29.10.13

Nie wiem

droga nad Morskie Oko
Gdy przechodzę w życiu jakieś trudne etapy, przypominam sobie ich poprzedników. 



Ostatnim etapem, który dał mi naprawdę popalić, była droga nad Morskie Oko. 

Od czerwca tego roku wspieram M. w zmianie. W kolosalnej zmianie (całkowite przebranżowienie, przekwalifikowane itd). Widzę, jak on się zmienia. Jak inne cechy jego poznaję. Obserwując to, zastanawiam się czasami, że mało które słowa są tak prawdziwe jak te, że znamy się na tyle, na ile się poznaliśmy. Wzajemnie też. Cechy, które odkrywam w nim w tej chwili były dotychczas mocno przytłumione. Dotychczasowym życiem. Jak mi z nowym M? Nie wiem. Poznaję go. Przedziwne uczucie po tylu latach bycia z kimś.

W trakcie jego zmiany zmieniam się sama. Okazuje się, że potrafię być dla niego wsparciem (właściwie do tej pory, to on był głównie wsparciem dla mnie), że potrafię znajdować rozwiązania najbardziej niekonwencjonalne (to akurat wiem od dawna). Ponownie wychodzi ze mnie cierpliwość i zrozumienie. Czy to empatia? Nie wiem. Patrząc na ilość moich wybuchów pt "Błagam, pospiesz się, nie mogę już", to jednak można mieć pewne wątpliwości ;-)

Łatwo o empatię, jeśli coś nie dotyczy tak naprawdę nas. Jeśli konsekwencje cudzych działań nie wpływają bezpośrednio na nasze życie. Bo co za sztuka pomóc komuś, wysłuchać i wrócić do swojego świata? Właściwie żadna. Trudniej się robi, gdy dzieje się to w naszej galaktyce. W naszej osobistej części mikrokosmosu. 

M. już ma to, czego chciał. Właśnie wykonał milowy krok (z resztą dzięki pewnej życzliwej osobie). Jestem obok niego, chociaż kosztowało mnie to dużo nerwów. Właściwie zbawienne były w tym czasie lato, zajęcia salsy, fitness, wyjazdy. Oderwanie myśli. Patrzę wstecz i widzę, jak to się rozgrywało. To były naprawdę ciężkie psychicznie miesiące, ale nie wynikające z kłopotów tylko z szukania rozwiązań. Zmiana podejścia do życia, właśnie poprzez pryzmat rozwiązań sytuacji, szukania sposobów na osiąganie celów (totalnie obcych, bo przecież nowych), pryzmat celów a nie kłopotów, jest trochę jak skakanie do zimnej wody. Zapiera. 

Z paniką i narzekaniem robi się to łatwiej, ale tym razem miało tak nie być. Nie było. Jak patrzę w archiwum tego bloga z ostatnich miesięcy, to za nic nie pomyślałabym, że mam za sobą tak pozornie trudny okres. Trudny, bo naszpikowany mnóstwem zmian. Pozornie, bo to nie jest trudne, to po prostu nowe. A ja kocham zmiany. Tylko może nie w nadmiarze. Było blisko. I co? Granica sama się przesuwała.

Patrzę przed siebie i jeszcze ciągle widzę taki obraz, jak w drodze nad  Morskie Oko. 

Mgła. Zakręt za zakrętem. Nic nie widać. Hessu. No nic.

M. powiedział "Kiedyś zabiorę cię do Norwegii".

To "kiedyś" dzięki ostatnim wydarzeniom jest bliżej niż dalej. Może rok, może dwa. Czy chcę tego? Nie wiem. Wiem, że otworzyłoby to przede mną samą też nowe perspektywy. Życie między Gdańskiem a jakimś miasteczkiem nad fiordami. Bajka. Zawsze lubiłam życie w paru miejscach. Kiedyś żyłam między Kolonią a Gdańskiem. Lubię to. Jak wahadło. Dzięki mobilności nie muszę nawet zmieniać pracy. Tak. Chcę. Może być Norwegia.

Ostatnio przypomniało mi się największe marzenie od lat (zaraz za tańcem salsy na Kubie) - podróż Koleją Transsyberyjską

Gdy nadchodzą te wietrzne dni, gdy podmuchy nadmorskiego powietrza prawie mną rzucają, gdy czuję już chłód zimy, gdy widzę ciemno za oknem, to nasila się właśnie marzenie tej podróży. Ona będzie idealna, naprawdę idealna na zimę. 

Marzę. 
Żeby spełnić to marzenie, to muszę przejść jeszcze kilka zakrętów.
Tyle samo, co do spełnienia tańca na Kubie. 

Chociaż...

Czasami ciśnie się na usta "Daleko jeszcze???!!" 
Nie wiem. 


Wiem, że cholernie warto było przemęczyć się w tym kilkugodzinnym marszu nad Morskie Oko, mimo tej młgy, zakwasów, piekących ud, deszczu i poczucia bezsensu.  Właśnie po to warto było, żeby zobaczyć to:




Ale na dziś jestem na zakręcie. Kolejnym.
Najbardziej dość mamy przed samym celem.
Jestem blisko.

Tylko jeszcze nie wiem czego :-)