31.10.13

Carpe diem & memento mori


Dzień Wszystkich Świętych jest specyficzny i lubię go.
Przypominam ponownie o jego radosnym aspekcie - rocznicy fantastycznego lądowania kapitana Wrony. 
To wydarzenie zrównało w mojej percepcji carpe diem z memento mori.


30.10.13

Odmaskowanie, czyli pułapki demakijażu

Ponieważ nie jestem ekspertką od kosmetyków, przez co fortunę wydałam w życiu na eksperymenty, żeby dobrać kosmetyki dla siebie  i mam wypracowane przez lata dziesiątki patentów pod siebie (główny to: nie szalej. to tylko kosmetyki i nie chcesz kolejnego), podzielę się ostatnim odkryciem.

Demakijaż.
Czasami gdy rozmawiam z koleżankami o kosmetykach (nie rozmawiasz? To tak jakby faceci nie rozmawiali o piłce, samochodach, nowych technologiach), wszystko jest kwestią czasu, jaki się na to przeznacza, ale nie budzi we mnie zaufania kobieta, która nie porozmawia wcale o kosmetykach i o ciuchach. Czasami trzeba.. Wracając, czasami gdy rozmawiam z koleżankami o kosmetykach, a konkretnie o kosmetykach do demakijażu, pada stwierdzenie, że jakieś mleczko jest złe, bo skleja oczy, ba, powoduje pieczenie, łzawienie.
Tak, też to przeżywam przy niektórych kosmetykach. Z reguły używam płynów micelarnych, ale czasami sięgnę po mleczko. Ostatnio wybrałam:


I co się dzieje? Usuwam nim makijaż i płaczę. Oczy pieką. Nie wiem, jak żyć, ale poza tym, że beznadziejnie usuwa tusz do rzęs, to jest świetny do reszty twarzy. Jeszcze w połączeniu z kremem (tym najstarszym, którego ileś pokoleń kobiet używa), jest naprawdę fajne. No i co zrobić z tym problemem? Bo dotychczas nie robiłam nic. Lenistwo i lekceważenie objawów wygrywało (tak, zdarza się i mnie). 


27.10.13

Rozpieść się w godzinę


ale to potem :-)



Z okazji zmiany czasu, przypominam o moim sposobie na dodatkową godzinę przez jeszcze jakiś czas.  TU.
Z doświadczenia wiem, że będzie się sprawdzać. Dzięki temu sposobowi zaczynamy dzień z dobrym nastrojem. Ta godzina jest jak fajny prezent o treści "Dzień dobry. Uśmiechnij się, masz jeszcze całą, calutką godzinę."
Wszystko inne będzie potem. 

Co robimy w tym czasie?

26.10.13

#Gdańsk + #Gdynia

Weekend pod tytułem #Gdańsk, #Gdynia, #Twitter, #Blogosfera. Trochę jestem sama dla siebie pełna podziwu, bo lawiruję między terminami i sprawami jak łyżwiarka. Zanim niedziela minie pt "Slow - leżę i nie myślę o niczym" kilka fleszy:  
Bycie trójmiejskim twitterianem ma swoje plusy. Wymierne. Mieliśmy przyjemność zwiedzić Muzeum Miasta Gdyni.  Dzięki zapałowi przewodniczki wszyscy w miarę ogarnęli klimat. Jestem zaczarowana poziomem tego muzeum. Czuć w nim pasję. Wykorzystanie nowoczesnych technologii jest dodatkowym atutem. Warto się zatrzymać i zastanowić nad faktem, że Gdynia jest miastem, które rozwinęło się niebywale dynamicznie. Patrząc na czasy, w jakich się to działo, szczególnie będąc w Muzeum Miasta czuje się niezwykłość historii.
UPDATE: PS. Polecam notkę MojejTrawy 



25.10.13

Wszyscy jesteśmy blogerami swojego losu


Wyobraź sobie, że postanawiasz postawić wszystko na jedną kartę i zrobić zawód z tego, w czym czujesz się dobrze. 
Normalnie idzie się na etat, albo zakłada się działalność i walczy. W każdej jednej branży, dziedzinie. Ludzie idą swoją drogą narażając się na kpiny bliskich i obcych, ale rozwijając się, realizują coraz bardziej siebie. Robiąc to co lubią, w czym czują się dobrze osiągają swoje cele. Jeden za drugim. Z reguły cele te są niesztampowe. Nie ma mowy o wymówkach. Nie realizowanie celów oznacza zniknięcie. Każdy dzień jest swego rodzaju sprawdzianem. 


Zakazany owoc, marzeń ciemnych tabu

W radio reportaż o dalece bulwersującej sprawie. Sprawie szokującej wręcz.

Szczegóły: nauczycielka urodziła dziecko własnego ucznia


(piosenka moich nastoletnich czasów. można się uśmiechnąć)

19.10.13

Pierwszy raz w nieskończoność





Jestem uzależniona od pierwszych razów. Od pierwszego wrażenia. Od przeżywania czegoś, czego jeszcze nie przeżyłam. Wydawać by się mogło, że z wiekiem będzie  o coś takiego coraz trudniej. Nic bardziej mylnego.



18.10.13

Blog of Gdańsk 2013 Czytelników



Z przyjemnością dzielę się informacją, że blog (tak, ten blog) został przyjęty do konkursu  
Blog of Gdańsk 2013 Czytelników.
Co będzie, jak na mnie zagłosujesz? 
Na pewno będzie mi miło.
   
 Głos można oddać tylko tu:  http://www.trojmiasto.pl/blogforumgdansk/?id_blog=244

Z uśmiechem z Gdańska
Marzena 






17.10.13

Gdy nie chce się żyć

"Chce się żyć" 

Czy warto iść na ten film?
Polskie kino jest ciekawe, bo w popiele wypuszcza czasami prawdziwe perły. Jedną z nich jest "Mój rower" (obraz relacji, który przemówi na pewno do niejednej osoby), natomiast najnowszą i większą - emitowany właśnie w kinach "Chce się żyć".

Przyjaciółka zabrała mnie na ten film z komentarzem - Po nim nie będzie się chciało narzekać.
- Hm. Ja nie narzekam. No przestań - ofukałam ją.
A potem płakałam z nią i resztą osób na sali kinowej.

Fantastyczna obsada, piękna historia (przy czym słowo "piękna" oznacza co innego niż zazwyczaj). Wnioski, które chcę na długo zachować w sercu.

Na tym filmie kilka razy zrobiło mi się głupio. Bezcenna refleksja i uczucie. Rzadko życie mnie do niego doprowadza. Doceniam.
Dziękuję twórcom za ten film. Jest piękny.
Jeśli ktoś chce dotknąć własnej wrażliwości i empatii, to polecam udanie się do kina. Warto.


15.10.13

slow love with google

Google chyba kocha blogerów z bloggera.


Do niedawna miałam dość ambiwalentny stosunek do google +. Nie grzał, nie chłodził.
Ale z google jest jest jak z miłością, przesiąka się nie wiadomo kiedy.


Jesień, jesień, jesień ach to ty

Park Oruński piękny jak zawsze.

Jedno z kultowych miejsc Gdańska - naleśnikarnia Manekin. Gdyby nie fakt, że spotkaliśmy się z przyjaciółmi, pozostawiłabym to bez komentarza. Co stanowi o kultowości miejsca? Kolejka w holu. Czekaliśmy na stolik. Lokalizacja i umiłowanie przez studentów robią swoje. Brak (różnych) naleśników, które chcieliśmy zamówić, to był zonk. Natomiast trzeba przyznać, że samo wnętrze jest genialne. Marzy mi się wielka fototapeta, jakie można tam zobaczyć. I plus za obsługę. 


Czas leci niesamowicie szybko, bo 3 wieczory w tygodniu spędzam od początku września na zajęciach na siłowni. Oczywiście  poniedziałkowy start  salsą. Robert niezmiennie niezastąpiony. 

W weekend M. bezlitośnie zmaltretował mnie na spacerach, goniąc po wszelkich schodach. Zmiana? Diametralna: przestałam narzekać i się nad sobą rozczulać. Zupełnie. Zaczęło mi być... głupio. Takiej mobilizacji nie pamiętam  od czasów nastolatki. Naprawdę niesamowite uczucie.
Katar? Kaszel? A tak. Coś tam chciało być, ale ja to po prostu zamęczam. Działa. Zamęczam też szare myśli, które chciałyby się zbierać w głowie. Won. Jestem wobec nich bezwzględna. One w niczym nie pomagają.
Polecam. Jesień przebiega tylko tą piękną stroną feerii kolorów i typowo rozgrzewających potraw oraz spotkań z przyjaciółmi i rodziną. Z takim zapleczem w życiu prywatnym zupełnie inaczej mi się pracuje. Kreatywność ma swój czas, a tego mi bardzo brakowało przez lato. 

13.10.13

Ewolucja (auto)portetu, od malarza do selfie

Dawno, dawno temu, gdy człowiek chciał uwiecznić swoją twarz, zamawiał malarza. Malarze mają to do siebie, że dodatkowo i w cenie upiększali obiekt.  Ci bardziej abstrakcyjni zniekształcali go do zupełnej nierozpoznawalności. Wiele obrazów Kandynskiego czy chociażby bardziej znanego Picassa albo surrealisty no 1 (dla mnie) Salvadora Dali uwiecznia czyjś portret, co wcale nie jest oczywiste. Ale wracając do bardziej realistycznych malarzy, to nie można zapominać o tym, że ich główne źródło utrzymania to były właśnie portrety, bo ludzie chcieli mieć pamiątki siebie, swoich bliskich  i zwierzaków.
Czy wiesz, że van Gogh uciął sobie ucho do jednego z autoportretów, bo podobno nie chciał dzieła nudnego? Bez tego jest świetny, ale to nie zmienia faktu, że portrety były bowiem równie ważne dla artystów jak autoportety. 



Niestety zwykły człowiek zdany był na malarza, ponieważ bez talentu albo/i wyobraźni o autoportrecie mógł pomarzyć. 

11.10.13

7 zasad fajnego związku

Ponieważ zbliża się 11 rocznica mojego ślubu, postanowiłam zebrać dotychczasowe wnioski i stworzyć subiektywny poradnik małżeński. 




Będzie inaczej. 
Zapnij pasy, bo po tym tekście już nic nie będzie takie samo.  



10.10.13

Oh Anthony, czyli Hotel Impossible

Program, który stanowi ostatnio mój nr 1: Hotel Impossible. Anthony Melchiorri - prowadzący, jest boski. Po prostu boski. Typ słodkiego, włoskiego drania. Ma fantastyczne usta. Jest mały, łysy i cholernie seksowny (tak, wiem, ale to prawda). Co najważniejsze jest skuteczny i konkretny, a to najważniejsze cechy samcze, jak wiadomo.  Tak, uroczy też jest.



Dość o Anthonym.

Sam program jest na kształt "Kuchennych rewolucji", tyle że Anthony ratuje małe i duże amerykańskie hotele. Do przyjazdu Anthonego to często jakiś kosmos, bo hotel bywa w strasznym stanie i oferuje nic  w żadnej jakości. Często jedynym mocnym atutem bywa... widok. Serio :-)


Lubię ten program za mechanizm. Za pomysł i realizację. Za to co w nim najważniejsze: szybkie definiowanie przyczyny problemu. Psychologia i wiedza jest na nic, jeśli się jej po prostu nie wykorzystuje, można też nie znać się na psychologii, na definicjach a być świetnym psychologiem i ekspertem w swojej dziedzinie - jak Anthony. On jest hotelarzem. Czym jest branża hotelowa? Pokoje, usługi, standard, serwis, wszystko jest ważne, ale nie można być skutecznym w pracy z ludźmi (jak w hotelarstwie) nie znając się na ludziach. Metodyka Anthonego jest mistrzowska. Sposób diagnozowania, prowadzenie rozmów, profesjonalizm - kocham go za to. Najważniejsze, że rozwiązuje problemy w miejscu ich powstawania, czyli przeważnie w sposobie zarządzania, bądź w relacjach. Jak często niewłaściwie ludzie zajmują się zarządzaniem. Niewłaściwe zarządzanie skutkuje niedociągnięciami, brakami, usterkami, złym klimatem, złą jakością. Pokoje są zaniedbane nie przez brak pieniędzy, tylko przez złe zarządzanie - w wielkim skrócie.
Dalej.
Trzeba umieć po dobrej diagnozie nadać odpowiedni kierunek zmianom. Oddycham spokojnie oglądając Hotel Impossible i słuchając Anthonego, bo takiego profesjonalizmu można sobie życzyć wszędzie. Tak wygląda idealne doradztwo.
I fajny facet ;-)

Program nadawany jest codziennie na travel channel. 







7.10.13

Tao, to ten czas




Gdy serce milczy, gdy rozum nie ma nic do powiedzenia, następuje najlepsze: jesteś sobą.



Bliżej slow food, czyli lokalnie

TadaM!

Nowe odkrycie: http://lokalnazywnosc.pl/
Świetny adres i miejsca. W końcu powstaje dobra baza.




Mam lekkiego hopla na lokalną żywność, ponieważ wpisuje się zarówno w pięć przemian i w slow food i po prostu jest dobra. Lepsza. Smaczniejsza. Jest bardziej. Rządzi. Dopieszcza zmysły itd.

Zamiast namiętnie bojkotować dużych, wolę z przyjemnością propagować tych małych. Oni są inni. I fajniejsi.

Dużych czasami można szturchnąć, ale oni są tacy sami i to jest nudne i właściwie... szkoda czasu, szczególnie, gdy się żyje slow ;-)

3.10.13

Na długo



Kocham dobre materiały.
Od zawsze mam  w szafie trochę lnu. Nieznośny materiał, jak ja. Tylko lniane spodnie czy spódnica czy żakiet powodują, że czuję się.. jak w lnie. To po prostu inna jakość. Że się gniecie? To jedyny materiał, który wręcz ma być podgnieciony. Wyprasowanie materiału z lnem na prosto i gładko jest jak nieudolnie prostowanie naturalnych loków.


1.10.13

Flex, czyli rozciągaj się

― Swami Satchidananda, The Yoga Sutras

Pięknie, prawda? Elastyczność jest efektownym efektem efektywności.

To jednak na marginesie.

Ostatnio miałam kolejne zmiany w mieszkaniu i w wyniku ich nie mam gdzie siedzieć :-) Rozważałam różne możliwości (w końcu byłaby okazja do kupienia fotela bujanego, albo fotela do masażu, ale przy powierzchni, jaką mam do dyspozycji, byłoby to lekko bez sensu, bo zastawiłabym już całą pozostałą wolną przestrzeń pokoju). 

I jak to w bajkach bywa, na pomoc przyszedł mi przypadek. Wpadł mi w ręce owalny wałek do ćwiczeń. Zamiast piłki, która też mi się marzy (zawsze się bujam na takiej dużej piłce przed salsą).