23.2.13

A wszystko przez mężczyzn

Jako młoda dziewczyna zaczytywałam się we wszystkim. Nie miałam czegoś takiego jak "ulubiona książka". I dalej nie mam. Za dużo jest ciekawych książek. Za dużo książek powinno się przeczytać. Za dużo jest dziedzin. Za dużo beletrystyki, żeby się w czymś zamykać. Z biegiem lat czasami dobrze do czegoś wrócić, bo przecież zmienia się postrzeganie świata i ciekawie patrzy się na coś z nowej perspektywy. 

Nie unika(ła)m niczego. Dziś już bardziej wybiórczo, ale jednak. Uważałam i uważam, że nie ma czegoś takiego jak "zakazane książki". Nie zgadzam się, że książka może kogoś "zepsuć". Wpływać? Owszem. Jednak ja tu wyznaję zasadę, że każdy powinien wyrabiać sobie kręgosłup nie poprzez unikanie a właśnie poznawanie. Poznawanie do bezgranic możliwości. To jak w życiu. Odporności nie nabiera się przez niewiedzę. Dobrze, że nigdy nikt mi nie zabraniał niczego czytać. Z powszechnie "zakazanymi" tytułami włącznie. Zawsze ważniejsze jest, co się z książki wynosi i czy się coś wynosi czy jedynie dochodzi się do krytycznych wniosków. Literatura jest bezcenna. Nie wiem, jak ludzie budują światopogląd, nie czytając książek, jak pobudzają wyobraźnię, jak uczą się krytycznego podejścia, dlatego uważam, że czytać powinno się wszystko. Bez "ale". Tak jak powinno się pobyć w każdym możliwym środowisku (co też w życiu uskuteczniałam i uskuteczniam). Dla budowania odporności na wpływowość. Ryzykowne? Pozornie. Ale nie o tym dziś.

Dziś mam apetyt na wspomnienie literatury przesyconej erotyką, w której zaczytywałam się po nocach. Na czym dorastałam. Przez co, albo dzięki czemu, nie mogę być normalna, a może właśnie dlatego jestem ;-)





Poniżej tytuły i autorzy, którzy wywarli na mnie niezapomniane wrażenie (skoro tyle czasu ich pamiętam i mam na półce). Książki, przy których momentami się drży.

"Kwiat śliwy w złotym wazonie"  (autor?)


Pozycja kultowa. Pamiętam jak dziś, gdy pożyczyła mi tę książkę główna księgowa w jednej z firm, w której pracowałam. Wiele lat temu. Starsza pani J., ale z pazurem. Lubiłam z nią rozmawiać. Jej doświadczenia i opowieści też mi dużo dały. Zawodowo i prywatnie. Podając mi tę książkę miała taki uśmieszek na twarzy, że dopiero w trakcie czytania zrozumiałam, skąd ten uśmiech. Tomiszcze zassało mnie na długo.


Jerzy Kosiński.

Chociażby "Randka w ciemno"
Kosiński to Kosiński. Zasysał mnie. Mam wszystkie jego książki poza najpopularniejszą. Wiadomo jaką.




Zbigniew Nienacki "Uwodziciel".
Książkę tę przeczytałam momentami rozedrgana. Dobrze mi zrobiła. Mocna, wyrazista. Relacje damsko-męskie. Naiwność kobiety, bezwzględność mężczyzny. Miłość? Uwodzenie bardzo. 




To są książki, które powodują naprawdę wypieki na twarzy. Bohaterowie nie pozostawiali mnie obojętną. Niektórych nie chciałabym spotkać na drodze... a jak na życzenie, zdarzało mi się i wtedy mówiłam, puszczając oko - "już kiedyś o tobie czytałam". 

Przejrzałam pobieżnie recenzje w/w książek w sieci. Wiele osób odbiera je jako chaotyczne. No cóż. Dla mnie to one niektórych po prostu przerastają. To nie są proste postaci. Historie. Fabuły. One naprawdę dają do myślenia. A przy tym pobudzają erotycznie wyobraźnię wyjątkowo dobrze. 
Jak ktoś szuka czegoś ze strzałem w synapsy, to te książki polecam. 

I każda z nich napisana jest przez mężczyznę. Oni naprawdę potrafią ujmować w słowa.
Jeśli ktoś szuka szczegółowych opisów książek , to nie brakuje ich w sieci. Dla mnie te są kultowe. 

Oczywiście czytywałam też "Harlequiny" (jak wszystko, to wszystko, ale to było dobre dla 15-16 latki, dlatego nie wiem, dlaczego dziś takie poruszenie powoduje "50 twarzy Grey'a" u dorosłych kobiet, które po przekartkowaniu wydaje mi się być takim trochę pieprzniejszym Harlequinem. Kiedyś pożyczę go od kogoś i przeczytam, żeby sobie wyrobić zdanie do końca i nie oceniać książki tylko po podnieceniu innych i zdawkowym przekartkowaniu. A może mnie też podnieci i się sama zdziwię ;-)