25.2.13

Bio i eko? Uważam że

Dobry materiał o uprawach/hodowlach ekologicznych o i tym, że wcale nie są zdrowsze. Ani lepsze. Więc o co chodzi?

No zależy na czym komu zależy. Ja już jakiś czas temu wspomniałam, że w Niemczech swego czasu wybuchła afera, bo mięso z upraw ekologicznych okazało się być skażone jakąś groźną bakterią. No nic dziwnego, skoro zwierząt się nie leczy. Ostatnio też trafiłam na kolejne doniesienia, że na wielu kurzych fermach (w tym BIO) łamane są podstawowe zasady, czyli trzyma się kury w przeładowanych klatkach itp. itd. Pazerność. No czysta pazerność. Bio jest modne, to wyciśniemy z tego maxa. Nieważne, że idea stojąca za tym na początku była zupełnie inna. I jest nadal. Nie do końca najlepiej interpretowana. 

Osobiście jestem za metodą środka. Bez przesady w żadną stronę. Od zawsze promuję ją na tym blogu, bo skrajności są oślepiające i ogłupiające.  Trzeba myśleć analitycznie i krytycznie, a przy tym być elastycznym i korygować zdanie w miarę nabierania nowej wiedzy.

Właściwie dopiero jak przeczytałam dokładniej, na czym polega hodowla ekologiczna, to mi się obrócił punkt widzenia i dlatego jestem za metodą środka. Nie ufam 100% chemii i lekom, ale też nie ufam 100% naturalnym metodom. Jak już pisałam przy GMO, wszystko jest względne. Ani stosowanie leków i "chemii" ani jej niestosowanie nie są z założenia dobre czy złe. 


Od tego mamy rządy i odpowiednie organy, żeby się zajmowały takimi sprawami. Po to je mamy, żeby dbały o obywateli. Tak. Wiem. Idealistka ze mnie, ale też z drugiej strony nie będę pilnowała takich spraw, bo to nie moja działka.  Jestem od czego innego. Ja stojąc przed półką sklepową chcę mieć pewność, że ten produkt jest zgodny z prawem, z normami, że producent jest rzetelny. Od tego mamy wszelkie instytucje i media, żeby o to dbały. Jeśli mi zakomunikują, że ktoś łamie prawo, zasady itp. to dziękuję. O to chodzi. Od tego są, żeby poprzez tzw. "afery" informować mnie, że ktoś coś i żebym uważała. Im w takich sprawach chcę wierzyć rzetelnemu dziennikarstwu i instytucjom. Ja nie jestem od tego, żeby śledzić życie kury, którą zjem. Nie jestem od tego, żeby sprawdzać zgodność procedur u producentów. Pozostaję i tak względnie krytyczna, ale bez paranoi. W życiu jest wiele fajniejszych i ciekawszych rzeczy do robienia. W tamtych kwestiach chcę móc wierzyć elementarnym zapewnieniom producentów i hodowców.



Odnośnie hodowli bioekologicznych powiem jedno: bez przesady z bezgraniczną wiarą w nie.

Cofnę temat  do początku: naukowcy zaczęli opracowywać leki przeciw chorobom zwierząt i roślin dlatego, że były one problemem, a nie dlatego, że sobie je wymyślili. Tak samo medycyna nie rozwija się tylko ze względu na zyski koncernów, ale dlatego, że ludzie chorują. Ochrona roślin i zwierząt przeciw chorobom jest tak normalna jak ludzi. Po to jest nam medycyna potrzebna. Nie mamy w tej chwili, w naszych czasach i rejonie geograficznym, epidemii dzięki wyższemu poziomowi higieny i medycyny oraz zadbania ludzi a nie dzięki widzimisię. Tak samo w rolnictwie. Nie można negować wszystkiego. Nie można być ortodoksem.

Jako konsument nie chcę mięsa z chorej krowy czy świni albo barana czy kury. Nie chcę owoców chorujących roślin. Chcę kupować produkty bezpieczne. To jest punkt wyjścia. Niby oczywiste.

Nie podoba mi się, że z bio i ekologii robi się, albo zrobił, sposób na biznes na naiwności.  Żywy marketing, za którymi stoją różne produkty i producenci. Nie lubię być nabierana, dlatego nie dostaję orgazmu przy każdej półce "Eko" albo "Bio". Za to prawie mam go w młynie w Pruszczu albo na targach produktów regionalnych. 

Świadomość zakupów polega na krytycznym doborze a nie łatwowierności czy jakimś paranoicznym negowaniu rozwoju. To XXIw. a nie średniowiecze. Wbrew pozorom ;-)

Dlatego też nie zapiszę się nigdy do żadnych stowarzyszeń, grup, ruchów czy innych hippisów. Skrajności są oślepiające i wybiórcze. I będę dalej śledzić sama doniesienia o tym, co i jak i gdzie się dzieje, bo to wiedza końcowa dla mnie, jako odbiorcy. Bo to jest to, co mogę zrobić dla siebie. Eliminuję to, co jest niepewne. Jak szemrane bary przy drogach w podróży.

Slow life czy slow food jest dla ludzi, którym chce się pomyśleć i podejmować decyzję bez fanatyzmu. 

Pewnie dlatego tak wiele osób woli np. samodzielnie robić przetwory. Hodować zioła. Bo pomijając przyjemność tego, chcą mieć pewność tego, co jedzą. I oni tak samo dowiadują się z czasem, że to się teraz nazywa "slow food". Też dobrze ;-)  Slow life, slow food wymagają takiego samego dystansu jak wszystko. Wybierać to co najlepsze.

Skrajnościom mówię - nie. Wyśrodkowanie towarzyszy mi całe życie, jak nic innego. I mogę tylko życzyć innym nie zachłystywania się nimi aż po kaca. Od tego są też przyjemniejsze przeżycia i sprawy. 

Całą sobotę spędziłam w kuchni, bo mi to sprawia olbrzymią przyjemność i pomaga układać myśli nie gorzej niż spacer po lesie. Bez pośpiechu. W ciszy. Kocham takie ciche dni. Z samą sobą.

Życzę sobie trafiać zawsze tylko na rzetelne firmy, dla których jakość produkcji jest filozofią,  punktem wyjścia i honoru. Gdzie zarobek będzie efektem, a rozwój nie będzie obniżaniem jakości. 
Firm, które będą uczciwie dumne z efektów, które trafią do mojej torby z zakupami.