28.9.14

Bio/ eco z sieci.... ściema czy norma?

Kwestia produktów bio/ eko to coś, czego Niemcom zazdroszczę od lat, z tego względu, że tam te produkty są po prostu dostępne w praktycznie każdym większym sklepie i w nieznacznie wyższej cenie, niż produkty nieobjęte tymi zasadami.

Sprawa związana jest z tym, o czym tak często wspominam - równowaga. Czym to się objawia w Niemczech?
Dwie sprawy, za które ten kraj po prostu kocham i mam nadzieję, że kiedyś zasady te zostaną zastosowane u nas. Pierwsza, to kwestia recyklingu. O tym pisałam już, gdy wchodziła u nas segregacja śmieci. To się nie mogło udać i czekam na poprawki. W każdym razie, w Niemczech moim ulubionym zwyczajem jest zwrot butelek. Tak, jakieś 90% butelek objętych jest kaucją przy zakupie. Zwrot butelek możliwy jest w większości sklepów w specjalnych automatach. Bajka. Jest wiele takich spraw, które dobrze definiują legendarny niemiecki porządek i które wpisują się w moją mentalność. Kwestia ich stylu podejścia do ekologii to mocny obszar. Możemy się uczyć.

Druga sprawa, to wspomniane już produkty bio. Praktycznie każda sieć ma swoich dostawców bio produktów. Nie robiłam zdjęć, bo po prostu  o tym nie myślałam, ale namiastkę tego mamy np. w działajacej też u nas sieci Rossmann, która ma na naszych półkach bardzo fajną ofertę bioproduktów. Jak poniższa pasta z czosnkiem niedźwiedzim.

Jak wspomniałam ostatnio  - jestem szczęśliwą mieszczanką. A to oznacza, że wiele spraw nie jest w moim świecie obecnych. Jak dojenie krowy czy zbieranie jajek. Co nie zmienia faktu, że żyję slow, slow life to również moja filozofia, ale od lat nieustannie dostosowuję ją do swojego mieszczańskiego życia, bo życie na wsi i bycie rolnikiem nie jest na mojej liście marzeń (chociaż oczywiście jestem zachwycona, gdy już mam dostęp do produktów bezpośrednio ze/na wsi). Czy to coś zmienia? Nie. Po prostu moje slow life jest mocno miejskie. Tak, da się.

27.9.14

Gdy myślami jesteś między światami

Już w Gdańsku, ale myślami jeszcze dość mocno tam, gdzie spędziłam prawie cały wrzesień (co w dużej mierze możliwe było dzięki temu, że mogę pracować z każdego miejsca na świecie i połączyłam urlop, odwiedziny rodziny oraz pracę, a w dużym bonusie wizyty u lekarzy, które dla mnie okazały się przełomowe, ale dziś nie o tym).


Generalnie jestem mieszczanką (mieszczuch brzmi pejoratywnie, prawda?)
Kocham życie w mieście, nawet tak małym, jak mój Gdańsk (to duży plus). Niemniej, kocham też miasta większe, jak Kolonia czy Monachium. Myślę, że pokochałabym też życie w miasteczku zupełnie małym, jak Euskirchen. Ważny jest klimat. Ważna jest wielokulturowość i nowoczesność, która się ma pięknie łączyć z historią.

Czas spędzony z braćmi. W Kolonii - z najmłodszym. Chociaż miasto zmienia się ciągle, to oczywiście pozostaje kilka miejsc, które są jak gwiazdy polarne. Trafiając w te miejsca mniej więcej wiem, gdzie jestem.  Nadal w kilku dzielnicach, chociaż bywam tam raz na kilka lat. Moja pamięć mnie czasami zaskakuje.

Euskirchen. Miasteczko, które jest tak urocze, że zakochana w nim jestem od początku, gdy tam byłam po raz pierwszy. Pokochałam gubienie się tu. Ale o tym szerzej następnym razem.

 Z przyczyn zdrowotnych musiałam zdecydować się na podróż autokarem, zamiast samolotem.
Dzięki temu widzialam najcudowniejszy wschód słońca.

12.9.14

Wszystko ma swój czas

Są rozmowy, które czekają na swój czas wiele lat. 


Ja mam taką właśnie za sobą. 
Prawie całe życie na nią czekałam.
Mam wrażenie, że po nią tu przyjechałam. 



Dziękuję mamo. 





Euskirchen 11.09.2014 



10.9.14

Nabieram dystansu, czyli jak to jest na zachodzie


Jakiś czas temu wyjechałam z Gdańska. Kocham moment wjazdu do Kolonii, gdy widać wieże katedry. Tak, katedra od lat jest w renowacji. Mam nadzieję zobaczyć ją jeszcze w trakcie tego pobytu. Generalnie Kolonię kocham prawie jak Gdańsk, bo spędziłam w tym mieście 3 lata młodości. Jest jak moje. 
Odebrał mnie jeden z braci, których mam dwóch. Ale o tym kiedy indziej, bo więź braterska jest dla mnie tematem na osobną notkę. 


Zakochana jestem w parkach. Powyżej park w Euskirchen. Wiem, że jest jeszcze jeden (o ile nie więcej). Co jest najlepsze w tym właśnie? Bonsai i zające. Strumyk też jest uroczy. Oczywiście najcenniejsza jest sama zieleń i cisza. Na samotne wyprawy jest i-d-e-a-l-n-y. 


Kolejny park, właściwie bardziej dziki, ale i tak piękny. W St. Augustin. Kolejna śliczna miejscowość, której spędziłam znowu czas z rodziną. Tym razem drugi brat mnie przygarnął. Spędziłam jeden z wieczorów oglądając "Opowieści z Narnii" z siostrzenicą i był to jeden z najlepszych wieczorów od dawna. Brat z żoną wyszli na imprezę. Ja się chyba starzeję, bo po prostu wolałam spędzić czas z małą. 

Misz masz. Przypominam: najlepsze lody robią Włosi, najlepsze placki ziemniaczane robią Niemcy, najlepszy kebab robią Turcy, a najlepszego gyrosa robią Grecy. I to się nie zmieni raczej szybko. A najlepiej i nieznośnie rozpieszcza moja mama. A na śniadanie najlepsze są bułki prosto z piekarnika, ale to nic nowego, tak samo jak to, że poziomki prosto z krzaczka są przepyszne ;-)
Tak na dodatek, usiąść w niedzielny poranek z kawą na ogrodzie. Cisza, spokój, pies kładzie się obok. Niezmiennie chciałabym mieć ogród, ale tymczasem delektuję się tymi, w których bywam. 

Lubię to w Niemczech, że mogę wszystkiego tego doświadczyć. 

9.9.14

Depresja i inne pożeracze duszy.

Idzie jesień, a z nią pewnie znowu obudzą się wszelkie demony, które zasysają duszę. Od bardzo, bardzo dawna zabierałam się do tego tematu, ale nie wiedziałam, jak go ugryźć, chociaż zbyt często słyszę "depresja" z ust znajomych i bliskich. A może i zbyt rzadko, bo wiele osób nie chce się przyznać, nie chce iść do lekarza, nie chce nic z tym zrobić, pozwalając tej czarnej dziurze się zasysać. Odkładałam, czekając na lepszy moment.
Przeczytałam kiedyś wywiad z Justyną Kowalczyk i pomyślałam wtedy tylko "kolejna osoba, która mówi o tym po fakcie". W czym rzecz? W tym, że temat zaburzeń i chorób psychicznych, które występują relatywnie bardzo często, powoduje pewne zakłopotanie i bezradność. Bez sensu, bo te, które stanowią tzw "choroby cywilizacyjne" nie powinny budzić żadnego zakłopotania. To znak czasów.  
Generalnie ludzie mają dość dużą łatwość opowiadania o swoich chorobach (nie oceniam, bo jeśli to komuś pomaga, to super), ale tu, gdzie ta otwartość powinna być większa, jest właśnie odwrotnie. Myślę, że to niedobrze, bo zaburzenie, czy choroba - nieważne czy depresja, czy anoreksja czy nerwica (załamania są przecież równie częste), zaburzają budowanie relacji z otoczeniem i kradną ludziom życie - a przy tym, przekłamują obraz człowieka. Choroby tego rodzaju się leczy i można spokojnie założyć, że się z tego wyjdzie i trzeba zrobić jedno - DAĆ CZAS. 

Wysłałam maila do kilku losowo wybranych poradni i lekarzy psychologii i psychiatrii (którzy reklamują się, jako specjaliści w leczeniu tych zaburzeń) z prośbą o porady, najlepiej w punktach, jak postępować z osobą chorą na depresję. Przez ok 3 miesiące nie dostałam żadnej odpowiedzi (Pozdrawiam te miejsca i lekarzy. Zaangażowanie godne niepolecenia).

Depresja, nerwice i inne pożeracze duszy zabiły nie jedną fantastyczną osobę, niejedną wrażliwość i nie jeden talent. Może pora przestać zamiatać to pod dywan i po prostu zacząć o tym rozmawiać normalnie, jak o alergii na pyłki?




Są tematy przy których mamy sporą trudność prowadzenia rozmowy. Tzn my, jako ludzie. Bo to trudne. Bo to wstydliwe. Bo boimy się oceny i wykluczenia. Bo z drugiej strony, nie wiemy jak zareagować. Jednym z takich tematów są odmienne stany psychiki: albo się je demonizuje, albo bagatelizuje. Dlatego najprościej jest udawać, że ich nie ma. Zmieniajmy to.