3.2.13

Korpo drama, czyli czego sobie nie robić

Wypalenie

Właśnie krąży po necie zalinkowany powyżej artykuł. Zadumał mnie. Nigdy nie osiągnęłam takie stanu, chociaż pracoholikiem byłam nieznośnym. Gdy wspominam lata teoretycznej młodości czyli 22-33, to mnie dziwi moja ówczesna naiwność, cierpliwość bliskich i fakt, że to przetrwałam, mimo choroby i bólu. Jedyne, co mnie na dziś cieszy, gdy przypominam sobie tamten okres, to fakt, że udało mi się przetrwać w swoistym  trójwymiarze między bólem, lekarzami, operacjami a życiem, pracą, miłością, wahaniem między nadzieją a chęcią samobójstwa ze zmęczenia tym bólem, ale też łapaniem szczęścia z każdego dnia bez bólu, łapaniem każdej przyjemności, wrażeń, przeżyć, relacji, bliskości, rozczarowań, malutkich i dużych sukcesów w pracy i życiu, kilkunastu fajnych podróży, wyjazdów służbowych i nie oraz świetnych imprez prawie co weekend. Reset. Minęło. Przyszły zmiany.


Bogu dziękuję, za dar nadpisywania złych wspomnień tymi dobrymi, dzięki temu moje wspomnienia są dość dobre w porywach do piękne. Idealizuję? Nie. Racjonalizuję. Z każdej prawie sytuacji można zapamiętać coś dobrego. Nadpisać wspomnieniami można wszystko. Dając sobie dystans. I spokój. Selekcjonując równoważymy. 
Dziękuję losowi za to, że zawsze ktoś koło mnie był, nie pozwalając mi utonąć. Bez bliskich, życzliwych, świetnych ludzi, byłabym dziś pewnie wrakiem człowieka. 
Wszystko to razem wzięte potwierdza mi, że już wtedy miałam szczęście do ludzi. Wiele aniołów było i jest przy mnie. Taka mała refleksja.
Wiele się wydarzyło, zanim doszłam 3 lata temu do punktu zwrotnego, do wielu, wielu zmian, które trwają i są dobre. Wiele czynników się na to składa. Dlatego powstał ten blog. Inaczej nie dało się tego ująć. 


Czytając artykuł, słowa bohaterów, czułam bijące osamotnienie, wypalenie, wyczerpanie. Niby kilka zdań, a ich ładunek emocjonalny przesmutny. Nie wiem nawet, jak to jest, wpędzić się aż w taką matnię - znienawidzona praca, brak bliskich obok, brak przyjaciół, kogoś zaufanego, z kim się spotyka o każdej porze dnia i nocy, gdy dojmuje taka potrzeba. Dobry jest sam wywiad z psycholog w tym artykule. Dobrze kobieta prawi. Wydaje mi się, że ludzie wpędzający się w takie życie nie widzą realności alternatyw, nie mają obok kogoś, kto by im pomógł to zmienić. Zmiana pracy, to nie wszystko, to nie wyjście. Nie w tym jest problem. Żeby od czegoś uciec, coś zmieniać musi być alternatywa. Poduszka bezpieczeństwa. Znalezienie jej jest pewnie trudne. 

Ja takim korpoludziom z artykułu życzę odwagi w poszukaniu swojego miejsca. I znalezienia go. I przyjaciół oraz życzliwości obok. Czasami może wystarczy się otworzyć i przestać bać? 

Nie wiem. Nie znam takich ludzi. Ci, których znam, a którzy pracują w światowych korporacjach są super szczęśliwi, bo też te korporacje są nowoczesne i propracownicze. Tak. Są takie. Gdzie ludzie współpracują, gdzie nie ma mobbingu,  świetnie się zarabia i ma się czas na fajnie wypełnione życie prywatne. Czy to wyjątki czy wyjątkiem są ludzie z artykułu? Bez znaczenia. Nawet w firmie, w której sama pracuję odczuwam ten luksus, [a teraz jest to 14. firma w moim życiu i to jej szukałam, chociaż znalazłam przez wielki przypadek i wahałam się (no tak), czy podjąć tu pracę, bo miałam już inny plan i generalnie dość zmian] i dzięki temu wiem, że są miejsca,  gdzie ludzie są świetni. I to nie mity jak o wielkiej miłości. Problemem nie jest bowiem różnica między pracą na etacie a wolnym zawodem, do którego nie każdy jest urodzony. Problemem jest znalezienie optymalnego miejsca. Dla siebie.

Jak i podejścia do życia. Znalezienia źródeł satysfakcji i spełnienia, o których niedawno pisałam. 
Jedno jest pewne - same się nie znajdą. Trzeba ich szukać.
Do skutku.

A da się znaleźć. Zapewniam.
Gdy się osiągnie wypalenie, to już chyba nie ma nic do stracenia i można zacząć od nowa?
Życzę im powodzenia. Niech za jakiś czas wspominają te czasy z krótkim - było, minęło, czegoś mnie to nauczyło.