21.2.13

Rozpisałam się jak szalona -10 lat

 Właśnie jakoś mija mi 10 lat blogowania w ogóle. Zadumałam się nad trzema skasowanymi blogami. Ech te moje narwane emocje. Kiedyś wyrzuciłam pamiętnik z liceum. 3 lata pisania przez czas pobytu w Niemczech poszły do kosza. Ja się odcinam na całego. Tak mam, gdy kończę jakiś etap. To co ma zostać, zostaje w głowie. I serduchu. No od jakiegoś czasu już tak nie odcinam się po całości, ale z reguły tak. No nieważne.

 Idealistka ze mnie i w pewne wartości chcę wierzyć mimo braku realnych powodów.
Np. w lojalność i solidarność.

Internet wyciąga czasami z ludzi jakieś najbardziej piękne i czasami najbardziej parszywe cechy i zachowania.
Milczenie jest złotem. No nie w necie.




Ja mam tak, że albo mi jest z kimś po drodze, albo nie. Nie zmieniam ludzi. Nie chce mi się na nich wpływać i uczyć mnie. Liczę na inteligencję. Emocjonalną też. Jestem na to zbyt zajebista, żeby się opowiadać ciągle od nowa. Albo odbieramy dziś, tu i teraz na jednakowych falach, albo płyniemy obok, ew. w innych kierunkach. Nic na siłę. Naprawdę. Jeśli mam z kimś zupełnie skrajnie inną percepcję, to podchodzę do tego poznawczo, ale nie widzę powodu, żeby przeciągać go na własną stronę bądź wchodzić na jego tor myślenia. Tak jakoś akceptuję to, że jesteśmy różni. Pewnie, że oceniam zachowania, sytuacje, czasami zjeżdżam po całości, tymże nie wartościuję po nich z automatu ludzi. Mam swoje poglądy, aksjomaty, podejście, mechanizmy i sobie z nimi idę. Dość jasno. Dla bystrych.
W jakimś aspekcie też samotnie, bo samotność jest wpisana w naturę człowieka. Z automatu. Nie jest dobra ani zła.
Można na mnie liczyć w najmniej spodziewanych momentach, albo zawieść się moją obojętnością, gdy powiem - duży jesteś. Radź sobie.
W takich momentach, najmniej oczekiwanych, też po prostu np. kasuję konto na fb. No tyle. Nie mam potrzeby tłumaczyć się z decyzji. 

I tak sobie czasami obserwuję różne środowiska, zachowania, grupy, czasami wejdę gdzieś na dłużej, głębiej i mocniej, czasami zostaję na odległość i po prostu poznaję. Na ile mi się tam chce, bo przeważnie krótko. I idę dalej. Ja generalnie lubię, jak ludzie są w moim życiu "na chwilę". Znajomości na całe życie są rzadkie i mają różne stopnie natężenia. Rozumiem to, że koleżanki po wyjściu za mąż czy wejściu na ścieżkę jakiejś kariery, czegoś co je pochłania wchodzą w to na maxa. Też tak mam. Życie rzadko łączy  mnie z ludźmi na wieki. No może poza więzami rodziny. Więzy krwi to jest moc. Jak by się te relacje nie układały, jak by się nie rozciągały w czasookresie, to kontakt z najbliższymi jest zawsze na najwyższym levelu zaufania. To normalne. Nie ma dramatu. Za to są jakieś niewytłumaczalne wyjątki. I jak to dziś usłyszałam - "to miłość". Heh. No pewnie też :-)

No ale zdarza się, że wchodzę w jakieś grupy mniej lub bardziej świadomie. Albo zostaję zaszufladkowani pod kątem np. zainteresowań, pasji, działania. I tu też występuje tymczasowość. Bo jeśli lubię salsę, to nie zaprzyjaźniam się z automatu z każdą laską, która też tańczy. Jeśli bloguję, to nie czuję bliskości z każdym blogerem. ALE. Jeśli jestem częścią jakieś "społeczności" to decydując o stopniu zaangażowania, o stopniu zażyłości podejmuję też decyzję o pewnej lojalności. Albo i nie.

Blogosfera to takie dziwne zwierze. Naprawdę.

Obserwuję czasami (już coraz rzadziej, bo nie mam czasu czytać wszystkich ulubionych blogów i coraz rzadziej do nich zaglądam, ale jednak) zachowania na blogach. Absolutnym fenomenem był dla mnie blog Kominka z lat chyba do 2008, może i dalej, nie pamiętam. Powstała tam społeczność, jakiej nie widziałam w internecie ani wcześniej, ani później. To była naprawdę armia. Potęga. Różni ludzie, ale łączył ich, nas - Kominek. Byłam częścią tego, chociaż się nie czułam. Łączyło mnie z nimi zafascynowanie pisaniem Kominka. O tamtej społeczności, do dziś żałuję, że nie powstała jakaś książka. Case psychologiczny idealny. Właściwie, gdy czytałam go na początku, to byłam przekonana (jak mi się zdarza "jasnowidzieć", tylko ludzie jednak częściej marnują potencjał), że ten człowiek daleko zajdzie. No taki talent, jaki   pokazał, nie wymagał wróżki. I co? Spoglądam czasami z czułością i podziwem, jak posuwa się do przodu. Jego postać jest bezprecedensowa w polskiej blogosferze. Nie mam pojęcia dokąd dojdzie, w jakich kierunkach będzie się rozwijał, ale to, co się dzieje dziś, on robił już lata temu. Dlatego mam wrażenie, że 90% blogosfery go po prostu nieświadomie bądź świadomie naśladuje. On kreował wiele trendów, które dziś eksplodują eksploatowane przez innych. I fajnie. Niewątpliwie Kominek jest w pewnym sensie mocnym prekursorem społeczności w blogosferze na dużą skalę. Może zainspirował Zuckenberga ;-)

Dziś Kominek jako bloger działa na tak szeroką skalę, że nawet nie próbuję tego śledzić (chociaż wątek autora książek opisałam już nie raz). Niezmiennie od lat po prostu trzymam za niego kciuki. Jak każdego, wkurzała mnie czasami jego "arogancja", ale z drugiej strony doskonale wiem, że dzięki temu, że jest jaki jest, to jest tam gdzie jest i tak jak jest. Gdyby był inny, to by nie osiągał swoich celów i nie spełniał marzeń. To jest oczywiste u każdego z nas. Większość ludzi ulega jednak naciskom i oczekiwaniom.  Asertywności to od Kominka można się uczyć.

 Właściwie tam, na jego blogu, była jedyna społeczność, którą ogarniałam. Kojarzyłam ludzi po nickach, potrafiłam ich sobie jakoś wyobrazić, bo tamtejsza atmosfera była niebywała. Przynajmniej przez jakiś czas. Od lat nie czuję się członkiem żadnej netowej społeczności. Tam to był właściwie ewidentny wyjątek.  Od lat nie jestem wiernym czytelnikiem nikogo. Nie mam blogów, które odwiedzałabym codziennie bądź systematycznie. Bo nie mam czasu ani potrzeby. I to nie wina blogów.  Rozumiem też to, że ludzie piszą różnie i niektóre teksty mi pasują, inne nie. Blogi to blogi. Bezwarunkowo to się kocha własny. Ja też jestem na trochę innym etapie i czuję się samotnym białym żaglem w swojej grupie wiekowej i tematyce i podejściu, jak to bloger, chociaż dopływam sobie do różnych tematów, to większości świadomie unikam. Nie tracę czasu. Jak w życiu. Blogosfera mnie już raczej niczym nie zaskoczy a też nie oczekuję tego od niej. Niczego nie oczekuję w gruncie rzeczy . Na dziś jednak podchodzę do tego raczej z sentymentem i sympatią i niezmiennie ciekawością. Obserwatora. Jak do całej blogosfery.
Po tej małej wycieczce wspomnieniami po oceanie...

Ale ja nie o tym chciałam.

Kominek jest żywą legendą, ale też przede wszystkim jednym z  blogerów, który jest blogerem - zrobił z tego zawód. W Polsce jest kilka takich osób z różnymi typami blogów - od lifestylowych, przez kulinarne, modowe, kosmetyczne, technologiczne, literackie po wszelkie, o jakich nawet nie słyszałam. Istotą sprawy jest fakt, że tworzą społeczności, chce im się skupiać wokół siebie ludzi (różnych, chociaż umówmy się, internet zasysa raczej młodszych), a przy tym zarabiać na tym, co robią. No i tu pojawia się pewien dysonans, a raczej dwa. Albo więcej.

Zarabianie kasy budzi zazdrość. Wszędzie. Nie tylko w blogosferze. Jeśli bloger pisze, że będzie teraz zarabiał, to ok. Większość mu gratuluje. Albo jej. No i sobie jest dobrze. Aż czytelnikom zaczyna nie pasować. Hellou. Ludzie. Jak mi nie pasuje, to mój problem. Bloger sam decyduje o swoim blogu. Jeśli pisze dobrze, stworzył markę, to ma prawo decydować o jej rozwoju. Nikt nie przestaje oglądać ulubionej stacji, czytać ulubionej gazety, słuchać stacji radiowej tylko dlatego, że mu przeszkadzają reklamy.
Nikt też przez reklamy nie odejdzie od bloga. Ludzie narzekają z reguły. Z zasady. Taka natura. No kij z tym, gdy czytelnik wrzuca jakieś uwagi i wąty. Koment można skasować, ale ten argument sprzedajności? Who are you people? Bycie blogerem to wbrew pozorom wyczerpująco angażujące zajęcie. Liznęłam tego ciupinkę i na 100% nie chciałabym więcej. Dlaczego ludzie mają jednak taką potrzebę skrytykowania i wyrzygania komuś, że zarabia na reklamie czegoś? To tak jakby wejść do sklepu i wyzwać  ekspedientkę, że się sprzedała podając rybę. Każdy z nas robi coś zawodowo. Każdy z nas jest sprzedajny w pewnym sensie i mnie akurat to kręci. Ale o tym pisałam wieki temu na cobyecie, retorycznie pytam.  To jedna strona.

To co mnie w tej głównej blogosferze mierzi to totalny (przesadzam?) brak solidarności. W razie konfliktów (gdy jakiś bloger nie popełnia ewidentnej gafy), zawsze się znajdzie inny bloger, który pokaże palcem na tego pierwszego i wykorzysta sytuację, żeby publicznie pokazać, że on to by tak jednak nie postąpił. I wstyd mu. Kamą. Konkurencja? O co chodzi? Sławetna sytuacja Segritty i Nikona. Każdy bloger z odrobiną oleju w głowie powinien się w jakikolwiek sposób solidaryzować z nią jako blogerką. Krótko dać znać: nie olewajcie nas. Blogerów. Facet z agencji reklamowej powinien ją po prostu przeprosić. Gdyby był profesjonalistą. Blogosfera zachowała się tak, jak się zachowała. Różnie. Ja byłam zniesmaczona jako marketingowiec. Jako marketingowiec i blogerka uważam, że czas pokaże, że wyjdzie jej to na dobre. Mimo wszystko. Doświadczenie, jak każde inne. Jednak ten brak solidarności między blogerami zawodowymi, w takich sytuacjach, jednak mnie dziwi.
Jak wspomniałam. Jestem idealistką.

Konkurencja między blogerami? Ale że co? Bo ja za bardzo nie widzę, na czym miałoby to polegać. Może dlatego, że ja jako kobieta kompletnie się na tym nie znam.  Jestem najlepsza w tym co robię wg własnych kryteriów i tyle w temacie dla mnie. Zawodowo czy życiowo nie konkuruję. Po prostu robię swoje i nie tracę czasu na oglądanie się na innych. Zbieram tylko efekty. Wolę chodzić swoimi ścieżkami. I chyba to cechuje generalnie np. wielu blogerów w zakresie pisania. Chyba tylko jakieś marne niedobitki patrzą na innych i od nich zgapiają. Nie wiem. Nie znam tego. Ja nie konkuruję. Jestem przekonana o tym, że  w tym co robię jestem najlepsza. I wyjątkowa. Blogowo też. Pewnie dlatego, że się nie porównuję.
Lepiej niech ludzie się wspierają a nie rywalizują. Tak po prostu. Jeśli już muszą. 

A co do wpływów? Może to się liczy? Ja akurat rzuciłam kiedyś mima dlatego, że był zbyt popularny. Na tamte czasy. Mnie tłumy męczą. Ja lubię kameralność i przestrzeń. Na blogu. Swoim. Ale jeśli blogerzy faktycznie ze sobą rywalizują... To cóż. Ludzie są różni.
W sumie jeśli jest rywalizacja o wpływy wśród firm, co jest mi bliższe i oczywiste (no oczywiste, że wiem kto, co i dlaczego, ale na tym koniec interakcji), to pewnie jest też ten rodzaj podejścia. Branża. Tylko właśnie ścigający się pokazują, że muszą się porównywać i sprawdzać. Słabsi. Najlepsi wyznaczają kierunki. Wszędzie. Bez względu na branże. Piekiełko ciasnej rywalizacji. No cóż. Może kiedyś zrozumieją, że wyróżnia ich osobowość i to nie kwestia konkurencyjna, bo czytelnicy idą i tak za tymi najlepszymi. Ja na ich miejscu raczej podkreślałabym tę różnorodność a nie robiła się podobna do innych. No ale ja to ja. I nie jestem blogerką zawodową :-) 


Idealistycznie, tak czy inaczej ten brak solidarności, jeżdżenie po sobie, gdy powinno się wspierać, a z drugiej strony presja i oczekiwania czytelników i pewnie też negocjacje z reklamodawcami, którzy bywają różni... Ej. Naprawdę życzę blogerom powodzenia i sukcesów i lojalnych czytelników oraz uczciwych partnerów biznesowych oraz solidarności w środowisku. Nie tylko na Blog Forum Gdańsk.

A czytelnikom więcej zwykłej, ludzkiej wyrozumiałości dla ich ulubionych blogerów. Nie tylko oczekiwania fajnych notek ale docenienia stojącymi za nimi człowieka. A większość blogów i tak jest porzucana zaraz po narodzinach, więc trzymajmy kciuki za tych, którym chce się w to wchodzić z całym sercem i zawodowo. I bez ale. Chociaż czasami.

Dzięki blogowaniu poznałam ludzi. Żadna książka psychologiczna nie opisze rzeczywistości jak blogosfera. Nie pokaże. Tu się znajdzie case każdej teorii. I tego, co nie opisane. Za blogami stoją czasami fenomenalni ludzie. Po obu stronach. Wiem, bo takich poznałam. I dzięki swoim blogom i cudzym. Dzięki Kominkowi poznałam też kilka świetnych osób. Wśród jego czytelników wyłapały się perły.

Niektórych ludzi będę pamiętać jeszcze długo. A dziś dodatkowo uśmiecham się do ludzi, których poznałam osobiście, z którymi mam kontakt i z którymi nie. Z którymi połączyły tylko litery. I słowa. I których przykrył kurz zapomnienia. Dziś wróciły.  
10 lat.

I całe szczęście, że są blogi. I niech kwitną na zdrowie. Autorów i czytelników.

To wracam do kakao.

Ech blogosfero. Jestem twoją babcią po tych mijających na dniach 10 latach :-)