30.9.11

Unia Europejska jak stare małżeństwo...

Jedząc pierogi ruskie zastanawiam się, jak to będzie. W tej chwili Unia Europejska jest jak stare, stereotypowe małżeństwo. Ma za sobą fazę zachwytu, zapału. Zaczęły się rutyna i doszły problemy. Ciągle nowe. Jak nie kryzys ekonomiczny, to spada któraś strona popada w problemy ze sobą. Bez wsparcia pewnie się wysypie i odejdzie, albo zostanie porzucona. Cały związek chwieje się w posadach i jest bliski rozpadu. Na tę chwilę niektóre państwa cicho marzą, żeby to się już rozpadło i wróciło do czasów kawalerskich, inne mówią o rozsądku i nie marnowaniu tego co było, co zostało osiągnięte. Namawiają do walczenia o ten związek.Oczywiście w tle jest kasa. I do duża. I olbrzymie zaangażowanie i włożona praca. I powstała już lekko więź, chociaż miłości nie ma w tym za grosz... 
I co będzie? Co wygra i na jak długo? Czy to tylko kryzys czy początek końca? Pożyjemy, zobaczymy.


Unia miała być drugą Ameryką (USA). Tyle że zauważam delikatną różnicę: Amerykanie widzą siebie jako jedność. Stany są jak nasze polskie województwa (u których z jednością też różnie bywa, ale jednak jakaś spójność istnieje). Unia powstała z rozsądku i chęci wzbogacenia. Wszyscy mieli na tym korzystać, tylko jak wiemy, małżeństwa z rozsądku, ale przy tak różnym statusie społecznym osób wchodzących w nie, mogą ale nie muszą się udać. Europejczycy przede wszystkim przeważnie czują się obywatelami swojego kraju. I koniec. Nie słyszałam, żeby na pytanie "Skąd jesteś" ktoś odpowiadał w pierwszej kolejności "Z Unii". Do zmiany tego (mentalnie) trzeba chęci i czasu. Pierwszego wszyscy mają mało, bo też nikt tak naprawdę nad tym nie pracuje, a drugiego upłynęło trochę za mało, jak na pierwsze tak poważne kryzysy. I co?  Zobaczymy.
Stygną mi pierogi.

Spuszczenie pary

Są dni, chwile, gdy wszystko się nawarstwia, narasta ilość spraw, rzeczy, tematów, każdy z innej parafii, a człowiek czuje, jak rośnie ciśnienie, zaczyna się gotować i zaraz eksploduje...

w takich chwilach odkładam wszystko i wychodzę. Przewietrzam myśli. porozmawiać z kolegami o rzeczach niezwiązanych z moimi sprawami. Patrzę na wszystko z dystansu, szybko układam plan działania i kolejność (oraz ważność i pilność), uśmiecham się robiąc w myślach (uf, no to jedziesz mała) i z rozpędem działam czyszcząc sprawy jedna po drugiej nie rozczulając się już dalej nad sobą.

Bez tych chwil dystansu chyba bym czasami oszalała. To ważne, żeby nie pozwolić emocjom zdominować działania, bo mało co tak spowalnia i zaciemnia widok, jak one.
Potem można spokojnie odsapnąć :-)

29.9.11

Jestem Bogiem / Limitless

Film, który niesłusznie przeszedł bez większego echa.

O czym marzy każdy? (Nie mówię o rzeczach materialnych). Nie, też nie wiem, o czym marzy każdy, ale wiem, o czym marzę czasami ja. Wygrana w totka? Oh, banał.. Jednym z marzeń jest wiedza, błyskawiczne kojarzenie (bez tego zastanawiania, szukania w pamięci bądź w zewnętrznych źródłach), bezwstydnie doskonała pamięć pozwalająca w ułamkach sekund łączyć fakty, wyciągać wnioski. Doskonały umysł. Cała reszta jest jakby drugorzędna. Marzenia. Są osiągalne i nie. To jest właśnie te drugie Mimo, że jestem z siebie względnie zadowolona, to wiem doskonale, o ile lepiej mogłoby być. Ale to gdybanie. Jestem jaka jestem i pomagam sobie lecytyną ;) Właściwie jeśli czegokolwiek zazdroszczę ludziom (nie, to nie zawiść, to raczej olbrzymi podziw), tym nielicznym, to taki umysł. Zdarzają się tacy ludzie, ale wszyscy wiemy, jak niezmiernie rzadko. To jest ten nieosiągalny rodzaj wyjątkowości, którego się nie wyćwiczy, nie zdobędzie. Albo się z tym rodzi, albo nie. Bezgranicznie uczciwe. Chyba że...

"Jestem Bogiem". Film, który nie kończy się tak, jak by sobie można było wyobrazić. Nie ma banału, umoralniania. Jest natomiast narkotyk o działaniu dającym doskonały umysł. Umysł, dzięki któremu można rządzić światem, finansami, przemysłem, polityką. Gdzie te dziedziny stają się dziecinną grą, a proces uczenia właściwie przebiega tak błyskawicznie, że jest niezauważalny. Prawie jakby go nie było. Natychmiastowa wiedza i zrozumienie. Wiedza jest władzą i to jest uniwersalna prawda, chociaż z drugiej, ważniejszej dla mnie strony, to wiedza daje bezgraniczne poczucie wolności. Żadne dobra materialne. Wiedza, zrozumienie.



Film. Zwiastun jak zwiastun. Może zachęcić. Zapomniałam o tym filmie. Przypomniał mi się przy okazji rozmowy o doskonałej pamięci, braku konieczności sprawdzania źródła, szukania informacji na zewnątrz. Rozmowy o wiedzy absolutnej. No prawie... 

Polecam, jak już będzie znowu dostępny. Doskonały pobudzacz głodu posiadania doskonałego umysłu. Wszystko staje się przy tym banałem. Prawie wszystko. Miłość jest poza tą grą. I co mi się dodatkowo spodobało w filmie: postać dziewczyny głównego bohatera, blondynki, która ma na tyle świadomości, że pozostaje z akceptacją swojego poziomu. To ona w inny sposób pokazuje, na czym polega też mądrość i nie uleganie złudzeniu.
Ale gdyby nie było skutków ubocznych, kto by nie sięgnął? Kto by sięgnął? Prawie jak Matrix...

Polecam szczególnie marzycielom. Nawzdychać się z zadumą i wrócić do rzeczywistości.
Trochę więcej o filmie: TU

25.9.11

Faktoria Pruszcz Gdański

Korzystając z ostatnich ładnych dni tego roku (gadanie, bo pewnie będzie ich jeszcze dużo, ale nie zawsze jest czas, żeby spędzać je na świeżym powietrzu), pojechałam z mężem do Faktorii w Pruszczu Gdańskim. Słyszałam o tym obiekcie sporo, czytałam trochę, ale jakoś nie było okazji się wybrać. No to trzeba było się wybrać bez okazji ;)
 Pogoda była naprawdę piękna.
 



Całość niezmiernie pachnie jeszcze nowością, niepasującą aż do tego miejsca, ale cóż, za kilka lat pewnie już nie będzie wyczuwalna. Przygotowanie i aranżacja terenu są zrobione naprawdę na dobrym poziomie. Chaty zaaranżowane na tamte czasy, dodatkowo siedzący w nich pracownicy (w strojach) z epoki, odpowiedzą na każde pytanie. Ja jestem zachwycona wprowadzaną w coraz większej ilości muzeów i tego typu obiektów - narzędzi multimedialnych. Filmy, animacje, dotykowe monitory z przewodnikiem... Cudowne dopasowanie do naszych czasów i wykorzystanie technologii.



 



 




Przed samą faktorią miasto zorganizowało plac dla deskorolkowców/ rowerzystów. Chłopacy wyprawiają cuda :)

 Szkoda, że zaraz zaczną się szarugi, deszcze i nieprzyjemnie zimne wiatry, dlatego trzeba wykorzystać ten czas najfajniej jak się da, żeby było co wspominać przez zimowe miesiące i planować wypady na wiosnę, przy ciepłej herbacie z miodem. Jak ktoś będzie w okolicy Trójmiasta, niech koniecznie wybierze się do Pruszcza. Warto :)

Twierdza Wisnoujście Gdańsk

Lubię wiosnę i lato, bo zawsze zawiewa do Gdańska i do nas kogoś, kto jest ciekawy miasta. Niestety większość tęskni za Molo w Sopocie, Długą w Gdańsku i jakąś plażą. Właściwie ich rozumiem, bo jak jadę gdzieś pierwszy raz, to też chcę zobaczyć najpierw miejsca kultowe. Chociaż z daleka, albo przejeżdżając samochodem. W Trójmieście jest mnóstwo miejsc, których sama do dziś jeszcze nie widziałam, a wiem, że są tego warte. Od lat np. wybieraliśmy się do restaurowanej Twierdzy Wisnoujście w Gdańsku, ale zawsze jak tam jechaliśmy było zamknięte. W sierpniu odwiedził nas kolega, a że i tak się tam wybieraliśmy, to zabraliśmy go ze sobą. Miejsce na pierwszy rzut oka robi bardzo niepozorne wrażenie. I na szczęście, zwiedzanie możliwe jest tylko z przewodnikiem, który ciekawie opowiada jego historię (oraz kilku innych obiektów, które dopisałam do listy "chcę tam być"). 






Kocham w ogóle zwiedzać Gdańsk jak turysta. Lubię przechodząc uliczkami czy będąc w różnych miejscach zadawać pytania typowe dla turystów. Czasami znajomi się śmieją, że jestem bardziej turystyczna niż przyjezdni, ale nic na to nie poradzę, że jak jest to dla mnie nowe, to lubię się tym egzaltować, dopytać, wiedzieć (inna sprawa, że niedługo i tak zapomnę, ale dzięki temu mogę wracać w jedno miejsce kilka razy i znowu dopytywać :)
Dzięki przewodnikowi z twierdzy dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, których tu jednak nie zdradzę. Niech każdy sam będąc w Gdańsku się tam wybierze. Miejsce jest prześlicznie położone i z samego szczytu baszty rozpościerają się piękne widoki. Jest to oczywiście jedno z wielu, wielu miejsc, których w samym Gdańsku nie da się zwiedzić w jeden weekend. Jak napisałam, jako Gdańszczanka nie widziałam jeszcze wszystkiego, a listę "byłam" mam dość długą. I za to kocham te miasto. Nieograniczone możliwości spędzania czasu. Bądź nowocześnie, bądź w oparach historii.

24.9.11

Żywność funkcjonalna

Jedzenie jako lek. Właściwie to jest filozofia stara jak świat i jest to inne spojrzenie na odwieczną prawdę, że jedzenie ma wpływ na nasze zdrowie. Tak, to absolutnie nic nowego, chociaż nowością są produkty witaminizowane, wzbogacone w tłuszcze omega-3, probiotyki, kultury bakterii, zdrowe margaryny, jeszcze zdrowsze jogurty, dodatkowy błonnik... Wszystko dodane do żywności można sobie zaserwować bez ograniczeń i będzie nam po tym lepiej. I kosztują sporo więcej niż ich niewzbogacone odpowiedniki. 
STOP. Po pierwsze, naukowcy są zgodni: przedawkowanie wszystkiego może być dla nas szkodliwe (tak, wiem, to również oczywiste), ale nie zapominajmy, że jedząc różnorodnie i tak dostarczamy organizmowi witamin, minerałów i mikroelementów. Sięgając po dodatkowe z produktów witaminizowanych nie wiemy, czy nie przekraczamy dziennych zalecanych dawek (ja bym tego nie potrafiła określić). Po drugie, jak się okazuje, tylko 5-10% artykułów reklamowanych jako funkcjonalne ma prawo się takimi nazywać (i teraz zgaduj człowieku, które?). Dyskusje toczą się w różnych miejscach, ponieważ produkty te są  faktycznie kusząco "prozdrowotne" i momentami człowiek ma prawie wyrzuty sumienia, że o siebie nie zadba i nie bierze właśnie tych z dodatkami. Nie, nie, nie. Temu się ładnie nie dajemy ogłupić.
Lepiej zostawić to w spokoju, a trzymać się zdrowej diety, bez zbędnego przepłacania. Jedząc odpowiednie produkty, bez nadmiaru chemii, nieprzetworzone, świeże i/lub przygotowane samodzielnie w domu, dostarczymy organizmowi wszystkiego, co jest mu potrzebne i w dawkach oraz formie, jaka jest dla niego najlepsza. A na pewno nie przedawkujemy i nie przepłacimy. 
Jest to jedna z nowych gałęzi przemysłu spożywczego, która jest grą na naiwności i ja produktom funkcjonalnym mówię "dziękuję, nie."
Często trafia się na artykuły o tym. Artykuły, które naszprycowane są reklamą produktów funkcjonalnych. I ok. Nie dajmy się zwariować. Wzbogacone, prozdrowotne produkty nie mogą zastąpić zdrowej diety.

Ale, nauka poszła o krok dalej: naukowcy pracują nad żywnością funkcjonalną, której celem na być np. zwalczanie zmarszczek.
Jedzeniu funkcjonalnemu mówię "nie" i nie przestanę na przeziębienie posiłkować się rosołem wołowo-drobiowym, gotowanym z 3 godziny. Albo szklanką mleka z czosnkiem i masłem i miodem (wiem, wiem, zapach bezbłędny). Ale nie sięgnę po nowości - zjedz jogurt, będziesz 10 lat młodszy, czy też odporniejszy. Jak tego nie zjem, to pewnie mam większe szanse ;)


Materiał (w j. niemiecki), który dobrze przedstawia temat.

23.9.11

We własnych rękach, czyli przedwyborczo

http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-wiemy-co-jest-w-listach-mezczyzny-ktory-podpalil-sie-przed,nId,361220

Obwinianie rządu za niepowodzenia, jest porównywalne z obwinianiem Boga. No co zrobić. Ludzie tak mają, że ktoś inny musi być winny. Przykre jest to, że mimo wszystko ludzie pozostawieni sami sobie doprowadzają się do takiego stanu. Że nikt im nie pomógł, nie wiedział, jak są nieszczęśliwi i nie powstrzymał przed zrobieniem sobie krzywdy? Żadnej rodziny? Przyjaciół? To smutne. Tak, wiem, ludzie są słabi, ale nie powinni być osamotnieni. Każdy powinien mieć na kogo liczyć w razie potknięcia. Tacy ludzie nie mają widocznie, dlatego dochodzi do takich zdarzeń. Albo niedawne informacje o człowieku strzelającym do posła. Ok, ok. Trzeba to potraktować jako marginalne epizody, ale nie da się nie widzieć, że mnóstwo ludzi ma wiele żalu do rządu. Uwaga! Każdego rządu. Jaki by nie był. Zawsze coś jest nie tak, coś robi źle, nic nie robi, robi za mało, za dużo itp, itd. Czemu nie ma szkół, kursów, w których uczy się ludzi odpowiedzialności za własne życie, decyzje, sposobów nabierania sił i rozwijania pewności siebie? Nie wiem.
Ale nie wiem też, czemu ludzie idąc głosować czekają na spełnienie własnych marzeń i oczekiwań, jakie obudziła w nich ta czy inna partia. Co ciekawe, prawie każdy ma przy tym głęboko gdzieś, co się dzieje z innymi. Prawie każdy idzie z podejściem, żeby nowy rząd spełnił w końcu jego oczekiwania. I żeby ci wszyscy inni schowali się w kącie i nie przeszkadzali. Przy tym podejściu znowu nie pójdzie głosować ok 60%, którzy nie chcą się angażować w nie swoje spory, sprawy. Przynajmniej wiadomo, że 60% Polaków nie ma roszczeniowego, życzeniowego podejścia do rządu a mają najwyżej obojętny, wywołany rozczarowaniem. Czy słusznie? Nie wiem. To ich sprawa. Raz nie poszłam głosować w czasach, gdy wygrała pewna partia i dlatego teraz na pewno znowu pójdę, żeby to się nie powtórzyło. Na wszelki wypadek. Widzę wiele zmian, mnóstwo nowych twarzy, pomysłów, gadania nie do zniesienia i ok, niech się zmienia. Ja spokojnie wiem, że chcę kontynuacji. A z kim ona będzie przebiegać, to już inna sprawa. Ostatnie 4 lata wspominam dobrze i biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia z tych lat, mogę tylko pogratulować, że tak przez to przeszli.

Wybory. Jak dla mnie wybory nie są sprawdzianem znajomości programów, krytycznej lub nie weryfikacji obietnic, kto jest bardziej aktywny i bliżej ludzi i lepiej się uśmiecha czy wysławia. Dla mnie wybory są egzaminem z całej wiedzy jaką zdobywamy przez poprzednie lata. Zupełnie jak w szkole.
Ja jestem znudzona politykami dramatyzującymi, grającymi na emocjach, błaznującymi słowami, zachowaniem, okładkami (a przez to prowokacją, którą rozumie się u artysty, ale jak dla mnie jest nie na miejscu u polityka), ale oczywiście, demokracja. Dla mnie  politycy mają być mężami stanu, dyplomatami. To jest ten rodzaj polityków, który do mnie przemawia i którego wypatruję w rządzie, ale też we władzach lokalnych.
Mam nadzieję, że po tych wyborach powstanie mądra koalicja i motywująca opozycja. Nie chcę słuchać oskarżeń jak w przedszkolu, niech nowy rząd będzie o tyle lepszy, że będzie dojrzalszy. Ja nie czekam na gospodarczy cud, ja chcę rozsądku w podejściu gospodarczym i poszanowania odmienności i różnorodności jaka cechuje Polaków. Nie chcę polityków, którzy budują swój wizerunek na obrażaniu innych. I najważniejsze, że tacy są. Marzę, żeby przeszli/ weszli do rządu.

 I chciałabym, żeby ludzie przestali tak bardzo egoistycznie podchodzić do wyborów. Rząd powinien być naprawdę reprezentantem jak największej ilości Polaków, z każdego możliwego punktu widzenia. Ludzie między sobą i tak będą walczyć tak czy inaczej, ale niech rząd tego nie powiela. I obecnemu dobrze to szło. Tolerancja powinna być widoczna przede wszystkim w zachowaniu polityków. To oni są naszą wizytówką (można by czasami zapłakać ;) a wielu chyba nawet nie zna tego słowa. Matko, ależ farmazonię, ale jak słyszę te wszystkie dyskusje (w które usilnie nie daję się wciągać), pt. "kto jest lepszy", to szkoda mi czasu. Zły punkt wyjścia zabija we mnie chęć dyskusji. Nie mam zamiaru rozmawiać o polityce poprzez atakowanie kogoś. To jest po prostu głupie. Ja się nauczyłam wyciągać wnioski z historii i nie widzę sensu w udawaniu, że teraz zaczynamy od nowa, bo wcale nie zaczynamy. Jeszcze nie ;) Ja uważam niezmiennie, że rząd ma mi nie przeszkadzać. Ja robię swoje, oni swoje. Jak wszędzie i wszyscy. I fajnie, jeśli możemy sobie pomóc, ale bez przesady.

Idźmy, oddajmy głos, ale tak, żebyśmy za 4 lata powiedzieli sobie wszyscy "To był dobry wybór. Powtórzmy to". I tyle dla mnie w temacie polityki na następne 4 lata. I wiem też, że idąc głosować myślę o Polsce jako całokształcie. Nie mam "swoich racji, które mają być spełnione". Tzn mam, ale one nie są skierowane do rządu. To, czym ma się zajmować rząd dotyczyć ma całego kraju. I ma uwzględniać wszystkie racje. Tak, wiem, to trudne, ale nie niemożliwe. W końcu każdy ma swoją motywację.
Hehe, przypomniał mi się argument usłyszany niedawno gdzieś "idę głosować na X, tylko żeby nie wygrała partia Y". Super, no naprawdę. Któryś raz biorę udział w wyborach i za każdym razem moja motywacja podoba mi się coraz bardziej. Dobro wszystkich jest dla mnie samej w takim kształcie nowością i jestem z siebie dumna ;)

PS. Podoba mi się ten pomysł. Na pewno zrewolucjonizowałby frekwencję, czyli głosowanie przez internet.
PS 2. Myślę, że drogą w ewolucji wyborów może być od razu prowadzenie kampanii przez partie, które chciałyby potem tworzyć koalicję/opozycję tworzyłyby naturalnie te drugie ;) Gdyby połączyły siły jeszcze przed wyborami, pokazując co zrobią z większością, na pewno zwiększałyby szanse na wygraną. Tak samo, gdyby partie mniejszościowe jasno mówiły, do kogo się przytulą po wejściu w próg, też by trochę rozjaśniały obraz. Może kiedyś, może.. Może tędy pójdzie polityka? Na pewno byłoby to czymś nowym i świeżym, zamiast ciągłej autopromocji w ramach jednej partii. Ponieważ chyba nie ja jedna nie chciałbym, żeby w Polsce rządziła zdecydowaną większością jedna partia. Obojętnie jaka. Historia już pokazała, że to nie jest dobre. A polityką należy się interesować jak wszystkim innym. W końcu jako ludzie cywilizowani nie robimy tym nikomu łaski, że się orientujemy w świecie.
PS.3 I osobista sugestia: nie pozwalać na kłótnie o politykę w rodzinie. Nie ma problemu, jeśli wszyscy popierają jedną partię czy poglądy, ale jeśli zdarzają się rozbieżności nie dopuszczajmy do awantur, a już zupełnie wyzwisk, obrażania, psucia atmosfery. Rodzina i jej spokój są o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek poglądy polityczne.

20.9.11

Gra zwana kupowaniem, czyli magia w opakowaniu


Hm. Stajemy się/ jesteśmy pokoleniem konsumentów idiotów. Zapominamy, czemu służy marketing. Zapominamy, że dzięki reklamom nasza rzeczywistość jest kolorowa, żywa, różnorodna. Jedne są lepsze, inne gorsze. Ciekawe i nudne. Oklepane i oryginalne. Niektóre są wybitnie oszukańcze, ale dzięki reakcji mądrych konsumentów szybko są usuwane, karane, schodzą z wizji z odpowiednim komentarzem. Owszem, nie bronię całokształtu działki reklam, bo wiele faktycznie zataja zupełnie prawdę i kreuje wokół produktu alternatywną rzeczywistość, na którą można się nabrać, ale przykład z w/w notki jest jednak smutny, bo świadczy o kompletnym braku konsumenckiej świadomości.
We współczesnym świecie podstawą powinno być CZYTANIE ETYKIET. W razie, jeśli znajdujemy niezgodności ze stanem faktycznym, mamy odpowiednie urzędy, którym się to zgłasza.
Bycie konsumentem to gra. Uczmy się jej zasad, zamiast atakować samą grę. Jak się dajemy nabrać, jak nie doczytamy, nie sprawdzimy składu, nie upewnimy się, jak jest, a potem atakujemy producenta (chociaż wystarczy przeczytać opis na opakowaniu, żeby wyciągnąć wniosek, nic więcej. Nie trzeba sprawdzać wiarygodności, źródła, znaczenia tajemniczych skrótów i oznaczeń jak to się ma np. przy kosmetykach) to już się naprawdę nie wygłupiajmy z pretensjami do producenta. Nie wiem co na celu mają takie notki, jak przytoczona (a pewnie coś mają), ale naprawdę marzy mi się, żeby ludzie zaczęli się interesować tym, po co sięgają na półkę. Wystarczy poczytać. 
Mnóstwo jest takich zabiegów jak w przytoczonej notce. Ale one nie są zabiegami ukrytymi, mającymi na celu oszukać. To jest jeden z elementów zabawy. Dla mnie decyzja zapada właśnie przy półce/ ladzie: poznaję skład i nie wybieram tego produktu, tylko inny. Co to oznacza? Producent przegrał. Marketing może jęknąć z zawiedzeniem. Ale nie wnerwiam się na producenta, jeśli nie doczytam czegoś, co jest wyraźnie napisane.
Ktoś mi powiedział, że nie ma czasu na takie bzdury jak czytanie etykiet. No proszę. Świetnie. Jeśli cię nie interesuje, co jesz/pijesz/ czego używasz to można tylko pogratulować bezkrytycznej ufności sloganom marketingowym. Reklama ma zaczarować, zachęcić, zanęcić. Jest formą sztuki. I nie chciałabym żeby reklamy zniknęły (no może nie wszystkie ;), ale generalnie? Wyobraża sobie ktoś szarość i beznadziejność świata bez reklam. Bez tego żonglowania wrażeniami, obrazami, zdjęciami, muzyką, słowem? Nuda.
Paradoksem jest dla mnie, że żyjąc w świecie prawie nieograniczonego dostępu do informacji, coraz rzadziej się je filtruje, analizuje, wyciąga wnioski, a zaczyna się bezkrytycznie je przyjmować, dając im się zalać po uszy. Wolny rynek daje nam bezgraniczną możliwość poznawania różnych mechanizmów, sztuczek, trików, które są spokojnie do pojęcia przez każdego, komu się chce je poznać. Wolny rynek daje wolny wybór. Przed półką. Jeśli ktoś przekracza granice, łamie zasady gry, to zgłasza się go do odpowiedniego organu, znanego jako Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Proste. 

Jeśli się natomiast złościmy na producenta, za to, że nie doczytaliśmy etykiety, no cóż... zamiast się złościć, wystarczy wyciągnąć wnioski na przyszłość. Właściwe wnioski.

Ja się tej gry ciągle uczę (chociaż nie jakoś specjalnie pilnie ;), ale po prostu wolę wiedzieć, o co chodzi i co kupuję, zamiast się wnerwiać, że się dałam nabrać bardzo prostej reklamie. Edukujmy się wzajemnie, zamiast wnerwiać na producentów, którzy grają fair. Innych niech eliminuje prawo lub nasz wybór przed półką. Nie walczmy z reklamą, marketingiem, bo za chwilę na każdym krawężniku będzie szyld "uwaga! krawężnik! nie potknij się!". Bo do tego doprowadzi bezmyślność, albo krytykowanie czegoś, co nie jest istotą rzeczy.

Bardzo nam życzę, żebyśmy byli konsumentami bardzo dobrze regulującymi rynek. Właśnie przez wybory oparte na dobrych argumentach, a nie na złości, za niedoczytanie lub niezrozumienie czytanych treści.

PS. Nie mam nic do autora notki, ponieważ szanuję cudze prawo do wyrażania opinii a w szczególności na blogu.  Moja refleksja jest mimo wszystko ogólna, ponieważ ludzie często atakują producentów czy produkty, za to, że sami się nie zainteresowali wystarczająco tym, po co sięgają. Sama jestem konsumentem i nie lubię czuć się oszukana, dlatego wolę poznawać zasady gry, zamiast ją zwalczać. Nie chcę mieć durnych ostrzeżeń na opakowaniach. Wolę mieć pełną listę składników i się z nią pobawić. Jak przegram, to trudno. Jak się nie daję na coś nabrać, to nie kupuję tego i wtedy wygrywam ;)  Wtedy, gdy uda mi się trafić na dobry produkt i jeszcze w dobrej cenie, mamy sytuację idealną win-win. I tego ostatniego życzę sobie jako konsument. Ważniejsze, żeby producenci też z nami grali "uczciwie", nie kryjąc ważnych informacji, tzn. umieszczając je na opakowaniu. Obojętnie gdzie. Oby były do znalezienia. Zatajenia są oszustwem i dyskwalifikują gracza, o czym też przekonało się wielu producentów, którzy wylecieli z rynku dzięki czujności konsumentów i odpowiednich urzędów. O! Przy okazji mogę sobie życzyć regulacji prawnych, które nam, jako kupującym pozwalają poznać zasady. A z tego co wiem, to tu też ciągle jest pole do popisu. No ale nie przesadzajmy z wycinaniem marketingu. Dramatyzm jest tu troszkę nie na miejscu, ale nie zapominajmy: co kto lubi. Jeśli ktoś za tak ważną sprawę uważa reklamę na opakowaniu i czuje się nią oszukany, to ma do tego prawo. Chętnie pogłaskałabym go na pocieszenie po rozczarowanej głowie z komentarzem "biedactwo" ;)

PS2. Moja ś.p. babcia od małego uczyła mnie trików stosowanych przez sprzedawców, którzy wcisną człowiekowi wszystko, aby tylko sprzedać. Trzeba samem umieć wybrać świeże mięso, dobrą wędlinę, wartościowy chleb czy masło, o bardziej wyrafinowanych produktach nie mówiąc. No nie jest to nowością ani od dziś, ani od kiedy funkcjonuje handel.

PS3. Przy okazji przytoczonego wpisu przypomniała mi się wczorajsza wizyta w sklepie. Na dziale mięs i wędlin wpadła mi w oko kiełbasa wieprzowo-cielęca. Cielęciny do 4%. Hehe. 
Let's play ;)

18.9.11

Czarowanie

czarowanie
roz-czarowanie
o-czarowanie

Hm. Właśnie mi przyszło do głowy, że słowo rozczarowanie wzięło się ze zdjęcia z kogoś oczarowania. Czyli najpierw udaje się nam kogoś oczarować, a gdy go czymś zawiedziemy, to go roz-czarowujemy. Ot życie ;)
Ale to tak ma marginesie. Celem mojej dzisiejszej grafomańskiej sesji jest kolejna inspiracja z Coachingu. Artykuł o czymś zupełnie zapomnianym: improwizacja. Polecam całość w nowym numerze (też dlatego, że nie chcę łamać praw autorskich), ale sama sobie przypomniałam, jak ważna jest improwizacja w życiu. Z reguły odnoszę ją do dobrego wychowania, bądź wychodzenia z sytuacji w "dobry" sposób, ale zapomniałam, jak często mam z nią do czynienia i jak często myślę, że chcę być w tym lepsza. Improwizacja jest bezcenną sztuką. Jedni mają to od urodzenia, inni, np. aktorzy uczą się jej z przyczyn zawodowych. Świadomie wykorzystuje się ją też w sytuacjach biznesowych i towarzyskich. Ale czy na pewno? Myślę że nie. Artykuł w Coachingu fajnie przybliża temat, a ja wiem, że mam kolejny temat do zgłębienia. Istotą jest fakt, że w improwizacji ważne jest niemyślenie i poddanie się chwili, więc jako slowlife-owa istota powinnam mieć to we krwi. Pora wpompować. Owszem, owszem, pewnie, że stosuje się to często i nawet częściej, niż się wydaje, ale jednak można lepiej. Fajniej. Bardziej naturalnie i spontanicznie. Genialne rady z wychodzeniem z pozycji na "tak i..." zamiast blokowania. No coś dla mnie, bo za bardzo mam tendencję do blokowania. Nie wiedziałam o tym.
I na pewno zajrzę na stronę poleconą przez Coaching: TU

Przypomniało mi się również, gdy kiedyś znajoma aktorka zabrała mnie na przedstawienie grupy teatralno-kabaretowej "W gorącej wodzie kompani", która pracuje głównie na zabawach improwizacyjnych z udziałem widzów. Byłam nimi o-czarowana. Ich bystrością, szybkością reakcji i poczuciem abstrakcji, które dawało świetny efekt komediowy. Dziś dowiedziałam się, że stosowane przez nich gry są elementem pracy aktorów, a też właśnie dzięki coachingowi wprowadzane są do świata biznesu. Świadomie. Oczywiście, że to wszystko nie jest nowością, ale podejście i spojrzenie są bez dwóch zdań nowatorskie z zbliżają zagadnienie do "zwykłych ludzi" spoza poszczególnych branż. Najfajniejsze, że istotą improwizacji jest słowo, którego nauczył mnie ktoś będący w tym mistrzem, słowo klucz do wielu sukcesów wymagających dystansu, słowo WYLUZUJ.

Uf. Strasznie się cieszę, że znowu na to trafiłam i to w taki sposób :)

I ważne! Improwizacja nie ma nic wspólnego ze sztucznością, udawaniem, oszukiwaniem, które są pejoratywne i z założenia zaplanowane. Wręcz przeciwnie. Jest po prostu doskonałym narzędziem wykorzystywania i trenowania wyobraźni oraz spontaniczności. Zarzucanie oszustwa komuś, kto improwizuje, jest jak pretensje do krowy, że nie składa jajek, kompletnie bez sensu. Improwizujmy, bo to jest piękne. Dajmy się oczarować i czarujmy. Bez roz-czarowania ;)

17.9.11

Oby do przodu

Czy już pisałam, że bardzo lubię magazyn "Coaching"? Pewnie tak, ale się powtórzę. Lubię go, bo przypomina mi o wielu rzeczach, inspiruje do innych i zaciekawia nowymi. Jako nowość w Polsce stanowi dla mnie dodatkowy smaczek z pogranicza psychologii, pracy nad sobą, rozwoju i wielu ciekawostek. Cieszy mnie też to, że jest kwartalnikiem, bo ma dość dopracowany zakres i tematy, na co nie mieli by pewnie czasu jako miesięcznik.
W ostatnim numerze (bieżącym) w ciekawy sposób poruszono temat popełniania błędów. Jestem fanką popełniania błędów, ale przede wszystkim ze względu na wyciąganie z nich nauki, poszukiwania innych rozwiązań, wyjść, umiejętności przyznania, że się czegoś nie wie, ale też odpowiedniej wyważonej dawki samokrytyki, która jest bardzo rzadko spotykana. Przeważnie mamy do czynienia ze stanowiskami:
- to nie jest błąd (i idzie się w zaparte)
- to nie jest mój błąd (taaa)
- bo ja nie wiedziałem/łam

Dla mnie naturalną reakcją na błąd jest "tak, faktycznie. Naprawię to. Dowiem się co i tak, rozgryzę temat i zrobię to lepiej". Dopuszczam możliwość niewiedzy, ale nie dopuszczam już ignorowania tego faktu. Czasami mamy do czynienia z mądrzeniem się (na szczęście wszystko zależy od środowiska i można nie mieć z tym styczności na co dzień). Właściwie zawsze stoi za nim kompletna niewiedza oparta na szczątkach informacji. Przeważnie mądrzą się osoby, które nie wiedzą, że temat jest zbyt rozległy, żeby go tak powierzchownie i wybiórczo traktować. No ale jakby wiedziały, to by się nie mądrzyły i nie sprzedawały swoich prawd objawionych. Niedoczekanie ;) Tak, to jest kategoria błędów "nie, to nie jest błąd".  Popełnianie błędów jest potrzebne, ale najważniejsze jest wyciąganie z nich wniosków. Niby oczywiste, ale znowu często źle rozumiane. Nie popełnianie tego samego błędu nie ma znaczenia jedynie szkolnego, gdzie musimy się nauczyć pisać poprawnie czy liczyć, czy nauczyć formułki. W tym zdaniu chodzi o niepopełnianie błędów w coraz większym zakresie działań, myślenia, wnioskowania i rozwijania ich (wniosków, nie błędów ;) To jak wyciąganie wniosków z nieudanej randki, średniego spotkania, po to, żeby nie popełniać jakiś błędów na kolejnych. Ważne! Własnych błędów, bo znowu ocenianie innych poprzez pryzmat wcześniej spotkanych cudzych błędów stanowi zwykłe kalkowanie zachowań ludzi w ocenianiu ich. A to kolejny błąd i powoduje szufladkowanie przeważnie zbyt pochopne.

Tak, błędy są potrzebne. "Małpie" uczą nas szybkiego załatwiania spraw, realizowania prostych zadań, osiągania prostych celów, ale te poważniejsze powinny pokazywać nam, że widocznie obraliśmy trochę nie tę drogę i trzeba skorygować kurs. A na to nigdy nie jest za późno i właściwie im szybciej popełnimy wszystkie możliwe, tym lepiej. Lepiej mieć to z głowy, gdyż:

Nagrodą główną w tym wszystkim jest to, że popełnia się coraz mniej błędów. Coraz swobodniej poruszamy się po świecie. Coraz szybciej i sprawniej udaje nam się zrobić to czy tamto a wszystko po to, żeby oczywiście żyć slow bez zbędnych zakłóceń, durnych przemyśleń i spędzać czas w sposób i z ludźmi, z którymi jest nam dobrze, z którymi chcemy być i którzy nam w zupełności pasują i wzajemnie. 
PS. Ciekawostką dla mnie jest popularne wyrachowanie. Ludzie uważają, że ważne jest budowanie siatki kontaktów, które "mogą się przydać" i odzywają się tylko, jak czegoś chcą, do kogoś, kogo nie znoszą, ale do kogo jednak się uśmiechną, bo mają interes. Uważam to za jedną z głupszych szkół, ponieważ powoduje niepotrzebny stres. Ja nie utrzymuję kontaktu z ludźmi, którzy mnie wnerwiają, irytują, których nie lubię, z tych czy innych powodów. Za bardzo szanuję siebie i nie mam zamiaru generować sobie niepotrzebnego dyskomfortu, nawet jeśli miałabym na tym zyskać. Wolę nie sięgać po pomoc takich osób, a rozwiązanie jakieś się i tak zawsze znajduje, jak i inne osoby, na których mogę polegać. Mogę kogoś nie lubić, ale szanuję jego prawo do życia sobie w spokoju, bo podejrzewam, że działamy na siebie podobnie. Łączenie interesów z prywatnymi relacjami zdarza się bardzo często i jest  normalne, ale bez sympatii jest potwornie dziwne. I to nie jest kwestia "lubienia", "nielubienia" ludzi generalnie, bo uważam też za kompletną abstrakcję pogląd, że powinno się lubić wszystkich (bo też czemu? No jeśli ktoś nas irytuje, dokonał już tego cudu, to nie odbierajmy mu nagrody w postaci naszej obojętności). Oczywiście, nienormalne jest nielubienie większości ludzi i ktoś taki powinien się leczyć, ale żeby nie mieć prawa nie lubić pojedynczych osób i nie móc ich unikać? Bez przesady. Dlatego palmy mosty dla nas niewygodne i szkodliwe. Będzie tak lepiej dla wszystkich. Te osoby też bez nas odetchną. Nie wszystkie znajomości muszą być żywe przez całe nasze życie, lepiej pielęgnować te, które są obopólnie chciane. Niektóre się kończą szybciej i niech tak będzie. Wyrachowanie jest na pewno niezdrowe. Nie mam dowodów, bo nie stosowałam, ale na pewno tak jest. Może kiedyś ktoś to udowodni ;)


Otaczajmy się ludźmi, którzy są nam przychylni, których lubimy, z którymi kontakt nas nie męczy. Którzy też czasami nam pomogą, a my im. Gdzie wzajemnie działamy na siebie inspirująco, wspierająco, relaksująco. W życiu prywatnym kierujmy się własną wrażliwością. Bez złych emocji będzie się też lepiej budowało relacje zawodowe, bo nie będzie w nas jadu, przenoszonego z porażek życia prywatnego. Niby drobiazgi, ale z nich składa się życie. Z błędów też. A z sukcesów na nich zbudowanych najbardziej :)

PS. Jeśli ktoś wątpi w sens błędów, pomyłek, upadków (boi się ich, unika, zataja, ucieka przed nimi wybierając najprostsze rozwiązania), niech porozmawia z jakimkolwiek człowiekiem sukcesu, sportowcem, wynalazcą i zapyta o istotę błędów i sposoby na podnoszenie się z nich, ale też wyciągane wnioski. No. Właśnie :)
Ale i tak najprzyjemniejsze jest przecież korzystanie z nauki, którą się wyciągnęło. Robienie czegoś z lekkością, swobodą, przyjemnością, obyciem. To jak z nauką jazdy samochodem, gdy od pierwszego razu nie wiadomo było gdzie jest sprzęgło, gdy stresował każdy mały manewr, gdy zamiast przyjemności dominował stres (akurat w moim przypadku, bo nie dla każdego będzie to akurat nauka jazdy samochodem, ale każdy coś takiego ma), aż po późniejszą przyjemność z jazdy, gdy to co może być wykonywane mechanicznie, takie jest, a my skupiamy się na samej jeździe, otoczeniu, drodze, czasami włączamy autopilota i jedziemy przed siebie delektując się samą jazdą. Ale do tego trzeba dojść. W każdej dziedzinie.

PS 2. Przypomniało mi się, że modne jest mówienie, że akademickie teorie są przestarzałe, że trzeba się doszkalać, korzystać z nowoczesnych kanałów itp itd. Owszem, jest to prawdą w wielu dziedzinach, kwestiach, które się zmieniają, bo są coraz bardziej rozpracowywane, bo się rozwijają, dochodzą nowe teorie, inne umierają, ale nie można się uważać za eksperta, nie znając tych przestarzałych teorii. Rozwój nie zaczyna się od końca. Żeby zrozumieć zmiany, trzeba wiedzieć czego dotyczą. I tu nie ma dla mnie dyskusji. Bycie ignorantem nie zmieni faktu, że bez wiedzy elementarnej nie jest się znawcą. Chociaż kogo to dziś obchodzi? Nie wiem. Dla mnie to podstawa przy budowaniu autorytetów, bo to, że ktoś o czymś mówi, nie jest dowodem, że ma wiedzę. Jest to szczególnie ważne w dobie namnożonych szkoleń, materiałów pseudonaukowych tworzonych przez pseudoekspertów. Materiałów, szkoleń, których reklamy dostaję (pewnie nie ja jedna) dziesiątki codziennie na maila. Nie wszystkie z nich są śmieciami. Ale nie zaszkodzi mieć krytyczny dystans przy weryfikacji i nawet dopytać się o zdanie kogoś, kto się zna.
Weekend. Jesień. Miły dzień spędzony z kochanymi osobami. Bez pośpiechu. Z pełną atencją. Czasami żałuję, że nie umiałam taka być, jak byłam dużo, dużo młodsza, że ciągle gdzieś gnałam, że ciągle było coś ważniejszego. Szkoda. No ale czasu nie cofnę i nie będę go marnowała przynajmniej dziś, doceniając tu i teraz.

13.9.11

Wind of change

To że jestem zmienna, jest jedną z niezmiennych. Zawsze będę uważała, że jeśli jest możliwość zmiany czegoś na lepsze, to należy to zmienić. Chociaż jest powiedzenie, że "lepsze jest wrogiem dobrego", to jednak ma ono odniesienie do konkretnych sytuacji, chociaż przykładów będzie mało. Generalnie lepsze jest lepsze i koniec. Jeśli nie jest, to nie jest, bo jest gorsze. No proste ;)
Lubię zmiany. Lubię nowe. Lubię ulepszenia, usprawnienia. Dotyczy to dokładnie wszystkiego. Lubię te uczucie, gdy się tylko rodzi pomysł w mojej głowie, gdy kiełkuje coś nowego, nie tylko przy zmianach pozytywnych, ale też gdy cokolwiek mnie męczy, złości, gniecie, przeszkadza, gdy z tego wyrastam jak dziecko z ubranek i zaczynam czuć potrzebę zmiany... bo niektóre rzeczy, relacje mają tylko swoje czas i miejsce i ani chwili dłużej. Ważne jest, żeby zmienić je, odstawiając na półkę "cenne wspomnienia/przeżycia/doświadczenia/relacje" gdy nadchodzi na to pora. Żegnanie się z czymś jest umiejętnością samą w sobie.

* praca, * związek, * wszelkie gadżety, * ulubione miejsca, *mistrzowie, guru, autorytety, * ulubione kawałki muzyczne, filmy, książki, gry, zabawy i teksty, * znajomi, * ulubione danie 
zmieniałam zawsze, gdy przestawało nam być razem po drodze, albo gdy poznawałam lepsze, albo gdy po prostu chciałam się uwolnić, bo przestawało mi pasować, albo  gdy po prostu rozszerzałam zakres i szlam dalej. Czemu o tym? Bo ludzie podobno nie lubią zmian (statystycznie większość). Lubią złapać coś i się do tego błyskawicznie przywiązują i najchętniej by tego nie zmieniali już na nic i nigdy. Bezkrytycznie. Wszelkie "lepsze znane zło, może i beznadziejne, ale moje, może i do d... ale działa, plusów minimum, ale dopóki jest chociaż jeden pt "mam to", to jest ok. Wiem, wiem, nie powinnam stawiać wszystkiego obok siebie, ale mechanizm jest dokładnie ten sam. I tu uwaga: Mamy jedno życie. Przynajmniej te, o którym wiemy. Nie może być chyba nic gorszego, niż spojrzenie wstecz i myśl "a mogło być lepiej, ale się bałam/bałem zmian", gdy jest już na nie za późno.

Zmiana jest dobra. Zmiana wyczekiwana jest dobra dla wszystkich, nawet jeśli w pierwszej chwili wyda się okrutna, złośliwa, zbędna, wydumana, kapryśna. Jeśli zmieniający ma swoje powody, to dajmy mu swoje błogosławieństwo (albo sobie, gdy jesteśmy zmieniającym). Gdyby nie zmiany, gdyby nie chęć poprawy, to ludzkość tkwiłaby gdzieś na drzewie, no może w jaskini. Są też zmiany, które nadchodzą bez naszej specjalnej chęci i tu jest myk. Po pierwszej chwili zdziwienia, niechęci, pogódźmy się z tym i przyjmijmy te zmiany z zadowoleniem i ciekawością szukając innych rozwiązań dla siebie. Szkoda czasu na żale i roztrząsanie. To nie egoizm. To naturalne. Nie róbmy sobie krzywdy. Przyjmujmy zmiany z zadowoleniem, ale najlepiej sami je inicjujmy. Skrupuły? Nie mają nic do rzeczy. Brakiem skrupułów jest krzywdzenie siebie, innych. Nieszczęśliwi będziemy zatruwać otoczenie. Lepiej wprowadzać zmiany i rozsiewać pozytywną energię. I zawsze, ale to zawsze odbierajmy zmianę jako szansę sukcesu z czymś innym/ w innym miejscu/ z innymi ludźmi, a nie porażkę, bo z perspektywy czasu tym właśnie będzie - sukcesem, kopem do znajdowania lepszych rozwiązań. Jest tym, gdy się patrzy za siebie.


Człowiek szczęśliwy nie boi się zmian. Nie trzyma kurczowo wszystkiego co złapał, bo wie.. że wszystko płynie. I fajnie, że są rzeczy, które się nie zmieniają, ludzie, którzy są zawsze, ale bądźmy gotowi na zmiany. One i tak przyjdą. Jeśli nie, to znaczy, że coś jest dla nas dobre i takie pozostaje i niech sobie trwa. Jeśli jednak to nie to, to to po prostu zmieniajmy. Doceniając to co było, bo sentymenty, wspomnienia, pomagają nam dziś i pomagać będą w przyszłości. Uszanowanie przeszłości powinno tym bardziej popychać do zmian na przyszłość. Gdy tylko stają się konieczne, potrzebne, wyczekiwane. Ale w tym wszystkim doceniajmy tu i teraz. Bo też jest wynikiem tego, co było kiedyś. Można sobie pogratulować i cieszyć się tym, a można też zdecydować, że trzeba to zmienić. Każdy będzie w innym miejscu. Ja jestem na swoim. Błogi spokój. Zapamiętywanie chwili.

11.9.11

Rybne wariacje

Jak słyszę o zachwycie Polaków pangą, to mnie wzdryga. Po pierwsze, że z pierwszej ręki wiem, jakim śmieciem jest ta ryba, po drugie, że mimo ciągle niskiego poziomu spożywania ryb przez Polaków, to akurat panga rządzi.

No trudno. Co kto lubi. Jednak ja, jako mieszkanka Gdańska, nie przestanę się dziwić zachwytowi, zwłaszcza ludzi stąd, nad pangą. Mamy dostęp do świeżych ryb, wyłowionych prosto z morza, bądź z pobliskich jezior. Świeżych. Świeżutkich. Pysznych. To nie, ludzie uważają, że panga jest najlepsza. Rozumiem jeden kontrargument - brak ości, bo sama mam z tym spory problem i boję się ich wprost panicznie, ale to nie zmienia faktu, że można spokojnie dostać filety z dorsza, pyszną makrelkę, łososia czy nawet już nie naszego tłuściutkiego halibuta. Koneserzy wybierają pstrąga, który jest wyborny, niestety ja mam na pieńku z jego ościami. No dobrze, ryby. Ryby śmierdzą, wiem, bo często przygotowuję je w domu i wiem, z jakim zapachem zasypiam w te dni. Trudno. Jest to jedyny minus. ALE, dobrze przyrządzona ryba, najlepiej pieczona jest po prostu nieporównywalna z niczym. Osobiście kocham pieczonego dorsza z anchois w ziołach, ale z samymi ziołami, odrobiną oliwki i soku z cytryny też zjem z apetytem. Mieszkając w Gdańsku musiałabym oszaleć, żeby nie korzystać z dostępu do świeżych ryb. Nic nie dorówna świeżutkiemu filetowi z dorsza. No ale jeśli nie ma się dostępu, chociażby ze względu na odległość, do ryb świeżych, to pozostają mrożone, którymi sama się posiłkuję, bo po świeże trzeba się jednak wybrać dalej, niż do osiedlowego sklepu.

W rybach mrożonych najważniejszą kwestią będzie na pewno ilość glazury. Nie da się kupić mrożonej ryby bez glazury, bo to ona utrzymuje smak i wartości oraz "jędrność" mięsa po rozmrożeniu, ale i tak wybierając mrożone ryby najlepiej albo brać ze sprawdzonych sklepów, albo pakowane i z określoną ilością % glazury. Dla mnie max. tolerancji to 10%. Za inną szkoda wydawać pieniądze, bo ryba będzie po prostu sucha.
Żadne mięso nie przyrządza się tak szybko jak ryba.
(pod obrazkiem jest link z przepisem na łososia z anchois)

Dziś mam dzień łososia pieczonego z ziołami (oczywiście). Dobre przyprawienie jest podstawą. I co ważne, nie sięgam nigdy po gotowe mieszanki przypraw. Są mi zupełnie niepotrzebne, a dostarczają niepotrzebnej chemii. Nie da się praktycznie (chyba) źle przyprawić ryby, a przepisów na nie są dziesiątki i dużą przyjemnością jest samodzielne doprawienie. To, że należy mieć w kuchni całą paletę przypraw, jest chyba oczywiste. Moje minimum ma ich ok. 30, ale dzięki temu zrobienie szybkich dań jest błyskawiczne. Jestem mocną przeciwniczką stosowania gotowych mieszanek, bo są po prostu wykorzystywaniem naiwności "gotujących". Każda potrawa oparta jest na przyprawach, których skomponowanie powinno być podstawą. Jeśli ja to ogarnęłam, to ogarnie każda kobieta, bez sięgania po "fixy" i inne "przepisy na". Tam nie ma żadnej magii, a nie brakuje chemii, a przy tym nie skraca to wcale czasu gotowania, bo bez "fixa" też trwałoby to tyle samo. Producenci mają święte prawo wykorzystywać naiwność i lenistwo, ale sięgając po to, dobrze jest mieć świadomość, że płaci się wyłącznie za głupotę, bo pomocy nie ma w tym wielkiej. I gdy sama sięgam po mieszankę do chilli con corne, to robię to z pełną świadomością przyjęcia złudzenia, że sama bym tego nie zmieszała. No trudno. Ale pewnie dziś już każdy sięga po gotowce. Oby było ich jak najmniej.
I nie masakrujmy ryby takimi mieszankami. Ona zasługuje na tę chwilę przyprawiania, oddając swój doskonały smak.

Porady praktyczne, zawarte w materiale WWF z naciskiem na ochronę środowiska, jednak wybór ryb z grupy "smacznego" na pewno wyjdą nam na zdrowie, to o pstrąga bym się jednak pokłóciła, bo znam sama ze dwie doskonale prowadzone hodowle na Kaszubach i nie przesadzałabym z negatywnym wpływem na środowisko. Właściwie w takich przypadkach w nie po prostu nie wierzę, natomiast jeśli chodzi o tuńczyka i pangę, to nie wychodzi mi z pamięci zawartość rtęci. Nawet śladowa. Dziękuję, postoję.

10.9.11

Slow time

Siedzę i piję spokojnie kawę planując dzień, przeglądając wiadomości, ploteczki, ulubione strony w internecie. Skończę i po prostu zacznę robić to co sobie dalej pozakładałam. Slow.. zastanawia mnie samą czym się różni od pozostałych stylów życia? Przede wszystkim, absolutnie jednoznacznie i wiem:

Mając do wyboru dziesiątki sposobów spędzania czasu, zajęć, aktywności lub jej braku, spotkać ze znajomymi, rodziną, bądź spędzenia czasu samotnie, ale też w życiu zawodowym, gdzie wyborów jest również bezmiar i ich słuszność też ma takie czy inne skutki, żyjąc slow, podejmuję decyzje, które nie pozostawiają we mnie poczucia "a mogłam lepiej zrobić to, czy tamto. A mogłabym być tu czy tam". Ja nie tracę czasu, nawet jeśli nie robię nic. Nicnierobienie też ma sens, dając czystą przyjemność resetu. Skąd pomysł, że to odróżnia inne style życia? Bo kiedyś sama byłam w czymś takim, co mi dawało poczucie ciągłego niedoczasu, braku godzin w dobie, dni w tygodniu, minut w godzinie, poczucia złych decyzji, albo czasu uciekającego przez palce. Zrozumiałam (dzięki mądrym teoriom), że takie myślenie to, dowód na pełną dezorganizację i pozorną spontaniczność i przekonanie o słuszności wyborów, które jednak chciało się potem zmienić, często wybory te przerastały moje możliwości, a ich konsekwencje bardzo negatywnie odbijały się na moim życiu czy zdrowiu (poprzez przemęczenie, wyczerpanie, próbę zrobienia dziesiątek rzeczy na raz, poczucie sfrustrowania i wycieńczenia, wiele, wiele negatywnych emocji temu towarzyszyło. Pamiętam to już jak przez mgłę, ale jednak nie chcę do końca zapomnieć, chociażby po to, żeby już do tego nie wrócić).

Żeby dojść do slow, trzeba naprawdę poznać siebie, swoje możliwości, potrzeby, oczekiwania, marzenia, nauczyć się przyjmować tak samo jak odrzucać. Asertywnie i konsekwentnie.  I pogodzić się z tym, że doba ma 24h, z czego cześć musimy wykorzystać na sen, odpoczynek. I Do wykorzystania pozostaje nam pozostała część. Próba rozciągnięcia doby kończy się wyłącznie frustracją. Jak to bywa z celami nieosiągalnymi. Więc pogódź się z tym, jakie masz zasoby czasowe i podziel je optymalnie. I nie żałuj, że więcej  się nie da. Jeśli dalej żałujesz, to nadal coś nie tak robisz. Znajdź to i wyeliminuj.

Często takim problematycznym punktem jest "co wybrać?". Jest na to pewnie jakieś Prawo Murphiego, że jak nic się nie dzieje, to nic się nie dzieje, a jak się dzieje, to wszyscy na raz chcą się spotkać, pójść gdzieś, akurat przyjeżdżają, pojawia nie niepowtarzalna okazja zobaczenia czegoś i ty WYBIERAJ, bez poczucia straty. Jeśli nie ma takiego prawa, to pozwolę je sobie delikatnie zdefiniować PRAWO ALOKACJI TOWARZYSKIEJ:

"Jeśli dzwoniły dwie osoby z propozycją spotkania w dwóch różnych miejscach o tym samym czasie, to jest pewne, że zadzwoni jeszcze trzecia, a ty miałaś w planie wyjście do kina" ;) I jak ty do kogoś zadzwonisz, to będzie prawdopodobnie w tej samej sytuacji. A że nie można być wszędzie na raz, to wybieram to, czego mi w DANYM MOMENCIE trzeba najbardziej i na co mam największą ochotę. I nie rozczulam się z żalem, że coś mnie omija. Globalnie omija mnie setki okazji w ciągu godziny, więc naprawdę nie ma nad czym płakać. Wszyscy tak mamy. Ja się cieszę, że mam wybór i na tym się skupiam. Najważniejsze, że zawsze jest jakaś alternatywa i można się cieszyć podjętym wyborem, nie skupiając się na niewykorzystanych możliwościach.

Slow life daje czyste myśli. Ja nie miewam już dylematów, które nie dają mi spać. Wsłuchuję się w siebie i nauczyłam się szybko podejmować decyzje. To daje dużo czasu, który można wykorzystać na miliony sposobów. Można, ale nie trzeba. Wolność wyboru i jej mocna świadomość jest podstawą stylu slow life. Nie gadanie o tym i przekonywanie wszystkich w koło, bo nawet tego nie robię. Nie muszę. Ja to po prostu mam. To niesamowite poczucie luksusu. I jak ktoś mi mówi, że mu brakuje doby, czasu, chce za dużo, więcej, bardziej, to się uśmiecham, bo o ile ja też chcę więcej i bardziej, to bez sfrustrowania. Wiem, że to przyjdzie, bo.. jestem tego warta ;) 
Dopijam kawę. Dobrze mi.

Rozchmurzenie

Lubię prognozy pogody. Są jak bajki dla dzieci. Zupełnie w nie nie wierzę, ale lubię ich słuchać. Współczesne prognozy pogody mają raczej wpływ psychologiczny. Jak słucham prezenterów, to chcę usłyszeć, że będzie pięknie, mimo deszczu, wiatru i -20stopni. Albo latem, będzie pięknie i słonecznie, chociaż za oknem widzę dokładne przeciwieństwo, bo chcę wierzyć do końca dnia, że jednak przez moment chociaż przebije słońce. Prognozy pogody nie mają na celu tak naprawdę podawania nam faktycznej pogody danego dnia. One są jak programy, w których wróżki opowiadają cuda swoich słuchaczom. Scenka:

"Czy znajdę jeszcze miłość?"
"Kwadratura Saturna z Marsem i wpływy Wenus pokazują mi, że na pewno. Raczej już nie w tym roku, może nawet jeszcze nie w przyszłym, ale najpóźniej za 2 lata spotkasz kobietę/mężczyznę, który odmieni twoje życie, pozwoli ci wejść w inny wymiar relacji. Będziesz bardzo szczęśliwa, ale musisz jeszcze chwilę poczekać".
tak też pogoda, o której prezenter opowiada z uśmiechem:
"Dzień będzie słoneczny i ciepły. Miejscami mogą pojawić się lekkie opady deszczu, ale będą wprost niezauważalne. Wiatr, będzie dość mocny, ale pozwoli rozwiać chmury zbierające się nad północną częścią Polski. Osoby z niskim ciśnieniem mogą czuć się lekko ospałe, ale filiżanka kawy spowoduje, że wrócą siły witalne. I znowu będzie można cieszyć się słońcem"
Czyż to nie jest cudowne?
Pozytywne nastawianie. Nie powiedzieć widzom wprost "jesteś w dupie", bo niestety natura większości jest taka, że natychmiast i z łatwością poddadzą się temu nastrojowi, zamiast pomyśleć "no i? wyjdzie się z tego". Pozytywne nastawianie pozwala ludziom przetrwać wszelkie trudności NIEZAUWAŻALNIE, nieblokująco, niezniechęcająco. I słusznie, bo to jest ważne. To podstawa skuteczności. Podstawa minimalizowania przejściowych trudności. Nie poddawanie się im. Gdyby Nie takie programy, wiele ludzi wykupowałoby wszelkie antydepresanty. A tak? Zadzwonią do wróżki, pooglądają prognozę pogody i już jakoś jest im lepiej. I prawidłowo. Gdyby nie nadzieja i determinacja, to nikt by nie zrobił nic ze sobą i własnym życiem. Popieram. Niech te prognozy pogody będą jak najlepiej prowadzone, a prowadzący niech pozostawiają ludzi z jak najpozytywniejszym nastawieniem. W końcu to tylko pogoda. Zawsze jakaś jest i nie powinna wpływać na nasz dzień. Wszystkich ludzi prawdziwego sukcesu cechuje głównie niepoprawna wiara w siebie, pozytywne nastawienie i zupełne bagatelizowanie czynników, które są niezmiernie zewnętrzne. Każdy ma swoje metody takiego oddziaływania. Jedni potrafią sami się pozytywnie nakręcić, inni przy pomocy przyjaciół, a jeszcze inni dzwoniąc do wróżki czy oglądając prognozę pogody.
Bo czyż ktoś chciałby usłyszeć coś takiego? 


8.9.11

Kto się lubi...

Uwielbiam wprost rozmowy z ludźmi, z którymi się nie zgadzam. Konflikt jest piękny. Rozmowy dzielę na kilka rodzajów i oprócz tego każda z nich ma swoje funkcje. Wiadomo. Jednak prawdziwym wyzwaniem, adrenaliną i ferworem walki są rozmowy przy rozbieżnych opiniach, stanowiskach. Czasami do upadłego. A jest to sztuką. Są jednostki, z którą godzinami potrafimy rozmawiać o rzeczach, co do których nasze stanowiska są rozbieżne. I potrafimy godzinami sprzeczać się o prawa homoseksualistów do adopcji, obronę praw zwierząt czy relacje damsko- męskie albo słuszność teorii wielkiego wybuchu czy nowoczesne technologie i ich wpływ na nasze życie lub wiele innych kwestii.

Ważne jest to, że POTRAFIMY dyskutować. Polityczne debaty są przy nas drętwo-mdłe. Czy są w tym emocje? O, i to jakie :) Mimo rzeczowości i konkretu. Takie rozmowy kocham, szczególnie z mężczyznami, gdy jeszcze się zwyzywamy od szowinistów i kobiet. Są ludzie, z którymi da się przeprowadzić dyskusje niezmiernie konkretne, a przy tym przemycić jednak wielką dawkę emocji ("pojebało cię, odbiło ci, co ty pieprzysz? i dziesiątki innych wyzwisk, które są traktowane jako efekt czystych emocji, a przez to piękne i można jest zupełnie olać, jak moment słabości rozmówcy, cudo :) Nikt nie bierze tego do siebie, bo to gorsze niż walkower. I co najlepsze, dobra, wyczerpująca i długa dyskusja zacieśnia więzi. Nie ma jakiegoś obrażania się, oczekiwania zmiany stanowiska, ale jedynie ukazanie zasadności swojego. To jak gra planszowa. Ważne, że jest to możliwie przy tematach, na które i tak nie mamy wpływu, bo dotyczą kwestii czysto teoretycznych. Są to dyskusje jedynie na dowód posiadania zdania "na temat". No i to oczywiście zdania słusznego. Im więcej takich tematów, tym lepiej się skacze, nawiązuje, wyszukuje skojarzenia zupełnie z innej beczki.  Po takich rozmowach mózg paruje i na koniec wyczerpany dziękuje za gimnastykę. No po prostu kocham takich ludzi... Nie ma wygranych i przegranych, bo i tak nikt nie zmieni zdania. Jest przyjemność gorącej dyskusji. Owszem, rozmowy przy podobnych zdaniach też są fajne, ale to raczej jak delikatny masaż, a nie poszerzanie światopoglądu. Te pierwsze rozmowy są doskonałym treningiem wydobywania najważniejszych argumentów (w danej chwili), opanowania emocji (dopóki nam się chce, ale w innych okolicznościach jest to przecież koniecznością), nauką nabierania dystansu, ale też poszanowania odrębności poglądów. To się przydaje czasami w najmniej spodziewanych okolicznościach. Zakończenie takiej dyskusji bez niesmaków, obrazy i kwasów jest sztuką samą w sobie. I nigdy jej za wiele. Nie, no krótko: ja po prostu lubię się czasami pokłócić :)

Kilka ciekawostek odnośnie radzenia sobie z konfliktem: TU
Ważne jest zawsze: oddzielanie przedmiotu rozmowy od rozmówcy. Identyfikowanie człowieka z tematem jest, hm, głupie.
***
W temacie czystej przyjemności:  kocham moją salsę. Uzależniłam się od niej. Szybko :)
Instruktor widzi, że trochę ściemniam, trochę nie daję rady, pitu pitu, ale się dobrze bawię (w końcu to pierwsze lekcje dla mnie, a przy zerowej kondycji musi boleć :)
INSTRUKTOR: wyjdź
JA(w myślach: to mój tekst!): nie :)
INSTRUKTOR: wyjdź
JA: nie. tak łatwo się nie poddam
INSTRUKTOR: i bardzo dobrze
.
podszedł do mnie, gdy sobie stałam i pijąc wodę patrzyłam na śmigające dziewczyny
INSTRUKTOR: ty się tak nie patrz, bo zapalenia spojówek dostaniesz. ruszaj się

no chyba go kocham :)


Mój mąż jest zachwycony tym, co się dzieje z moim ciałem po dwóch tygodniach różnych zajęć i ćwiczeń. I o to chodzi. Ja mam z tego olbrzymią przyjemność i o to chodzi mi. Trzeba brać z życia wszystko co przyjemne. Marudzenie zostawiam innym, a że to jest ostatnio modne na równi z "nie chce mi się", to chętnych pewnie nie brakuje. Co kto lubi :)
PS. nicnierobienie smakuje dopiero po porządnym zmęczeniu, dawce wrażeń, emocji. Czymkolwiek, co jest przeciwieństwem.

7.9.11

Zmanipuluj mnie

Dziś byłam na szkoleniu z zakresu negocjacji z naciskiem na perswazję i manipulację. Nic nowego się nie dowiedziałam, ale dobrze czasami odświeżyć sobie wiedzę, bo a nuż można też dowiedzieć się czegoś nowego.

Podobno, jako kobieta mam manipulację we krwi i nie będę się migać, że tak nie jest, bo pewnie tak jest, chociaż jeśli już, to robię to dość nieświadomie i raczej w niewinnych sytuacjach. Niemniej, manipulacje czy NLP (wywieranie wpływu) interesowały mnie od zawsze. Chociaż bardziej w sensie poznawania, z czym się mogę spotkać i  przed czym bronić, niż "jak to stosować". Dlaczego? Ponieważ są to dla mnie metody przeokrutnie nieskuteczne i wręcz szkodliwe, jeśli chodzi o długoterminowe relacje. Manipulacjami naszpikowany jest za to świat zawodowy, prywatny, prawie cały marketing i PR. I nie ma w tym nic złego dlatego, że jest to normą, bo wszystko zależy od zakresu, kontekstu itp itd. Ważne jest jednak, żeby to szybko rozpoznawać i omijać, obserwować acz nie ulegać. Manipulacje i NLP są jednym z tematów, o którym można mówić w nieskończoność. Temat ten interesuje mnie natomiast bardzo, chociaż od lat mniej w niego wnikam, bo bo zrobiłam to wieki temu i mi wystarczy. Czemu o tym piszę? Bo uważam, że każdy świadomy pewnych mechanizmów człowiek, powinien się tym zainteresować. Książek na ten temat jest od groma i trochę. Ja zawsze chcąc zgłębić temat sięgam po pozycje akademickie lub kultowe dla danej dziedziny. Unikam autorów, którzy tworzą już jedynie "wariacje na temat" i pokazują tą samą kwestię tylko z innej strony (chociaż nie mówię, że dla niektórych nie może to być metodą na ogarnięcie tematu. Tak samo sprawa ma się do poradników wszelkiej maści. Uważam je za potrzebne, ale doradzam ostrożność w doborze). Istotne, że wszelkie materiały dodatkowe mają być uzupełnieniem wiedzy, bo bazą być nie mogą. Cudów nie ma. 
Poznawanie świata NLP i manipulacji oraz perswazji najlepiej zacząć od podstaw.
Definicja MANIPULACJI znajduje się np. TU.
I ciekawy blog o psychologii manipulacji TU.

Definicja jest absolutnym minimum. Żeby więcej widzieć i zrozumieć, naprawdę warto poświęcić temu trochę czasu i wczytać się w publikacje na ten temat. Nie polecam uczenia się jakiegoś zagadnienia z samych artykułów czy materiałów np. fragmentarycznie publikowanych, ponieważ daje to złudne wrażenie, że się posiadło wiedzę na dany temat. NIE. W artykułach czy publikacjach np. prasowych, też mamy wiedzę bardzo szczątkową, która powinna zainteresować nas tematem lub po prostu poszerzyć posiadaną już wiedzę. W każdej dziedzinie. (Śmieszy mnie, gdy ktoś ekspercko wypowiada się o temacie, który zna właśnie szczątkowo, ale to inna sprawa i nie mój problem tylko takiej osoby ;)
Wracając do manipulacji najlepiej nauczyć się ją szybko rozpoznawać, ponieważ jest to element naszej codzienności w każdej dziedzinie i nie jest zbyt sensowne zwalczanie ich. Znajomość technik wpływania na nas jest wg mnie dzisiaj po prostu podstawą (no nie od dzisiaj, bo jak pisałam, interesuję się tematem od wielu lat, gdy zaczęłam poznawać ją jeszcze na zachodzie). Co nam daje znajomość technik?
- nie ulegamy informacjom zawartym w reklamach - reklama jest dla nas informacją o produkcie, ale wiemy, że opis jego właściwości, działania, zakresu jest przerysowany, obrazowy, bajkowy i że reklama jest bardziej dziełem sztuki, niż rzetelnym źródłem informacji. Nielogiczne jest negowanie prawdziwości reklam. Reklama ma za zadanie przede wszystkim zainteresować. Ona nie może być dla nas w prostej linii INFORMACJĄ. Od tego są już informacje np. na samym produkcie, na ulotce, na metce, składniki. Dlaczego? Bo działanie zawsze będzie kwestią subiektywną, nawet te statystyczne. Owszem, nie raz irytuje mnie, że producenci, dostawcy produktów/usług wykorzystują ludzką naiwność w interpretacji/odbiorze przekazywanych informacji, ale jako zwierze żyjące w świecie konsumpcji czuję się sama wobec siebie zobowiązana do znajomości zasad tej gry marketingowej. I tyle.
- to samo dotyczy polityków. Rzetelność polityków nie powinna być oceniana przez same hasła i programy wyborcze. Nie jest dla mnie przynajmniej. Na rzetelność polityka składają się dla mnie zupełnie inne czynniki, które są wcale nie specjalnie podkreślane w kampaniach. I podstawowa sprawa, dzięki demokracji politycy są jak biznesmeni - ich skuteczność zależna jest od umiejętności budowania relacji i skuteczności w realnych działaniach. Dla mnie dobry polityk nie musi pomagać ludziom. On ma im przede wszystkim nie przeszkadzać a zajmować się sprawami, które są w gestii państwa i to jest podział, wg którego się poruszam. Prosty i przejrzysty.
- Relacje zawodowe - znając techniki manipulacji nie damy się wykorzystać w pracy (albo nie za bardzo) i lepiej negocjujemy z innymi. Pierwszy lepszy przykład? Wykorzystywanie hasła "Pani to zrobi najlepiej" w celu wymuszenia na człowieku pracy przez weekend dla dobra całej firmy. Takie zdanie jest jednym z podstawowych elementów manipulacji, ale to są właśnie rzeczy, o których dobrze jest sobie poczytać.
- Relacje w związku - i tu szybkie odniesienie do kobiecych/ męskich zagrywek "jeśli mnie kochasz, to..." albo "zrób tak i tak. jeśli jednak nie zrobisz tak, to się wyprowadzę... ale zrób jak uważasz". Masakra w białych rękawiczkach. I wiele związków opiera się na manipulacji. Nie wiem czy niestety, bo to jest też puenta, że człowiek dobrze manipulowany nie wie o tym, że jest manipulowany. To też jeden z rodzajów dyplomacji, żeby powiedzieć komuś "spadaj" w taki sposób, że się człowiek cieszy na podróż. Manipulacje w związku są nie dla mnie. Nie chciałabym być z kimś, kim manipuluję. Zwyczajnie bym go nie szanowała. Pewnie, że stosuję miliony sztuczek, ale prawdziwy facet to WIDZI i pozwala mi się pobawić.
- relacje międzyludzkie - ogólnie pojęte. Są to te znajomości, które się kończą szybciej niż się dobrze zaczną. Przynajmniej przez tych, którzy się potrafią szybko zorientować, że jest manipulowany. Od fałszywych komplementów, po budowanie relacji czysto interesownych. MOŻNA się na to godzić, jeśli mimo wszystko nam to nie szkodzi, ale warto być świadomym, co jest grane. To nie jest szkodliwe, dopóki wchodzenie w takie układy jest naszym wyborem.
Tak. Manipulacje są fascynujące. Ludzie się jednak dzielą na takich, którzy je z pasją wykorzystują i takich, którzy ich unikają i się przed nimi bronią. Ja jestem w grupie, która uważa, że są narzędziem krótkoterminowym. Może i skutecznym, ale jak ktoś się orientuje, że został zmanipulowany, to można być pewnym, że się odwróci. I to raz na zawsze, a niejednokrotnie jako wróg. Manipulacje często są po prostu nieetyczne, ale że są trudno rozpoznawalne w odniesieniu do perswazji, dlatego są tak popularne.
Perswazja jest o tyle lepsza, że jest działaniem otwartym. Przy działaniu perswazyjnym wykazujemy się po prostu talentem do przekonywania. Nie gramy na niskich emocjach, potrzebach i sympatii. Perswazja ma zupełnie inne założenie i opanowanie jej polecam, ponieważ nigdy nie spowoduje, że będziemy mieć w ludziach wrogów. A dobre relacje są dla mnie tak samo ważne, jak dobre samopoczucie. Są blisko powiązane. Ale to pewnie dlatego, że wyrachowanie jest mi dalekie jak następna galaktyka. Ten typ tak ma i lubi ludzi, którzy potrafią być skuteczni bez manipulacji opartych na tanich manewrach. Te naprawdę dobre są po prostu niebywałą rzadkością i są cenne. Ale to gra dla mistrzów. Ja się im tylko przyglądam z niekłamanym podziwem ;)
Ale, ale i tak najważniejsze z tego wszystkiego będzie wyrobienie sobie własnego zdania i podejścia, oby w oparciu o jak najlepsze informacje i wiedzę.
Jak na moje oko, znajomość wszelkich technik negocjacji, manipulowania, perswazji powinna być elementarną nauką już w liceum, a nie dopiero na wybranych kierunkach studiów. Jak i bon ton, który wg doniesień prasy ZNOWU zaczyna być pożądany, bo firmy rozumieją istotę znajomości zasad kulturalnego zachowania w kontaktach międzyludzkich. Co mnie nie zdziwiło. Bardziej dziwiła mnie zawsze rozwiązłość i bezpardonowe wprost spoufalanie, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu było nie do pomyślenia. Życzliwość, kultura osobista powinny być nie mniej wymagane niż znajomość języków obcych. I znowu takie się stają. Nie pojęte, że przestały w ogóle takie być. Dobrze, no dobrze, że to zaczyna wracać na swoje tory. Populizm jest potrzebny, ale dla równowagi powinny się zawsze liczyć też klasa i wysoki poziom, bo one pozwalają na prawdziwe i wartościowe poruszanie się między ludźmi.  W każdej kulturze. Dlatego pewnie tak bardzo urzekł mnie "O północy w Paryżu". Lata 20-te ubiegłego wieku były dla mnie idealnie wyważone w tej kwestii. Allen zrobił mi tym filmem niebywałą przyjemność. Czekam na wydanie DVD, żeby posmakować tego znowu w domu.

4.9.11

Salsa

Zmieniając styl życia postanowiłam zrobić coś dla siebie i swojego ciała. Zapisując się na jogę (która rusza w połowie września) zobaczyłam przypadkowo na planie dostępnych zajęć "salsę". Zapisałam się, bo na hasło "salsa" jestem w pełnej gotowości. Do tej pory tańczyłam salsę przy każdej okazji. No po prostu kocham te rytmy.

I wybrałam się na  pierwsze zajęcia. Grupa ok. 20 dziewczyn i kobiet + super przystojny instruktor (tak, wiem, sztampowe, ale nic nie poradzę :) Nie wiedziałam, że to normalny kurs tańca. Nauka kroków, układów. Jak się to ogląda z boku, to wydaje się prościutkie. Tak, wybranie się na zajęcia i robienie tego jako uczestnik, a nie obserwator, to zupełnie inna bajka. Uśmiech nie schodził mi z ust przez całe zajęcia, bo mimo łatwości łapania rytmu i kroków, zapamiętanie układu okazało się wyczynem ponad moje możliwości. Instruktor patrzył na mnie w lustrach i widać było, że nie ogarnia mojego nieogarniania :) Niemniej, przyznałam się, że jestem pierwszy raz i żeby się nie przejmował tym, że oni mi nie przeszkadzają. Potem on do mnie podszedł i mi powiedział, żebym się nie przejmowała, gdyż ponieważ na początku każdy tak ma i łapanie układów przyjdzie przy kolejnych spotkaniach. No no. Pożyjemy, zobaczymy. Najważniejsze jednak jest to, że przez dobrą godzinę tańczę salsę, mogę poczuć rytm grupy i dziką przyjemność nauki czegoś nowego. Potem poszłam jeszcze poćwiczyć na wioślarzu i pojeździć na rowerze, bo generalnie chcę odzyskać dawną kondycję.

Salsa nie wychodzi mi z głowy i bioder i ćwiczę sobie kroki (które mi się nie przydadzą, bo układy są za każdym razem inne), ale za to, dają mi niesamowitą przyjemność. Odkrycie znowu przyjemności z ruchu, odkrycia zapomnianych partii mięśni i robienia czegoś mimo deszczu za oknem, jest moim odkopanym z kurzu konikiem. Doskonałym na te nadchodzące jesienno-zimowe dni.


I strasznie się cieszę, że mi się chce.


No to Cuba... i zapominam, że pogoda u nas daleka jest od tej kubańskiej. Chcę ją mieć w duszy i ciele. To jest celebrowanie tego, co daje nam świat. Kiedyś, jak już dotrę na Kubę, to dołączę do jakiejś grupy tańczącej na ulicy i będę mogła powiedzieć "łączy nas salsa" ;)


3.9.11

EKO-LOGICZNIE

Ekologia w Polsce. Chciałoby się powiedzieć "temat rzeka", ale nie można, ponieważ w Polsce ekologia uważana jest nadal za fanaberię, wymysł, sposób na wyciąganie kasy, wynalazek marketingowy, zbędnę zawracanie głowy. Nie zgadzam się z tym, ale co mam zrobić, kiedy z bezsilności opadają mi ręce, a nie lubię promować nic na siłę i na zasadzie "bo chcesz być modna", bo to żaden kontrargument a głupia odzywka. (Nie, nie chcę być "modna", bo wyprzedzam czasy w wielu kwestiach (dowód :)


dnia 29.08.2011 kupiłam pojemniczek z datą produkcji 06.09.2011.  Poważnie. No to kto to przebije, jeśli chodzi o podróże w czasie? :)

i wiem, że w końcu dotrze to do Polski i będzie tak normalne, jak na zachodzie. Za 20 lat, ale jednak...
Inną sprawą jest, że faktycznie wiele osób, które znam i które uważają się za ekologiczne, są w moich własnych oczach oszołomami z manią, więc nie ma tematu, dopóki ekologiczny nie stanie się  "normalny" i po prostu będzie elementem codzienności. Wiem też, że jako "nowość" ciągle pokutuje wiele mitów, wymysłów, dużo firm nadużywa słowa "eko", wielu wykorzystuje ciągłą niewiedzę i nieobeznanie w temacie. Spokojnie. To minie. Ekologia będzie normalnością i już dziś, każdy, kto chce może bez większego problemu odróżnić "naciągaczy" i wykorzystywaczy oznaczeń eko i słowa "ekologia", od firm, produktów, rozwiązań, które faktycznie takie są. 
Ale i tak strasznie mi się podoba, że np. na zachodzie funkcjonuje kilka systemów recyclingu i to z absolutnym sensem od A do Z. Przykłady? Prosto z życia:
- Wysokie kaucje na butelki. wszystkie. Wszyscy znani mi tam ludzie zbierają butelki i je potem odsprzedają.
- Niezła kasa za aluminium. Nie ma czegoś takiego, jak wyrzucanie puszek. Też zbierają i sprzedają.
- Podział śmieci na papierowe, organiczne i plastiki. Każda znana mi osoba, którą odwiedziłam, ma w domu 3 kosze, albo jeden z podziałkami. I  nikt nie chce poczuć spojrzenia gospodarza, gdy się pomyli śmieci :) Czemu ma to większy sens niż u nas? Bo tam po każdy rodzaj śmieci podjeżdża inna śmieciarka opróżniająca odpowiedni kontener. Tak, to ma sens. Wiem, że w Polsce też się powoli promuje podział śmieci i nawet tu i ówdzie stoją kontenery do odpowiedniego rodzaju śmieci, chociaż nie mam pojęcia, po co, skoro na własne oczy widziałam, że pięknego poranka podjeżdża jedna śmieciarka i zabiera zawartość wszystkich kontenerów wrzucając je do jednego bębna. Serio. Odechciało mi się i poczekam, aż to zacznie w Polsce normalnie funkcjonować. Na razie nie widzę sensu segregowania domowych śmieci. Jak wprowadzą recycling z prawdziwego zdarzenia to chętnie zacznę to robić. Chociaż, nierozwiązaną zagadką pozostaje dla mnie pytanie: tylko kiedy wejdą też zupełnie biodegradowalne worki na śmieci, bo jakakolwiek segregacja w normalnych workach jest co najmniej bez sensu.. Ale ja w ogóle jestem za ekologicznymi opakowaniami. Wszystkiego. Mam nadzieję, że w tym kierunku pójdzie też przemysł opakowań. Niech to wszystko rozpuszcza się i znika, a nie rozkłada się setki lat. Tylko niech najpierw to wejdzie. Niech ktoś to wymyśli i zrobi przysługę nam wszystkim. Przysługę, o której nawet kiedyś nie będzie się myśleć, bo będzie oczywista.

- Oszczędzanie wody.  Główną metodą na zachodzie jest stosowanie urządzeń pozwalających na to. Podstawą jest kupowanie sprzętu najwyższej dostępnej klasy oszczędności. Owszem, to się wiąże z ceną, ale bardzo szybko zwraca się w niższym rachunku za wodę. Mam na myśli oczywiście zmywarkę i pralkę, ale dobrze jest też kupić dobrej jakości armaturę i baterie, które nie znają słowa "marnotrawienie wody". Jak i kolejna sprawa:

- Oszczędność prądu. Tu rozwiązania również są już dostępne dla absolutnie przeciętnego użytkownika. Zwracamy uwagę na klasę kupowanego sprzętu i zużycie prądu, kupujemy energooszczędne żarówki, wyłączamy nieużywany sprzęt, albo kupujemy taki, który się wprowadza w "stand by" po jakimś czasie
.
- Wybór samochodu o małym spalaniu a już na pewno z odpowiednimi katalizatorami. I tu kolejna ciekawostka z Niemiec: nie mając odpowiedniego katalizatora, a na dowód tego odpowiedniej naklejki (najlepsza jest zielona, ponieważ ona upoważnia do wjazdu we wszystkie strefy), nie można wjechać samochodem do pewnych stref miasta. Mandaty za złamanie tego nakazu są wysokie. W efekcie, żeby wjechać np. do ścisłego centrum miasta radzę zaopatrzyć się w jakimkolwiek serwisie samochodowym w odpowiednią naklejkę. Jej kolor określi pracownik serwisu, po weryfikacji samochodu. Koszt naklejki to jakieś 6EUR. Można je podobno kupić też w Polsce, za jakieś ok. 150PLN. Taka mała informacja, jak ktoś się wybiera samochodem w tamte rejony.

- Nie śmieci się na lewo i prawo, bo ktoś kto to robi, jest po prostu burakiem i wstyd iść z nim ulicą, ale niezależnie od tego, grożą za to wysokie mandaty (kiedyś miałam okazję przekonać się o tym wyrzucając niedopałek papierosa na chodnik. Rozmowa ze Strażą Miejską i ledwouratowanie się od mandatu + lekki wstyd nauczyły mnie, że następnym razem szybciej bym ten niedopałek zjadła, niż wyrzuciła na chodzik, ale... tu też jest ciekawostka, że tam co rusz są śmietniki i popielnice. Osłabia mnie to w naszych  miastach i nie tylko,  że jak chce się pozbyć śmieci, to chyba powinnam nosić ze sobą jakiś turystyczny śmietniczek, bo publicznego można długo, długo nie znaleźć.)


- do zakupów używa się toreb wielokrotnego użytku - które sama lubię (chociaż z siatek jednorazowych nie zrezygnuję :)


W Polsce niestety ciągle pokupuje (chociaż coraz rzadziej), pogląd, że "stać mnie na nieoszczędzanie". Oszczędzanie zasobów kojarzone jest z brakiem na nie środków. No wiem, że to głupie, ale nie chce mi się dyskutować z każdą osobą, która uważa inaczej. Niech się tym zajmą odpowiednie instytucje, producenci sprzętu i ekonomiści oraz NORMALNI ekolodzy.

Dla mnie cudowne jest to, że na zachodzie to jest po prostu normalność. Nikt nie robi z tego filozofii dla frików, fanaberii czy widzimisię. Ta filozofia jakoś niesamowicie naturalnie wprowadzana jest/była w "krwiobieg". Ludzie z niesamowitą oczywistością przyjmują i wdrażają wprowadzane zmiany. Sami szukają rozwiązań, które są ekologiczne. Jednak normalne jest też to, że nie robią tego z myślą o dobru Matki Ziemi, tylko o własnych oszczędnościach. A że przy okazji jest to dobre dla natury, to alleluja.

PS. Szczególnie podobają mi się wszelkie materiały marketingowe z materiałów z recyclingu. Płyta CD jest płytą, ale jednak, ja po prostu lubię ten szary kolor papieru/tektury :)

Dla mnie ma bardzo duże znaczenie, gdzie i w jakich warunkach powstają nie tylko artykuły spożywcze, ale też elektronika, z której korzystam. To, że większość sprzętu powstaje na dalekim wschodzie jest oczywiste, ale w jaki sposób i w jakich warunkach jest sprawą dla mnie dość istotną i potrafię się mocno zniechęcić do producenta, gdy docierają do mnie informacje, że przy produkcji sprzętu ludzie wykorzystywani się poniżej granic ludzkiej godności lub niszczy się bezkarnie dobra naturalne. Jestem umiarkowaną fanką globalizacji, bo lubię i z przyjemnością korzystam z jej dobrodziejstw, ale nie lubię, gdy idzie za tym wyzysk i cierpienie, bo wiem, że można połączyć wszystko i z korzyścią dla wszystkich. Dlatego z założenia i awansem lubię firmy, które mają to wpisane w filozofię. To jest po prostu logiczne i przyszłościowe, a ja bardzo nie lubię martwić się myśląc o przyszłości, za to lubię patrzeć w nią z przeczuciem "będzie dobrze". Temu też służy proekologiczne podejście. Tylko czekam, aż będzie normalne, a nie "egzotyczne". No nic.

Może kiedyś to Polska będzie wyznaczać kierunki i standardy, a nie kopiować  je z dużym opóźnieniem. I tej myśli się trzymam. Z ekologią jest jak slow life, to nie fanatyczna filozofia wciskana innym w histerii, to po prostu sposób życia i kwestia podejmowanych wyborów.