15.10.13

slow love with google

Google chyba kocha blogerów z bloggera.


Do niedawna miałam dość ambiwalentny stosunek do google +. Nie grzał, nie chłodził.
Ale z google jest jest jak z miłością, przesiąka się nie wiadomo kiedy.



Google wkradło się we mnie (prywatnie) dość delikatnie. Oczywiście sama wyszukiwarka. Guglanie weszło do powszechnego języka, jak adidasy, którymi nazywa się wszystkie buty sportowe, czy Junkersy, to wszystkie piece itd. To największy sukces, jaki można osiągnąć marketingowo. To Olimp. Potem przyszedł gmail. Jedyne darmowe konto bez spamu, ba, spam, który sami generujemy rejestrowaniem się byle gdzie, trafia grzecznie do katalogu spam.
Potem doszedł blogger. Najwygodniejsza platforma, najprostsza w obsłudze i nieproblematyczna. Oczywiście, że brakuje jej wielu opcji wordpressa, ale umówmy się, na blogowanie wystarczy. Wielkim plusem bloggera jest również brak reklam, które polscy dostawcy pakują na blogi niemiłosiernie. Google albo nie chce świadomie wykorzystywać blogów i poczty do emisji reklam albo czekają jeszcze z włączeniem tego. Myślę jeszcze, że raczej to pierwsze, bo zarabiają na reklamie w zupełny inny sposób i w innych miejscach z wykorzystaniem innych narzędzi. Szanuję ich za to.  

Dalej: pomocne jest google analytics.
Następnie doszedł google drive. Ja się już nawet nie zastanawiam nad tym, po prostu wrzucam w chmurę, to co chcę. Przechowalnia idealna.
Dalej. Doszło google +. Idealne. Nie wiem dlaczego tak słabo się przyjmuje. Kocham go za układ, przejrzystość, brak nachalnych reklam.
Nie promują go? Nie sądzę. Może po prostu google + dalece wyprzedza czasy i czeka na swoją porę. Google się nie spieszy. Marka google ma w sobie coś slow i po prostu robią swoje. Dosłownie parę dni temu wprowadzone zostały kolejne udogodnienia w zakresie obsługi strony na google +. Już samo to: nie jest to nachalny "fanpage" tylko po prostu konto strony. Opcje powiadomień z poziomu publikacji notki - idealne. Generalnie bardzo lubię g+. Mimo, że pozornie nic się tam nie dzieje. To zupełnie co innego. To inny flow. Inny klimat. Zaglądam tam często. Razem z Twitterem. W innych celach.

Jest oczywiście yt (które ma opcję wrzucania materiału bezpośrednio na bloga ze strony yt). Z dość oczywistych przyczyn google tworzy kombajn produktów, nie ułatwiając życia konkurencji. Jak dla mnie oni zupełnie nie konkurują z fb czy twitterem, które mają lekko inne filozofie. 
Kolejna: Picassa. Bo tak. Moje zdjęcia ją lubią.
Dalej: Android (wiadomo, chociaż po moich doświadczeniach z tabletem, to nie zastąpi windowsa w strefie biznesowej - microsoft też nie bez powodu się rozwija), google map (wiadomo, chociaż tu z kolei rządzi dla mnie Nokia i jej nawigacje, chociaż na urządzeniach z Androidem google map sprawdza się świetnie jako nawigacja, także co komu akurat lepiej pasuje). 
I to przecież nie koniec. 

Jak dla mnie google jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i nie stworzył jeszcze ostatniego produktu. Oni nad czymś pracują i to będzie świetne.

Mały kwadracik kropek usług i produktów, który wyświetla mi się prawym rogu i z którego korzystam wręcz odruchowo to jeszcze nie koniec a już stanowi swoiste centrum dowodzenia moim cyberświatem, nie tylko blogiem. Ale przyznaję, to wszystko jest wygodne jak w 5* hotelu. Dobrze mi.

Tak czy inaczej, jestem zakochana w google i nawet nie byłam tego do końca świadoma. Do dziś.

Ciekawe, co będzie dalej. Google, zaskocz mnie. Bardziej. Wiem, że tego chcesz ;-)