaaaahhhhhh!!!!111111
I nie zrzędź. Wyluzuj i poczuj flow.


15.2.13

Machając planetoidzie

Śledziłam z M. przelot planetoidy koło Ziemi. Na tvn24. Oczywiście godzinę wcześniej zaczęłam się nakręcać, czy trafi. Gdzie trafi. Kogo trafi. Okazało się, że generalnie zupełnie nie ufam mediom, bo zadzwoniłam do kolegi J., który ma o tym dużo więcej pojęcia niż ja. 
- Marzena, nie ma szansy, żeby to trafiło w Ziemię. A jeśli nawet trafi, to ty tego nie poczujesz
- Uf. To miłego wekeendu

Genialna sprawa  z  kosmosem. Za każdym razem, gdy trafiam na ten wątek, to czuję jego bezmiar i naszą niewiedzę. Albo jej szczątkowość. 
Kocham ten dystans. 

Z perspektywy kosmosu wszystko jest takie nieważne. 

Patrząc na fakt, że meteory są fragmentami materii, która kiedyś stworzyła m.in. naszą planetę, dochodzę do wniosku, że mieć taki fragment meteoru w dłoni, to mieć fragment czegoś, co było przez powstaniem Ziemi. 

I ta droga, od fragmentu masy, do mnie leżącej na kanapie. I wszystko pomiędzy. 

Ułamek czasu w wieczności. 


Cudo.  


Ale jak zauważył M. - Obserwatorium im. Adama Mickiewicza  w Poznaniu to już są jaja. 



PS. Fajnie się słucha naukowców, którzy tak zgrabnie ubierają w słowa naszą ludzką niewiedzę. 

PS 2. Oczywiście ze śledzenia nic nie wyszło, bo zagadali moment. Poszukam sobie potem na stronach NASA. Ludzie to zagadają wszystko. Zamiast patrzeć. 

14.2.13

Odpychanie w miłości

Fajne w byciu mężatką jest to, że mogę się - na zupełnie zupełnym luzie - przyjaźnić z facetami. Tzn. zawsze mogłam, ale przed ślubem czasami musieliśmy sobie wyjaśniać, że nic od siebie nie chcemy i chcemy być przyjaciółmi. Bez seksu. U mnie to nie działało z seksem. Ze mną trzeba było chodzić itp. Taki typ. Co kompletnie nie przeszkadzało mi mieć przyjaciół facetów. I to z reguły z kategorii "łamacze serc". 

Strasznie lubię przyjaźnie damsko-męskie.

Dlatego też wolę męskie towarzystwo. Faceci są fajni.

Dziś część popołudnia spędziłam z jednym z moich ulubionych typów "Ja nie chcę związku. Uprzedziłem ją". Dlaczego lubię ten typ? Bo sama taka byłam.  Od chemii do związku droga wiedzie gdzieś przez trasę Ziemia-Jupiter. Jasne, że nie chodzi o zmyślne przeciąganie jakiś etapów, tylko o to, że... od chemii do związku droga jest daleka, po prostu. To droga wykluczeń. U siebie też. Poznawania. Ten typ ma tak, że nie chce rezygnować z wolności i wbrew pozorom, wiem po sobie, wcale nie jest oczywiste, że obiekt naszej kolejnej wiecznej miłości, nie będzie uważał, że związek to szereg zobowiązań, obowiązków, ograniczeń i wyrzeczeń. W 99% przypadków okazuje się, że tak jest. To no cóż. Masa oczekiwań, wyobrażeń zgasiła nie jedną chemię. 

Więc lubię facetów, którzy nie chcą związku.

Dzisiejsze spotkanie dało mi znowu pozytywnej energii, bo znam go na tyle, że wiem, że kiedyś będzie idealnym facetem dla kobiety idealnej dla niego.
Gdy na nią trafi, to zadziała mechanizm magnesu. Będzie się odpychał, ona też i pewnego dnia zabraknie im argumentów, żeby nie byli razem. Dopiero wtedy zaczyna się "bycie razem". Nie mimo, nie za. Po prostu.


Walentynki mnie rozczulają. Romantyzm na zawołanie w tym roku na  mnie nie działa, ale jeśli kiedyś mi wróci, to nie będę narzekać. Ja jestem permanentnie zakochana i mam je cały rok, ale życzę dzisiejszym romantykom powodzenia. W każdym sensie ;-) 


Związek to dodanie i rozwijanie skrzydeł, a nie ich ucinanie.
Przynajmniej dla niektórych.

13.2.13

Freedom



Ten kawałek jest ponadczasowy.
I kawa.

Postanowiłam sobie, że rok 2013 będzie dla mnie pełen zmian.
Kolejny.
W tym roku zmiany będą wyłącznie fantastyczne i na plus.
Amen.

12.2.13

Świeżym chlebem pachnące

Wieczorem zaczęliśmy.
Ja wsypywałam składniki, M. zagniatał.
Na noc  daliśmy mu spokój.



Rano docierał do mnie powoli przez sen zapach. Zapach pieczonego chleba. Dziwne. Za zapachem dotarł  szept - Marzena, wstań powoli, ale bardzo cicho.
Usiadłam na łóżku.
- Ciii
Wziął mnie za rękę
- Chodź, zobaczysz coś  :-)





To było piękne.
I pierwsze.



Nasz wspólny chleb.
A właściwie dwa bochenki.




PS. Przepis i zakwas dostałam od Mojej Trawy.

Dziękuję.

11.2.13

Bujaj się

Wersja ekstremalna. Cudo.


Wersja nowoczesna. Fotel, który można zamienić w szezlong, obracając nóźki. Fantastyczna opcja.



Ten mi kompletnie nie pasuje do mieszkania, ale konstrukcja jest genialna. I ta poducha.
Taki fotel bujany, jak ten ostatni, mieli moi dziadkowie w domu, w którym się wychowywałam. Jak byłam małą dziewczynką, to kochałam na nim siadać i się bujać. Bujać. W nieskończoność.

Postawić sobie znowu fotel bujany. Pure slow life.




Dasz radę




Czasami te słowa są najlepszym, co możemy usłyszeć.

Chyba każdy miewa takie chwile, że boi się, po prostu i zwyczajnie się boi, czy się uda. Czuje się niepewnie.
Albo ma już dość i nie chce dalej, więcej, bardziej, chce się poddać.

Dasz radę, wierzę w ciebie - słyszysz od ważnej dla ciebie w tej chwili osoby.

I idziesz. Robisz. Działasz.

I dajesz radę.

I tak krok po kroku.


Nie wiem, czy jest na świecie ktokolwiek, kto zrobił coś bez wsparcia od odpowiednich osób, w odpowiednich momentach. 

Jak dobrze, że są i jak dobrze, że my możemy takimi osobami być. 

10.2.13

Nie, nie możesz

Kocham przebywać ze swoimi teściami. Niezbyt często, bo jednak mam, mamy swoje życie, ale jednak od czasu do czasu, może raz, dwa razy w miesiącu, to aż czuję potrzebę. Przede wszystkim dlatego, że są świetnymi rodzicami dla M. i jego brata. I cudownymi teściami dla mnie. Po tych ponad 10-ciu latach małżeństwa czuję się jak ich córka.

Co ich wyróżnia? Podejście. Lubię z nimi rozmawiać o tym, jak wychowywali chłopaków. Teściowa bardzo mi przypomina moją babcię. To taki mądry typ kobiety. Dla niej mieć rodzinę, być głową rodziny jest takie, jak dla mnie. Babcia mi tym też bardzo imponowała. Mądrość kobiet starej daty, tych przynajmniej, opiera się na hierarchii. Na odpowiedzialności. Na umiejętności zbudowania autorytetu w rodzinie. 
Dzięki nim zrozumiałam, że w wychowywaniu dzieci wcale nie jest dobre partnerstwo. Partnerstwo jest dla relacji w związku albo biznesowych. Nie w relacji z dzieckiem. To umiejętność delegowania zadań, troski, miłości i pewnej surowości budują szacunek. Rodzic nie jest kolegą, koleżanką. (Nie)stety taką partnerską relację mam z własną mamą. Ma to swoje plusy, ale ma też minusy. Jesteśmy bardziej jak siostry niż matka z córką. Co dziś jest ok, ale to babcia wszystko wszędzie równoważyła. 

Rodzic ma mieć coś z przewodnika, trenera. Instruktora. Rodzic nie projektuje swoich problemów na dziecko. Dziecko z reguły i tak ich nie udźwignie, a nie mając wsparcia w rodzicu gubi się w świecie. Uwielbiam ludzi, którzy nie boją się decyzji, za które dziecko nie będzie ich chwilowo lubić. Dobry rodzic umie krótkim - nie, nie możesz - wywołać odpowiedni efekt. Rodzic jest opiekunem. Nie będzie karał za wyimaginowane błędy, ale będzie egzekwował. Dobra relacja z rodzicami,  opiekunami jest podstawą zdrowego wejścia w samodzielne życie. 



8.2.13

Weekendowe odkrycia



Co widzisz? No jasne. Widzisz Newtona, który dostaje spadającym jabłkiem w głowę. Dzięki niemu poznajemy prawo grawitacji. 

Jak się na takie rzeczy, genezę tez, praw itd. patrzy z tej perspektywy, to się to wydaje taaaaak oczywiste. Bo już to wiemy. Bo mamy dostęp do wiedzy. Super. 

Gdyby jednak nie znać prawa Newtona, to dla mnie np. na rysunku mamy raczej biologię. Facet dostaje jabłkiem w głowę i odczuwa ból. No doszukiwać się w tym pytania: ale dlaczego jabłko spadło? Piękne.

4.2.13

Plastikowe gotowanie

Co będzie następne? Woreczek herbaty z osobną łyżeczką soku z malin. W proszku?
Albo lepiej jednorazowa solniczka z przepisem na jajka po wiedeńsku. X razy droższa od kilograma soli.




prawie jak 5 smaków wg pięciu przemian
Lubisz przepłacać?
Lubisz płacić za niewiedzę?

3.2.13

Pure slow



Korpo drama, czyli czego sobie nie robić

Wypalenie

Właśnie krąży po necie zalinkowany powyżej artykuł. Zadumał mnie. Nigdy nie osiągnęłam takie stanu, chociaż pracoholikiem byłam nieznośnym. Gdy wspominam lata teoretycznej młodości czyli 22-33, to mnie dziwi moja ówczesna naiwność, cierpliwość bliskich i fakt, że to przetrwałam, mimo choroby i bólu. Jedyne, co mnie na dziś cieszy, gdy przypominam sobie tamten okres, to fakt, że udało mi się przetrwać w swoistym  trójwymiarze między bólem, lekarzami, operacjami a życiem, pracą, miłością, wahaniem między nadzieją a chęcią samobójstwa ze zmęczenia tym bólem, ale też łapaniem szczęścia z każdego dnia bez bólu, łapaniem każdej przyjemności, wrażeń, przeżyć, relacji, bliskości, rozczarowań, malutkich i dużych sukcesów w pracy i życiu, kilkunastu fajnych podróży, wyjazdów służbowych i nie oraz świetnych imprez prawie co weekend. Reset. Minęło. Przyszły zmiany.

1.2.13

Coaching i SLOW - do zaczytania

Są dwa magazyny papierowe, które kupuję regularnie i które nie są miesięcznikami. SLOW polecam przy każdym nowym numerze. Ostatni miałam ze sobą w Zakopanem, potem w Berlinie, potem w Monachium. Czytałam go najchętniej nocami w hotelach, gdy już sama jestem w łóżku. Tematyka, styl, zdjęcia. Czysta przyjemność. 
Już czekam na nowy numer, a widzę na  SLOW fanpage, że się chyba zbliża i cieszę się, jak dziecko na Gwiazdkę.



Drugim magazynem jest Coaching. O nim wcześniej chyba więcej nie pisałam, co w sumie dziwne, bo kupuję go od pierwszego numeru. Będą jakieś dwa lata. 
Obecnie zaczytuję się w numerze styczeń-luty 2013, który kupiłam, gdy tylko wszedł do Inmedio. Co cenię w tym magazynie? Tematykę. Przeważnie nie odkrywam nic nowego, ale umówmy się, wszystkiego nie wiem i jednak potrafią mnie zaskoczyć. Szeroko pojęta psychologia, rozwój osobisty. Bardzo dużo tematów z nowoczesnej psychologii, która związana jest z pracą zawodową. Przeczytałam przez całe życie mnóstwo książek związanych z budowaniem relacji zawodowych, psychologią pracy, sprzedaży, marketingu, dużo miałam na ten temat na studiach i wszystko to kręci się wokół moich zainteresowań. W psychologii ciągle się coś dzieje. Jak w technologii. Coaching jest jedną z najciekawszych gałęzi.

slowlife-by-marzena.blogspot.com  coaching