19.2.13

Granice miło(ści)

Jeden z fajniejszych blogów około psychologicznych i notka Nie bądź miła. Lubię tu czasami zajrzeć.

Bycie zołzą ma to wpisane w charakter. To ta część natury, która powoduje, że się kogoś drapie. Boleśnie. 
Bo zasłużył i doskonale o tym wie.

Faceci, kobiety, generalnie ludzie z tzw. trudnym charakterem robią to mistrzowsko. Jak drapną, to podrapany długo to pamięta. A przede wszystkim pamięta, żeby nie zachodzić za skórę. Oczywiście niektórzy lubią być drapani i tym trzeba dawkować przyjemność. No przynajmniej ja dawkuję. 




Ludzie wiecznie mili.
Wiecznie grzeczni. Rzeczowi i uprzejmi.
Jak to się teraz mówi - można rzygać tęczą.





Na tym blogu też jestem prawie wiecznie miła i wyrozumiała dla świata. Taki blog.  Daleko mi  czasami do tego w rzeczywistości. Często. Oczywiście większość czasu i relacji to pełna kultura i dyplomacja, bo większość ludzi, z którymi mam do czynienia ma klasę i nie spoufala się, podobnie jak ja. Niestety czasami ludzi trzeba wyczuć, bo klasa to nie  cecha wrodzona. Przynajmniej tych, których nie chcemy urazić, a których urazić łatwiej niż zamknąć deskę sedesową. Unikam takich skrajnych wrażliwców na cudze słowa, bo mnie kontakt z nimi strasznie wyczerpuje emocjonalnie. 
Wolę normalnych. Jak sobie pozwalamy, to wzajemnie.
Ktoś przegina? Pytam grzecznie - Odbiło ci?
Ktoś oczekuje nie wiadomo czego? Mówię - Won.
Ktoś naprawdę wkurza? -  Pierdol się - życzę uprzejmie.
Ktoś bredzi? Wychodzę. Nie uśmiecham się uprzejmie ze łzami w oczach ze znudzenia.
Granice. Relacji też. Bo nie z każdym chce się przechodzić na różne levele.

Bycie nieustannie grzeczną, kulturalną, ą i ę jest dla mnie objawem albo skrajnej, chorobliwej uległości albo skrzywienia albo po prostu megadystansu, no ale to ostatnie to normalne i wyczuwalne. W innych przypadkach tak się nie da. To nienormalne. Bycie ciągle pogodną? Litości. Jak mam zły dzień, to nie wyżywam się na ludziach, ale nie chce mi się np. żartować i jak mi ktoś chce poprawić nastrój to najlepiej dla siebie zrobi nie podchodząc. No chyba, że chce się pokłócić, a takich śmiałków znam ze trzech. Reszta się wycofuje. Albo ja uprzedzam, żeby nie zabijać spojrzeniem. Meduza dnia on. Bywa. I w gruncie rzeczy ok. 

Jak sobie człowiek usiądzie spokojnie z drinkiem i odpoczywa w milczeniu, to podejdzie pseudowrażliwiec i zapyta - co ty taka małomówna dziś jesteś? - No widzisz? - silę się na uprzejmość.  - Jakieś problemy? - słyszę.
No i masz. Nie. Nie posiedzisz sobie, bo to może objaw problemów.
 - Chciałbyś. Idź się pobaw - odpowiadam.
 - No naprawdę nie masz dziś humoru, pewnie cię M. wkurzył i się odgrywasz  - pada obrażone pożegnanie.
Wtf?
Idiota. No nic. Szybko nie podejdzie.

Bywam wulgarna, bywam nieuprzejma i złośliwa. Chociaż generalnie lubię ludzi, to nie ze wszystkimi muszę mieć zajebiste relacje. Takie to nawet chcę mieć ze zdecydowaną mniejszością, która mnie nie drażni awansem swoją ckliwością i pseudoempatią wynikającą z samodopowiedzeń. Kiedyś myślałam, że jestem dziwna, bo nie lubię się spoufalać z kim popadnie. Dziś wiem, że to normalne. Nie musimy lubić wszystkich, nie musimy rozumieć wszystkich. Nie musimy być jak z plasteliny. Mając swoje zasady w efekcie zyskujemy więcej. I coś jeszcze: nie zjadamy się od środka, będąc miłymi do kogoś, kto nas wnerwia. Kultura nie sprowadza się do skrajnego układania z całym światem. Ważniejsze jest wiedzieć, kiedy okazać totalną ignorancję. Milczące odejście komunikuje o wiele  więcej i bardziej niż bezowocna dyskusja. Czyli prawdę. Czyli - nie chce mi się o tym rozmawiać z Tobą.

Nie. Nie wszyscy są warci akurat mojego czasu. Ja akurat lubię trzymać zdrowy dystans. Bo tak. Bo to mi robi dobrze i jest uczciwe. Włączają mi się czujniki, gdy ktoś totalnie obcy zagaduje mnie od razu per "Pani Marzenko". Nie lubię tego, bo w 100% będzie zaraz przeginać w oczekiwaniach. Skracanie dystansu na siłę zawsze temu służy. Już pomijam, jak mało profesjonalne to jest. Prywatnie różnie bywa. Wiem, zmieniają się standardy i teraz tykanie jest coraz powszechniejsze. Nie dla mnie. Tykać mogę nastolatkowi. On mi nie, dopóki nie pozwolę. Ja nie tykam ludziom z założenia przy pierwszym kontakcie. Zawodowym. Prywatnie różnie bywa. Ale tykając mi od razu nie zmniejsza się dystansu. Po prostu się spoufala. Do tego też podchodzę różnie, ale nie mam problemu skrygować - Pani Marzena -jeśli ktoś mi ze swoim spoufaleniem nie pasuje. O co chodzi z tym spoufalaniem? Że tacy niby wszyscy wyluzowani? Acha. Jasne. Ja jestem starej daty i od kiedy jestem pełnoletnia wolę stare zasady zmniejszania dystansu. Obopólne. Uwielbiam takich ludzi, którzy to rozumieją i współdzielą. To akurat na szczęście się nie zmienia i ta tradycja nie umiera w świecie (a zachód kocha formalności do dziś. Na szczęście). 

I kurde, nie bądź też nigdy człowiekiem skomlącym o atencję u każdego, a już szczególnie u kogoś, kto ci jej nie chce dać. Jeszcze. Albo wcale. Facet cię olewa? Rzuć go. Szef cię nie docenia? Zmień pracę. Rodzina cię niszczy? Wyjedź. (to akurat nie jedyny powód). Wpadasz w nieodpowiednie towarzystwo? Zmień je.  Ktoś cię oszukał? Odbij się od tego. Nie pogrążaj się w zemście, bo to  żałosne. Chyba, że ktoś łamie prawo. To to zgłoś. Koleżanka cię zagaduje na śmierć? Przerwij jej. To dbanie o swoje dobro. Masz do tego prawo. I nie rób przy tym scen. To też żałosne. Po prostu to zrób. Zmieniaj to, co ci nie pasuje. Nie męcz się. To naprawdę wystarczy. A gdy już coś zmienisz, to nie bluźnij na to, co było. To nic nie da, a dowodzi jedynie, że dalej cię męczy. Idź do przodu. Zapomnij. Daj się temu zakurzyć.

Asertywność zaczyna się tam, gdzie ty ją ustawisz. Jest to zawsze to miejsce,  w którym godzisz się na coś, co ci nie pasuje. Zawsze. Ludzie sprawdzają i będą sprawdzać, na ile mogą sobie z kim pozwolić. Tak po prostu jest. Dlatego każdy z nas sam wyznacza granice. Lepiej wyjść na wredną niż dać sobie wejść na głowę.

Wiele razy ludzie dają się prowokować totalnymi pierdołami i drapią na oślep tam, gdzie to jest bez sensu. Bezwartościowe. Jakieś kłótnie dla zasady i poglądów, które do niczego nie prowadzą. Ludzie sobie potrafią poważnie naubliżać dla największych pierdół, drąc się o obrazę uczuć, poglądów. Awantury o nic, albo we wcale niesłusznych momentach. Dlaczego i tak nie reagują wtedy, gdy nadchodzi odpowiedni moment. Gdy powinni naprawdę zareagować, zadziałać. Wtedy kulą ogon. Wtedy są mili. I podrapani, pogryzieni idą jęczeć na uboczu. W swoim stadzie, które przyzna im rację, zamiast stanąć razem do działania. Tak. Wiem, że na świecie są silni i słabi. Mocni i nie. Tylko jeśli chodzi o bycie mocnym w gębie, to te proporcje zawsze są do wyrównania. Nie bądź miła do kogoś, kto cię obraża, próbuje wykorzystać, oszukać albo najzwyczajniej w świecie wkurza. Możesz obrócić w żart, ale to już też ustępstwo. Lepiej bądź po prostu asertywna. Będziesz mieć spokój. No nie mów, że pada, jak ktoś ci pluje w twarz. Jeśli w danym momencie asertywność może mieć gorsze konsekwencje, trudno. Uciekaj. Ale nie uśmiechaj się miło. Nie rań się. 

A jeśli ktoś taki się obrazi? To dobrze. Wie, że z tobą sobie nie pogra. Nic straconego. 
Ba. Tacy często wracają z zupełnie innej pozycji. Z szacunkiem. Czas jest dla nich najlepszą lekcją postępowania z tobą.
I bycie postrzeganą jaką miłą i sympatyczną pozostaw tym, których też szanujesz.  Szczerze. Fermy fanów czy znajomych, ten popularny social network, to bańka. Olej to. Jakość nad ilość. We wszystkim. I wcale nie oznacza to, że takich ludzi będzie mało. Będą inni. Są inni. Dajmy sobie prawo do olewania. Trzymanie znajomości wyłącznie dla korzyści, to wyrachowanie. Mnie akurat mierzi.

Kłótnie i wyzwiska z przyjaciółmi, to zupełnie inna sprawa. I sama przyjemność. To sprawdzone osobniki, które już znamy i znają nas na tyle, że używa się tego wyłącznie dla droczenia. Ale przyjaźń to zupełnie inna sprawa. Ona jest najwyższym levelem asertywności i relacji. Dlatego jest tak wyjątkowa. Reszta płynie. 
I naprawdę nie ma sensu być ciągle miłą i rzygać tęczą. To mdli.
Bądźmy mili z sensem. Neutralność, dystans i asertywność mają również sens. Jak i czasami komuś powiedzieć do słuchu. Takich sytuacji życie i tak stawia mało. Naprawdę. Ludzie z reguły też wolą żeby było miło. Spokojnie. Okazji do bycia niemiłym tak naprawdę jest bardzo mało. Świat jest z reguły bardzo fajny.

A jak ktoś ma gorszy dzień, to go nie rozweselajmy, bo to dopiero wkurzające. Gorsze dni są normalne i nie mają nic wspólnego z ogólnym szczęściem w życiu. Są równowagą. Proste.
I jak mamy ochotę na coś tak po prostu pokurwować, to róbmy to od serca. I na zdrowie.
Jednostajne zadowolenie się leczy. Jak i niezadowolenie.
Większość relacji jest tak powierzchowna, że szybciej o incydentach bycia niemiłą zapomnimy, niż udawane bycie miłą, które leży potem na wątrobie.


A poza tym jestem generalnie przemiłą kobietą i lubię ludzi, ale bycie niemiłą czy szczerze wredną to jak gwiazdka.
Tylko wtedy, to już jak w kontakcie z gepardem. Broń się sam. Na moim terenie,  w moich granicach tolerancji jestem samicą alfa. I generalnie leżę spokojna i niewzruszona rubasznymi zaczepkami. Nie muszę być głośna, hałaśliwa jak papuga. To nie ten gatunek. Nie bywam zaczepna. Jestem na to zbyt zajebista. Zaczepki zostawiam innym. Jak ja zaczepiam, to już nie ma co zbierać.
Za to bywam niemiła, wredna do pierwszej krwi, z przyjemnością.